Varia

Cioran, „Zeszyty 1957 – 1972″. Dziwna rzecz. Wydanie z 2004 roku kupiłem na allegro za trzysta złotych prawie i wcale nie przepłaciłem jakoś boleśnie, bo po tyle właśnie chodzą. A rzecz dziwna – bo książka jest używana. I to widać. I nie jest zniszczona, ale ma trochę plamek świadczących, że jej poprzedni czytelnik czytał przy jedzeniu tudzież piciu, co mi się podoba, bo książka to nie fetysz i czytania przy jedzeniu i winie nadaje się znakomicie, jeśli tylko się wygodnie otwiera.
Ale – kiedy ją poprzedni, anonimowy dla mnie czytelnik czytał, to podkreślał podkreśleniem prostym i wężykiem, komentował na marginesach, stawiał plusy i minusy. I gdybym pożyczył tę książkę od przyjaciela, albo kogoś, kogo zdanie na temat Ciorana mnie interesuje, to przyjmowałbym te podkreślenia i komentarze z wdzięcznością i radością, odnajdując w nich człowieka, którego odnajdywać chcę. A tutaj – nie wiem. Podoba mi się historia tej książki, cudze życie, której z niej się w tych plamach po jedzeniu i piciu i podkreśleniach wylewa. Ale przeszkadzają mi te podkreślenia w lekturze. Bo organizują mi lekturę nie tak, jakbym sam ją sobie zorganizował. A przecież gumował nie będę…! I trochę zamiast czytać Ciorana, zastanawiam się, czy idiotą był ten, który był przede mną, czy tylko mi się wydaje (te naiwne uwagi o buddyzmie na marginesach…), a potem znowu nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jednak podoba mi się wybór, jakiego jej poprzedni, anonimowy czytelnik dokonał, więc może jednak to nie idiota…? Taka książka jest trochę jak kobieta.

A sam Cioran…? „Rozpacz nadprzyrodzona.”

Zastanawiam się, dlaczego nie lubi Ciorana W.S., skoro polecił mi Tkaczyszyna-Dyckiego i jestem mu za to wskazanie niesłychanie wdzieczny, bo trzeba rekomendacji kogoś bliskiego, kogo gust cenię, abym sięgnął po polską, współczesną poezję. A Tkaczyszyn-Dycki i kompletny zbiór „Oddam wiersze w dobre ręce”… Nie znam poezji, która bardziej by mną szarpała, co oczywiście bez wątpienia jest pochodną mojej poetyckiej ignorancji, bo cóż to jest – Pound, Eliot, trochę Herberta, trochę Miłosza, trochę Cummingsa i Broniewskiego, Emily Dickinson, Sylvia Plath, ostatnio Kawafis i więcej naprawdę poezji nie czytam i nie czytałem. I nie próbowałbym oczywiście rozsądzić, uszeregować, bo jestem poetyckim dyletantem, ale nie jestem dyletatnem jeśli chodzi o rozpoznawanie tego, co mną wstrząsa, a Tkaczyszyn-Dycki wstrząsa, odmienia. W ogóle – jakoś jawi mi blisko Kawafisa, nie wiem czy to przez homoerotyczność, czy jakoś przez brzmienie tego, czym u Kawafisa jest ciągłość greckiej cywilizacji, a u Tkaczyszyna-Dyckiego kresowa genealogia i obyczajowość polsko-rusińska. Ale oczywiście różnica jest zasadnicza, fundamentalna, bo Kawafis jest spokojny, ukojony, melancholijny, poezja Kawafisa jest poezją kosmosu – a Tkaczyszyn-Dycki jest rozedrgany, szalony, Tkaczyszyn-Dycki wyje, jest poetą chaosu. I dlatego dziwię się jakoś niechęci W.S. do Ciorana, bo przecież grają Cioran z Tkaczyszynem-Dyckim na tych samych diapazonach, ale nie jest to prozelickie zdziwienie, nikogo do czytania Ciorana nie namawiam, bo to byłoby jak ciągnąć kumpla do burdelu, albo namawiać do jeżdżenia autem po pijaku. Zresztą może wcale się tej niechęci nie dziwię. Może każdemu bym tej niechęci życzył, byle nie takiej, o jakiej Cioran bodajże (przebaczcie, nie chce mi się szukać cytatu) pisze w odniesieniu do La Rochefoucauld – iż głupcy mawiali, że być może przeszłość (ich przeszłość) odpowiada temu, co książę pisał, ale teraźniejszość, czy też przyszłość zada mu kłam.

Oprócz tego – „Sprawa pułkownika Miasojedowa”. Ostatnia powieść Mackiewicza, jaka mi do przeczytania została i jaką przeczytałem. Więcej już nie ma. I oddalając się od lektury coraz częściej myślę, że chyba największa z jego powieści i jednocześnie może największa polska powieść XX wieku. Jeszcze nie umiem nic o niej napisać, potrzebuję czasu.

Dalej, filmy. Prawie nic, gdyby nie „Melancholia” von Triera. Prawdopodobnie jeden z wybitniejszych filmów ostatnich lat, przynajmniej z tych, które widziałem, a, na Boga, funkcjonalnie rzecz biorąc widziałem wszystkie, poza dziełami z ligi „Kac Vegas” (który też widziałem).

A przecież nie lubiłem von Triera wcześniej. A tutaj – arcydzieło. Studium pustki, studium rozpaczy, romantyczna wizja człowieka skonfrontowanego z sublime absolutnym, „Mnich nad brzegiem morza” Friedricha podniesiony do potęgi, bo to konfrontacja z naturą całej ludzkości, i to nie z naturą która straszy zza muru plaży, lecz z naturą, która spala na dotyk, wypełnia niebo i jakże cudowne jest to, że nie ma w „Melancholii” uciekających przed błękitną planetą tłumów, a są jedynie samotne kobiety, przestraszony chłopiec i tchórzliwy mężczyzna. Terror metafizyczny, tym straszniejszy, że w przeciwieństwie do horrorów ludowych, dotyka strachem prawdziwym, zamraża duszę.

Zastanawiam się zupełnie nie à propos, dlaczego kiedy ktoś pyta mnie o moje najważniejsze lektury, zawsze zapominam o Czechach? Którzy są przecież tacy dla mnie ważni – i nawet niekoniecznie wielka trójca Kundera – Hašek – Hrabal, chociaż przecież wszystkich trzech cenię ( Haška najmniej, z Kundery przede wszystkim wczesne powieści, szczególnie „Żart„). Ale dalej – dwóch Otów (tak to odmieniać), od nazwiskach jak imiona, Ota Pavel i Ota Filip. Na liście najważniejszych powieści w moim życiu „Śmierć pięknych saren” i „Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy” znalazłby się bez wątpienia. Coś jest niepozornego w tej wielkiej prozie, że jakoś mi się w wyobraźni zasłania różnymi Mannami i Steinbeckami, a przecież są dla mnie równie ważni.

Wczoraj dzień w bardzo przyjemnej, gliwickiej kawiarni Kafo, w której już drugi tydzień sobie pracuję. Ale czasem wyjmuję z uszu słuchawki.

Adwokacik i czwórka kobiet mówiących na zmianę po polsku i rumuńsku. Zdaje się, że Cyganki, ale nie wiem. Siedzą pół metra ode mnie, nie krępują się wcale. Papuga przez telefon załatwiał jakieś kaucje, zwolnienia, zwroty, nie postawiono zarzutów, ktoś tam wychodzi, kobiety obficie ozłocone deliberowały zas ile papuga ma lat, ni to zalotnie, ni to lekceważąco, przyznał w końcu, że trzydzieści i dwie młodsze zaczęły wdzięczyć się ku niemu matrymonialnie i uroczo. Papuga więc zaczął powtarzać jak mantrę „no, to ja będę leciał”, ale siedział dalej, a potem jeszcze były negocjacje o wynagrodzeniu, że zegarek, że ma być jakiś tam za piętnaście tysięcy, ale koniecznie niekradziony i to ostatnie było kwestią sporną. Odgrodziłem się w końcu muzyką, nieco tą balladą apaszowską znudzony, chociaż jednak wstrząśnięty konfrontacją ze światem, jakiego nie znam.

Póżniej: dwie licealistki. Jedna klaruje drugiej, że romans z księdzem katechetą to nie jest zbyt dobry pomysł. Ku tej drugiej zmartwieniu. I że jednak trzeba to skończyć. I że już parę osób ich razem widziało. I znowu – czy ja jestem przeźroczysty? Oprócz mnie w kawiarni nie ma nikogo. Dziewczęta się nie krępują.

Dalej. Dziewczynki jeszcze młodsze, uczą się biologii i przy okazji jakiegoś zagadnienia chichoczą wesoło i głośno na temat swoich cipek, proszę mi wybaczyć dosadność.

Dalej. Dwóch panów rozmawia po śląsku o aborcji w Hiszpanii i dlaczego Starbucks jest do dupy, oraz że mają dosyć swoich żon.

I, na Boga, nie podsłuchuję przecież, tylko słyszę, trafiają te słowa do mnie, kiedy mam już dość muzyki zapętlonej i pozbywam się słuchawek.

W związku z tym przyszło mi do głowy, że przy moim stoliczku przy oknie jestem naprawdę niewidzialny i wcale się tym nie zmartwiłem. A może się zmartwiłem, że spojrzenia przelatują przeze mnie jak przez powietrze, odbijają się od ściany, nie krępuja się goście kawiarni rozmawiać przy mnie tak, jakby mnie nie było?

A poza tym, to jadę do Paryża i jeśli mój dzienniczek czyta ktoś z tego całkowicie obcego mi miasta, to zapraszam na spotkania autorskie dwa, na których nie wiem jak inni, ale ja na pewno nie będę mówił po francusku. 18 czerwca w Księgarni Polskiej (123 bd St-Germain, Paris VIe), w godzinach od 17:00 do 20:00, 19 czerwca – od 14:00 do 19:00, Espace Champerret, porte de Champerret, Paris XVIIe, na stoisku Éditions Bellicum.

Varia

Otwarłem butelkę bardzo przyzwoitego, fioletowego saperavi, i zaprawdę rację ma W.S., kiedy twierdzi, że jakoś istotowo różni się ono od wszystkich innych czerwonych win. To moje z gruzińskiego wina ma tylko szczep i najszerzej pojęty terroir, winifikowane jest po europejsku i mniej ma charakteru niż takie fermentowane po gruzińsku, mętne, z glinianej kvevry – charakteru mniej, ale za to jest przyjemniejsze, z ludźmi też tak czasem bywa, więc możemy się polubić, ale się nie zaprzyjaźnimy. A otwarłem, bo pomyślałem, że może napiszę coś o Gruzji, ale tak naprawdę, cóż mnie obchodzi Gruzja, skoro nic o niej nie wiem, bo ile się można dowiedzieć tłukąc się terenówką po jej bezdrożach? Wiele lub nic, a ja wybrałem, że nie dowiem się niczego. Wypluł mnie tamten kraj, nie chciał mnie. Więc nie będę pisał o Gruzji, nie dziś.

Zastanawiam się, dlaczego z ważnych dla mnie pisarzy najbliższy jest mi Márai. Nie wiem, czy najważniejszy, ale na pewno najbliższy. I pewnie jednak najważniejszy. Może to przez to, że Jünger był żołnierzem, Lampedusa arystokratą a Cioran szaleńcem, zaś Márai był po prostu zawodowym pisarzem i tyle. Może to przez Europę Środkową: świat Máraiego nie jest moim światem, ale jest dla mnie czytelny, a cóż mogę wiedzieć o okopach, Sycylii albo byciu synem popa?
Ale może to dlatego, że Márai czytał Jüngera i Lampedusę (nie wiem jak z Cioranem), a nie sądzę, aby Jünger czy Lampedusa czytali Máraiego. Chociaż może i czytali, piękne jest to zdjęcie, gdzie ściskają sobie dłonie Márai z Mannem. Ale nie sądzę,
A może dlatego, że za każdym razem, kiedy wracam do „Dziennika” zadaję sobie to głupie przecież pytanie: po co mi czytać inne książki, skoro z żadną inną tak naprawdę nie mam ochoty obcować, nawet z „Promieniowaniami”, skoro „Dziennik” to jedyna książka, przy której mógłbym płakać, gdybym sobie na to pozwolił. I skoro nigdzie indziej nie znajduję ukojenia: chociaż nie w wizji przecież, nie w spojrzeniu na świat oczami tego smutnego świadka entropii, ale w świadomości, że tak wspaniale można być człowiekiem, tak wzniośle można być pisarzem, tak pogardliwie można być znikąd (bo z Kassy) i zewsząd (bo na emigracji) jednocześnie i można tym człowiekiem pozostać do samego dumnego, wściekłego końca. I ten starczy noetyczny wgląd: „Możliwe, że w istnieniu jest jakieś szaleństwo.” Był mądrzejszy od Ciorana, bo mniej efektowny.

A na drugim biegunie, a może na całkiem innej planecie: Iwaszkiewicz, którego dzienniki od roku czytam w zasadzie cały czas, nieustannie, bardzo małymi dawkami (inaczej się nie da), jednocześnie z odrazą i fascynacją. Z odrazą, bo to jednak żałosny megaloman – te „skromne” referowanie listów, w których piszą mu pochlebcy, że to skandal, że mu Nobla w tym a tym roku nie dali, tęsknienie do królowej belgiskiej per „Elżunia”. I to przecież jednak głupiec (te analizy polityczne, aż oczy szczypią!), kabotyn, ale kiedy czytam o wielkiej miłości do Jurka Błeszczyńskiego i tegoż umieraniu i pustce po śmierci, to wyziera z tego cała wspaniała wrażliwość pisarza obdarzonego ogromnym talentem, kto wie, czy nie większym, niż talent ściśle literacki Máraiego. Ale może jednak nie. Ale to nie przez swój talent, lecz przez swoją małość Iwaszkiewicz również wydaje mi się bliski, swojski: jak kumpel, spowiadający się przy wódce z małych grzeszków i śmieszności.

A czym jest w ogóle talent literacki? Chyba umiejętnością świadomego, skupionego przeżywania tego, co się właśnie przeżywa, skupieniem na tym, jak przyszłość staje się przeszłością; sądzę, że tylko z takiego doświadczenia rodzi się literatura.

Cytaty na dziś XVIII

Pierwszy:

To śmierć, ten najskrytszy wymiar wszystkich żyjących, dzieli cała ludzkość na dwa rozłączone porządki tak konsekwentnie, że jeden różni się od drugiego bardziej niż jastrząb od kreta, czy gwiazda od plwociny. Otchłań otwiera się pomiędzy dwoma światami: pomiędzy człowiekiem, który ma świadomość śmierci, a tym który jej nie ma; obaj umierają: lecz jeden nie zdaje sobie z tego sprawy, a drugi o tym wie, jeden umiera tylko przez krótką chwilę, a drugi nigdy nie przestaje umierać… Wspólna kondycja sytuuje ich na antypodach; na dwóch skrajnych pozycjach, wewnątrz jednej i tej samej definicji; są tak odmienni, ale zarazem podlegają temu samemu przeznaczeniu… Jeden żyje, jak gdyby był wieczny, drugi każdą swą myśl poświęca wieczności i w każdej myśli tej wieczności zaprzecza.

Cioran, „Zarys rozkładu”

I drugi:

Jak chłop nie je mientki, nie gamoń, nie pizda, to na przemijanie chłop takowy gwizda.

Spięty, „Antyszanty”

Zapiski podróżne

Podróż pociągiem zawsze skłania mnie do pisania, co nie jest dobre, gdyż pisarz powinien w pociągu raczej słuchać ludzi. Ja jednak nie lubię przekraczających podstawową uprzejmość rozmów z przypadkowymi towarzyszami podróży, nad czym ubolewam, gdyż mądrzej byłoby w pociągu słuchać innych, niż samego siebie, bo w takich ciepłych czasach jak nasze, życie własne to za mało dla literatury, trzeba jeszcze wchłonąć i przetrawić życia cudze. A jednak nie potrafię, zbyt długo wprawiałem się w mizantropii i takie są skutki uboczne. Więc odgradzam się od świata słuchawkami i książką lub ekranem komputera. I czasem udaje mi się rzeczywiście czytać lub pracować, jednak głównie chodzi o to, aby zbudować przed sobą mur.

Z pociągu można też przyglądać się zimowym polom śnieżnym, na których wiatr rysuje swoje mandale i myślę, że w tych wzorach kryje się wieczność, bo rysował je wiatr kiedy ani jeden człowiek nie stąpał po ziemi i rysował je wiatr kiedy żadne kopyto, rać ani żadna łapa nie niszczyła tych wzorów i będzie spokojnie dalej rysował wiatr te wzory kiedy w proch i pył zwietrzeją kości ostatniego dziecka, któremu ten sam wiatr wyciskał rumieńce na policzkach, gdy płozy sanek niszczyły swoimi śladami wiatrową harmonię bieli na białym tle, nie tak doskonałą jak u Malewicza, bo z kontrapunktami rudej trawy.

Od Ciorana wiem, kiedy powinienem przestać pisać: kiedy nie będę miał już niczego do ukrycia. Pisać umiem tylko sobą, a J.D. pyta mnie ostatnio, czy staram się jakoś świadomie panować na swoim literackim ekshibicjonizmem, nie ze względu na literaturę, której ekshibicjonizm pewien służy niewątpliwie, tylko ze względu na duchową równowagę, w końcu tylu utonęło już w lodowatych wodach rzek, w krwi z głów przestrzelonych, w wódce i w lepkiej, pachnącej oszałamiająco melasie rozpusty. Ale ja się nie obawiam: bo kiedy piszę to, czego nie ośmieliłbym się wyznać nikomu, to piszę by ukryć wyznanie w sposób absolutny, schować jak źdźbło w stogu siana, schować samego siebie między okładkami, tam, gdzie nie dosięgnie mnie świat i życie. To, co znalazło się w tekście zostaje obłaskawione, tego nie muszę się już obawiać.

Poza tym odkrywam po małym kawałeczku dziwną wspólnotę z tymi nielicznymi, których śmiem nazywać przyjaciółmi, ale nie tylko z nimi. I nie jest to wspólnota światopoglądów, gdyż tych szcześliwie wyrzekłem się tak samo, jak wyrzekłem się spodni bojówek tudzież t-shirtów z nadrukiem – są to rzeczy wygodne, ale przystoją tylko w pewnym wieku, potem z światopoglądem wygląda się groteskowo albo głupio, jak mężczyzna przebierający się za nastolatka. Poza tym światopoglądy są mało eleganckie, kiczowate, a od świata należy się elegancją odgradzać. Na czym więc polega ta wspólnota? Prawdopodobnie jest to wspólnota ludzi pogodnych, chociaż odrobinę gorzkich, tych, którzy wyzbyli się entuzjazmu i wszelkiej dziarskości, tych, którzy znają ważność melancholii i goryczy. Taka postawa jako jedyna pozwala, jak mi się wydaje, zachować zdrowe zmysły w tym świecie smutnym, głupim i pięknym.

O „Promieniowaniach” i tym, co niewypowiadalne

Wczoraj w nocy czytałem „Promieniowania” Jüngera, książka otwarła mi się na zapiskach z czerwca 1943 i tam zostałem.
Nie potrafię skorelować tego z żadnym konkretnym stanem psychicznym, ale czasem, bardzo rzadko, Jünger wydaje mi się bliższy niż Márai, chociaż to ten ostatni bliski jest mi na co dzień.

A wczoraj u Jüngera w zapiskach z trzech bliskich sobie dni jak zwykle znalazłem coś nowego. Coś, co wcześniej tylko przeczytałem, a wczoraj w nocy zabrzmiało mi inaczej.

Nocą zresztą wszystkie książki brzmią wyraźniej. Dlatego złe książki, które jestem w stanie znieść jakoś w ciągu dnia, w nocy byłyby torturą. Nocne „Promieniowania” zaś stają się dla mnie lekturą już nie tylko intelektualną, ale na wpół* duchową, tak samo jak czytanie nocą Ciorana, nie ze względu na jakąś bliskość Jüngera i Ciorana, bo szczególnej jakiejś nie dostrzegam, lecz ze względu na czystość i jasność ich głosu. I chociaż, jak już napisałem, Márai wydaje mi się bliższy, to jednak ma on głos inny, matowy, stłumiony, spokojniejszy, bez dramatycznych i wysokich tonów, oczywiście z wyjątkiem ostatnich stron jego dziennika, na której jednak ośmielam się zaglądać tylko czasem. Tak samo zresztą La Rochefoucauld, którego Cioran aforysta jest przecież w jakimś wymiarze następcą i uzupełnieniem i którego intelektualnie chyba od Ciorana wolę, bo mniej u niego efekciarstwa a więcej prawdy i smutku. Jednak chociaż odkrywa La Rochefoucauld przede mną różne tajemnice ludzkiej kondycji, nie znajduję u niego tego, co sprawia, że przez sam akt lektury mam wrażenie obcowania z tym, co niewypowiadalne.

A co znalazłem u Jüngera, w zapiskach z trzech kolejnych dni:

„O Cellarisie** i jego postawie uznawanej za wzór. (…) Pewne jest tyle, że ten człowiek mógł się stać kimś znaczącym dla historii Niemiec, skierowałby nurt w łożysko, w którym mogłyby się odnaleźć, rozdzielone obecnie, władza i duch, i to w stopniu dającym nieporównanie większą trwałość i nienaruszalność. Oczywiście demagogowie obiecywali to wszystko po tańszej cenie; jednocześnie dostrzegli niebezpieczeństwo jakie stanowił. Pewne jest, że pod jego egidą uniknęłoby się wojny z Rosją, może nawet wojny w ogóle. Nie doszłoby także do okrucieństw wobec Żydów, które sprawiają, że cały świat jest przeciwko nam.”

Dzień później, 23 czerwca 1943:

„(…)Przechodziłem obok scenek o dużej wyrazistości, jak choćby ta: mężczyzna siedzący na krzesle przesuwał powoli obie dłonie po udach partnerki, która stała przed nim, i tym ruchem zmierzającym w stronę bioder zadzierał równocześnie jej lekką wiosenną sukienkę. Tak spragniony pijak*** po upalnym dniu obejmuje pięknie wybrzuszoną amforę, którą chce przyłożyć do ust.”

W kolejnej notatce, z 4 lipca 1943, Jünger pisze o dwóch decyzjach sądów wojennych. W jednej Kniébolo**** ułaskawił oficera skazanego na dwa lata więzienia za rozstrzelanie bezbronnych jeńców na froncie wschodnim. W drugiej skazano na degradację i dwa lata więzienia oficera, który, utknąwszy w korku samochodowym, nie wymógł na innych kierowcach prawa przejazdu. Komentuje sprawę następująco:

„Widać z takiego zestawienia, co w świecie szoferów jest wybaczalne, a co stanowi przestępstwo. Wszelako nie chodzi tu jedynie, jak długo sadziłem, o moralny daltonizm; to dotyczy tylko mas. Ludzie o umysłowości Kniébola ulegają swej najgłębszej skłonności do zabijania na jak największa skalę; wydaje się, iż przynależą do świata trupów – miła jest im woń zabitych.”

Wszystkie te trzy obserwacje są ciekawe; jednak dopiero ich relacja – i dziesiątek im podobnych – daje „Promieniowaniom” tę rangę, jaką posiadają przynajmniej dla mnie, rangę literatury dotykającej Niewypowiadalnego. Notka z 23 czerwca, kończąca się tą najpiękniejszą ze znanych mi jüngerowskich scen erotycznych (prawda – nie znam ich zbyt wiele), zaczyna się od obserwacji chrząszcza w Lasku Bulońskim i nie wiem – czy jest afirmacją pewnej zwierzęcości człowieka? Pisze Jünger parę zdań wcześniej o zwierzętach, że „należą do nas jak płatki różane do kielicha róży – są materią naszego życia, naszą pierwotną siłą, która przegląda się tutaj w szlifowanym lustrze”. Niedaleko od rymkiewiczowskich zajęcy, jeży i wiewiórek, tak swoją drogą. Ale potem zaraz: amfora, a w amforach przechowywano wszystko to, co najlepsze w naszej cywilizacji, skoro przechowywano w nich wodę, oliwę i wino. Czyli raczej dionizyjskość (sama w sobie właśnie nieco zwierzęca) obcowania z kobietą, coś zupełnie obcego naszym czasom, bo jakże odległego zarówno od stechnicyzowanej, mechanicznej antyestetyki porno, jak i nowokatolickiego slangu o „zjednoczeniu w akcie małżeńskim” czy „otwartości na życie”.

A przed tym i po tym metahistoryczny namysł o Niekischu i Hitlerze, a jeszcze pomiędzy o bombardowaniu katedry w Kolonii, krojeniu żywej langusty (wypis z „Kuchni francuskiej”), Edgarze Allanie Poem, o gramatyce i o śmierci szalonej księgarki, z którą Jünger się przyjaźnił, uważał za niezwykle uzdolnioną literacko i nazywał „Ognistym Kwiatem”.

I te sprawy tak od siebie odległe nie znalazły się w „Promieniowaniach” przypadkiem; to znaczy, Jünger mógł równie dobrze nie wiedzieć, dlaczego akurat teraz pisze o krojeniu langusty a potem o spalonej katedrze w Kolonii, dlaczego nie o czym innym, bo to nie o jego wiedzę tutaj chodzi, tylko o to, co dzieje się poza świadomością pisarza, a potem, w trakcie lektury również jakoś poza świadomością czytelnika, przynajmniej poza tą możliwą do ujęcia w słowa, i co stanowi o różnicy między pisarzami nawet najwybitniejszymi, a tymi, którzy dotykają Niewypowiadalnego, będąc na przykład warsztatowo czy intelektualnie słabszymi (słabość warsztatowa ani intelektualna Jüngera akurat nie dotyczą, bynajmniej).

————————————-

*przysłówek „wpół” stał mi się ostatnio bardzo bliski, ciągle czuję się „na wpół taki, a na wpół przeciwny”, jakbym, powoli dorastając, dopiero teraz zdał sobie sprawą, że w tych sferach, w jakich miałem się z szarego, składam się raczej z wymieszanych mocno, lecz jednak odrębnych czerni i bieli
**czyli – o Ernście Niekischu
***w tłumaczeniu, świetnym skądinąd, Sławomira Błauta, pojawia się w tym miejscu słowo „pijaczyna”, które, niezależnie od brzmienia oryginału po prostu nie pasuje, należy do innego diapazonu, niż erotyczne brzmienie tej scenki.
****czyli – Adolf Hitler, jednakowoż warto zauważyć, że Jünger pisał raczej o Adolfie Hitlerze – postaci historycznej, konkretnym, posiadającym ręce, nogi i szaloną głowę człowieku, nie zaś o Hitlerze, postaci mitologicznej.

Cytat na dziś XV

Emil Cioran w liście do Petru Comarnescu, 1934:

Przeczytałem to kilka dni temu i muszę powiedzieć, że jeszcze nigdy żadna książka nie napełniła mnie taką odrazą. Opanowało mnie bezgraniczne obrzydzenie w obliczu takiej nijakości intelektualnej i moralnej. W nędzy tego człowieka jest tak mało tragedii, że nie potrafię czuć dla niego ani litości, ani pogardy. Pisałeś we „Vremea” o jakimś micie ioneskowskim; ze swej strony nic takiego nie widzę. Jeśli jednak coś takiego istnieje, to znaczy, że naprawdę niczego już nie można się spodziewać po rumuńskiej kulturze. (…) Oznajmiam, że zrywam wszelkie stosunki z tym człowiekiem.

Za: „Cioran, Eliade, Ionesco: O zapominaniu faszyzmu” Alexandry Laignel-Lavastine.

Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów

Moją próżność mile zaskoczyło to, że w ciągu mojego z górą miesięcznego, internetowego milczenia znalazło się paru P.T. Czytelników, którzy w drodze korespondencyjnej lub werbalnej wyrazili swoje niezadowolenie z faktu, że nic tu nie piszę. Jest to oczywiście uczucie niskie i raczej podłe, ta przyjemność z bycia proszonym, ale cóż poradzić. Muszę na dodatek przyznać, że nie zapowiada się, abym mógł w najbliższym czasie wznowić regularne pisanie na moim dzienniczku. Z różnych powodów – spróbuję je pokrótce przedstawić, zgodnie z zasadą, że jak się nie ma nic do powiedzenia, to należy mówić o tym, dlaczego nie ma się nic do powiedzenia.

Po pierwsze więc, jestem zmęczony i zapracowany. I ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę po całym dniu klepania w klawiaturę jest klepanie w klawiaturę. Wieczorem wolę otworzyć wino, zrobić coś dobrego do jedzenia i obejrzeć kolejny odcinek „The Sopranos”. Albo poczytać. Z poczytania mogłoby się coś wykluć, ponieważ książki czasem jeszcze wyzwalają we mnie potrzebę ekspresji. A czytałem ostatnio sporo książek z różnych powodów dobrych i ważnych: „Szepty” i „Tragedię narodu” Figesa, „Morderców” Kazana, „Kawior i popiół” Marci Shore, „Endurance” – świetną książkę Caroline Alexander o wyprawie Shackeltona, „Wielką ucieczkę” Thorwalda, „Ducha Liturgii” Wiadomo Kogo, J.D. pożyczył mi Tiplera i Kurzweila i jeszcze więcej książek sobie kupiłem i odłożyłem do późniejszej lektury, a w te które już przeczytałem powklejałem karteczki, zaznaczając sobie co bardziej interesujące momenty, co znacznie ułatwia późniejsze przelewanie refleksji na klawiaturę. I tak o „Tragedii narodu” Figesa chciało mi się pisać przez porównywanie go do Gaxotte’a, bo też sam Figes się o to prosi, ale jakoś straciłem serce. O „Endurance” chciało mi się coś napisać, bo to wspaniała historia, świetnie napisana, bardzo conradowska – ale jakoś odpuściłem, wolałem przemilczeć. O „Wielkiej ucieczce” też chciało mi się pisać, szczególnie w biorąc pod uwagę „sprawę śląską” – ale dałem sobie spokój. Chciałem napisać coś o „Synecdoche, New York” Kaufmana, bo to jeden z najważniejszych filmów, jakie widziałem w życiu, ale jakoś zabrało mi słów.
Podobnie rzecz się ma z tzw. „wydarzeniami” – a to Michalski w pokutnym worku napisze, że redakcja „KP” zostawia mu nawet pewną autonomię, za co Kinga Dunin dała mu placet, Piątek wypluł zatrutą hostię kłamstwa, a Orliński jak zwykle niczego nie zrozumiał, a to Braun i Kaczmarek nie tylko zrobią świetny film o Jaruzelskim, ale jeszcze puszczą go w TVP, żeby Żakowski z Mazowieckim mogli się zapisać do moczarowców, a Kuczyński z właściwym sobie wdziękiem mógł oświadczyć, że film ów nie wywołał w nim żadnego zastanowienia nad życiorysem generała Jaruzelskiego. Nie żeby ktokolwiek spodziewał się zastanowienia po Kuczyńskim. Jak już kiedyś pisałem, pan Waldemar to klasyczny półinteligent – posiada tę połowę inteligenta odpowiedzialną za intelektualne i społeczne aspiracje, nie posiada zaś tej połowy, która pozwalałaby te aspiracje realizować. No i właśnie: po cholerę mam to pisać, skoro już to kiedyś napisałem? Więc nie piszę. To znaczy w tej chwili piszę o tym, że nie piszę, ale to na jedno wychodzi.

Po drugie. Po drugie mam wrażenie, że moja ogólna postawa, stosunek do świata i bliźnich, jest postawą bardzo mało chrześcijańską. Raczej cioranowsko-maraiowską, toutes proportions gardées, oczywiście. Z czego jakoś nie jestem już ostatnio specjalnie dumny. Tym bardziej, że w życiu prywatnym i zawodowym nic mi nie dolega, a wręcz przeciwnie, z tajemniczych powodów życie jest mi nadzwyczaj przychylne. Z tej postawy, z odrazy do wszelkiego entuzjazmu (a szczególnie do entuzjastów, niezależnie czego ich entuzjazm miałby dotyczyć), do ludzkiego optymizmu, werwy, energii, chęci do działania, do junackości, dziarskości i przebojowości, a więc z wymieszania melancholii, czy może raczej acedii z mizantropią (chociaż oczywiście Ł.O. twierdzi, że mizantropem to można być przyglądając się światu z okien bentleya, ja zaś jestem co najwyżej zgorzkniałym skurczybykiem) i tak wynika już gros mojej publicystycznej i literackiej twórczości. Po co więc mam jeszcze zarażać innych tą postawą via www.dziennik.twardoch.pl? Nic dobrego z tego chyba nie wynika. Gdybym się czymś zachwycił – to od razu napiszę, obiecuję.
No dobrze, zachwyciłem się ostatnio przykrytą śniegiem monochromatyczną Polską, widzianą z okien pociągu, bo ciągle gdzieś się ostatnio pociągami tłukę. Ale zaraz potem pomyślałem, że podoba mi się tylko dlatego, że jej nie widać, że to jak zachwycić się kobietą tylko dlatego, że przykryła się prześcieradłem i nie widać chwilowo, że jest szpetna. Więc trochę lipny był ten zachwyt. Poza tym nienawidzę zimy. Autentycznie zachwyciłem się zaś krótką, pieszą pielgrzymką do sanktuarium w Rudach, ślicznym, zimowym marszem przez dawne cysterskie folwarki, lasy i pola i pustym, ciemnym, gotyckim kościołem, w którym światło paliło się tylko przy obrazie. Ale byłem zbyt zmęczony, żeby o tym napisać.

Po trzecie. Jak już koniecznie muszę coś napisać, to skrobię sobie piórem w notesiku. Dzięki temu nie wylewa się to od razu w świat, tylko sobie leży na papierze i dojrzewa. Za rok to przejrzę i może znajdę tam coś, co będzie się nadawało do podzielenia się z P.T. Czytelnikami. A poza tym, to piszę książki, opowiadania i publicystykę, i jeszcze inne rzeczy, redaguję książki już napisane i robię tysiąc innych rzeczy, które pisarze robią, a o których nie wiedziałem, póki nie zostałem pisarzem zawodowym.

Informacyjnie jeszcze: ukazują się właśnie nowe „Czwórki” w których P.T. Czytelnicy znajdą moje opowiadanie o Poli, które napisałem kiedyś na zamówienie NCK, ukazują się nowe „Arcana” nr 91, gdzie tradycyjnie wypisy z mojego dzienniczka i przedruk „Aksolotla narodów” z CzF. Się polecam życzliwej uwadze.