Różne rzeczy ostatnio piszę, jednego pisać nie umiem: nie-prozy. Tzn, koresponduję obficie w sprawach przeróżnej wagi, piszę opowiadania, o których za chwilę, powieść piszę, a nawet dwie, nie potrafię napisać jednak przyzwoitego eseju, nie mówiąc już o wpisie w moim drogim dzienniczku. Pomogła mi jednak lektura, chenin blanc i coś w końcu jednak piszę, przynajmniej tutaj.
Może powinienem pisywać takie cotygodniowe relacje, jak Orbitowski? Bardzo zgrabnie mu to wychodzi. Ale ja mam inny tryb dziania się życia, niż Łukasz. Tzn, bardzo niewiele mi sie przydarza podczas zwykłych tygodni, a potem życie wybucha barwami, kiedy samolot ląduje gdzieś bardzo, bardzo daleko. Orbitowski nie ma wybuchów, ma za to wyższy poziom dziania się powszedniego.
Łukasz pisze u siebie o granicach literackiej kompetencji; zgadzam się z jego uwagami, zresztą wiele razy rozmawialiśmy na ten temat. Mówiąc w skrócie: granicę swojej własnej literackiej kompetencji znaleźć jest trudno, a przekraczać jej nie wolno, pod groźbą kary dla pisarza strasznej – śmieszności.
O tym jednak, jak trudno ją znaleźć niech zaświadczy taka dość banalna anegdotka: otóż, napisałem ostatnio dwa opowiadania, z jednym, pod tytułem “Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka” P.T. Czytelnicy będą mieli okazję się zaprzyjaźnić w czerwcowej “Nowej Fantastyce”, o losie drugiego jeszcze nie zdecydowałem. Wysłałem oba opowiadania do trzech panów, których krytyczno-literacka kompetencja i dobry, literacki gust są niekwestionowane. Liczyłem, na krytyczne uwagi, których się doczekałem. Wszystkie recenzje zdradzały, że ci pierwsi czytelnicy – którym niniejszym dziękuję – poprawnie odkodowali przekaz, w opowiadaniach zawarty. Z wszystkimi uwagami – czytając je – mógłbym się zgodzić. Wszystkie były w jakimś stopniu dla moich tekstów pochlebne i wszystkie również wskazywały na pewne tych tekstów słabości – tyle, że uwagi moich zaprzyjaźnionych recenzentów były całkowicie sprzeczne. Tam, gdzie ktoś dostrzegał wyraźne inspiracje pewną książką, ktoś inny ujrzał wybitną oryginalność. Jednemu z moich przyjaciół jedno z opowiadań wydały się sprawnym, wyłącznie rozrywkowym horrorem, bez głębszego tła, jeszcze ktoś inny dostrzegł w tym samym tekście głęboką analizę kondycji współczesnego człowieka. I tak dalej.
To oczywiście banał, ale konstytutywny dla doli pisarza, bo ugruntowujący tę nieoznaczoność, która towarzyszy literatowi – i w ogóle całej branży – od pomysłu do księgarni. To chyba ostatnia branża w której pieniądze inwestuje się zupełnie według wyczucia redaktorów, prezesów i innych dysponentów, ale zawsze, ciągle – według subiektywnego wyczucia. Bez badań rynku, bez analiz. Oczywiście – u nas, w Polsce, to nie są w sumie żadne pieniądze, zważywszy nakłady, ale i tam, gdzie te pieniądze są już naprawdę poważne, sprawy mają się tak samo. Zadie Smith, wtedy zupełnie anonimowa, za swoją pierwszą powieść dostała zaliczkę, za którą mogłaby żyć przez dwadzieścia lat, gdyby żyła skromnie. W tym przypadku nos redaktora się nie mylił. W ilu przypadkach redaktorowi, wypłacającemu setki tysięcy funtów, nos się zapchał?
Ale być może dzięki temu właśnie to wszystko ma jeszcze jakiś sens. Niechże wrócę znowu do powracającego w tym wpisie Orbitowskiego: napisał tenże Orbitowski piękną powieść pt. “Święty Wrocław”, do lektury której P.T. Czytelników zachęcam, bo to książka wcale nie o Wrocławiu, jak imaginuje się spragnionym lokalnych vratislavianów redaktorom tamtejszej prasy. W każdym razie, czytałem ową powieść, jak to się mówi, w szczotkach, tzn. dokładnie z pliku wyświetlanego na czytniku Sony Reader i efektem tejże lektury była obfita dosyć korespondencja z autorem, której fragment, ku uciesze P.T. Czytelników mojego dzienniczka, a za pozwoleniem adresata, pozwolę sobie zamieścić.
Piszę ja:
(…)I wreszcie ostateczna, końcowa uwaga. Być może powinienem przeczytać książkę jeszcze raz, bo nie jestem pewien, czy ja wszystko zrozumiałem. Nie wiem, czy zrozumiałem czym naprawdę jest Święty Wrocław, czy dobrze odkodowałem.
Przemienieni świętowrocławianie piękni i krwiożerczy – OK. Cudownie przerażająca scena, tak w ogóle. Czy to jakaś wariacja na temat katolickiego pojęcia ciała chwalebnego?
I sam koniec świata – piękny. Naprawdę, okrutny i bezwzględny, smutny i piękny.
Ale: nie rozumiem, ogólnie, o co chodzi. Tzn, powiedzmy, próbuję: najpierw są znaki, mecenas Firgała jest świadkiem narodzin czarnego dziecka, jakby to była chwila, w której ŚW się rodzi, tak? Cegła maluje obrazy, ok. Ale o co chodzi, z tym zejściem w historię Tomasza, pod ŚW? Najpierw Niemcy i rycerze, potem nefilimy, smok, którego w ogóle nie rozumiem (Smok, w sensie Węża? Szatan?), a potem Palec. O co chodzi? Święty Wrocław to Bóg i koniec świata? Taki model Paruzji, gdzie Firgała to trzej królowie, Cegła to prorocy, a Adam to Jan Chrzciciel? Czy może coś co przedbosko-przeddiabelskie? W tym mieszczą się również ci przemienieni świętowrocławianie, jak karykatura Zbawienia, i trwanie Tomasza-narratora, jako karykatura Potępienia?
Na co odpowiada Łukasz:
Cudowne, stary! Naprawdę. Jest coś takiego, że piszesz książkę z określoną intencją, a potem ktoś rozbiera to logicznie wedle innych założeń. Mi chodziło o zestawienie świat codzienny, realny, zwykły i skończony, a tutaj pojawia się rzeczywistość mityczna, archetpowa. całe zejście ma wiele z Junga, a przecież bohater, schodząc w dół, zagłębia się w świat archetypów. Kojarzonych z historią, ale tą opowiedzianą przez mity, stąd wojna, królowie, rycerze, potem giganci i smoki, a potem palec czegoś, zapewne jakiegoś starego boga, ale to już musi pozostać niepoznane, tak jak niepoznany pozostał święty Wrocław. Święty chyba w sensie przedchrześcijańskim.
Myślę, że Orbitowski się myli, niewiele ma przecież do gadania w sprawie interpretacji własnej powieści. Może więc Jacek Dukaj miał kiedyś rację, kiedy zignorował zupełnie wątki rewolucyjne, wątki tworzenia się nowoczesnego pojęcia narodu, wątki odgrywania tych samych rewolucji w różnych kostiumach – socjalistycznych, narodowo-socjalistycznych, bonapartystowskich, etc. – i uznał mojego “Sternberga” za powieść o mitologii IV RP, chociaż taka interpretacja była jak najdalsza od moich zamiarów. Ale może taki był Zeitgeist - podobnie jak w przypadku jednego z opowiadań, o których pisałem wcześniej, gdzie mój zaprzyjaźniony recenzent zauważył wyraźną inspiracją dość głośną książką, której jednak nie znałem, pisząc rzeczone opowiadanko. Przeczytałem ją później – i musiałem się zgodzić, wyraźna są te inspiracje, musiały przesiąknąć jakoś, osmotycznie.
Moja “Epifania wikarego Trzaski” otrzymała – jak doniósł mi obecny na uroczystym ogłoszeniu laureatów Krzysiek Głuch – Srebrne Wyróżnienie Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego.
Dziękuję!
Złote Wyróżnienie otrzymała świetna książka Łukasza Orbitowskiego, moim zdaniem jedna z najlepszych książek 2007 roku w ogóle – “Tracę ciepło”, natomiast Nagroda sama powędrowała do Jacka Dukaja, oczywiście za słusznie obsypany już zaszczytami “Lód”. Kolegom gratuluję zasłużonych laurów.
Więcej o Nagrodzie – tutaj.
Specjalne podziękowania należą się Andrzejowi Zimniakowi za pomysł, wolę i realizację koncepcji nagrody przyznawanej przez profesjonalistów.
Historia ludzkości jest historią rozkwitów, zmierzchów i upadków cywilizacji. Dostrzegali to najwięksi z historiozofów, jak Toynbee, czy Spengler. Książka „Ostatnie dni Europy” Waltera Laquerera, ma nieco odmienny charakter i mniejszy ciężar gatunkowy niż wielkie syntezy klasyków, Laqueur nie pretenduje do historiozoficznej syntezy, oddając się jedynie trafnej analizie teraźniejszości i wskazaniu kierunku, w którym europejska teraźniejszość niechybnie zmierza.
Niewątpliwą i wielką zaletą wykładu Laqueura jest otwarcie na rzeczywistość. Polscy intelektualiści, zarówno prawicowi jak i lewicowi, żyją w świecie ideologicznych konstruktów, przykładając do rzeczywistości społecznej swoje konceptualizacje, często dawno przeterminowane, nie dostrzegając zupełnie istotnych zmian, jakie zaszły w politycznej i społecznej rzeczywistości Europy w ciągu ostatniego półwiecza. Nie chodzi tutaj o fałszywy „koniec historii” europejskiej integracji – lecz o faktyczne, istotne zmiany w europejskiej mentalności, charakterze, wreszcie również w biologicznej substancji, stanowiącej bazę dla naszej kultury (czy raczej, za Spenglerem, już nie kultury, lecz cywilizacji).
Intelektualiści lewicowi w nieskończoność bronią Polski przed krążącym widmem strasznego antysemityzmu, jakby na uniwersytetach ciągle obowiązywały getta ławkowe, zaś intelektualiści prawicowi w swoich filipikach przeciwko niemieckiemu imperializmowi w nieskończoność międlą temat Odwiecznego Planu Zniszczenia Narodu Polskiego, nie zauważając zupełnie, że równie dobrze mogliby ostrzegać przed nowym potopem szwedzkim, bo kulturowo wykastrowani, obezwładnieni poczuciem winy i wymierający Niemcy XXI wieku akurat tyle mają wspólnego z ekspansywnym duchem pruskim, co współczesne szwedzkie lesbijki z Karolem Gustawem i szwedzką rajtarią. Nieliczni intelektualiści środka popełniają zaś błąd największy z możliwych – pogrążają się w dobrotliwej apatii, twierdząc, że za sprawą żółtych gwiazdek na niebieskim tle historia już się skończyła.
Zainteresowanie rzeczywistością, faktycznym jej stanem, występuje wyłącznie na tyle, na ile jakiegoś wydarzenia (wystąpienia Eriki Steinbach, przyprawienia rabina Schudricha sprayem pieprzowym, etc.) można użyć jako pouczającego exemplum. Mamy najczęściej do czynienia z absolutnym prymatem ideologicznego konstruktu, nie doczekały się jeszcze nasze czasy swojego Tocquevilla, który potrafiłby tak opisać post-nowoczesność, jak Tocqueville opisał demokrację w Ameryce.
Laqueur nie daje nam może tak przenikliwej, socjologicznej analizy jak Tocqueville, lecz, co ważne, koncentruje się wyłącznie na rzeczywistości. W bardzo jasnym i klarownym wykładzie opisuje kondycję współczesnej Europy, koncentrując się na trzech elementach: muzułmańskiej diasporze, demograficznym krachu i, w nieco mniejszym stopniu, na trudnościach gospodarczych. Część poświęcona gospodarce jest stosunkowo najmniej interesująca, wynika zresztą przede wszystkim z przesłanek, zawartych w analizach demograficznych perspektyw Europy, nie będę się nią więc tutaj więcej zajmował.
Wizje problemów demograficznych Europy u Laqueura opierają się oczywiście na prostej ekstrapolacji aktualnie panujących trendów w przyszłość i podzielają słabość każdej w zasadzie futurologii, która prawie zawsze opiera się na przesłankach, że w przyszłości będzie tak, jak teraz, tyle, że bardziej. Laqueur zdaje się dostrzegać tę wewnętrzną słabość pisania o przyszłości i w wielu miejscach zastrzega się, iż jego przewidywania mają sens tylko jeśli w nie wydarzy się coś, co mogłoby w sposób nagły odwrócić panujące dziś trendy.
Trudno się jednak z Laqueurem nie zgodzić, kiedy pisze, że nic zgoła nie zapowiada nadejścia takiego zwracającego nagle koleje historii wydarzenia. Trudno wręcz w gęstej substancji społecznej znaleźć miejsce, w którym taki katalizator zwrotu mógłby się pojawić – chociaż, oczywiście, historyczne zwroty zawsze zaskakiwały swoich świadków.
Wniosek z „Ostatnich dni Europy” jest, w każdym razie, bardzo prosty – o końcu Europy zdecydują dwa zasadnicze czynniki: muzułmańska imigracja i ujemny przyrost naturalny wśród białych.
Analizując napływ muzułmańskich imigrantów do Europy, Laqueur zwraca uwagę na szereg faktów istotnych do zrozumienia jej specyfiki. Po pierwsze, porównuje muzułmanów do niemuzułmańskich imigrantów z Indii czy z Dalekiego Wschodu, zauważając zasadnicze różnice w w stosunku do europejskości między wyznawcami islamu, a innymi emigrantami z odległych krajów. Obserwacje Laqueura potwierdzi zresztą każdy, kto przespacerował się ulicami Londynu albo Warszawy: Hindusi, Wietnamczycy lub Sikhowie są imigracją poniekąd „starego typu”, ich imigracja do Europy jest imigracją zarobkową, tak jak chociażby europejska imigracja do USA w XIX wieku, i inne, podobne. Po przyjeździe zajmują się ciężką pracą, ze wszystkich sił unikając konfliktów z gospodarzami, w pokornym konformizmie wobec panujących na miejscu norm. Uprzejmi Sikhowie w turbanach, prowadzący chyba większość sklepików spożywczych w Londynie, czy pracowici Wietnamczycy w Warszawie, nie podpalają samochodów.
Tymczasem, z imigracją muzułmańską jest inaczej. Laqueur podkreśla, że konstytuująca jej charakter cechą jest właśnie islam – geograficzna czy etniczna różnorodność ma znaczenie daleko mniejsze, niż odrębność religijna, łącząca wszystkich muzułmanów – Turków, Pakistańczyków, Arabów – we wspólnotę, ummę. I to właśnie dzięki islamowi imigracja ta ma raczej charakter pełzającego podboju. W szkolnych atlasach historycznych mapy epoki wielkiej wędrówki ludów upstrzone są różnobarwnymi strzałkami, obrazującymi ruchy barbarzyńskich plemion od dziczy do cywilizacji. Być może napływ Turków do Niemiec, północnoafrykańskich Arabów i Berberów do Francji i Pakistańczyków do Wielkiej Brytanii również powinien być zaznaczony taką zmieniającą układ sił strzałką, nie wiemy przecież na pewno jaki dokładnie miały charakter te historyczne migracje – czy były to zwarte masy ludzi płynące przez historię jak rzeka, czy raczej powoli cieknące strużki, przenikające do nowych krain.
Dziś, muzułmanie przybywają do Europy bez broni, lecz nie bezbronni, bo doskonale nauczeni wykorzystywać europejską, ideologiczną słabość i bez wątpienia nie w pokojowych zamiarach. Niczym Hitler w 1933 roku nie kryją, że używają wszystkich europejskich udogodnień, opieki społecznej i każącego promować „multietniczność”, historycznego kompleksu europejskich elit tylko po to, by w końcu zmieść europejską cywilizację z powierzchni ziemi, wcielając jej ziemie do uniwersalnego kalifatu.
To, że kalifat w Europie brzmi dziś jak temat filmu fantastycznego, oznacza jedynie, jak bardzo oszołomieni dobrobytem są Europejczycy początków XXI wieku. Klęskę bowiem Europa ponosi nie na polu bitwy, lecz w kołyskach.
Liczby, które przytacza Laqueur, są bezlitosne. W Europie przyrost naturalny nie zapewni nawet zwyczajnej wymiany pokoleń, w ciągu kilku dziesięcioleci dojdzie do tego, że większość Europejczyków stanowić będą starcy, na których nie będzie miał kto pracować. Nie będzie również miał kto walczyć. Jedynym lekarstwem na to będzie stymulowanie dalszej imigracji. Co sprawi, że gnuśna Europa zginie bez jednego wystrzału. This is the way the world ends. Not with a bang, but a whimper.
Największy dyskomfort przy lekturze rozdziałów poświęconych demograficznej śmierci Europy powoduje fakt, iż nie da się podjąć z nimi polemiki. O ile jeszcze Laqueura interpretacja postaw muzułmańskich imigrantów pozwalałaby komuś zdeterminowanemu oskarżyć tego wyjątkowo zdyscyplinowanego historyka o nierówne rozłożenie akcentów, podkreślanie zjawisk potwierdzających jego tezę i umniejszanie innych, to z prostymi wyliczeniami, ilu będzie za pięćdziesiąt lat Niemców, Francuzów lub Brytyjczyków, a ilu musiałoby być, aby Europa przetrwała, sensownie dyskutować się nie da, bo uderzają lakoniczną oczywistością: po prostu, wymieramy. A na miejsce, które opróżnimy, przyjdą inni.
I w tym momencie „Ostatnie dni Europy” są właśnie najdonioślejsze. Czytelnik uświadamia sobie nieuchronność końca i ta nieuchronność porusza najbardziej i najmocniej zmienia perspektywę. To jak wiadomość o złośliwym raku z przerzutami – nic już nie można zrobić, tylko odliczać dni do końca. Albo modlić się o cud.
Ma oczywiście książka Laqueura swoje braki. Przede wszystkim, drażnić może pewna jej doraźność, będąca może prawem eseju, w przeciwieństwie do syntetycznej monografii – Laqueur zbyt mocno i zbyt często angażuje się w spory z thinkthankowymi myślicielami, piszącymi bieżące książki na potrzeby bieżącej polityki, co nie przydaje, niestety, „Ostatnim dniom Europy” ważności, zwłaszcza przez wzgląd na ostateczną doniosłość tematyki. Kiedy pisze się o końcu liczącej dwa i pół tysiąca lat cywilizacji, można porzucić polemiki z niezbyt znaczącymi pracownikami „intelektualnych zapleczy polityki”, zajmującymi się wyłącznie najbardziej bieżącą tematyką. Temat prosi się wręcz o dzieło i obszerniejsze i, poniekąd, poważniejsze w przyjętej metodologii.
Brakuje też książce Laqueura refleksji nad tym, co doprowadziło Europę do progu jej dni ostatnich. A to wydaje się chyba najważniejszym w tej chwili pytaniem naszej cywilizacji: dlaczego giniemy? Prosta odpowiedź, że taka jest kolej rzeczy lub logika historii – nie wystarcza, czyżbyśmy więc musieli czekać tysiąc trzysta lat na swojego Edwarda Gibbona? Być może to właśnie nienawiść to tego, co przychodzi po upadku – Gibbon nie znosił przecież chrześcijaństwa, które obarczał winą za decline and fall of the roman empire – warunkuje jasne widzenie upadku przyczyn.
Brakuje również Laqueurowi historiozoficznego namysłu nad samym procesem upadku cywilizacji, ten namysł znajdziemy jednak bez trudu gdzie indziej, chociażby u Zdziechowskiego, Spenglera lub nawet u Gibbona. Laqueur napisał zaś raczej książkę, która, chociaż zwięzła, dostarcza tak dużej ilości danych, że mogłaby stać się świetnym materiałem, do spenglerowskiej w stylu, historiozoficznej syntezy europejskiej tożsamości. Bo, warto zauważyć, rzeczona europejska tożsamość przełomu wieków XX i XXI nie doczekała się jeszcze rzeczowej analizy, przez swoich traktowana jako zwieńczający człowieczeństwo stan post-historyczny, niejako domyślny, oczywisty sam przez się, a więc analizy nie wymagający. Wrogowie Europy zaś, nawet jeśli swoich analiz dokonują, aby znaleźć europejskiej tożsamości najsłabsze punkty, to nie zwykli się nimi dzielić.
Potraktować zatem należy książkę Laqueura jako materiał do pracy dla historiozofów. Na dostarczonych przez Laqueura danych i analizach, potężną syntezę mógłby zbudować chociażby Lech Jęczmyk, jeden z najbardziej niedocenianych współczesnych polskich myślicieli, którego „Trzy końce historii, czyli nowe średniowiecze”, chociaż jest zbiorem tekstów lekkich gatunkowo, felietonów, w mojej biblioteczce stoi zaraz obok „Nowego średniowiecza” Bierdiajewa czy „W obliczu końca” Zdziechowskiego – bo i Jęczmyk jest bez wątpienia autorem tej klasy.
Jakie więc wnioski możemy wysnuć z lektury „Ostatnich dni Europy” na potrzeby współczesnej polskiej publicystyki czy literatury?
Po pierwsze, uważne czytanie Laqueura kazałoby nam niestety odrzucić szereg wątków, obecnych bardzo wyraźnie w paradygmacie konserwatywnego oglądu rzeczywistości.
Pierwszym jest wątek demoliberalnej Unii Europejskiej jako lewicowego imperium, zmierzającego w stronę postępowego totalitaryzmu. Pojawia się ten wątek, trudno mi rozsądzić, czy na serio, czy tylko w roli retorycznej figury, zarówno w publicystyce, i to różnych autorów, jak i w literaturze, szczególnie fantastycznej, gdzie występuje często topos totalitarnej Europy, rządzonej przez lewicowych i liberalnych ideologów, nie wahających się przed użyciem przemocy do obrony postępowego credo – praw zwierząt, homoseksualistów, walki z globalnym ociepleniem, etc. Takie toposy, dobrze rozegrane, pojawiają się w powieściach Ziemkiewicza, czy Wolskiego, czy ostatnio w „Requiem dla Europy” Pawła Kempczyńskiego, w formie zdecydowanie zbyt już nachalnej, co słusznie – chociaż chyba nieco zbyt nerwowo – skrytykował Jacek Dukaj w swoim tekście pt. „Wyobraźnia po prawej stronie”.
Tymczasem, jak wskazuje nam przykład Europy Zachodniej, laicyzacja wcale nie prowadzi do totalitaryzmu. To przyjemne, pisać taką publicystykę pod pozorem literatury: poopowiadać sobie o batalionach feministek, wydzierających kobietom dzieci z łon i zmuszających mężczyzn do kopulowania z kolegami z pracy, ale to wszystko albo figura retoryczna, albo nadmierna bojaźliwość autorów czy publicystów – słowem, bzudry.
W rzeczywistości laicka Europa jest miękka, niezdolna do przemocy wewnętrznej (która jest przecież warunkiem totalitaryzmu), odurzona dostatkiem i rozpustą, zainteresowana głównie konsumpcją, seksem i pochodnymi, oraz skoncentrowana na pokonywaniu komplikacji – postrzeganych jako tragedie – splotu tych dwóch wątków. Tym komplikacjom poświęcona jest znakomita większość współczesnej europejskiej twórczości, literackiej, filmowej i innej, bo też niewiele innego w ogóle jeszcze Europejczyków obchodzi. Są więc Europejczycy społeczeństwem niezdolnym do wydania z siebie aparatu przemocy i władców, koniecznych do wprowadzenia totalitaryzmu, ale ta niemoc ma szersze granice i są Europejczycy również niezdolni nawet do przemocy w imię obrony własnego “stylu życia” – czego jasno dowodzi opisana przez Laqueura absolutna niemoc europejskich państw względem islamskiej imigracji i na co słusznie wskazywała Orianna Fallacci. Muzułmanie w Europie na równi zaś nienawidzą Europy tradycyjnej, chrześcijańskiej jak Europy post-nowoczesnej, rozpustnej i próżnej.
Prawda jest więc o wiele bardziej przerażająca od fikcyjnych orwellowskich feministek, być może zbyt przerażająca nawet dla konserwatywnej publiki, która wiedziona instynktem zgubnym woli skupiać się na – słusznej skądinąd – walce z wrogiem wewnętrznym. Jednakowoż, demoliberalizm zdolny do przemocy wobec ludzi już narodzonych i zdolnych do obrony, nie byłby już demoliberalizmem. Byłby wtedy, być może, zdolny do obrony jeśli nie wartości, to przynajmniej materialnej i biologicznej substancji Europy. Dlatego twierdzę, że „totalitarny demo-liberalizm” to optymistyczna wizja, bo prawdziwa, demoliberalna Europa jest nagą, odurzoną narkotykami kobietą klęczącą w pyle, na łasce niechętnych jej domowi żołdaków. A może już nawet kobietą przerzuconą przez łęk siodła, wiezioną w miejsce, w którym akt się dokona, z twardą ręką porywacza na karku.
Jako krwawe oblicze demoliberalizmu często przedstawia się aborcyjny holocaust, jaki na ołtarzu łatwego życia składany jest każdego dnia we wszystkich, nie wyłączając Polski, europejskich krajach. Prawda jest jednak straszniejsza: ta krwawa ofiara nie dowodzi skłonności Europejczyków do przemocy, lecz tylko tego, że na ołtarzu własnego lenistwa i własnej gnuśności są skłonni złożyć nawet własne dzieci, niczym zbiorowy, laicki Abraham. Ci sami Europejczycy, którzy wcześniej dla łatwiejszego życia wycięli własne dzieci z łon swych kobiet, biernie patrzą przez okna, jak hordy śniadych barbarzyńców podpalają im samochody – wobec kogoś, kto potrafi się bić nie są w stanie bronić nawet własnego lenistwa.
Polski, w której imigracja muzułmańska nie jest problemem, rzecz nie dotyczy tylko pozornie, bo i tak, geopolityczną bezwładnością Rzeczpospolita dołączy gdzieś do ogona tego odurzonego rozkoszą europejskiego peletonu. Będzie miała swój udział w końcu Europy, kiedy wszystko się skończy, za jakieś 40 lat, bo wtedy już w sposób zasadniczy zmienią się proporcje islamskiej mniejszości i białej większości w Europie. I jest ta zmiana nieunikniona, jeśli się weźmie pod uwagę nieubłaganą demografię i niezdolność Europejczyków do przemocy względem obcych. Wtedy nastąpi ostateczny koniec cywilizacji europejskiej, jaką znamy. Być może, oczywiście, Europa zdoła wchłonąć tych śniadych pasterzy razem z ich islamem, tak jak Antyk wchłonął chrześcijaństwo i hordy jasnowłosych barbarzyńców z północy, ale to, co nastąpi potem, to będzie to już inna cywilizacja, nie nasza.
Oczywiście, Laqueur nie jest pierwszą Kasandrą. Początek końca wyznaczyć można w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy Europejczycy ostatecznie z ulgą porzucili kiplingowskie The White Man’s Burden i wyzwoleni z jarzma cywilizacyjnej misji oddali się dolce vita – słowem, kiedy przestali swych najlepszych synów skazywać na wygnanie, aby służyli tym, którzy białego człowieka stali się jeńcami, jak pisał Kipling, półdzieciom i półdiabłom. I już wtedy, czterdzieści prawie lat temu Raspail w „Obozie świętych” nie rozpoznał chronologicznego modelu najazdu, który w rzeczywistości wydarza się poprzez osmozę, przenikanie przez błony granic raczej niż ich rozerwanie – ale poza tym, gnuśną niemoc Europy oddał znakomicie, zarówno bezpośrednio, w fabule powieści, jak i w alegorycznej postaci biskupa, zatopionego w erotycznym transie na pokładzie płynącego w kierunku Europy hinduskiego statku.
Również inne obsesje konserwatywnej publicystyki tracą nieco na ważności po lekturze Laqueura. W Niemczech żyją trzy miliony Turków, i to takich nietkniętych raczej twardą ręką Mustafy Kemala, ojca Turków, który, niczym turecki Piotr Wielki, stwierdził, że jest tylko jedna cywilizacja – europejska i nakazał swoim tureckim ziomkom przybrać europejskie stroje, zgolić brody i ustanowić świecką i nacjonalistyczną republikę. Ci niemieccy Turcy nie są – jak elita tureckiej republiki – tureckimi nacjonalistami, nie czują się też związani jakimiś szczególnymi powinnościami wobec republiki niemieckiej, jako swoją postrzegają przede wszystkim wspólnotę islamu, ummę i to jej pozostają lojalni. Niemieccy Turcy rozmnażają się szybko i ciągle przyjeżdżają nowi, Niemcy zaś wymierają. Czy w obliczu tak wielkiego problemu wewnętrznego Niemiec, zwiększonego jeszcze gigantycznym niemieckim kompleksem historycznym, który moralnie i psychologicznie wiąże Niemcom ręce, ktoś może poważnie obawiać się jakiejś niemieckiej nowej Drang nach Osten? Współczesnych, kulturowo wykastrowanych Niemców, pokornie chylących czoła przed coraz liczniejszymi imigrantami z Turcji bez wątpienia nie nazwałby Roman Dmowski narodem poważnym.
O tym, że książka Laqueura falsyfikuje idiosynkrazje intelektualistów związanych z lewicą pisać szczegółowo nie trzeba, bo rzecz jest oczywista nawet na pierwszy rzut oka. Lewicowe dogmaty multi-etniczności, zajadłe zwalczanie wszelkich objawów ksenofobii, etc. są tylko przyspieszaniem nadchodzącego końca. Końca, po którym – dodać warto – na lewicową serdeczność względem obcych nowi gospodarze Europy raczej miejsca nie znajdą.
Podobnie upaść muszą rojenia umiarkowanych o sympatycznym imperium – a więc o Europie posthistorycznej, wiodącej sobie poczciwy, konsumpcyjny żywot w liberalnym raju, społecznie i socjalnie zaspokojonej, gospodarczo kwitnącej, Europie liberalnego konsensusu. Sympatyczne imperium niezdolne do obrony samego siebie nie może być podmiotem historii, stanie się przedmiotem, atrakcyjnym łupem do zdobycia. I biada tym, którzy z tajemniczego powodu uwierzyli, że żyjemy w czasach, w których nic się już nie może wydarzyć.
Biada zresztą nam wszystkim.
A co się wydarzyć może? Najbardziej prawdopodobny scenariusz rozwoju wypadków to Europejczycy z pokolenia na pokolenie wymierający ze starości i zastępowani przez nie przyjmujących europejskiej kultury wieloetnicznych muzułmanów. Wieloetniczność muzułmanów w Europie doprowadzi zapewne do stworzenia zupełnie nowej cywilizacji (czy – za Spenglerem, kultury) islamu wyabstrahowanego z kontekstów arabskich, berberskich, tureckich, pendżabskich czy pasztuńskich, przesiąkniętego pozostałościami europejskiej kultury materialnej. Na naszą cywilizację składają się trzy wątki przeszłości – antyk, chrześcijaństwo i wojenne, rycerskie dziedzictwo barbarzyńców. Islam sprawi, że to nasza cywilizacja stanie się wątkiem przeszłości w nowej kulturze, złożonej z islamu, etnicznych dziedzictw muzułmanów z Afryki i Azji oraz, właśnie, z resztek naszej europejskości. I na pewno nie będzie to już nasza kultura – tak jak nasza Europa nie jest Europą gockiego wojownika czy rzymskiego patrycjusza.
Czy jest więc coś, co pozwalałoby nam myśleć o innym scenariuszu?
Nawet jeśli trudno dziś wyobrazić sobie wizję przeszłości alternatywną do wizji Laqueura, a jednocześnie równie przekonywującą i dobrze umotywowaną, to dobrze przypomnieć sobie fragment pamiętników Winstona Churchilla, w których wspomina on swoje oficerskie, kawaleryjskie czasy u schyłku ery wiktoriańskiej – kiedy młodzi, brytyjscy oficerowie z niepokojem myśleli o swoich karierach, przekonani, iż cywilizowane, europejskie narody ostatecznie już wyrzekły się wojny – gdzież więc będą zdobywać swoje medale i szlify? Martwili się o to na kilkanaście lat przed rzezią Wielkiej Wojny.
Szczepan Twardoch
Arcana, nr 83
Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski i Wit Szostak postanowili porozmawiać o mojej książce.
Zapis rozmowy ukazał się na onet.pl, do przeczytania tutaj.
Inna, również interesująca, rozmowa o “Epifanii…” ukazała się w ostatnim numerze sieciowego periodyku “Creatio Fantastica”. Do przeczytania tutaj.
Zgodnie ze złożoną spory kawałek czasu temu obietnicą, mogę dziś odnieść się w paru słowach do artykułu Jacka Dukaja z “Tygodnika Powszechnego” pt. “Rewolucja której nie było”. Dukaj stawia tezę, że mój “Sternberg” jest próbą zbudowania mitologii IV RP. Nawiązuje przy tym do “Wieszania” Rymkiewicza, i do mojego szkicu o “Wieszaniu”, pt. “Pusty stryczek“.
Trudno oczywiście autorowi spierać się z tym, co o jego książce pisze krytyk. Mogę jednak stwierdzić, jaki był mój literacki zamiar – a P.T. Czytelnicy sami ocenić mogą, czy był to zamiar sensowny oraz czy udało mi się go zrealizować.
Otóż, pisząc “Sternberga” chciałem napisać powieść, której bohaterkami będą Polityka i Historia, odgrywające sztukę pt. “Rewolucja i kontrrewolucja”. Jacek Dukaj odszyfrowuje bez trudu szereg nawiązań do polskiej rzeczywistości lat 1989 – 2007, na ich podstawie budując swoją tezę o “Sternbergu” jako o literaturze budującej mit założycielski IV RP.
A przecież w “Sternbergu” bez wątpienia więcej jest nawiązań do historii początków III Rzeszy, z ledwie zakodowanymi SA, SS, Waffen-SS, Nocą Długich Noży na czele. Równie wiele jest bezpośrednich odniesień do rewolucji francuskiej – a wszystko to właśnie po to, by więcej napisać o Rewolucji jako takiej, nie zaś o mitologii IV RP. Dość powiedzieć, że koncepcja całej powieści oraz dwa z jedenastu rozdziałów powstały jeszcze w 2003 roku, kiedy o IV RP niewiele było jeszcze słychać.
Tak czy inaczej, interpretacja Jacka Dukaja jest bardzo interesująca i stawia odbiór “Sternberga” na takim poziomie, na jakim liczyłem go zobaczyć, więc Jackowi za ten – miejscami mocno krytyczny tekst, co sami P.T. Czytelnicy mają okazję sprawdzić – serdecznie dziękuję.
Zgodnie z moim literackim zamiarem, zrozumieli “Sternberga” Maciej Urbanowski, który w krótkiej wzmiance na łamach sobotniej “Rzeczpospolitej” określił go jako “kontrrewolucyjne capriccio historyczne” oraz Arseniusz Studyta, autor mojego ulubionego bloga – Studionu, w obszernej notce poświęconej moim obu moim powieściom.
Wielość interpretacji tej powieści sprawia mi, swoją drogą, sporo frajdy – tak czy inaczej, mój zamiar bliższy był interpretacji studyckiej, niż dukajowskiej.
Swoją drogą, widzę, że nie spotkała się z dobrym przyjęciem P.T. Czytelników moja koncepcja uczynienia bohaterów powieści egzemplifikacjami konkretnych, ludzkich postaw wobec rewolucji. Faktycznymi bohaterkami “Sternberga” miały być Polityka i Historia – podczas kiedy bohaterowie fabularni, ludzcy, mieli być tylko typami ludzkimi, możliwie szczelnie pokrywającymi szerokie spektrum postaw, od ortodoksyjnego, transcendentnego odrzucenia Rewolucji, przez odrzucenie umiarkowane, polityczne (to oczywiście bracia Sternbergowie), przez cały przegląd wielowymiarowych akceptacji i odrzuceń, z różnych przyczyn i pobudek. Dlatego właśnie narracja często porzuca głównych bohaterów, aby zająć się prowincjonalnymi
urzędnikami.
Czuję się również w obowiązku wspomnieć o dwóch bardzo interesujących i obfitych w treść wpisach na forum “Nowej Fantastyki”, pióra kol. Fauconniera, którego znam wyłącznie z internetowego pseudonimu, poświęconych, odpowiednio “Sternbergowi” i “Epifani”.
Przyjemnie – acz niełatwo – jest pisać dla tak wymagającego Czytelnika.
Zamiast podsumowania – odpowiedź na pytanie, które zadał Studyta, kończąc swój tekst o moich książkach: na razie, próbuję jednocześnie iść obiema drogami, czasem nawet w jednej książce, co stwierdzam, przeglądając dwa, gotowe już rozdziały “Przemienienia”.