Uwagi do „The way we live now”

W czwartej – najlepszej – części swojego rewelacyjnego cyklu The way we live now pisze Studyta o seksie. Rzecz wymaga komentarza.

Zacznijmy od wiodącej myśli całego mini-eseju Studyty:

Problemem dużej części współczesnych ludzi masowych jest ich niezdolność zarówno do prawdziwej, małżeńskiej miłości jak i rubasznej rozpusty. Agape i Eros równie rzadko pojawiają się w ich życiu, Chrystus i Casanova są dla nich równie niedostępni.

Literacko, ten „Chrystus i Casanova” to jest mistrzostwo świata, rzecz nadaje się, po niewielkich zmianach, na znakomity aforyzm – a przy tym spostrzeżenie jest nadzwyczaj celne.

Podepnę się trochę pod autora i stwierdzę niniejszym, że mam podobne intuicje, szczególnie, co do katolickiej teologii ciała, o której nasz autor pisze w dalszej części swojego eseju.

Pewna moja znajoma, twierdziła kiedyś, że są trzy ołtarze w życiu małżeństwa – „prawdziwy” ołtarz w kościele, stół w domu i małżeńskie łóżko. Porównań, niebezpiecznie bliskich, aktu seksualnego do Eucharystii również już kilka słyszałem. Cała europejska tradycja każe mi myśleć, że są to porównania cokolwiek bluźniercze.
Dziwaczny wydaje mi się nawet obyczaj „modlitwy przed aktem małżeńskim” – dziwaczny, niepotrzebny i co gorsza rujnujący chyba zupełnie przyjemną, rubaszną spontaniczność miłości cielesnej.

Prezentowane swojego czasu na Forum Frondy rysuneczki spółkującej pary, wystylizowane na ikony a opisywane jako zainspirowane teologią ciała wydają mi się prostą – i symptomatycznie niewłaściwą – konsekwencją takiego stosunku do cielesności właśnie.

Zgadzam się ze Studytą, że powodem rosnącej popularności teologii ciała jest próba odpowiedzi na świat pełen McSeksu, odpowiedzi jednak niewłaściwej

Tymczasem, w jakiś sposób naturalną i mądrą wydaje mi się być konwencja praktykowana w Rzplitej gdzieś w okolicach XVI i XVII wieku.
W tym sarmackim modelu nikt nie ma wątpliwości co do grzeszności niektórych zachowań seksualnych – ale też rozpusta nie jest przedstawiana jako grzech ultymatywny, jedyny i najisotniejszy. Z drugiej strony, nikt nie próbuje sakralizować seksu małżeńskiego, natomiast, co ciekawe – rozmawia się o małżeńskim spółkowaniu zupełnie swobodnie, otwarcie, nie szczędząc dosadnego języka.
Jest to konwencja znajdująca się gdzieś pośrodku trójkąta narysowanego między wierzchołkami, którymi, którymi, odpowiednio, są:

Z jednej strony martwa już dziś raczej wiktoriańska pruderia, w której przyjętym obyczajem jest publiczne stwarzenie wrażenia, że seksu *nie ma*, czego konsekwencją był na przykład przypadek Ruskina, który przed swoim ślubem nie widział nigdy nagiej kobiety i znał kobiece ciało jedynie z rzeźby antycznej. W efekcie, pan poeta, zobaczywszy w noc poślubną włosy łonowe swojej Effie, uciekł z krzykiem, przekonany, że ożenił się z dziwadłem lub potworem. Wstrętu do żony nie pozbył się nigdy i po kilku latach małżeństwo zostało anulowane.

Drugim wierzchołkiem trójkąta jest afirmacja promiskuityzmu – hooking, dogging, gołe dziewczę na co drugim billboardzie, gimnazjalistki, licealistki i studentki solidarnie przebrane za kurwy, etc. Konsekwencji i efektów tłumaczyć nie trzeba, bo widać je gołym okiem, na każdym kroku.

Trzeci wierzchołek, to nieśmiało i powoli promowana teologia ciała, i próby sakralizowania seksu, momentami ocierające się o bluźnierstwo.

Sarmacka konwencja lokuje się więc gdzieś w środku, lecz nie umiarkowanie stanowi o jej wartości. Jestem w ogóle przeciwnikiem koncepcji złotego środka – złotym środkiem między okrutnym morderstwem niewinnego a powstrzymaniem się od takiej zbrodni będzie niewinnego okaleczenie.
Konwencja sarmacka wydaje mi się – po prostu – zdrowa. Nie znajduję dla jej opisu lepszego przymiotnika, niż właśnie – zdrowy.
To „zdrowie” polega chyba na właściwej proporcji pomiędzy pruderią a rubasznością, bez zbędnej teologii.
Nie wdając się w zbyt szczegółowe rozważania, lokuje mi się to gdzieś w okolicach katolickiej „słoneczności”, radości z życia, wina, słońca, kobiet i pieśni. Wszystko to razem stanowi po części o łacińskości naszej cywilizacji.

Warto dodać jeszcze, na koniec, że ta proporcja właśnie stanowi o możliwości romansu. Romans, jako taki, nie jest możliwy w świecie hookingu i dogginu, w świecie zaliczających się nawzajem pań i panów, których płciowość bywa mniej istotna niż fakt bycia key-accountem. Nie jest również możliwy romans w wiosce Amiszów. Romans, miłość romantyczna – potrzebują właściwej proporcji pruderii i swobody.

Nie sądzę, natomiast, aby w skali społecznej powrót do takiej „normalności” był jeszcze możliwy. Aż do ostatecznego kollapsu naszej cywilizacji, skazani już będziemy albo na panujący obecnie promiskuityzm, albo na jakąś szaloną pruderię, która zapanować może lada dzień, w reakcji na model dzisiejszy. Możemy nawet spodziewać się mieszaniny jednego i drugiego, nie polegającej jednak na proporcji a na złożeniu elementów skrajnych – ładny model takiej mieszanki zaprezentował Jacek Dukaj w „Czarnych oceanach”.

Różności

1. Jacek Dukaj czyta Máraiego! Cytuje „Dzienniki” pisarza w swoim artykule o stanie polskiej fantastyki, opublikowanym w „NF”. Artykuł ciekawy, ciekawa również odpowiedź Ziemkiewicza w Salonie24.
Márai zaś, więcej nawet niż w „Dziennikach”, o kondycji pisarza i o „uprawianiu” literatury, napisał w „Wyznaniach patrycjusza”. Literatura, raz zaczęta, staje się bolesnym imperatywem. Musi boleć i musi być koniecznością.
Swoją drogą, dobrze jest czytać „Wyznania patrycjusza” po „Dziennikach” – bo czytając młodego Máraiego, irytującego w swojej bucie, męczącego w swoim progresywnym stylu życia, cały czas myślałem o starym, melancholijnym, twardym mędrcu, dogorywającym w San Diego. I taka perspektywa nadała rozbijającemu się po Europie gówniarzowi właściwej proporcji.
Máraiego określenie zadania pisarza – jako rejestratora umierających światów.

2. W kinie – Apocalypto i Holiday. A w „Dzienniku” żałosna raczej feeria recenzenckiej niekompetencji i groteski – „co prawda filmu nie widziałam, ani się nie wybieram i zaręczam, Drogi Czytelniku, że jest do niczego.”. Najśmieszniejsi są polscy „filmowcy”, którzy z manierą mistrzów kina argumentują, iż film Gibsona jest zły, ponieważ Gibson jest antysemitą. I headline – „Gibson okrutny”.
Szkoda, bo film zasługuje na trochę dobrej, kinowej krytyki, na analizę warsztatu, rozbiór przekazywanych treści – a zamiast tego Drogi Czytelnik do śniadania dostaje dwie strony jęczenia starych bab, że to takie, jeju-jeju, okrutne i że tapira zabili i że Gibson niedobry antysemita.
Continue reading

Krajobrazy

Krajobraz jest alfabetem; wiele można zeń wyczytać, ale najpierw trzeba go znać. Różne krajobrazy to różne alfabety. Nie potrafię czytać krajobrazu Warszawy, Londynu czy Frankfurtu – kiedy je oglądam, przesuwają mi się przed oczami puste, patrzę, ale nie widzę, jakbym próbował czytać arabskie pismo.

Skoncentrowany, potrafię odczytać, dukając, krajobraz Europy Środkowej. Jadąc przez wsie spiskich Sasów, przez Węgry, w Budapeszcie, we Lwowie, w czeskich miasteczkach, w Krakowie nawet, którego nie lubię – kiedy się postaram, krajobraz nagle zaczyna przemawiać, historią i teraźniejszością.
Tak samo, z wysiłkiem, odczytuję słowa zapisane w martwym języku krajobrazów Dolnego Śląska, w miastach i wsiach, które organicznie, całą swoją tkanką odrzuciły swoich nowych mieszkańców, którzy w nich nie mieszkają, a tylko gnieżdżą się, jak Longobardowie, palący ogniska w atriach rzymskich willi. Wyjątkiem tutaj jest Wrocław, który, jako jedyne ze znanych mi miast na Dolnym Śląsku, nie odrzucił przeszczepu mieszkańców, transplantacja się udała – i Wrocław, ciągle dla mnie czytelny, czyta się już w nowym języku, po polsku, nie w martwym Schlesisch .

Jeden jest tylko krajobraz, który czytam instynktownie, czasem nawet nieświadomie, bez wysiłku i skupienia.

Continue reading