Dziennik 2006-2010
Strona autorska Szczepana Twardocha
GŁÓWNALITERATURANAGRODYO AUTORZEPUBLICYSTYKAKANAŁ RSS
Trzy miesiące roku bieżącego – zapiski
Wpisane 12:28, 22 Wrzesień 2009 przez Szczepan Twardoch

Lipiec

Zanurzam się w życie dziwnie spokojnie, jak pływak na środku oceanu – wiem, że w końcu przyjdzie utonąć, ale teraz, ciągle jeszcze tyle sił, mogę jeszcze płynąć bardzo długo. Nigdy nie opuszczają mnie myśli o świecie, w którym wszystko się skończyło – ale na co dzień panuje spokój: męczący, duszny, ale jednak spokój. Wstaję, kawa, pracuję, znowu, W. nauczył mnie zaparzania kawy po arabsku, w dżezwie,  z kardamonem, potem bawię się z synem, wieczorem jemy z A. kolację, pijemy wino (carmenere, sangiovese, pinot noir), czytamy, albo oglądamy filmy, spać.

I tak co dzień: do tego, żebym przypadkiem nie zrósł się z fotelem, czasem droga do Warszawy, albo do Krakowa, jakbym wypływał z bezpiecznego portu na łowiska, gdzie ocean pełen tłustych ryb. Wtedy pociąg, albo samochód, hotel, albo z wizytą u przyjaciół, trochę czasu z oczami przy szybie i proste, dech w piersiach zapierające szczęście, kiedy na dworcu mój Franek krzyczy „tutuś!” i biegnie do mnie z rozpostartymi rączkami i obejmują mnie te małe rączki za szyję.

Szczęście, gęsto przeszyte najstraszliwszym przerażeniem, obawą, która chciałaby to maleńkie, żabie ciałko otoczyć ramionami jak murami twierdzy.

Raz, dwa razy w tygodniu squash, który zdaje mi się być sportem dziwnie podobnym szermierce, takiej szermierce, jaką kiedyś uprawiałem, czyli po prostu sztuce walki z rapierem, nie skonwencjonalizowanemu sportowi polegającemu na dotykaniu przeciwnika drucikiem wyposażonym w elektryczny przycisk na końcu. Praca nóg podobna, w podobny sposób trzeba sobie wyznaczyć menzurę, czyli zasięg do zrobienia w jednym wypadzie przestawnym. W szermierce, wbrew temu co wydawać by się mogło tym, którzy znają tylko ten interesujący być może sport, uprawiany w białych strojach przy użyciu giętkich drucików – w szermierce, pozbawionej zwyczajowych konwencji (jak te, które np. w szermierce sportowej zabraniają przylać przeciwnikowi w zęby wolną ręką, kopnąć w krocze, w udo, pod kolano), kontakt bezpośredni był bardzo częsty, większość pojedynków kończyła się zapasami, co potwierdza zresztą nasza praktyka sparringowa z dawnych lat, kiedy tak często puścić trzeba było rękojeść rapiera i użyć pięści, łokcia, kolana, wreszcie masy ciała.

Do szermierki, nabijania sobie siniaków, do pękniętej skóry, obolałych żeber i walenia przyjaciół pięścią w ucho czy kolanem w brzuch trzeba było mieć dwadzieścia lat. Squash to dobry analog, kiedy ma się lat trzydzieści. Szkoda tylko, że to co było pewnym atutem w walce (masa – kiedy się przechodziło do zwarcia), w squashu tylko przeszkadza.

Sierpień

Dalej dobre dni. Ciepło, lato miłe, niezbyt upalne, dobre. Przeniosłem się z pracą do altany w ogrodzie rodziców, nasiąkam spokojnym, botanicznym pięknem flory ujarzmionej. Śmieszne rozmowy z synem, dużo dobrego czasu z żoną. Wino, jak zwykle latem, smakuje o wiele lepiej. Dobre jedzenie: świeże, pyszne pomidory z mozzarellą, aż napuchłe od słońca, bazylia, rukola, oliwa, krewetki z czosnkiem i pietruszką i chenin blanc. W Gliwicach pojawiło się niepasteryzowane piwo z browaru Amber. Z przyjaciółmi na długie posiedzenia do restauracji, nad kolacją, piwem, kawą. Znaleźliśmy miejsce, w którym ogródek restauracji połączony jest z placem zabaw dla dzieci – Franek bawi się w piasku.

Dużo książek – Márai, Grossman, „W oficynie Elerta” Zambrzyckiego, Krúdy, Veblen, nowelki Bobkowskiego. Krótkie powtórki: Chamfort, Jünger. Inspirująca wspólna praca z W. i Ł., mimo wyników poniżej oczekiwań, same spotkania – wspaniałe: papierosy, wino, dobre jedzenie i coś najdziwniejszego pod słońcem: kolektywna praca literacka.

Wrzos kwitnie, drżą fioletowe słupki, liżą je pszczoły. Szorstki len na opalonej skórze. Lato, cholera.
I tylko wczesne poranki ciężkie, jak zawsze, pobudki jak na kacu, ciężka głowa, sucho w gardle, katar, dopiero kawa, dwa albo trzy kwadranse otumanionego obijania się od ścian, prysznic i wraca życie. Praca, odpoczynek, czasem, rzadko, trochę lenistwa.

Praca w ogródku kawiarni na gliwickim rynku. Ciepłe od lata miasto, rozgrzane płyty bruku, paradują ładne i brzydkie dziewczyny, muzykanci i gołębie. Dużo muzyki: Joy Division do pisania, Beth Gibbons, , Gaba Kulka ostatnio (zapętlona Lady Celeste do pisania) – ukradziona siostrze, ale siostra ma Zuzię, która jest mniejsza niż duży kot, więc nie ma kiedy słuchać muzyki. Stare Jamiroquai do samochodu.

Wrzesień

I wraca się z Mazur. Się było na Mazurach. Się żeglowało, dobrze wiało, nos się opalił i włosy pojaśniały, jak zwykle od słońca. Się siedziało na Mamerkach, się piło wino i się gapiło na jezioro, ze zdziwieniem konstatując, że to w pewnym sensie ten sam pejzaż, jak znad ogniska na Eriksonodden.

Ciągle nie umiem wydestylować tego, który element krajobrazu wywołuje we mnie to poczucie, to wrażenie spokoju; na pewno woda, wolny rytm fali, na pewno szeroka perspektywa. Ale to nie wszystko, jest w każdym razie w tych boleśnie wyeksploatowanych krajobrazach mazurskich jezior coś takiego, co czułem również siedząc białą nocą nad Zatoką Colesa, nad ogniem.

A pieprzony Spitsbergen nie chce mnie puścić: na przykład w zeszłym tygodniu spadł pierwszy śnieg. Co oczywiście wiem, bo do bukietu moich nałogów dorzuciłem codzienne sprawdzanie co tam słychać (svalbardposten.no) a co widać w Longyearbyen. W każdym razie, w tym roku spadł ten śnieg trochę później niż w zeszłym; kiedy ostatniego dnia wyszliśmy z namiotów, Svalbard był już oprószony bielą jak pączek cukrem-pudrem i to było przyjemne pożegnanie.
Mieszkańcy Longyearbyen początek lata wyznaczają w momencie, w którym przełamuje się nawis śnieżny na Operafjellet, doskonale widoczny z miasteczka – ma ów nawis kształt kieliszka do szampana i łamie się nóżka, widać go też w paru kamerkach internetowych. W tym roku przełamał się 21 lipca, a dziś już nie widać go spod nowego śniegu.

Nie chce mnie puścić również literacko: wydawało mi się, że temat wyczepię „Zimnymi wybrzeżami”, a tu nic z tego. Napisałem już opowiadanie pt. „Tak jest dobrze”, z którym nie wiem jeszcze co się wydarzy, a już piszę kolejne i oba, mimo, że w gruncie rzeczy obyczajowe, osadziły się jakoś same w Kraju Ostrych Gór.
No i w efekcie w 2010 to już pewnie się nie oprę i pojadę znowu. Może tym razem więcej od strony morza i dalej od Longyear, mam już parę pomysłów. A może w ogóle morzem?

A tutaj, teraz: mój Franek skończył dwa lata – i przez te dwa lata nauczył się chodzić, mówić, złościć, kaprysić, robić „mój, mój tatuś” i i w ogóle nauczył się być. Ja po raz pierwszy w życiu poczułem się naprawdę dorosły, ale to on dokonał większego kroku: z człowieczego niebycia, oto jest.

I z wrześniem przyszła cholerna jesień. Jest pięknie i smutno. A. w Leeds, ale tylko na dziesięć dni. M. w Singapurze, do Bożego Narodzenia, albo dłużej. A tutaj, jesteśmy sami z Frankiem, chociaż ja w sumie i tak więcej czasu z komputerem – z pracą, albo z otępiałym gapieniem się w monitor.

I znowu – do Warszawy, na łów, na łów, towarzyszu mój, do Krakowa, żeby potem wrócić do pilchowickiej jaskini z nadzianym na opalony w ogniu oszczep krwawym ochłapem. Zimno już, nienawidzę tych chwil, kiedy lato tak definitywnie odchodzi na tak długo i znowu przychodzą dni zimne, pochmurne i bezlistne.

Synecdoche, New York Charliego Kaufmana. Film, jeden z najlepszych widzianych w ciągu ostatnich paru lat. Tak dobry, że aż nie chce mi się o nim pisać. Nie chcę psuć tego ulotnego poczucia obcowanie z wielkością prostymi konceptualizacjami, że to było o tym i o tym, oraz wyrażało to czy tamto.

A. wraca z Leeds, przywozi mi w prezencie śliczny, kieszonkowy moleskine. Piszę w nim atramentem zielonym, zmieszanym pół na pół z czarnym, zmysłowa przyjemność wodzenia stalówką po gładkim, nasiąkliwym papierze.

Wpisane w Inne | 7 Komentarzy Więcej »
Cytat na dziś III
Wpisane 14:37, 26 Lipiec 2009 przez Szczepan Twardoch

Po południu jeszcze raz w dolinie Teberdy, chociaż trochę padało. (…) Przede wszystkim chciałem raz jeszcze nacieszyć się widokiem starych drzew; to, że one wymierają na ziemi, jest wśród wszystkich złych znaków najbardziej niepokojące. Są przecież nie tylko najpotężniejszymi symbolami nietkniętej siły Ziemi, lecz również ducha przodków, tkwiącego w drewnie kołysek, łóżek i trumien. W nich jak w relikwiarzach przebywa uświęcone życie, które z chwilą ich upadki człowiek traci. Tu jednak stały jeszcze prosto: potężne jodły, do których pni gałęzie tuliły się jak obcisła suknia, buki w srebrnym blasku, strupiaste puszczańskie dęby, szara grusza leśna. Żegnałem się z tymi olbrzymami jak Guliwer, zanim uda się do krainy Liliputów, u których ogrom powstaje dzięki konstrukcji, nie przez swobodne rośnięcie. Wszystko to ukazało mi się tak przelotnie jak we śnie, jak bożonarodzeniowe cuda oglądane w dzieciństwie przez dziurkę od klucza – ale w pamięci pozostaje miarą. Trzeba przecież wiedzieć, co świat ma do zaoferowania, żeby nie skapitulować zbyt tanio.

Tyle Ernst Jünger. Do mnie nie mówią drzewa, mówi do mnie za to krajobraz dalekowschodnich stepów i polarnych pustyń. To inna rozmowa z krajobrazem – nie intymny szept, jak mantra miękkich obrazów hajmatu, które szepczą do mnie tak, jak ja sam szepczę kołysanki, modlitwy i zaklęcia do ucha mojego synka.

Wysokie góry o nagich, niezalesionych szczytach, stepy i tundra Zimnych Wybrzeży mówią inaczej: krzyczą dalekim horyzontem, śpiewają, kiedy ocean szlifuje czarne plaże. Nie nawiązuje się z nimi dialogu, surowość i sublime takich krajobrazów sprawia, że człowiek jest tylko niemym słuchaczem. I usłyszeć może prehistorie z dewonu, karbonu i permu ten, który potrafi czytać miękkie pismo zgniecionych w synkliny i antykliny węglowych skał, odnaleźć może dramat w zgrzycie lodowców, żłobiących powoli swe szerokie, chylące się ku oceanowi łoża.

Kto inny usłyszy tylko wrzask setek tysięcy ptaków nad fiordem, albo dojrzy tajemnicę w dziwacznym zgromadzeniu kilkunastu orłosępów – czy może sępów kasztanowatych, nie pamiętam już – na środku ledwie trawą porosłego stepu. Nie nad padliną, po prostu siedzą na ziemi, z głowami wtulonymi między ptasie ramiona i patrzą w jednym kierunku.

Jeszcze kto inny słyszał będzie jęk i trzask dębowych desek poszycia wielorybniczego żaglowca, wyrzuconego na przybrzeżne skały. Ciche umieranie rozbitków, polarną nocą: z głodu, na szkorbut lub z zatrucia niedźwiedzią wątrobą: jedna zawiera śmiertelną dla człowieka dawkę retinolu. Albo umieranie głośne, w szczelinach lodowców, w niedźwiedzich szczękach, w lodowatej wodzie, albo od noża lub kuli. Albo śmierć w huku końskich kopyt, kiedy na grzbietach niskich, grubych mori step przemierzają zbrojni, konni łucznicy tureccy, mongolscy i indo-europejscy, ludy Xiognu, Mongołowie, Kazachowie i Kozacy, zdobywcy Pekinu i Moskwy, komuniści, muzułmanie, buddyści, prawosławni i ci, którzy wierzą w dusze zwierząt i w szamańskie kamłanie. Czyngis Chan i Ferdynand Ossendowski, Attyla, Arpad i Fiodor Romanowicz Ungern baron von Sternberg, Suche Bator i Gieorgij Konstantynowicz Żukow, zdobywający tytuł Bohatera Związku Radzieckiego po raz pierwszy, za rozbicie Armie Kwantuńskiej pod Chałchin-Goł, wszyscy w jednej hordzie, ich pot i mocz zmieszany z moczem i potem koni i krew, wsiąkająca w suchą ziemię. I nawet kiedy patrzy się na step zupełnie pusty, na cichą taflę jeziora Chubsuguł, nawet wtedy słychać ich konie, tak jak słychać jeszcze na Spitsbergenie szum w słuchawkach niemieckich radiotelegrafistów, nadających w czasie II Wojny Światowej zaszyfrowane prognozy pogody z ukrytych między lodowcami stacji meteorologicznych, tej potężnej broni wojny powietrznej nad Europą.

W krajobrazie zobaczyć można też osobne, tajemnicze życie, osobne jak życie na innych planetach: życie zimujących na Svalbardzie reniferów, pardw i pieśców, życie pokorne, ciche, przyczajone, życie niewolników zimy i nocy, uniżenie schowanych w dolinach, gdzie huraganowy wiatr przydusza ich kościste ciała do ziemi lub podążających strachliwie po zamarzniętym morzu za białym królem północy, aby z jego uczty uszczknąć ochłap.

Aby doczekać słońca, aby doczekać dnia, kiedy śnieg odkryje ucztę traw i porostów.

Życie pełznących po ziemi drzew tundry, polarnych wierzb i karłowatych brzóz, salix polaris i betula nana, tak samo do ziemi przygniecionych, między trawami układających swe pnie, gałęzie i mięsiste liście, zasypywanych śniegiem i w zmarzlinę zapuszczających wątłe korzenie, a jednak żywych.

Wpisane w Cytat na dziś, Wszystko jest literaturą | Brak Komentarzy Więcej »
Anomia
Wpisane 22:47, 9 Styczeń 2009 przez Szczepan Twardoch

Jeden z moim zdaniem najważniejszych – i najbardziej znanych – fragmentów z całej, na polski przetłumaczonej twórczości Ernsta Jüngera to fragment „Na marmurowych skałach”: Bywają epoki upadku, w których zaciera się forma, stanowiąca najbardziej immanentny wzorzec życia. Wtrąceni w nie, zataczamy się na prawo i lewo, jak istoty pozbawione równowagi. Z tępych przyjemności wpadamy w tępy ból, a świadomość straty, ożywiająca nas ciągle, ponętniej rysuje przed nami przyszłość i przeszłość. Poruszamy się w minionych epokach lub odległych utopiach, podczas gdy teraźniejszość przemija.

Bardzo podobnie brzmiące zdania znalazłem we wcześniejszym o kilkanaście lat od “Na marmurowych skałach” „Wilku stepowym” Hermanna Hessego: Każda epoka, każda kultura, każdy obyczaj i tradycja mają swój styl, swoją specyfikę, swoje subtelności i ostrości, uroki i okrucieństwa, każda epoka uważa pewne niedomogi za oczywiste, a inne zło znosi cierpliwie. Prawdziwym cierpieniem, piekłem, staje się życie ludzkie tylko tam, gdzie krzyżują się dwie epoki, dwie kultury i religie. Gdyby człowiek antyku musiał żyć w średniowieczu, zginąłby marnie, podobnie jak zginąłby dzikus w naszej cywilizacji. Bywają okresy, w których całe pokolenie dostaje się miedzy dwie epoki, między dwa style życie, tak że zatraca ono wszelką naturalność, wszelki obyczaj, wszelkie poczucie bezpieczeństwa i niewinności. Rzecz jasna, nie wszyscy odczuwają to jednakowo silnie. Filozof taki jak Nietzsche przecierpiał dzisiejszą nędzę wcześniej o całe jedno pokolenie – to, co on świadomy prawdy musiał znieść sam, stało się dziś udziałem tysięcy.

Są to bez wątpienia opisy klasycznej, durkheimowskiej anomii; jeśli więc żyjemy w anomicznym świecie, między, jak pisze Hesse, dwoma epokami, to nie powinniśmy uznawać teraźniejszej rzeczywistości za stan ustalony. „Ponowoczesność” to pusty termin – w rzeczywistości od stu lat żyjemy w świecie dynamicznej zmiany. Nie ma jednak podstaw, aby sądzić, że to dynamika rzeczywistości społecznej jest tym, co zastąpiło statyczne światy przeszłości – dynamika jest jedynie cechą okresu przejściowego, zmianą jednej społecznej statyki na drugą.

Być może dlatego właśnie teraźniejszość tak niechętnie poddaje się zrozumieniu, być może dlatego tak niewiele wiemy o epoce, w której przyszło nam żyć – i lepiej, niż nasz własny świat rozumiemy statyczne rzeczywistości Średniowiecza, bo teraźniejszość daje się opisać jedynie wycinkowymi konceptualizacjami.

Formy, stanowiącej immanentny model życia nie można zadekretować, ale mogłaby się sama – jakaś – wyrodzić z ponowoczesnego modelu życia ponowoczesnej burżuazji – tyle, że ponowoczesna burżuazja żyje w nienawiści do ogólnych ram swojego modelu życia. Ramy te nie są formą, o jakiej mowa była wyżej, gdyż są zewnętrzne, jak to ramy – opasują życie, stawiając mu pewne granice, jednak wewnątrz tych granic panuje chaos – forma zaś porządkowała życie od środka.

Współczesny bourgeois nienawidzi modelu własnego życia z różnych powodów: z pozycji prawicowych lub lewicowych, z powodów ekologicznych albo dehumanizujących, ale ta nienawiść w istocie jest zawsze ta sama – stąd kult wakacji, kult wszystkiego tego, co pozwala chociaż na chwilę oderwać się od życia, przenieść się w życie inne: stąd filmy sensacyjne, sporty ekstermalne. Stąd też kult samorealizacji, wszystkie te “it’s your life”, “live your life”, “bądź sobą”, “żyj naprawdę”, etc. Tym wątkom naszej kultury zamierzam zresztą poświęcić osobny tekst.

Czy ktoś może sobie wyobrazić Samuela Pepysa skaczącego na bungee? Dzisiejszy Pepys pracuje miesiącami po to, aby potem, chociaż przez chwilę poczuć się kimś innym. Pepys nie musiał uciekać od swojego życia, ale Pepys miał formę, a współczesny bourgeois ma tylko ramy życia.

Dlatego wszelka futurologia uprawiana na zasadzie ekstrapolacji teraźniejszości w przyszłość nie ma sensu. Formy przyszłości nie narodzą się tak po prostu z form naszej teraźniejszości, bo nasza teraźniejszość jest bezforemna. Europę czeka najpierw wielki zakręt, za pięć albo sto lat, Europę czeka Redefinicja równa przynajmniej Rewolucji Francuskiej, czeka Europę Redefinicja, o której powiedzieć możemy tylko tyle, że przyniesie świat całkowicie odmienny od świata naszego: bez wątpienia nie będzie więc Redefinicja kontrrewolucją, o jakiej marzą co głupsi konserwatyści.

Chyba że Europa po prostu wymrze, zanim zdąży się ze swojej bezforemności wyrwać, zanim się przedefiniuje. Co wydaje się być scenariuszem bardzo prawdopodobnym.

Wpisane w Inne | 6 Komentarzy Więcej »
Varia wojenno-filmowe
Wpisane 17:56, 13 Sierpień 2008 przez Szczepan Twardoch

1. Po raz pierwszy dzisiaj mam powód, aby być dumnym z prezydenta, na którego głosowałem. Oczywiście, nawet do tej pory Kaczyński i tak był najlepszym prezydentem po 1989 roku, ale umówmy się, średni to honor wygrać w tej konkurencji z sowieckim generałem Jaruzelskim, głupim jak but Wałęsą i postkomunistycznym aparatczykiem-alkoholikiem Kwaśniewskim. A wczoraj, w Gruzji, Lech Kaczyński po raz pierwszy od początku kadencji wyszedł z cienia swojego brata.
Po stronie Gruzji jest cała moja sympatia, ale przy tym nie zapominam, że Rosja jest po prostu i tylko wrogiem mojego kraju, niczym więcej – nie muszę czuć do Rosjan nienawiści ani pogardy. Rosja zagraża Polsce na wiele różnych sposobów, przede wszystkim przez niewątpliwą i głęboką agenturalną infiltrację wszystkich dziedzin polskiego życia społecznego, polityki, gospodarki, wojska i mediów. Ale to nie czyni Rosjan nie-ludźmi. Rzeczpospolita musi dołożyć wszystkich sił do zwalczania rosyjskich interesów, tam gdzie ma interesy swoje – ale do tego nie trzeba Rosjan nienawidzić. Ani nimi gardzić. Wydaje mi się, że nienawiść i pogarda mogą nawet przeszkadzać.

2. Postanowiłem zabawić się w snucie political fiction:
Wersja A) Administracja Busha podpuszcza Saakaszwilego, aby odebrał to, co mu się skądinąd słusznie należy, tj. Osetię. Wiedzą przy tym doskonale, że Rosjanie jednak się ruszą i że najpewniej wcale się w Osetii nie zatrzymają, ale Gruzinie tego nie wiedzą i radośnie wkraczają do Osetii. Rosja oczywiście reaguje – a Amerykanom właśnie o to chodziło – groźni Rosjanie pracują na rzecz McCaina, który chętnie posługuje się wojowniczą retoryką, osłabiając pozycję Obamy, tę amerykańską kopię Kwacha skrzyżowanego z Tuskiem, czyli porozumienie i miłość ponad podziałami.
Wersja B) Ruscy robią sobie w lipcu manewry na Kaukazie. Saakaszwili widzi co się święci, skoro nawet Michalski z “Der Dziennika” o tym słyszał. Szuka pomocy w USA, nie otrzymuje jej i zdesperowany, postanawia wykonać uderzenie wyprzedzające(na terytorium teoretycznie należące do Gruzji, lecz praktycznie pozostające poza jej suwerennością) , licząc, że to zapewni mu lepszą pozycję wyjściową w nieuniknionym konflikcie militarnym. Militarnie nie wiedzie mu się najlepiej, jednak dyplomatycznie udaje mu się całkowicie zniwelować ewentualne skutki naruszenia nieformalnego rozejmu “olimpiadowego” i Rosja zostaje jednoznacznie uznana za agresora. Skądinąd słusznie, lecz po gruzińskiej próbie podporządkowania sobie zbuntowanej prowincji, nie było to wcale takie pewne.

2. Batman. To już czwarta, udana adaptacja komiksu, jaką widziałem w kinie – po “Hellboyu”, “Sin City” i może “300″. Tym trudniejsza, że jednak niełatwo jest zrobić nieobciachowy film o facecie przebierającym się za nietoperza, o wiele trudniej niż np. zekranizować “Sin City”.
Nolanowi jednak bez wątpienia się udało. Lubię wszystkie filmy tego reżysera, od świetnego “Memento”, przez mniej może wybitną, ale zręczną i mocną “Bezsenność”, aż po świetny, oryginalny i odkrywczy “Prestiż”. Rację ma jednak Łukasz Orbitowski, że bez wątpienia nie jest to “najlepszy film w historii kina”. Bez przesady. Rola Heatha Ledgera jest wspaniała, jego Joker jest sto razy bardziej przerażający, niż Joker Nicholsona, jest przy tym również dowodem na wielką artystyczną elastyczność tragicznie zmarłego aktora, który potrafił zagrać role tak różne, jak Joker właśnie, czy kowboj-pederasta w świetnie zagranym i pięknie sfilmowanym “Brokeback Mountain”, który poza tym był filmem wyjątkowo, dzięki kiepskiemu scenariuszowi, słabym. Ale poza tym – Bale, który przecież jest wielkim aktorem, nie daje z siebie zbyt wiele, chociaż trudno też spodziewać się, żeby dało się zrobić aktorski koncert z roli faceta przebranego za nietoperza. Oldman – niestety, ledwie miga w tle. Maggie Gyllenhaal, Eckhart – jakby wyciosani z drewna, nudni, nieciekawi. Eckhart, swoją drogą, położył swoją drewnianą obecnością świetną skądinąd “Czarną Dalię”.

3. Bale, chociaż, mam wrażenie, rozmienia się trochę na drobne, grając “Batmana” czy Johna Connora w “Terminatorze”, ciągle potrafi pokazać wielki aktorski kunszt. Obejrzeliśmy niedawno film “Harsh Times”, gdzie Bale wciela się w rolę niestabilnego psychicznie weterana. I jest to wspaniała rola – Bale jest przekonywujący, momentami brawurowy, rola dużo lepsza niż w Batmanie. I w ogóle, na pierwszy rzut oka wygląda rzecz na dobry film.
Jednak, powiela niestety kliszę, obecną w kulturze masowej od dobrych czterdziestu lat – iż wojna zmienia żołnierzy w psychopatów. Jest to opinia obecna w kulturze tak mocno, że aż czasem nikomu nie przychodzi do głowy, aby ją zweryfikować. Mogę jeszcze zrozumieć, że dali się do niej przekonać Amerykanie – chociaż, zdaje się, że w kulturze masowej cezurą wojen, od których zostaje się psychopata, jest Wietnam, trudno znaleźć nawet we współczesnych filmach wojennych postaci, które zostałyby psychopatami po udziale w II wojnie światowej.
Oczywiście, wojny zostawiają w ludziach straszne ślady. Nie trzeba tego tłumaczyć chyba nikomu, kto rozmawiał kiedyś z weteranami z pokolenia mojego dziadka, urodzonego w 1920 roku. Hegel twierdził, że wojna polaryzuje charaktery, Jünger (ten drugi, o ile dobrze pamiętam) pisał, że długą wojnę niewielu zniesie bez szkód na duszy. Lecz dodawał również, że długiego pokoju bez szkód na duszy nie zniesie nikt – to tak na marginesie. Tak czy inaczej – te szkody na duszy nie oznaczają jeszcze całkowitej erozji norm moralnych i utraty wszelkiej stabilności psychicznej, co możemy łatwo sprawdzić, bo chyba większość P.T. Czytelników tego bloga zna weterana jakiejś wojny. Mało tego – wielu przecież jest takich, których te straszne, wojskowe doświadczenia, walka z bronią w ręku uszlachetniły, zamiast zdegenerować.
Dobrze pisze o tym Max Hastings w swojej zawodowej autobiografii “Going to the Wars” – pisze o tym, że pracując jako korespondent wojenny w Wietnamie, w Izraelu, na Falklandach i podczas wielu innych wojen, spotkał bardzo wielu żołnierzy różnych armii – i byli różni, lecz znakomita większość spośród tych żołnierzy była przyzwoitymi, szlachetnymi ludźmi, skoncentrowanymi na pełnionej służbie. To ożywczy głos, kiedy ciągle ogląda się na ekranie psychopatów.
Czasem mam nawet wrażeni, że poddani wpływowi tego popkulturowego toposu żołnierze, nawet ci, wracający z misji mniej niebezpiecznych niż praca dzielnicowego w małym mieście, czują sie niejako zobowiązani do posiadania wyrw w psychice.
Nawet jeśli przez całą swoją turę przekładali papiery w kancelarii.

Wpisane w Inne | 6 Komentarzy Więcej »
Po co żyć?
Wpisane 22:10, 3 Czerwiec 2008 przez Szczepan Twardoch

Pocałunki mojej żony, uśmiech mojego synka i jego spokojne, powolne i uparte “dadaedidoedededidaode”. Ich spokojne oddechy, kiedy zasypiam.
Czytanie takich książek, przy których czuje sie zazdrość, że się ich samemu nie napisało, uczucie ogromnej, obezwładniającej ulgi kiedy pisze się “KONIEC” i próżna euforia, kiedy na konto wpływa jakieś smutne honorarium. Jezu jak się cieszę, z tych króciutkich wskrzeszeń, kiedy pełną kieszeń znowu mam, znowu mogę myśleć trochę jakby ściślej i wymyślam wtedy nowy plan.
Zapach i smak pierwszego łyka wina, szum w głowie przy drugiej butelce.
Nie do pomylenia z niczym chwile po kilkunastu godzinach marszu z ciężkim plecakiem, kiedy się siada na zimnym wybrzeżu z kubkiem słodkiej herbaty i właśnie skręconym papierosem, się patrzy na polarne morze po horyzont, obok siedzi najlepszy kumpel i się razem milczy i się słucha miliona mew, i się jest, jak na obrazie Caspara Davida Friedricha i nawet morze i niebo mają taki kolor jakby były z farby olejnej, pod słońcem niezachodzącym.
Szum opon na dobrej i dalekiej drodze, nocą, z rękami na kierownicy i muzyką,i to cudowne uczucie mocy pod prawą stopą, kiedy wystarczy lekko tylko popchnąć gaz i alfa wyrywa się od dziewięćdziesiąt do sto pięćdziesiąt, szybko jak mgnienie oka, a mogłaby jeszcze dużo szybciej, gdyby stopę wepchnąć głębiej, w prawej szybie migają koła wyprzedzanej ciężarówki.
Kiedyś, pijane noce z klubie, z dłońmi na biodrach żony, w tym samym klubie, w którym tańczyliśmy dziesięć i dwanaście lat temu, włoskie jedzenie i wino wieczorem, w ogródku restauracji, z małymi latarenkami między stolikami i parasolami.
Gorąca lufa strzelby po rozstrzelaniu w powietrzu kilkunastu rzutków bez pudła, smużka niebieskiego dymu z resztek dopalającego się na jej ściankach prochu.
Zapięcie guzika w nowym, pięknym garniturze, pod palcami bezładny zwój materiału zamienia się w węzeł, z którego wypływa i rozwija się struga błyszczącego jedwabiu, nogawki załamują się na butach jedną, zdecydowaną fałdą.
Szybki jacht i równa, spokojna czwórka, pełne szmaty, dobra załoga, przechył niezbyt duży, byle szybciej iść, pełny półwiatr i kawał jeziora przed sobą, prosty kilwater, przecięty zwrotem, trzaśniętym jak na regatach, z warczeniem kabestanów i hukiem sztywnego dacronu żagli wypełniających się wiatrem już na drugiej burcie. Sztorm na Bałtyku, na bukszprycie okrakiem bez lajfpatentu, bo nie było czasu założyć i zbieranie foka, rzucającego jak oszalały kilogramową szeklą przy rogu szotowym. Białe wyspy na Morzu Śródziemnym.
Uścisk dłoni taty i jego “Z Panem Bogiem”, kiedy wyjeżdżam.
I wysiąść z samochodu na sercu świata, na twardej jak beton pustyni, płaskiej i równej jak stół wycięty pełnym kołem horyzontu, i po horyzont nic, tylko ziemia spękana niczym dno wyschłej kałuży, możesz patrzeć w każdą stronę, tylko samochód, na środku tej zakreślonej krzywizną planety krainy jak morze, i ty, i ci, którzy z tobą tym samochodem jadą.
Spacer letnią po nocą po rozgrzanym całym dniem upału mieście i słuchanie, jak kamień, cegła, asfalt i beton oddają powietrzu swoje ciepło.
Kawa ciężkim porankiem. Radiohead w stereo, tak głośno, że drżą szyby w drzwiczkach kredensu.
Oszroniony kufel piwa wypity duszkiem po całym dniu marszu w upale, kiedy język przysycha do podniebienia a pot cichym strumieniem spływa między łopatkami.
Spotkanie dawno niewidzianego przyjaciela. Burza wściekła i jej zapach.
Taniec z odzianą w letnią sukienkę dziewczyną, która daje się prowadzić tak, że zaczyna się niesłusznie wierzyć we własne, taneczne talenty.
Czytanie “Dzienników” Máraiego po raz pięćdziesiąty, ale zawsze jak po raz pierwszy. I Jünger. Przewrócenie dziesięciu poperów z jedną zmianą magazynka najszybciej jak się da i szybciej, niż ostatnim razem.
Niedzielny obiad u dziadków, z całą rodziną. Film, z którego wychodzi się w milczeniu.
Absolutna cisza na jeziorze lekko jeszcze rozhuśtanym wczorajszą falą, bardzo wczesnym rankiem, z puklami mgły nad wodą i chłodem, przenikającym pod polar. I papieros przed śniadaniem, zanim jeszcze wszyscy wstaną.
Lodowate jabłka, ciemnoczerwone i bardzo dojrzałe, zebrane z drzewa o poranku po pierwszych chłodnych nocach, w początkach października.

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 7 Komentarzy Więcej »
  • Wstecz
  • Najnowsze wpisy

    • O McCarthym na polityka.pl
    • Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów
    • Cytat na dziś XI – żadnych marzeń, panowie
    • Aksolotl narodów
    • Powieść o ludziach radzieckich
  • Najnowsze komentarze

    • Wachmistrz o O McCarthym na polityka.pl
    • Marcin Kotowski o O McCarthym na polityka.pl
    • Jakub o Aksolotl narodów
    • 63624 o O McCarthym na polityka.pl
    • Jakub o O McCarthym na polityka.pl
    • ms o O McCarthym na polityka.pl
    • Foxx o Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów
    • Wachmistrz o Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów
  • Tagi

    Śląsk Ślůnsk ślůnsko godka Arcana broń Broń i Amunicja Chateaubriand Christianitas chrześcijaństwo Cioran Czas Fantastyki dukaj Ernst Jünger felieton fiderkiewicz film Fronda Jünger język śląski kaczyński kino kościół konkurs literatura lustracja Márai Mackiewicz Michalski michnik Militaria opowiadanie orbitowski podróże polityka powieść Przemienienie Rosja Sándor Márai Spitsbergen spotkanie sternberg Tocqueville twardoch zabawy z bronią zimne wybrzeża
  • Kategorie

    • Arcana (3)
    • Broń i Amunicja (15)
    • Christianitas (5)
    • Cytat na dziś (10)
    • Czas Fantastyki (6)
    • FA-Art (1)
    • Fronda (6)
    • Gazeta Polska (2)
    • Informacyjne (69)
    • Inne (147)
    • ś.p. Życie (1)
    • Militaria (13)
    • Niepublikowane (11)
    • Opcje (4)
    • Pů našymu (6)
    • Wszystko jest literaturą (15)
    • Z papieru (2)
  • Archiwa

    • Marzec 2010 (1)
    • Luty 2010 (1)
    • Grudzień 2009 (2)
    • Listopad 2009 (3)
    • Październik 2009 (4)
    • Wrzesień 2009 (5)
    • Sierpień 2009 (1)
    • Lipiec 2009 (6)
    • Czerwiec 2009 (3)
    • Maj 2009 (9)
    • Kwiecień 2009 (3)
    • Marzec 2009 (9)
    • Luty 2009 (5)
    • Styczeń 2009 (3)
    • Grudzień 2008 (3)
    • Listopad 2008 (5)
    • Październik 2008 (6)
    • Wrzesień 2008 (3)
    • Sierpień 2008 (5)
    • Lipiec 2008 (6)
    • Czerwiec 2008 (5)
    • Maj 2008 (4)
    • Kwiecień 2008 (6)
    • Marzec 2008 (7)
    • Luty 2008 (2)
    • Styczeń 2008 (4)
    • Grudzień 2007 (1)
    • Listopad 2007 (3)
    • Październik 2007 (7)
    • Wrzesień 2007 (11)
    • Sierpień 2007 (12)
    • Lipiec 2007 (10)
    • Czerwiec 2007 (10)
    • Maj 2007 (8)
    • Kwiecień 2007 (13)
    • Marzec 2007 (13)
    • Luty 2007 (8)
    • Styczeń 2007 (15)
    • Grudzień 2006 (11)
    • Listopad 2006 (9)
    • Październik 2006 (23)
    • Wrzesień 2006 (24)
  • Kalendarz

    Marzec 2010
    P W Ś C P S N
    « lut    
    1234567
    891011121314
    15161718192021
    22232425262728
    293031  
  • Translator

    Polish flagEnglish flagGerman flagFrench flagRussian flagCzech flagHungarian flag 
    By N2H
  • Na facebooku

  • Książki



  • Tak

  • Czytam

    • A. & Ł. Oleksakowie
    • Alfy, Lancie i ciężarówki
    • Anarcha, czyli Dante
    • Andrzej Solak
    • Esthel
    • Felietony Krzyśka Łęckiego
    • Funky Dieter
    • Jacek Dukaj
    • Koty Orbitowskiego
    • Kronika Novus Ordo
    • Ślůnzok ze Aldrajchu
    • Łukasz Orbitowski
    • Maciej Gnyszka
    • Miłośnik Ezry Pounda
    • Okiem Studyty
    • Paweł Milcarek
    • Przemek Bociąga
    • S.Michalkiewicz
    • Slavoi – Próbki
    • Tomasz Gabiś
    • Urbaniuk robi zdjęcia
    • Wojtek Wencel
    • x. Isakowicz-Zaleski
  • Łamy

    • 44
    • Arcana
    • Broń i Amunicja
    • Christianitas
    • Czas Fantastyki
    • FA-Art
    • fronda.pl
    • lampa
    • Nowa Fantastyka
    • Opcje
    • SFFH
  • Teksty

    • Babilon i mimesis
    • Jak nie zostałem Polakiem – narodowość jako akt woli.
    • Konserwatyzm jako klęska
    • Lampart na marmurowej skale
    • Pusty stryczek. O “Wieszaniu” Rymkiewicza.
    • Rozpacz, chrześcijaństwo i konserwatyzm
    • Umieranie Sándora Máraiego
  • twardoch.pl

    • Agata, żona
    • Dziennik 2004-2005
    • Ewa, siostra – w Maroku
    • Fechtunek
    • Podróże małe i duże
  • Meta

    • Zaloguj się
    • Kanał RSS z wpisami
    • Kanał RSS z komentarzami
    • WordPress.org
  • Spam Blocked

    2 513 komentarzy będących spamem
    odrzucone przez
    Akismeta
  • Wishful thinking


    My blog is worth $12,984.42.
    How much is your blog worth?

Copyright © by Szczepan Twardoch 2010. Strona chodzi na Wordpressie. Skórka: AskGraphics.