Coś się w końcu ruszyło. No, nie przesadzajmy: drgnęło zaledwie. I zamarło. Nie dalej jak trzy numery temu, w felietonie Sztuka możliwego pisałem o możliwych i nadchodzących zmianach w nieszczęsnej ustawie o broni i amunicji. Nie będę udawał proroka, ani najbardziej przenikliwego analityka sceny politycznej – powiedzmy, że wieść gminna niosła, iż są w Platformie Obywatelskiej siły zainteresowane zmianą status quo, a ja tę wieść gminną pchnąłem dalej, ku P.T. Czytelnikom.
No i siły się pojawiły. 26 marca Andrzej Czuma, poseł PO, człowiek bez wątpienia godzien szacunku chociażby za piękną kartę z biografii, zapisaną działalnością opozycyjną w ROPCiO, zaproponował zmiany w ustawie o broni i amunicji.
Start nie był jednak najszczęśliwszy. Po pierwsze, odebranie poli-milicji prawa do reglamentowania broni i przeniesienie tego prawa na administrację cywilną to pomysł jak najbardziej godzien pochwały. Ale po co mówić o powszechnym dostępie do broni? To przerazi ludzi, zaś inni posłowie PO zostaną przerażeni ludzkim przerażeniem i sprawa ugotowana. Należy mówić o jasnych kryteriach dostępu do broni, mówić o bandytach, którzy wbrew prawu dostawali od poli-milicji pozwolenia na broń, mówić ewentualnie o ułatwionym dostępie do broni palnej dla uczciwych obywateli.
Po drugie, Czuma powołał się na przykład USA, co nie jest najlepszym chwytem retorycznym. Ameryka kojarzy się Polakom ze strugami ołowiu, przemierzającymi ekran kinowy w filmach sensacyjnych, ze strzelaninami w szkołach i tym, że broń można kupić w sklepie jak gazetę. Wszystko to oczywiście jest bzdurą, Stany to inny świat, amerykańska rzeczywistość nijak w powszechnej świadomości nie przekłada się na polską. Zresztą – zdanie broń dostępna jak w USA nic nie znaczy, bowiem kwestia dostępności broni i prawa do jej noszenia w Ameryce zależy od lokalnych regulacji. Zupełnie inaczej sprawy mają się w stanach gun-friendly, jak Vermont czy Alaska, a zupełnie inaczej chociażby w Washington D.C, gdzie lokalni prawodawcy postawili sobie chyba za punkt honoru przegonić Wielką Brytanię.
Jeśli poseł Czuma chciał powołać na przykład zagraniczny, to trzeba było się odwołać do Czech. Tamtejsze regulacje dotyczące broni palnej są rozsądne i sensowne (moim zdaniem, można je wręcz skopiować), a występują w bardzo podobnym kontekście kulturowym do naszego. A przede wszystkim – nikogo nie odstraszą, bowiem niewielu odwiedziło Stany Zjednoczone, natomiast w Czechach był chyba każdy i jeszcze chyba nikogo tam szalony Czech ze strzelbą nie zastrzelił. Zdaje się zresztą, że podczas krótkiego, medialnego zainteresowania całą sprawą, poseł Czuma zweryfikował swoją retorykę i podczas wystąpień w telewizji powoływał się już na przykład czeski.
Na efekty nie trzeba było długo czekać. Koledzy z klubu PO ustami posła Zbigniewa Chlebowskiego oświadczyli, iż klub PO nie popiera pomysłu posła Czumy. A dlaczego? Tego dokładnie nie wiadomo, ale jako uzasadnienie swojego niepopierania poseł Chlebowski wyrecytował następujące rewelacje: obowiązująca ustawa o broni i amunicji jasno określa, jakie warunki musi spełnić osoba ubiegająca się o zezwolenie na broń. Komendanci wojewódzcy mają po pierwsze cały system ewidencji, po drugie cały system kontroli tych, którzy mają broń i w jaki sposób jest ona wykorzystywana. I po trzecie dzisiaj jest bardzo rygorystyczna procedura uzyskania zezwolenia na broń, łącznie z badaniami psychotechnicznymi, które ubiegający się o broń musi przejść.
O co chodzi – dokładnie nie wiadomo. W jaki sposób argumentem przeciwko liberalizacji prawa o broni miałoby być opisanie stanu faktycznego – to jest ścisłego tej broni reglamentowania – pojąć może chyba tylko dialektyczny umysł posła Chlebowskiego, tudzież innego sejmowego intelektualisty. Grunt, że Czuma dostał po uszach i pokazano mu, gdzie jego miejsce. Natychmiast w mediach pojawił się też nieśmiertelny ekspert od wszystkiego co strzela (czy jakiś inny ekspert własnoręcznie przestrzelił sobie kolano?) i z miną człowieka, który ma coś do powiedzenia wypowiedział się – mniej więcej –
że absolutnie obywatele nie mogą mieć broni, albowiem tylko w ręku ludzi resortu broń znajduje się na swoim miejscu. Troszkę koloryzuję, ale tylko troszkę. Zresztą, co będzie miał ów łysy bóg polskiego antyterroryzmu do powiedzenia łatwo było przewidzieć, natomiast przykrym zaskoczeniem okazał się Roman Polko, który z wysokości swoich generalskich gwiazdek uznał, iż broń palna posiada czarodziejskie właściwości tłumienia superego i wzmacniania destrudo u każdego, kto nie posiada stopnia służbowego. A policja powinna zachować swoje uprawnienia, bo zna się na broni. Stężenie (bez)sensu podobne jak u posła Chlebowskiego.
Z zawodowego obowiązku zajrzałem również na internetowe forum poli-milicyjniaków i dzielni pogrobowcy towarzysza Dzierżyńskiego jak zwykle mnie nie zawiedli: mówiąc w skrócie, im broń należy się jako przywilej (nie jako narzędzie do pracy – właśnie jako przywilej!), bowiem źle zarabiają, a obywatel niech sobie znajdzie inne hobby. Głównym zaś argumentem towarzyszy poli-milicjantów jest fakt nieodpowiedzialności i głupoty Polaków. Czesi niechże sobie broń mają, ale niedorozwinięci Polacy natychmiast by się wszyscy pozabijali. Podobną retorykę o głupocie Polaków, których trzeba krótko trzymać za pysk, znalazłem kiedyś w wypowiedziach generalnego gubernatora Hansa Franka, nasi poli-milicjanci zapewne znaleźliby z Parteigenossen z NSDAP płaszczyznę porozumienia.
Trochę sam jest sobie winien poseł Czuma, przez zawalony z PR-owego punktu widzenia debiut – a z drugiej strony, trudno mieć doń pretensje, w końcu przynajmniej spróbował, licząc może przynajmniej na solidarność swoich kolegów klubowych. I zapewne jakieś poparcie ma, chociażby posła Niesiołowskiego, ten jednak jest kimś, komu raczej się w PO zleca różne zadania, niż kimś, kto mógłby mieć wpływ na kształt polityki rządzącej w Polsce partii. Trudno zresztą, z oczywistych przyczyn, posła Niesiołowskiego traktować poważnie, skoro jeszcze kilka lat temu o swojej aktualnej partii wyraził się, iż jest ona ugrupowaniem dającym popisy hipokryzji i cynizmu, żerującym na znanych fobiach, ignorancji i naiwnej wierze wyborców. Tutaj się akurat z posłem entomologiem zgadzam, ale chociażby ze względu na powyższe jego pomoc nie zda na wiele się posłowi Czumie i nam, strzelcom.
Zupełnie inna byłaby medialna waga poparcia, udzielonego dzielnemu posłowi przez marszałka Komorowskiego, który – co przyznaję chętnie bez względu na polityczne sympatie – dla strzeleckich środowisk ma zasługi większe, niż wszyscy inni politycy razem wzięci. Jednak marszałek Komorowski tym razem milczy. Prezydium PO zdecydowało zaś, iż projektem Czumy zajmie się dwóch posłów (których nazwisk nikt absolutnie nie chce zdradzić) i kiedy ci posłowie już się nad projektem popracują, zwrócą się do prezydium PO z sugestią, co dalej należy z projektem zrobić. Na przykład złożyć w sejmie, albo wyrzucić do kosza. W każdym razie, podobno wola polityczna zmiany ustawy o broni i amunicji w PO jest. I rozbieżność zdań w temacie broni również jest.
A poseł Andrzej Czuma, człowiek, który na serio angażując się w działalność opozycyjną w PRL bardzo wiele wycierpiał ze strony wiadomych, komunistycznych służb, właśnie dowiedział się, że w komisji śledczej ds. zbadania rzekomych nacisków na organa ścigania, której Czuma jest przewodniczącym, ekspertem został zarekomendowany przez posła Partii Demokratycznej Widackiego były funkcjonariusz SB, wielce zasłużony na polu zwalczania krakowskiej opozycji, nazwiskiem Jerzy Stachowicz, w III RP dzielnie służący w szeregach UOP i ABW, przez prezydenta Kwaśniewskiego odznaczony nawet Srebrnym Krzyżem Zasługi. Podejrzewam, że czeka jeszcze posła Czumę wiele zdziwień. A w kwestii wiadomej ustawy życzę posłowi powodzenia i za Tomaszem Gabisiem wznoszę konserwatywny toast: Wypijmy za niebywałe powodzenie naszej beznadziejnej sprawy!
Tekst napisany w początkach maja br.
Szczepan Twardoch
Broń i Amunicja, nr 03/2008