LSD i konserwatyści

Junger i HoffmanZmarł Albert Hofmann, szwajcarski chemik, wynalazca LSD. Dobrze znał się z Ernstem Jüngerem, razem eksperymentowali z narkotykami, za co mu chwała, bo jednym z efektów wymieszania LSD z talentem Jüngera są „figury i capriccia” zebrane w cudowny zbiorek „Awanturnicze serce”.

Radykalna prawica lat trzydziestych w wielu kwestiach przypominała radykalną lewicę czterdzieści lat później, i nawet radykalną lewicę współczesną. Niemiecki ruch Wandervogel przypominał pod pewnymi względami ruchy hippisowskie, narkotyki również w żaden sposób nie kojarzyły się z lewicą, lecz raczej z prawicowym dandysem, jakim bez wątpienia był Jünger właśnie – a dla działaczy ruchu robotniczego narkotyzowanie się było tylko kolejnym przykładem rozpasania dekadenckiej burżuazji. To, co dzisiaj nazywa się idiotycznie „ekologicznością”, rzesze śmiesznej młodzieży przykuwającej się do drzew – to również należało, ogólnie, raczej do zestawu pojęć radykalnych ruchów prawicowych, hasłem lewicy była industrializacja. Nawet w Polsce, późniejszy ulubiony (acz, jak zwykle w takich sytuacjach, rzadko czytany) pisarz polskiej prawicy, Sergiusz Piasecki, był wielkim miłośnikiem kokainy, którą wolał nawet od wódki i której poświęcił wiele ciepłych słów w swoich sensacyjnych powieściach.

I cały ten zestaw wątków, nagle, po wojnie, pojawił się na lewicy, która w ogóle w całości inkorporowała model młodego radykała.

W XXI wieku zaś prąd wydaje się powoli odwracać, jakby wracał do źródeł – młodym radykałom, o ile ich radykalizm jest autentyczny, coraz trudniej „walczyć z systemem” z pozycji lewicowych, nie mówiąc już o pozycjach lewicowo-liberalnych, lewica antysystemowa zbliża się do antysystemowej prawicy, ideowi potomkowie dawnych lewicowych rewolucjonistów coraz częściej odwołują się zaś do klasycznej, konserwatywnej retoryki (zdrowy rozsądek, umiar, szacunek dla instytucji), pojawiają się przykłady konserwatywno-rewolucyjnego dandyzmu, i tak dalej.

A ja, na szczęście, na młodociany radykalizm dowolnej barwy jestem już za stary, do tego trzeba się zabierać przed dwudziestką.

Z dłonią zaciśniętą na kolbie

Pisałem jakiś czas temu na łamach „BiA” o szerokim spektrum bronioznawczej kompetencji pisarzy. Podzieliłem wtedy literatów na dwie grupy, na tych, którzy się znają na rzeczy, i na tych, którzy o broni palnej piszą bzdury. Siebie oczywiście , jako zarozumialec, zaliczam do grupy pierwszej, ale nie o sobie będę tutaj pisał, gdyż felieton ten będzie poświęcony tym, którzy piszą o broni, ponieważ jej używali.

Rzecz może być myląca. Uczęszczam przecież na strzelnicę, gdzie przepuszczam autorskie honoraria przez lufę. Słowem, strzelam często i regularnie, w ciągu roku odpalam być może więcej nabojów, niż Ernst Jünger miał okazję wystrzelić bojowo w czasie całej I Wojny Światowej, jako żołnierz linowy i potem oficer, dowodzący doborowymi oddziałami szturmowymi. A jednak, to on używał broni, ja jedynie się nią bawię. I niczego nie zmienia tutaj fakt, że mógłbym szczegółowo opisać mechanizm ryglowania nulachty, jak nazywano P08 na Śląsku. Mój pradziadek nie miał zapewne pojęcia o tym, że jakieś tam ryglowanie w ogóle w parabelce występuje, a jednak to on bronił tym pistoletem swojego domu i swojej rodziny. Jünger i miliony innych, w tym moi przodkowie i krewni na wszystkich frontach wojen środkowej Europy broni używali. Ja, dzięki Bogu, mogę się bronią bawić i pisać o tych zabawach felietony.

Bohaterem tego tekstu będzie więc pisarz, taki, o którym na łamach „BiA” jeszcze nie pisałem. Więź, łącząca pióro i broń zdaje się być tematem niewyczerpanym, rozpiętym gdzieś między biegunami Hemingwaya i Baczyńskiego. Pisarz, który wystąpi w tym felietonie miał jednak cechę, która odróżniała go od innych, którzy łączyli maszyny do pisania z maszynami do strzelania.

Jünger o spluwach pisze beznamiętnie i rzadko. Ot, upycha w kieszeni kurtki parabellum, z tyłu, w spodniach małego mausera, a na piersiach kiście granatów. Gdybym szukał bliskiej analogii, Jünger traktuje broń tak, jak myślimy dziś o komputerach, na których pracujemy. Są nam potrzebne, wybieramy je starannie, bo wolimy, aby nie zawiodły przez dwa czy trzy lata, ale przecież pozostają tylko narzędziem, przedmiotem – można swojego laptopa lubić, ale nie wiążą się z nim gorące emocje. Tak Książę Piechoty traktował pistolet. Vladimir Volkoff z kolei o broni pisze z pasją i emocjami, ale pistolety pojawiają się u niego w kontekście bardzo bezpiecznym. Strzelnica, wydzielane ostrożnie przez emerytowanego sierżanta naboje. Samo wyniesienie rewolweru ze strzelnicy jest aktem transgresji, aż czujemy, jak autorowi trzęsły się ręce, kiedy opisywał swojego bohatera, który zabiera nielegalnie broń. Dla Vokloffa broń jest czymś otoczonym nimbem niesamowitości, czymś tajemniczym, groźnym i pociągającym zarazem.
Sergiusz Piasecki, zaś, bo o nim opowiada ten felieton, nosił broń na co dzień, jako narzędzie swojej mrocznej pracy, a jednak nie traktował jej chłodno. Pistolet w garści dla Piaseckiego był nie tylko gwarantem najgłębszej, osobistej wolności, był też tej wolności symbolem.

Nie będę tutaj pisał kiedy i gdzie się urodził, bo zainteresowany P.T. Czytelnik sam to sobie łacno sprawdzi. Ważne, że był synem zruszczałego, polskiego szlachcica i Białorusinki. Wychowywał się zanurzony w sferze kontinuum dialektalnego, obejmującego swymi krańcami, z jednej strony, język rosyjski, z drugiej zaś polski, a wypełnionego szeregiem dialektów białoruskich. Rosyjski traktował jako język ojczysty. Rewolucję widział w Moskwie, tam nabawił się wstrętu do bolszewizmu, walczył potem z bolszewikami w szeregach białoruskiej partyzantki. Był związany z światem przestępczym Mińska. Później walczył z komunistami w Dywizji Litewsko-Białoruskiej u boku wojsk polskich, bronił Warszawy, i w efekcie, jak kiedyś pisał o nim Potocki na łamach „Życia” – „antybolszewizm zbliżył go do polskości”. Bo wojnie, zdemobilizowany, tułał się, ulegając swojej obsesji – poszukiwaniu mocnego życia. Fałszował czeki, otarł się o studio, w którym produkowano pornograficzne zdjęcia, aż w końcu wstąpił do wywiadu wojskowego, zwanego wtedy zakordonowym. Jego muttersprache był rosyjski, znał jednak również dialekty ruszczyzny i białoruszczyny od Mińska po Moskwę, miał ojca w sowieckim Mińsku, znał ludzi, obyczaje i drogi, a był przy tym szaleńczo, straceńczo odważny – idealny kandydat na szpiega. Chodził do Rosji Sowieckiej przez kilka lat, wracał, wszystko piechotą, przez granicę, z pistoletem i latarką w kieszeni. Lubił żyć szeroko, przepuszczał ogromne sumy pieniędzy, którymi gardził, a że wywiad płacił źle, to w końcu zaczął imać się przemytu, który kwitł wtedy na granicy. Został podporucznikiem i kokainistą. I za kokainę z wywiadu wyleciał i kokaina popchnęła go do jakichś szalonych napadów z bronią w ręku. Nikt nie zginął, ale Piasecki trafił do więzienia z wyrokiem piętnastu lat.

Dopiero w Świętym Krzyżu, najcięższym więzieniu w przedwojennej Rzeczpospolitej, nauczył się literackiej polszczyzny i zaraz w tej polszczyźnie napisał książkę o życiu przemytników, pod tytułem „Kochanek wielkiej niedźwiedzicy”. Książkę przeczytał Wańkowicz i za jego sprawą, Piaseckiego uwolniono z więzienia po jedenastu latach, w 1937. Rzucił się w wir życia literackiego, w dedykacji dla Witkiewicza podpisał się „Król granicy, bóg nocy, który stoczył się do poziomu literata polskiego”. Pisał dalej, szybko i dużo, książki o życiu w wywiadzie („Piąty etap” i „Bogom nocy równi”) i o mińskim półświatku, wszystko autobiograficzne. ale tylko dwa lata dane mu było sycić się życiem literata, bo przyszła II Wojna Światowa, i znów cenniejsze stało się celne strzelanie z pistoletu, niż trafny dobór słów. Piasecki został dowódcą grupy egzekucyjnej wileńskiego ZWZ, a potem AK, wykonywał wyroki śmierci, wydane przez podziemny sąd, ale nigdy nie złożył przysięgi, bo był na to zbyt niezależny. Uratował życie Józefowi Mackiewiczowi, niesłusznie oskarżanemu o współpracę z Niemcami, włamał się do siedziby gestapo i wyniósł stamtąd dokumenty dotyczące Katynia. Słowem, żył szeroko, a umarł na emigracji, dwadzieścia lat później – z Polski uciekł przed bolszewikami w 1945, do Włoch, osiadł w Londynie.

Książki Piaseckiego, tak jak jego życie, kręcą się dookoła broni. Pisze o niej ze znawstwem, ale jest to kompetencja praktyka. Nagan, parabellum, płaski brauning – „maszyny”, jak na rewolwery i pistolety mówi się na pograniczu. Nosi tych „maszyn” ze sobą imponującą liczbę, zawsze nagan jako „back-up”, ulubiona parabelka jako broń podstawowa, do niej dziesięć, dwanaście magazynków w kieszeniach. Często nosi trzy, cztery sztuki broni na raz. Do tego latarka do walk nocnych, w tym samym celu wiąże na lufach białe szmatki, aby widzieć je w ciemnościach, albo strzela, naciskając na spust środkowym palcem, ze wskazującym ułożonym wzdłuż lufy, bo, jak twierdzi, wtedy trafia się zupełnie instynktownie, bez celowania. Strzela się z pogranicznikami jako przemytnik, z czekistami jako szpieg, potem grozi bronią pasażerom kolejki podmiejskiej, aby w końcu pistoletem wykonywać wyroki na dziennikarzach gadzinowej prasy. Bóg nocy, na właściwym miejscu czuje się na bezdrożach, w ciemnościach, byle miał misję do wykonania, flaszkę z wódką, kokainę i kolbę w garści. Nie ma nocy zbyt czarnych, aby w nie pójść. O swojej P08 pisze jak o kobiecie. Wcale się nie zacina, nie wierzcie nieżyczliwym, wystarczy o nią dbać, a bije celnie, jak żadna. Na rewolwer i jego siedem pocisków, oficerski, z samowzwodem, zawsze można liczyć, ale to o parabelce i jej miękkich liniach pisze z miłością, bo to ona ratowała go z opresji, odbierała życie tym, którzy weszli mu w drogę i to ona była przy nim, blisko, w kieszeni.

Na najbardziej znanej fotografii, pisarz Piasecki to chudy brunet o pociągłej twarzy, opierający głowę na smukłych dłoniach. Żeby zobaczyć go naprawdę, trzeba wyobrazić go sobie w białoruskich zaroślach, nocą, z dłonią zaciśniętą na kolbie i z palcem na cynglu.
Był on bowiem człowiekiem zbrojnym.

Broń i Amunicja, nr 05/2007

Michalski o Jüngerze

Poświęcony Ernstowi Jüngerowi tekst Cezarego Michalskiego z dzisiejszej „Europy” przeczytałem z prawdziwą przykrością. Nie dlatego, oczywiście, że jest tekstem wobec jüngerowskiej koncepcji polityki krytycznym – polemikę z Jüngerem, czy z polskimi popularyzatorami Jüngera czytałbym z rozkoszą, bo jak mawia K. – najbardziej warto czytać teksty, z którymi się nie zgadzamy.

Na początku warto wspomnieć o jasnych stronach tekstu Michalskiego. Słusznie wskazuje na chronologiczny wektor rewolucji konserwatywnej, która demoliberalizm atakuje nie z przeszłości, jak różne sentymentalne konserwatyzmy, lecz futurystycznie – rewolucja konserwatywna jest projektem dla przyszłości, demoliberalizm jest dla niej anachroniczny. Dobrze, że Michalski wspomina o tym, bo jest to element bardzo często pomijany.

Reszta tekstu jest, niestety, żenująca dla kogoś, kto ciągle jest wielbicielem eseisty Michalskiego, autora świetnych „Szkiców z bezstronności”. Michalski nie próbuje dokonać subtelnej analizy jüngerowskiej publicystyki. Może wziął do siebie stary wiersz Świetlickiego, który postanowiłem zacytować tutaj w całości:

ŻEGNAJ LALECZKO 2

Stare chłopy prowadzą rowery na techno.

Robert Tekieli (naturalnej wielkości)
wypędzający przekupniów ze swojej świątynii.

Jestem stary, nie dyskutuję, strzelam.
Powiedz im, żeby następnym razem przysłali tu kogoś lepszego.

Cezary Michalski jest już za stary na dyskusje, na ćwiczenia z bezstronności, na analizy i na mozolne szlifowanie stylu. Dzisiaj Cezary Michalski strzela i daje odpór, w imię liberalnego konsensusu, który dziś opętał go bardziej, niż swojego czasu koncepcja Adama Michnika jako złego demiurga antykultury. W imię liberalnego konsensusu, Michalski rozjeżdża Jüngera antysemityzmem, odwołując się niemalże do klasycznego już argumentu ad hitlerum, który, chociaż popularny wśród aktywistów Radykalnej Akcji Antyfaszystowskiej i publicystów Gazety Wyborczej, nie przystoi nie tylko intelektualiście, nie przystoi człowiekowi o podstawowej chociażby inteligencji. Niezależnie od słuszności (Jüngerowi Michalski „przywala” hitlerkową pałą raczej niesłusznie, bo nie w te miejsca, w których jakiś zręczniejszy tropiciel hakenkreuzów przywalić mógłby), argument ad hitlerum ma wdzięk cepa i psuje intelektualny oraz literacki wdzięk tekstu.

Przywalanie antysemityzmem to jednak nie wszystko. Michalski atakuje następnie polskich popularyzatorów Jüngera, zarzucając im po kobiecemu, że tyle o tej wojnie i totalnej mobilizacji gadają, a sami nigdy na wojnie nie byli – i na dodatek, gadać mogą tylko dlatego, że jest liberalizm. Michalski czyni te wyrzuty w sposób, który mógłby sugerować, iż występowanie liberalizmu w Polsce jest osobistą zasługą Cezarego Michalskiego i z tego powodu ma on moralne prawo czynienia wyrzutów tym, którzy wolności słowa używają w sposób według niego niewłaściwy. Ale nie dość tego – swoją wiarę w demoliberalizm i mieszczańskość wyznaje tonem płaczliwym, ale zdeterminowanym, jakby dokonywał swoistego „kamingautu”, jakby to wyznanie było efektem wewnętrznego przełamania, podobnego do tego, jakie przeżyć musi homoseksualista, obwieszczający światu nowinę, iż jednak woli chłopców, nawet jeśli mamusia będzie się martwić. Michalski obwieszcza, że woli demoliberalizm i stabilizację, ponieważ należy do narodu, który od trzystu lat jest ciągle mobilizowany i że spora część jego życia się w tych mobilizacjach wydarzyła.
Jestem oczywiście wzruszony kombatancką przeszłością Michalskiego, którą uzasadnia on swoją demoliberalną wiarę niczym pederasta, tłumaczący, że tato go nie kochał, ale ośmielam się jednak twierdzić, że historia nie przeczołgała Michalskiego jakoś wybitnie. Skoro więc Kunicki i Gabiś wydają mu się śmieszną i niedoskonałą kopią Jüngera, który jako oficer frontowy, mógł kochać się w wojnie, a oni nie mogą, bo prochu nie wąchali – to Michalski jest jeszcze śmieszniejszą kopią Remarque’a, na którego się powołuje, a który, jako żołnierz spod Verdun mógł nienawidzić wojny i kochać cnoty cywilne, ale Michalskiego nie spotkało bez wątpienia nic, co uzasadniałoby jakoś pozaintelektualnie (bo o względy pozaintelektualne tu idzie – Michalski nie mówi Kunickiemu, że się myli, chce go tylko wkurzyć mówieniem mu, że jest śmieszny) jego zamiłowanie do demoliberalizmu. Swoją drogą, wyobrażam sobie, że gdyby Michalski dowiedział się, iż któryś ze zwalczanych przezeń popularyzatorów Jüngera w taki czy inny sposób powtarza ścieżkę niemieckiego żołnierza-artysty, to mógłby oszaleć ze strachu.

Mógłbym oczywiście jeszcze pisać wiele o tym, że Michalskiego odczytanie „Totalnej mobilizacji” nie jest już tylko bolesnym uproszczeniem całej sprawy, lecz jest po prostu interpretacją błędną, prostacką i głupią – aby to stwierdzić, nie trzeba być profesorem Kunickim, wystarczy znać chociażby aforystykę Friedricha Georga Jüngera, „Marmurowe skały” czy nawet „Promieniowania” – ale byłoby to działanie pozbawione sensu, bo Michalskiemu przestało chodzić o polemikę, nie interesuje go już życie intelektualne. Jest już stary, nie dyskutuje, strzela.

Było mi przykro, ale nie mam do niego żalu. To właśnie dzięki takim płaczliwym strasznym mieszczanom schmitteańska polityka, idea państwa, wspólnota, nacjonalizm, rewolucja konserwatywna, nawet das Führerprinzip nabierają pociągającego charmu.

Lektury

Rylski, „Wyspa” i inne opowiadania. Bez wątpienia jeden z najlepszych stylistów współczesnej polskiej literatury. Potrafi zachować w słowach zapach potu, ciepłego asfaltu, brudnego morza i brudnego romansu. Mocny, smutny, cioranowski, dotyka tego, co bardzo ważne w literaturze – rozpaczy, bolesnego splątania, immanentnie wpisanego w ludzką kondycję.

Wilk, „Wołoka”. Cóż za piękna katastrofa! Kolejny wielki stylista, ten Custine naszych czasów zbyt już zakochał się w Rosji i jego opis stracił na ostrości. Oczywiście, lepiej czytać Wilka, niż różnych głuptasków z kolorowych tygodników, którzy sobie radośnie pieprzą o tym, że brudno, demokracji niet a Putin za mordę – bo Wilk widzi sto razy więcej niż oni i wspaniale pisze po polsku, a nie tym sformatowanym narzeczem, posklejanym z kilku semantycznie pustych i wyblakłych związków frazeologicznych.
Przy tym rzecz zabawna, Wilk pisze, że nie można porównywać stalinowskich łagrów do hitlerowskich konc-lagrami. A dlaczego? Ano dlatego, że w stalinowskich bywały nawet orkiestry, tak tam było fajnie.

Teraz wyobraźmy sobie, że Irving mówi, że hitlerowski obóz był sympatycznym miejscem, bo maszerującym do pracy więźniom przygrywała orkiestra. Bo wiemy przecież, że przygrywała, prawda? No cóż, Irvinga wyrzucono z Targów Książki w Warszawie, a wątpię, żeby ktoś wyrzucał książki Wilka.
A ja jakoś tak jestem przywiązany do tego liberalnego przesądu, że nie oburzam się ani tym, co pisze sobie Wilk (chociaż bardziej jednak wierzę w tej kwestii Sołżenicynowi), ani tym, co pisze Irving, chociaż bardziej niż Irvingowi wierzę Pileckiemu. Brzydzi mnie jednak liberalna hipokryzja – nie mam nic przeciwko dogmatom, ale dogmatycy, udający anty-dogmatyków to groteskowy widok.

Wołkow, „Werbunek”. Rzecz dziwna. Z jednej strony, książka słabsza od świetnych „Montażu” i „Carskich sierot” tego samego autora. Fabuła rozwija się szarpnięciami, czasem tonie w dłużyznach, książka nie jest najlepiej skomponowana, autor irytująco zagłębia się w niepotrzebne, boleśnie szczegółowe opisy strojów (nie tylko szczegółowe, ale zawsze kompletne, od czubka głowy po obuwie, z wyliczeniem wszelkich marszczeń, guziczków, pętelek i futerek) i wnętrz, na których skupia się tak mocno, że czytelnik ciągle spodziewa się, że dany kubraczek bohaterki lub plastikowy fotel odegra dwie albo trzy strony dalej kluczową dla intrygi rolę – i oczywiście nic z tego, Wołkow opisywał te wszystkie kurteczki i biureczka wyłącznie, by pofolgować niegodnej pokusie wyczerpującego opisu.
Jednak, mimo tych wad w „Werbunku” jest ukryta wartość, która pod pewnymi względami każe mi książkę tę przedkładać nawet ponad wspomniane wcześniej „Montaż” i „Carskie sieroty”.
To potężne świadectwo ewangelicznej siły, ukryte w werbunku, brawurowa analiza procesu nawrócenia – i nagle wraca do mnie, jak melodia czepliwej piosenki, krótki refren – „chrześcijaństwo to transgresja”.

Szacki, Kontrrewolucyjne paradoksy, ponownie. Paweł Ćwikła w swojej świetnej książce – doktoracie o Januszu Zajdlu, pod tytułem „Boksowanie świata”, dziękował naszemu wspólnemu przyjacielowi „za uświadomienie, że esej może być równie dobrą formą wypowiedzi naukowej”. K., który jest adresatem tych podziękowań zapewne dowiedział się tego właśnie z książki Szackiego. Rzecz jest nie tylko napisana świetnie, nie tylko jest zwięzła, ale przede wszystkim, nie ma w niej ani jednego zbędnego zdania, tak bardzo jest nasycona treścią. Książeczka ta ostatni raz wydana była ponad czterdzieści lat temu – koniecznie należałoby ją wznowić, bo gdyby nie K., skazany byłbym na lekturę wyłącznie w bibliotecznej czytelni.

Poza tym, to co zwykle, Jünger na zmianę z Máraim, łyki świeżego powietrza w ponowoczesnym świecie, tonącym w acedycznej apatii.
Z profesjonalnej konieczności. ipeenowskie świstki trzy razy kserowane, Archiwum Mitrochina, Mackiewicza „Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy”, „The hidden hand” Aldricha i temu podobne.

Bóg pogrzebany – Wielka Sobota

Julius Evola Szczególnie dzisiaj, w Wielką Sobotę, w dniu, który jest figurą świata opuszczonego przez swojego Zbawcę, myślę z pewną tkliwością o szlachetnym w swym diabolizmie i martwym z powodu swojego radykalizmu prądzie myśli Zachodu, o tradycjonalizmie integralnym.
Katolicki pogrzeb Jüngera jest symbolicznie lepszym epitafium dla tych udręczonych życiem w Kali Yuga myślicieli, niż prochy Evoli, złożone w alpejskim lodowcu – w tym cmentarzysku Indoeuropejczyków, w którym baron Juliusz leży obok włoskich i austriackich strzelców alpejskich, zastygłych jak lodowe figury z dłońmi ciągle zaciśniętymi na mannlicherach i carcano i obok Ötzi’ego, póki tego ostatniego nie wykopały hieny w białych kitlach.
Julius Evola (na zdjęciu obok), szukając prawdziwej tradycji Indoeuropejczyków, szukał jej w jodze, w tradycji gnostyckiej, w buddyzmie (w istocie – buddyzm, hinduizm i zoroastryzm to jedyne religie prawdziwie indoeuropejskie), zdrapując chrześcijaństwo razem z obrzydliwościami nowoczesności, usiłował odkryć to, co pod nim. Można oczywiście szukać tego w „Złotej gałęzi”, można u Eliadego – niestety, najczęściej kończy się na invented tradition Hobsbawma.

Może więc Jüngera kapitulacja przed Bogiem, jest o tyle znacząca, że okruchy Tradycji, jeżeli przetrwać mogły, przetrwały tylko wewnątrz i dzięki Kościołowi?
Tradycjonalizm integralny czeka jeszcze na swój chrzest – tylko sojusz chrześcijaństwa i pogańskiej, wojowniczej tradycji mógłby ocalić Europę. Ochrzczeni barbarzyńcy dokonali tego raz, pod Poitiers, gdzie frankijska kawaleria Karola Młota wdeptała w ziemię Arabów; dziś nie ma już barbarzyńców, których możnaby ochrzcić, są tylko rzesze odurzonych dostatkiem proli, którzy, ochrzczeni czy nie, nie dokonają niczego. Mógłby się ten więc ten chrzest tradycjonalizmu integralnego ziścić w odnalezieniu w Kościele tego, co indoeuropejskie, przedchrześcijańskie, plemienne – zakonserwowanego nawet przez zaprzeczenie. Czy się to spadkobiercom Evoli podoba, czy nie – innego przetrwalnika Tradycji nie ma.

Co piszę, słuchając muzyki nalepszej na Wielką Sobotę – fałszywej tradycji zapętlonego „Rakim” Dead Can Dance. Muzyki ze świata Boga pogrzebanego.

Artysta z rewolwerem, interludium.

W dzisiejszej „Europie”, obok rytualnego grzebania w truchle Adolf Hitler Superstar, tym razem w wykonaniu Afrykanera, który przeprasza za apartheid, Cezary Michalski, bezradny i wewnętrznie rozszarpany bezstronnością, rozmawia z Markiem Królem i Janem Rokitą o „Wieszaniu” Jarosława Rymkiewicza.

Tez Michalskiego streszczać nie trzeba, odmienia tylko przez wszystkie przypadki „polityczność”, Rokita wykazuje się zaskakującą – jak na polityka – erudycją, lecz poza tym, nic specjalnie ciekawego nie mówi, rytualnie Rymkiewicza oskarżając o krwiożerczość, Król natomiast jest po królewsku zatroskany.

Interesująca jest Króla anegdotka o Baszkiewiczu – lewicowo-jakobińskim historyku, specjaliście od Francji nowożytnej. Ten członek KC PZPR Baszkiewicz mógłby być poniekąd polskim Lefebvrem, chociaż ciągle czeka na polskiego Gaxotte’a. W każdym razie, lewicowość w żaden sposób nie przeszkodziła Baszkiewiczowi w napisaniu fundamentalnej analizy bonapartyzmu („Anatomia bonapartyzmu”), świetnej biografii Ludwika XVI, w której on – jakobin – zdaje się bardzo dobrze rozumieć istotę zamordowanej królewskości; nie zatrzymuje się w każdym razie na poziomie bajania o złym tyranie.

Z drugiej strony, oprócz bajań o sensie politycznej niewinności Polaków, Rokita mówi tak:

A już naprawdę antypolski – prowokacyjnie użyję tutaj terminu z kampanii nacjonalistycznych – jest fragment książki, który z nieprawdopodobną fascynacją i miłością rysuje hipotetyczny obraz spontanicznego powieszenia króla przez lud, pochwałę królobójstwa, które w polskim dziedzictwie historycznym i ideowym jest do tej pory, i dzięki Bogu, pewnym tabu. Królobójstwo ma być – jak pisze Rymkiewicz – nowym chrztem Polski, o którym dzieci uczyłyby się w szkołach, który byłby porównywalny z bitwą pod Grunwaldem, z Batorym pod Pskowem. Polska zostałaby ochrzczona powieszeniem króla na Krakowskim Przedmieściu i dzisiaj byłaby inną Polską. Moim zdaniem gdyby te słowa napisał historyk idei albo polityk, należałoby go uznać za niebezpiecznego, ale ponieważ to wyszło spod pióra wybitnego pisarza, można to traktować jako wysoce szkodliwą ekscentryczność.

Rokita myli się fundamentalnie. Gdyby „Wieszanie” napisał historyk idei albo polityk, możnaby to traktować jako nieszkodliwą ekscentryczność. Jednak „Wieszanie” napisał pisarz, poeta – w kraju od dwustu lat zarażonym ciężką odmianą literaturocentryzmu.
To właśnie dlatego to Rymkiewicz jest niebezpieczny. I dlatego „Wieszanie” jest książką tak wspaniałą, bo krwiożerczą.

To właśnie Rymkiewicz, w świecie zmurszałych artychów, skandalistów na umowę-zlecenie, szlifujących pokornie podłogi na bankietach, okazuje się nagle być prawdziwym artystą z rewolwerem. Rymkiewicz, człowiek z górą siedemdziesięcioletni, pokazuje nagle prawdziwy sens artystycznego radykalizmu.
Radykalizmu prawdziwego, groźnego, takiego, jakim upajał się Pierre Drieu de la Rochelle – „Żadna idea; żaden sentyment nie jest rzeczywisty, dopóki nie jest udowodniony przez ryzyko śmierci. „ – Brasillach, Pound, Jünger – lub Dalí.
O tym w części drugiej.

Umieranie Sándora Máraiego

„Proces dekompozycji jest zawsze logiczny. W minionych latach kolejno traciłem pracę, dom, znikła warstwa społeczna dla której pisałem, potem utraciłem ojczyznę, język ojczysty, osobowość prawną. Teraz nie mam już niczego. Rozumiem, co czuł święty Franciszek, kiedy nagi spoczął na gołej ziemi”.
1949

Stary Sándor Márai kupuje pistolet, w sklepie w San Diego. Sprzedawca wręcza mu, gratis, paczkę pięćdziesięciu naboi – Márai odpowiada: „to więcej, niż będę potrzebował”. Starzec wraca do domu. Łeb jak u starego sępa, obwisłe policzki i podgardle, pod oczami worki. Trzęsą się ręce, ledwie chodzi – aby czytać, zakłada na głowę latarkę, na opasce na czoło, podsuwa lupę i czyta, tak, jak stara, sterana kobieta idzie na pielgrzymkę: krok za krokiem, a każdy z nich to wybuch bólu w panewkach biodrowych, w zdeformowanych stopach, w rwącym kręgosłupie. Lecz idzie, a Márai składa swoje litery, znów – po tylu dziesięcioleciach – jak dziecko, literujące w szkole, w Kassie, swoją pierwszą czytankę, Bóg sam wie, po niemiecku czy węgiersku. Kwadrans czytania dziennie, z latarką na czole i lupą przed oczami.

A wcześniej, dużo wcześniej, najpierw, do łóżka, sok ze świeżo wyciśniętych pomarańcz, potem śniadanie, lektura (przerwana wieczorem), potem dwie godziny pracy, potem wsiada do podstawionego, przygotowanego samochodu i jedzie na Wyspę Małgorzaty, na tenisa, potem łaźnia, masaż, obiad, wieczorem życie towarzyskie.
A w San Diego tylko martwa żona i sępi łeb, i drżące dłonie.

Continue reading

Wieszanie i polecanie

W kąt poszedł przeczytany w połowie „Sturm” Jüngera, Bernanosy leżą sobie spokojnie i czekają na swoją kolej, Máraiego została tylko „Księga Ziół”, ale jeszcze jej nie kupiłem, bo kupiłem dzisiaj „Wieszanie” Rymkiewicza. Na bazie historii z 1794, powstała wspaniała książka o przemocy w polityce – a w zasadzie, o smutnym niedostatku przemocy w polityce polskiej.
Koresponduje to w pewnym sensie z Bielik-Robson koncepcją „kobiecości” polskiej polityki.
Więcej o „Wieszaniu” napiszę niedługo. Na razie – polecam.

Tak jak, swoją drogą, polecam nowy numer Frondy, z niezłym blokiem na temat neokonserwatyzmu, oraz film „Życie na podsłuchu”, który, niestety nie mógłby powstać w Polsce, z dwóch powodów: powód pierwszy, artystyczny – polscy filmowcy są okaleczeni i nie potrafią robić dobrych filmów, drugi – polityczny, oczywistym stanie się dla każdego, kto skusi się na film Floriana Henckla hrabiego von Donnersmarck.
Śląska szlachta to jest to, swoją drogą.