Moją próżność mile zaskoczyło to, że w ciągu mojego z górą miesięcznego, internetowego milczenia znalazło się paru P.T. Czytelników, którzy w drodze korespondencyjnej lub werbalnej wyrazili swoje niezadowolenie z faktu, że nic tu nie piszę. Jest to oczywiście uczucie niskie i raczej podłe, ta przyjemność z bycia proszonym, ale cóż poradzić. Muszę na dodatek przyznać, że nie zapowiada się, abym mógł w najbliższym czasie wznowić regularne pisanie na moim dzienniczku. Z różnych powodów – spróbuję je pokrótce przedstawić, zgodnie z zasadą, że jak się nie ma nic do powiedzenia, to należy mówić o tym, dlaczego nie ma się nic do powiedzenia.
Po pierwsze więc, jestem zmęczony i zapracowany. I ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę po całym dniu klepania w klawiaturę jest klepanie w klawiaturę. Wieczorem wolę otworzyć wino, zrobić coś dobrego do jedzenia i obejrzeć kolejny odcinek „The Sopranos”. Albo poczytać. Z poczytania mogłoby się coś wykluć, ponieważ książki czasem jeszcze wyzwalają we mnie potrzebę ekspresji. A czytałem ostatnio sporo książek z różnych powodów dobrych i ważnych: „Szepty” i „Tragedię narodu” Figesa, „Morderców” Kazana, „Kawior i popiół” Marci Shore, „Endurance” – świetną książkę Caroline Alexander o wyprawie Shackeltona, „Wielką ucieczkę” Thorwalda, „Ducha Liturgii” Wiadomo Kogo, J.D. pożyczył mi Tiplera i Kurzweila i jeszcze więcej książek sobie kupiłem i odłożyłem do późniejszej lektury, a w te które już przeczytałem powklejałem karteczki, zaznaczając sobie co bardziej interesujące momenty, co znacznie ułatwia późniejsze przelewanie refleksji na klawiaturę. I tak o „Tragedii narodu” Figesa chciało mi się pisać przez porównywanie go do Gaxotte’a, bo też sam Figes się o to prosi, ale jakoś straciłem serce. O „Endurance” chciało mi się coś napisać, bo to wspaniała historia, świetnie napisana, bardzo conradowska – ale jakoś odpuściłem, wolałem przemilczeć. O „Wielkiej ucieczce” też chciało mi się pisać, szczególnie w biorąc pod uwagę „sprawę śląską” – ale dałem sobie spokój. Chciałem napisać coś o „Synecdoche, New York” Kaufmana, bo to jeden z najważniejszych filmów, jakie widziałem w życiu, ale jakoś zabrało mi słów.
Podobnie rzecz się ma z tzw. „wydarzeniami” – a to Michalski w pokutnym worku napisze, że redakcja „KP” zostawia mu nawet pewną autonomię, za co Kinga Dunin dała mu placet, Piątek wypluł zatrutą hostię kłamstwa, a Orliński jak zwykle niczego nie zrozumiał, a to Braun i Kaczmarek nie tylko zrobią świetny film o Jaruzelskim, ale jeszcze puszczą go w TVP, żeby Żakowski z Mazowieckim mogli się zapisać do moczarowców, a Kuczyński z właściwym sobie wdziękiem mógł oświadczyć, że film ów nie wywołał w nim żadnego zastanowienia nad życiorysem generała Jaruzelskiego. Nie żeby ktokolwiek spodziewał się zastanowienia po Kuczyńskim. Jak już kiedyś pisałem, pan Waldemar to klasyczny półinteligent – posiada tę połowę inteligenta odpowiedzialną za intelektualne i społeczne aspiracje, nie posiada zaś tej połowy, która pozwalałaby te aspiracje realizować. No i właśnie: po cholerę mam to pisać, skoro już to kiedyś napisałem? Więc nie piszę. To znaczy w tej chwili piszę o tym, że nie piszę, ale to na jedno wychodzi.
Po drugie. Po drugie mam wrażenie, że moja ogólna postawa, stosunek do świata i bliźnich, jest postawą bardzo mało chrześcijańską. Raczej cioranowsko-maraiowską, toutes proportions gardées, oczywiście. Z czego jakoś nie jestem już ostatnio specjalnie dumny. Tym bardziej, że w życiu prywatnym i zawodowym nic mi nie dolega, a wręcz przeciwnie, z tajemniczych powodów życie jest mi nadzwyczaj przychylne. Z tej postawy, z odrazy do wszelkiego entuzjazmu (a szczególnie do entuzjastów, niezależnie czego ich entuzjazm miałby dotyczyć), do ludzkiego optymizmu, werwy, energii, chęci do działania, do junackości, dziarskości i przebojowości, a więc z wymieszania melancholii, czy może raczej acedii z mizantropią (chociaż oczywiście Ł.O. twierdzi, że mizantropem to można być przyglądając się światu z okien bentleya, ja zaś jestem co najwyżej zgorzkniałym skurczybykiem) i tak wynika już gros mojej publicystycznej i literackiej twórczości. Po co więc mam jeszcze zarażać innych tą postawą via www.dziennik.twardoch.pl? Nic dobrego z tego chyba nie wynika. Gdybym się czymś zachwycił – to od razu napiszę, obiecuję.
No dobrze, zachwyciłem się ostatnio przykrytą śniegiem monochromatyczną Polską, widzianą z okien pociągu, bo ciągle gdzieś się ostatnio pociągami tłukę. Ale zaraz potem pomyślałem, że podoba mi się tylko dlatego, że jej nie widać, że to jak zachwycić się kobietą tylko dlatego, że przykryła się prześcieradłem i nie widać chwilowo, że jest szpetna. Więc trochę lipny był ten zachwyt. Poza tym nienawidzę zimy. Autentycznie zachwyciłem się zaś krótką, pieszą pielgrzymką do sanktuarium w Rudach, ślicznym, zimowym marszem przez dawne cysterskie folwarki, lasy i pola i pustym, ciemnym, gotyckim kościołem, w którym światło paliło się tylko przy obrazie. Ale byłem zbyt zmęczony, żeby o tym napisać.
Po trzecie. Jak już koniecznie muszę coś napisać, to skrobię sobie piórem w notesiku. Dzięki temu nie wylewa się to od razu w świat, tylko sobie leży na papierze i dojrzewa. Za rok to przejrzę i może znajdę tam coś, co będzie się nadawało do podzielenia się z P.T. Czytelnikami. A poza tym, to piszę książki, opowiadania i publicystykę, i jeszcze inne rzeczy, redaguję książki już napisane i robię tysiąc innych rzeczy, które pisarze robią, a o których nie wiedziałem, póki nie zostałem pisarzem zawodowym.
Informacyjnie jeszcze: ukazują się właśnie nowe „Czwórki” w których P.T. Czytelnicy znajdą moje opowiadanie o Poli, które napisałem kiedyś na zamówienie NCK, ukazują się nowe „Arcana” nr 91, gdzie tradycyjnie wypisy z mojego dzienniczka i przedruk „Aksolotla narodów” z CzF. Się polecam życzliwej uwadze.
Dziś dwutakt. Najpierw, ponownie, Cioran:
Gdybym był posłuszny mojemu pierwszemu odruchowi, spędzałbym całe dni na pisaniu pożegnalnych i obraźliwych listów.
A następnie Tyrmand:
— Zaczynam nowe życie — rzekł lekko, lecz zaraz zatrzymał się nad powierzchnią słów, tyle razy już wypowiedzianych.
Weszli do parku od strony ulicy Pięknej. Mikołaj mówił: — Postanowiłem zerwać z kodeksem naszej codzienności. Odtąd białe będę nazywał publicznie białym, a czarne czarnym.
— Przecież zawsze tak postępowałeś. Nie wydawało mi się to zbyt mądre.
— Dotąd uprawiałem jedynie wolny komentarz do idej i wydarzeń. Od dziś rozciągam go na stoliki kawiarniane. Rozgraniczenia moralne wydawały mi się dotychczas przesądem. Nie dostrzegałem nic niestosownego w piciu wódki ze złodziejami cudzych pomysłów, z karierowiczami windującymi się na cudzych karkach w górę i liżącymi brudne ręce komunistycznych ministrów, z sutenerami żyjącymi z lansowania zgwałconych uprzednio przy pomocy alkoholu dziewcząt, z mężami, uprawiającymi tanią rozpustę w mieszkaniach swych żon, przebywających właśnie w przeciwgruźlicznych sanatoriach. Nic mi nie przeszkadzało w klepaniu ich po plecach w Spatifie, o ile tylko byli zabawni, mili, inteligentni. Koniec z tym! Postanowiłem podporządkować się obiektywnej skali wartości, aż do krańcowych konsekwencji nie podawania ręki kłamcom, łobuzom i sprzedajnym obłudnikom.
— Przeprowadź się do Puszczy Białowieskiej. W Warszawie zginiesz z głodu.
Jak widać, mój dzienniczek zamienił się ostatnio w zbiór informacji o spotkaniach autorskich i przeklejek starej publicystyki, przeplatanych milczeniem. I raczej niewiele się zmieni w tym względzie w dającej się przewidzieć przyszłosci: odnajduję w sobie powoli jakąś, nie wiem, dojrzałość? – która często skłania mnie ku milczeniu właśnie. Kiedy przeglądam wypisy z mojego dzienniczka, zamieszczane w „Arcanach”, widzę wyraźnie, że o oraz większym kawałku rzeczywistości nie mam po prostu żadnego zdania. A jeśli mam, to niekoniecznie chcę się nim dzielić z Bogu ducha winnym bliźnim. A jeśli już dzielić się chcę, to raczej za pośrednictwem literatury, bo też moje opinie coraz częściej wydają mi się ubogim językiem dyskursywnym niewyrażalne, tłumaczą się tylko na literaturę.
Tyle gadania o milczeniu. A żeby dzienniczek nie zdechł zupełnie, postanowiłem znaleźć sobie podwykonawców, najczęściej martwych, białych mężczyzn, którzy w wersji instant stoją skompresowani między kawałkami kartonu (znanymi powszechnie jako okładki) w mojej biblioteczce.
Zaczynamy więc od Emile Ciorana. Proszę uprzejmie:
Gdy nazajutrz po pierwszej wojnie światowej wprowadzono do mojej rodzinnej wsi elektryczność, podniósł się powszechny protest, a potem zapanowała głucha rozpacz. Ale gdy zainstalowano ją w kościołach (było ich trzy), wszyscy byli przekonani, że pojawił się Antychryst i że koniec świata jest bliski. Ci karpaccy chłopi mieli rację w swej dalekowzroczności. Oni, którzy wyłonili się zaledwie z prehistorii, wiedzieli już wtedy to, co ludzie cywilizowani wiedzą dopiero od niedawna.
Polska nie zapewnia kobietom prawa do aborcji. Co innego w Chinach – tam większość kobiet korzysta z tego prawa zanim jeszcze zdąży się urodzić.
***
Cioran byłby zachwycony i gratulowałby zapewne każdej z tych skośnookich dziewczynek, którym oszczędzono niedogodności narodzin i współczułby chłopcom, którzy z prawa do aborcji skorzystać nie mieli okazji.
Ja jednak mam twarde serce i uważam, że każdy sam powinien zakosztować brudu tego świata, zanim będzie mógł ocenić, czy warto było się narodzić i czy warto żyć – bo życie można sobie przecież odebrać w każdej chwili, jeśli ktoś stwierdzi, że świat stał się już zbyt nieznośny.
Rylski, „Wyspa” i inne opowiadania. Bez wątpienia jeden z najlepszych stylistów współczesnej polskiej literatury. Potrafi zachować w słowach zapach potu, ciepłego asfaltu, brudnego morza i brudnego romansu. Mocny, smutny, cioranowski, dotyka tego, co bardzo ważne w literaturze – rozpaczy, bolesnego splątania, immanentnie wpisanego w ludzką kondycję.
Wilk, „Wołoka”. Cóż za piękna katastrofa! Kolejny wielki stylista, ten Custine naszych czasów zbyt już zakochał się w Rosji i jego opis stracił na ostrości. Oczywiście, lepiej czytać Wilka, niż różnych głuptasków z kolorowych tygodników, którzy sobie radośnie pieprzą o tym, że brudno, demokracji niet a Putin za mordę – bo Wilk widzi sto razy więcej niż oni i wspaniale pisze po polsku, a nie tym sformatowanym narzeczem, posklejanym z kilku semantycznie pustych i wyblakłych związków frazeologicznych.
Przy tym rzecz zabawna, Wilk pisze, że nie można porównywać stalinowskich łagrów do hitlerowskich konc-lagrami. A dlaczego? Ano dlatego, że w stalinowskich bywały nawet orkiestry, tak tam było fajnie.
Teraz wyobraźmy sobie, że Irving mówi, że hitlerowski obóz był sympatycznym miejscem, bo maszerującym do pracy więźniom przygrywała orkiestra. Bo wiemy przecież, że przygrywała, prawda? No cóż, Irvinga wyrzucono z Targów Książki w Warszawie, a wątpię, żeby ktoś wyrzucał książki Wilka.
A ja jakoś tak jestem przywiązany do tego liberalnego przesądu, że nie oburzam się ani tym, co pisze sobie Wilk (chociaż bardziej jednak wierzę w tej kwestii Sołżenicynowi), ani tym, co pisze Irving, chociaż bardziej niż Irvingowi wierzę Pileckiemu. Brzydzi mnie jednak liberalna hipokryzja – nie mam nic przeciwko dogmatom, ale dogmatycy, udający anty-dogmatyków to groteskowy widok.
Wołkow, „Werbunek”. Rzecz dziwna. Z jednej strony, książka słabsza od świetnych „Montażu” i „Carskich sierot” tego samego autora. Fabuła rozwija się szarpnięciami, czasem tonie w dłużyznach, książka nie jest najlepiej skomponowana, autor irytująco zagłębia się w niepotrzebne, boleśnie szczegółowe opisy strojów (nie tylko szczegółowe, ale zawsze kompletne, od czubka głowy po obuwie, z wyliczeniem wszelkich marszczeń, guziczków, pętelek i futerek) i wnętrz, na których skupia się tak mocno, że czytelnik ciągle spodziewa się, że dany kubraczek bohaterki lub plastikowy fotel odegra dwie albo trzy strony dalej kluczową dla intrygi rolę – i oczywiście nic z tego, Wołkow opisywał te wszystkie kurteczki i biureczka wyłącznie, by pofolgować niegodnej pokusie wyczerpującego opisu.
Jednak, mimo tych wad w „Werbunku” jest ukryta wartość, która pod pewnymi względami każe mi książkę tę przedkładać nawet ponad wspomniane wcześniej „Montaż” i „Carskie sieroty”.
To potężne świadectwo ewangelicznej siły, ukryte w werbunku, brawurowa analiza procesu nawrócenia – i nagle wraca do mnie, jak melodia czepliwej piosenki, krótki refren – „chrześcijaństwo to transgresja”.
Szacki, Kontrrewolucyjne paradoksy, ponownie. Paweł Ćwikła w swojej świetnej książce – doktoracie o Januszu Zajdlu, pod tytułem „Boksowanie świata”, dziękował naszemu wspólnemu przyjacielowi „za uświadomienie, że esej może być równie dobrą formą wypowiedzi naukowej”. K., który jest adresatem tych podziękowań zapewne dowiedział się tego właśnie z książki Szackiego. Rzecz jest nie tylko napisana świetnie, nie tylko jest zwięzła, ale przede wszystkim, nie ma w niej ani jednego zbędnego zdania, tak bardzo jest nasycona treścią. Książeczka ta ostatni raz wydana była ponad czterdzieści lat temu – koniecznie należałoby ją wznowić, bo gdyby nie K., skazany byłbym na lekturę wyłącznie w bibliotecznej czytelni.
Poza tym, to co zwykle, Jünger na zmianę z Máraim, łyki świeżego powietrza w ponowoczesnym świecie, tonącym w acedycznej apatii.
Z profesjonalnej konieczności. ipeenowskie świstki trzy razy kserowane, Archiwum Mitrochina, Mackiewicza „Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy”, „The hidden hand” Aldricha i temu podobne.
W długi weekend na Mazurach pod żaglami odpocząłem od wydanych w opasłych tomach przez IPN suchych, historycznych dokumentów o UB, SB i innych milusich obrońcach demokracji, przez które przegryzam się, robiąc research do powieści.
Przeczytałem sobie, zamiast tego, trzy (a w zasadzie dwie i pół) książki kobiece, z zupełnie innego świata. Jedną z nich, „Kulturę kłamstwa” Dubravki Ugresic zabrałem ze sobą celowo, dwie pozostałe, o których zaraz, trafiły mi się przez przypadek – ale wszystkie mocno łączyła właśnie rzeczona kobiecość.
Z lektury „Kultury kłamstwa” jestem bardzo zadowolony. Oczywiście, Ugresic pisze ciągle o tym samym. W świecie nieustannego zalewu odezwami do obrony demokracji, w świeci pełnym zatroskanych inteligentów, przestraszonych, że lada dzień faszystowscy siepacze zapukają do ich drzwi o piątej nad ranem, niepokoje i przerażenia Ugresic brzmią nutą cokolwiek zużytą.
A jednak, jugonostalgiczne eseje Ugresic mają jednak sporą wartość – literacką i poznawczą. Literacko Ugresic wydaje mi się bardzo blisko prozy rosyjskiej (którą znam tylko z przekładów) – w dobrych przekładach z rosyjskiego na polski zachowuje się jakoś melodia języka rosyjskiego, jego lingwistyczne mięso, podobnie jest zresztą z niektórymi przekładami z czeskiego – i u piszącej po serbsko-chorwacku Ugresic polski przekład, mam wrażenie (tylko wrażenie – bo moje osłuchanie z serbsko-chorwackim w zasadzie ogranicza się do paru filmów, z „Undergroundem” i „Jagodą u supermarketu” na czele) również zachował tę cechę, konserwując jakoś w przekładzie stylistyczne cechy wspaniałego, czułego języka autorki.
Poznawczo, Ugresic precyzyjnie opisuje proces Wielkiego Kłamstwa, jakie dostrzega w fundujących sobie tożsamość młodych narodach chorwackim i serbskim. Ugresic jest, na swój osobliwy, demo-liberalno-lewicowy sposób, uczciwa, bo dostrzega również wielkie kłamstwo Jugosławii – a że zajmuje ją bardziej kłamstwo chorwackie, to trudno jej się dziwić, to jest jej bliższe. Fałszywie brzmią już nuty odwołania się do tzw. „europejskich wartości”, „tolerancji” i „normalnych krajów”, bo chociaż Ugresic krytykuje czasem ludzi Zachodu za bierność, etc., to jednak stawia tezę, uwłaczającą mocno jej niewątpliwej, literackiej inteligencji – tezę, jakoby te różne tolerancjonistyczne dyrdymałki miały – nie wiadomo skąd – przyrodzoną wartość, nieporównywalnie większą niż chorwackie dyrdymałki nacjonalistyczno-patriotyczne.
Brakuje mi u Ugresic dystansu – kłamstwa lepiej się demaskuje na zimno, bez emocji, brakuje mi również nasuwającej się od razu konstatacji, że narodowotwórczy proces Wielkiego Kłamania dotyczy w zasadzie każdego narodu, budującego swoją tożsamość.
Prawda o ludach jest równie smutna, jak prawda o ludziach; nie da się na niej zbudować wspólnej tożsamości, bo wszystkie ludy podobne są do siebie w tym, co skutkiem grzechu pierworodnego przyrodzone jest ludzkiej naturze – i na takiej prawdy tożsamości zbudować się nie da, Naród potrzebuje więc mitu, a mit jest – po prostu – kłamstwem.
Jestem skłonny uznać, że jest to kłamstwo potrzebne, kłamstwo, którego nie powinno się i nie należy obalać, być może jest to nawet kłamstwo, które – projektując jakoś narodową tożsamość – może owocować prawdą, to jest na przykład mity o bohaterskiej przeszłości mogą owocować prawdziwie bohaterską teraźniejszością. Wraz ze śmiercią naturalnych tożsamości i samoidentyfikacji, coś musiało wypełnić po nich pustkę, wybrano więc jeden z elementów tożsamości naturalnej – tożsamość etniczną – i nadmuchano go tak, że wypełnił całą dziurę, być może było to konieczne, bez tego anomia stałaby się przypadłością jeszcze powszechniejszą, niż jest dzisiaj. Tym niemniej, powołaniem klerków jest nazywanie rzeczy po imieniu, więc kłamstwo należy nazywać kłamstwem, i tyle.
Bez względu jednak na tolerancjonistyczne słabostki, warto Ugresic czytać. Gdyby miała dystans, o którym piszę powyżej, być może nie byłaby to już proza kobieca, być może nawet straciłaby coś ze swej literackiej wielkości – która już jest wystarczającym powodem, żeby „Kulturę kłamstwa” przeczytać. Do tego, oprocz analizy Wielkiego Kłamstwa, mamy jeszcze przejmujące, literackie świadectwa i rozprawy z tematami, o których mężczyzna prawdopodobnie nie napisałby dobrze.
O systematycznych, planowych, programowych gwałtach jako metodzie wojownia, na przykład. Ugresic, pisząc o tej ogromnej zbrodni, przyjmuje perspektywę feministyczną, czyli perspektywę intelektualnej bezradności wobec złożoności świata – ale w tym szczególnym przypadku, jest to przynajmniej po części perspektywa uzasadniona.
Kolejną książką kobiecą, był przywieziony na Mazury przez B. „Czas czerwonych gór” Petry Hůlovej. Tytuł jest okropnie zły; nie mam pojęcia, dlaczego w tłumaczeniu zrezygnowano z bezpośredniego przełożenia czeskiego „Paměť mojí babičce”. Książka jest jednak literacko przyzwoita, poznawczo bardzo interesująca – a przede wszystkim, jest o Mongolii i Mongołach (a raczej – Mongołkach). Do Mongolii mam ogromny sentyment, a europejska perspektywa, jakiej Hůlová stara się unikać tak mocno, ża aż widać ją w co drugim zdaniu, sprawia, że czytając książkę, czuję się, jakbym czytał własne wspomnienia z naszej półtoramiesięcznej podróży do Mongolii w 2002 roku, mojej pierwszej – i jakże brzemiennej w skutkach! – dalekiej, „backpackerskiej” wyprawie. Hůlová jest mongolistką i szereg zjawisk, które obserwowałem tylko w ich zewnętrznych przejawach, tłumaczy niejako od wewnątrz.
Kobiecość książki Hůlovej nie opierała się jedynie na kobiecości bohaterek książki; kobieca (chociaż może po mongolsku kobieca) była również perspektywa opowiedzianej historii, obejmującej akcją conajmniej pięćdziesiąt lat, a w retrospekcjach blisko wiek – jest to wyłącznie historia osobista, życiowych niepowdzeń i szczęść, o kobietach które stoczyły się w prostytucję w Ułan Bataar i o tych, którym udało się odnaleźć szczęście rodzinnego życia w prowincjonalnym gerze – nie pojawia się tam jednak wcale tematyka polityczna i historyczna. Że nie pojawiają się tam Suche Bator, Krwawy Baron, bolszewicy, białogwardziści, Chińczycy i mongolscy bandyci malowniczo ganiający się od Irkucka po Sajany i Urgę, to można jeszcze zrozumieć – ale nie ma nawet wspomnienia po wielkim wyrzynaniu mnichów z końca lat trzydziestych, które przedsięwziął zapatrzony w wujka Soso Choibalsan, chociaż buddyzm pojawia się powieści często i pełni ważną rolę w życiu bohaterek. Nie ma również słowa o tzw. „przemianach demokratycznych” roku 1990 – ich pozorny charakter pod względem politycznym to jedna sprawa, ale pewne zmiany w życiu codziennym, przynajmniej Mongołów mieszkających w Mieście – zaszły wtedy na pewno.
Po zastanowieniu stwierdzam jednak, że nie jest to wada – to po prostu kobieca, nie-publiczna perspektywa, całkowicie uzasadniona w książce, przedstawiającej wewnętrzny świat trzech pokoleń bohaterek.
Trzecią ksiązką – i jedyną, jaką w połowie musiałem przerwać ze zmęczenia i obrzydzenia, był „Szklany klosz” Sylvii Plath. Bardzo lubię poezję Plath, podoba mi się jasna angielszczyzna jej wierszy, podoba mi się również ich namiętna egzaltacja śmiercią, którą postrzegam jako swojego rodzaju poetycki sztych, przebijający rzewistość, będącą cioranowskim cierpieniem.
Ta sama egzaltacja jednak, która czyni wiersz Lady Lazarus wielkim, w „Szklanym kloszu” podana jest w dawce nieznośnej. To, co w poezji wydawało się wzniosłe, w powieści jest pensjonarsko naiwne i niesie w sobie groteskę, zamiast wzniosłości – niczym samobójcze poezje licealistek publikowane kiedyś w dawnych czasach w „Filipince” (zanim sformatowano rzeczone pisemko dla podlotków w kolejny klon Bravo, z poradami jak osiągnąć orgazm na lekcji matematyki w gimnazjum). Obrzydzenie wzbudza psychiatryczna egzaltacja głównej bohaterki, alter-ego Plath, sceny, w zamyśle – sublime, jak wyrzucanie ubrań z któregoś tam piętra hotelu, w nowojorską otchłań między drapaczami chmur, niosą ze sobą ładunek emocji rodem z Katarzyny Grocholi.
Mimo to, zamierzałem książkę przeczytać do końca i zrobiłbym to, gdyby nie fatalny przekład Miry Michałowskiej, która prawdopodobnie starała się nadać swojej polszczyźnie wymiar slangowo-młodzieżowy, być może powtarzając nawet manierę Plath (nie znam oryginału i nie jestem na tyle ciekaw, aby po niego sięgnąć) – w efekcie, mamy tłumaczenie przerażająco anachroniczne, jakąś okropną ramotę, w której co trzecie zdanie powtarza się okropne – zapewne w zamyśle tłumaczki kolokwialne – słowo „mózgownica”, nie mówiąc już o porównaniach w stylu „słowa pacnęły o biurko jak krowie placki”.
Sióstr Brontë i ich powieści, stanowiących bez wątpienia jedne z największych osiągnięć europejskiego powieściopisarstwa, Hůlová i Ugresic nie dogoniły; tak czy inaczej – tylko jedno rozczarowanie na trzy książki, reklamowane szeroko jako „proza kobieca”, to bardzo dobry wynik.
„Proces dekompozycji jest zawsze logiczny. W minionych latach kolejno traciłem pracę, dom, znikła warstwa społeczna dla której pisałem, potem utraciłem ojczyznę, język ojczysty, osobowość prawną. Teraz nie mam już niczego. Rozumiem, co czuł święty Franciszek, kiedy nagi spoczął na gołej ziemi”.
1949
Stary Sándor Márai kupuje pistolet, w sklepie w San Diego. Sprzedawca wręcza mu, gratis, paczkę pięćdziesięciu naboi – Márai odpowiada: „to więcej, niż będę potrzebował”. Starzec wraca do domu. Łeb jak u starego sępa, obwisłe policzki i podgardle, pod oczami worki. Trzęsą się ręce, ledwie chodzi – aby czytać, zakłada na głowę latarkę, na opasce na czoło, podsuwa lupę i czyta, tak, jak stara, sterana kobieta idzie na pielgrzymkę: krok za krokiem, a każdy z nich to wybuch bólu w panewkach biodrowych, w zdeformowanych stopach, w rwącym kręgosłupie. Lecz idzie, a Márai składa swoje litery, znów – po tylu dziesięcioleciach – jak dziecko, literujące w szkole, w Kassie, swoją pierwszą czytankę, Bóg sam wie, po niemiecku czy węgiersku. Kwadrans czytania dziennie, z latarką na czole i lupą przed oczami.
A wcześniej, dużo wcześniej, najpierw, do łóżka, sok ze świeżo wyciśniętych pomarańcz, potem śniadanie, lektura (przerwana wieczorem), potem dwie godziny pracy, potem wsiada do podstawionego, przygotowanego samochodu i jedzie na Wyspę Małgorzaty, na tenisa, potem łaźnia, masaż, obiad, wieczorem życie towarzyskie.
A w San Diego tylko martwa żona i sępi łeb, i drżące dłonie.
Na mój tekst „Konserwatyzm jako klęska” odpowiedział autor, ukrywający się pod pseudonimem Estera Lobkowicz. Chętnie wkleiłbym tutaj tę odpowiedź, nie mam jednak doń dostępu, pozwoliłem sobie więc zamieścić jedynie moją odpowiedź, która jednak przekracza zasadniczo ramy polemiki i może chyba, swobodnie, funkcjonować jako niezależny szkic. Przyjemnej lektury zatem życzę, tym, którzy się na nią zdecydują.
Jako, że ostatnio w księgarniach pokazała się już nowa „Fronda” (swoją drogą, dobry numer, zachęcam do lektury), zamieszczam szkic, który ukazał się w numerze poprzedni.
Kolejny przykład, potwierdzający słuszność wolicjonalnej koncepcji narodowości: Petőfi Sándor. Urodzony jako Alexander Petrović, syn Serba i Słowaczki, zostaje Węgrem, bo lepiej jest być Węgrem, niż synem Serba i Słowaczki. Zwłaszcza, jeśli swoją węgierskość zrealizuje się tak brawurowo i tak wzniośle, jak zrealizował ją Petőfi: pisał po węgiersku i dał się zabić po węgiersku.
Inny Alexander – Alexander Grosschmid, znany szerzej jako Sándor Márai, górnowęgierski Sas, wybrał to samo. Chociaż jego przodkowie, prawem historycznej statystyki, tłukli się zapewne z Madziarami w 1848, w szeregach rumuńsko-saskich milicji, walczących w wojnie domowej po stronie Habsburgów.
A ja, za Cioranem, nie wybiorę sobie narodowości, bo, w przeciwieństwie do tego Rumuna-renegata, mam do tego etniczne prawo.