Odpowiedź Michałowi Nierebińskiemu, nieco spóźniona:
Pan Jezus przyszedł do wszystkich ludzi, ale nie przez przypadek przyszedł tam, gdzie przyszedł (tzn do semickich pastuchów, znajdujących się na obrzeżach Imperium Romanum) i w ten dokładnie czas, w jaki przyszedł. Dlaczego więc narodził się za panowania Augusta na prowincjach Imperium Romanum, a nie w XIX wieku na Madagaskarze? Ano dlatego, że chrześcijaństwo potrzebowało antycznej filozofii. Generalnie, w historii powstała tylko jedna filozofia, która posiadałaby dialektykę i metodę, wszystkie inne tzw. “filozofie Wschodu” to skomplikowane systemy mądrościowe dialektyki pozbawione, za pomocą których nie da się wyłożyć podstawowych sensów chrześcijaństwa.
Oczywiście, prosty człowiek nie musi znać Platona czy Arystotelesa, ale za każdym razem, kiedy wchodzi na mszę, poniekąd zanurza się w świecie greckiej dialektyki, żyje tymi pojęciami. Bez tego nie da się zrozumieć podstawowych sensów chrześcijaństwa, jak transsubstancji, dwoistej natury Chrystusa, etc. – bo najpierw trzeba przyswoić sobie europejskie pojęcia substancji, istoty, natury, form – etc. Dokładnie tak samo, jak istoty buddyzmu nie da się powiedzieć po platońsku, satori to jednak coś innego niż platońskie noesis, mimo “zewnętrznych” podobieństw, będących jednak, jak sądzę, wynikiem pewnego “uzgadniania” pojęć.
Mało tego: chrześcijaństwa nie da się “przetłumaczyć” na inną kulturę niż europejska ze względu na inne systemy wartości, inne sposoby pojmowania człowieka, świata, społeczeństwa, do których chrześcijaństwa nie da się dopasować. Dobry przykład to historia z krzyżem w Japonii. Japończycy nie byli w stanie znieść krzyża jako narzędzia męki Chrystusa – więc czy można było na potrzeby Japonii zastąpić krzyż czymś innym? Nie wiem, kołem, mieczem, albo palem?
A przecież krzyż to nie tylko narzędzie męki, które właśnie było pod ręką, krzyż to również cały ogromny bagaż jego kulturowej symboliki, do której dodała się i którą zagarnęła męka Chrystusa, krzyż to dwie skrzyżowane osie świata.
Nigdzie w podstawach chrześcijaństwa nie znajdziemy pojęcia “szacunku dla innych kultur”, który jest pojęciem ściśle nowożytnym; praktyka zaś wskazuje, że praca misyjna zawsze prowadzi do erozji tradycyjnych, uprzednich wspólnot. Kultura to nie jest bezładny stos cegieł, z którego można swobodnie wyciągnąć jedną i zastąpić inną. Kultura to budowla: kiedy wyciąga się jedną cegiełkę, budowla się zawala – a w przypadku religii nie mamy nawet do czynienia z cegiełką, a w ogóle z fundamentami, bo kultura jest pochodną tych podstawowych wyobrażeń, mitów, które organizują kosmos dookoła człowieka i które zawsze, u chrześcijanina, shintoisty, animisty, ateisty czy wyznawcy Mamona, mają charakter religijny. Więc przekonanie, że można nawrócić animistę, wyciągając fundament i wsuwając w jego miejsce chrześcijaństwo, bez zburzenia całej budowli, są cokolwiek naiwne.
Czy to smutne? Poniekąd tak, zawsze wielkim smutkiem napełnia mnie wymieranie czy rozpuszczanie się ethnosów, bo sam do rozpuszczającego się ethnosu należę. Ale to tylko ponowoczesne sentymenty, a sentyment nie może nas powstrzymywać w poszukiwaniu prawdy, a prawda jest taka, że nie da się przyjąć chrześcijaństwa odrzucając Europę, ilu postępowych misjonarzy nie przebrałoby się w palmowe liście i ptasie pióra. Można zamiast habitu dać siostrze zakonnej sari, ale nie da się zmienić tego, że zanim uwierzy się w Przeistoczenie, trzeba przyswoić sobie cały europejski bagaż znaczeń i sensów, trzeba zrozumieć czym w Europie jest ciało (bo czym innym, kulturowo rzecz biorąc, niż w Afryce czy Azji, przecież – i na dodatek trzeba jeszcze rozróżnić sarx i soma), trzeba sobie przyswoić europejską logikę. Misjonarska praktyka wskazuje, że proces ten trwa najczęściej wiele pokoleń, czy będą to pokolenia dzikusów hotentockich czy słowiańskich, zanim uda się tę wizję świata przekonstruować.
I zanim zaczniemy rozpaczać nad upadkiem świata syberyjskich szamanów, to zastanówmy się, czy żal nam rzezanych z dębu Światowidów, gontyn, żertw i świętych gajów? Może jakimś sentymentalnym głupcom żal – mi wcale, bo zamiast tego pozwolono nam, dzikusom z euroazjatyckich puszcz, wejść do platońskiej Akademii. Chrześcijaństwo otworzyło nam drzwi do uczestnictwa w najważniejszym i największym, jak do tej pory, dokonaniu rodzaju ludzkiego, cywilizacji europejskiej, której umierania jesteśmy świadkami. Więc dlaczego miałoby mi być żal kultury japońskiej, gdyby ta była zagrożona śmiercią, skoro wcale nie tęsknię do Słowian?
W odpowiedzi na ankietę Studyty:
1. The Doors, Strange Days
Wahałem się, który album Doorsów jest dla mnie najważniejszy, najbardziej, jak to napisał Studyta, formacyjny – o ile muzyka może być formacyjna. Muzycznie najmocniej przemawiają do mnie dwa ostatnie (licząc te z Morrisonem) – “Morrison Hotel” i “L.A. Woman”, bo najbardziej bluesowe, głos Morrisona dojrzalszy i teksty najlepsze. Ale jednak to nie te wpłynęły na mnie najbardziej. A więc zostaje “Strange Days”, chociażby dlatego, że na “Strange Days” jest najmocniejsza piosenka w całym doorsów repertuarze, “When the music’s over”. Z hipnotyczną linią basu na syntezatorze fendera, z młodym jeszcze głosem Morrisona. A ja mam piętnaście lat, życie powoli rozkwita zmysłowością. Słucham tylko Doorsów, ma to oczywiście funkcję przybranej tożsamości. Nawet dzisiaj, po następnych piętnastu latach ciągle jestem zażenowany, że nosiłęm wtedy na plecaku naszywkę “the doors”. Porzuciłem ich zresztą po kilku latach, powoli odpływali ode mnie, i wróciłem dopiero gdzieś w środku moich lat dwudziestych, odkrywając na nowo wszystko to, czego wtedy dostrzec nie potrafiłem. Podobnie zresztą było z Nietzschem, którego czytałem mając lat szesnaście czy siedemnaście i nic, oczywiście, nie rozumiałem. Jedyne co mi z tamtej lektury Starego Kanoniera zostało, to umiejętność naśladowania młodopolskiego stylu. Przez pięć lat studiowania filozofii Nietzschego tknąłem tylko raz, w koniecznym do jakiegoś egzaminu minimum, aby powrócić doń i wracać dalej, powoli i ostrożnie, jako człowiek dorosły.
I jeszcze “People are strange”, którą Marcin grał na gitarze, a ja śpiewałem, bo szybko się połapaliśmy, że to wyjątkowo naszym koleżankom do gustu przypada. Jedna z tych koleżanek jest dzisiaj moją żoną.
2. Joy Division, Substance
Kasetę z singlami Joyów dostałem w prezencie. Od dziewczyny. Generalnie, za najlepszą płytę tego zespołou uważam drugą, “Closer”, ale to “Substance” dostałem od dziewczyny, “Closer” kupiłem sobie sam. Więc jasna sprawa, że “Substance” ważniejsze. A był to rok 1996 chyba.
Tamten okres pamiętam dziwacznie, jakby nie miał dni. Pamiętam tylko mgliste wieczory w Gliwicach, w których wtedy były tylko dwie knajpy, w których spotykali się licealiści z jedynki i piątki, Orientalna i Nova. Nova pod ratuszem, dzisiaj jest tam pretensjonalny, niby designerski bar 3M. Orientalna przy Dworcowej, teraz zamiast tej brzydkiej knajpy, która widziała początki i końce setek burzliwych, młodzieńczych romansów, w lokalu mieści się obrzydliwa, góralska restauracja, do której nigdy nie wejdę, chociażby z powodu obrzydliwych figur górali przed wejściem i obrzydliwych desek, przybitych do murów śląskiej kamienicy i udających jodłowe belki.
Kiedy tylko słyszę gdzieś pierwsze takty “Warsaw” -3, 5, 0, 1, 2, 5, go! – wszystko wraca. Potem czytałem “Mechaniczną pomarańczę”, od innej dziewczyny dostałem “Sno-powiązałkę” Voo-voo w autorsko-pirackiej, ślicznie ołówkiem opisanej kasecie. Były potem wakacje, pisaliśmy wtedy sobie długie listy z obrazkami, na papierze, bo nie miałem wtedy adresu e-mail, spaliśmy na plaży pod odwrócnym kutrem, zadawałem się trochę z jakimiś starymi trochę-punkami ze szkoły muzycznej z Wrocławia, ich imion już nie pamiętam, ale pamiętam morderczy trunek z taniego wina wymieszanego ze spirytusem w proporcjach 1:1, zagrzany na ognisku.
3. Nirvana, MTV Unplugged in New York
To w zasadzie nie jest ważna płyta. To znaczy: muzycznie, inna liga niż wymienione wcześniej. Nirvana to może i ważny zespół, ale bez przesady, miałem kolegów hojniej obdarzonych talentem wokalnym i instrumentalnym. Ale “Unplugged” łączy z innymi płytami z tej listy to, że nieodmiennie przenosi mnie do przeszłości. Wyróżnia ją z tej listy również to, że jest to jedyna płyta Nirvany, którą mógłbym to wpisać, podczas kiedy w przypadku Joyów, Doorsów, czy później Dead Can Dance, długo musiałem się zastanawiać, którą płytę wybrać, skoro o płytę, a nie o opera omnia chodzi.
Oczywiście, najpierw słuchałem “Nevermind”, ale to jedyny album Nirvany, którego mógłbym słuchać nawet dziś. Nie wiem, z sentymentu, po starej znajomości? Po prostu podobają mi się te piosenki, i tyle. Jest to wreszcie jedyny album Nirvany, który przy pierwszych akordach “Lake of fire” , “The Man Who Sold the World” , “Where did you sleep last night” działa jak wehikuł czasu.
I o ile wcześniejsza muzyka przenosi mnie na ulice, do knajp, na plaże, to Nirvana przenosi mnie do pokoju, w którym wtedy mieszkałem. Przypomina mi o grach komputerowych, o książkach, o leżeniu na kanapie i patrzeniu w sufit. O kumplach, którzy przychodzili posiedzieć, pogadać, pograć w rpg, albo wyciągnąć mnie z domu.
A sama płyta oczywiście stoi coverami, czy to Davidem Bowie, czy tradycyjnym, ludowym “Where did you sleep last night”. I jest to bardzo smutna płyta, lecz smutkiem innym, niż cioranowska rozpacz Joyów, smutkiem kojącym, spokojnym, pogodnym nawet, pogodnym jak pasaż z “The man who sold the world”.
I tak naprawdę, miejsce Nirvany powinien tutaj zająć albo Cave, albo Waits, albo, pewniej jeszcze, Radiohead, albo PJ Harvey, bo słuchałem ich wszystkich z osobna częściej i dłużej, i dalce bardziej ich od Nirvany wolę i dalej słucham, nawet właśnie w tej chwili puściłem sobie “Nocturamę”. Ale postanowiłem zaufać instynktowi.
4. Pixies, Surfer Rosa/Come on Pilgrim
Podwójne wydanie, płyta i EP. Muzycznie wspaniała, podobno Cobain był fanem Pixies – jeśli był, to mógł pozostać, bo muzycznie, energetycznie Nirvana pozostaje za Pixies daleko w tyle. “Surfer Rosa” jest przy tym tak pięknie, chropowato nagrana…
A ciągnie za sobą, przede wszystkim – imprezy, na których wrzeszczeliśmy hiszpańskie teksty nie rozumiejąc z nich ani słowa. I jeszcze całkiem niedawno, zanim Franek się urodził, skakaliśmy jak nastolatki do “Isla de encanta”
Marek grał na gitarze “Where is my mind”, obok różnych riffów z Radiohead i autorskiego “Śledzia”, kiedy tysiąc lat temu pływaliśmy po Mazurach na berylach z wietierokami. I usiłowaliśmy to śpiewać, to i “Caribou” jeszcze, nie bardzo się udawało.
A swoją drogą, ciągnie się za moim Pixiesami jeszcze wspaniała, scena z ekranizacji “Fight clubu”, prawie tak mocna, jak You’ll hunt elk through the damp canyon forests around the ruins of Rockefeller Center z książki. Mimo, że “Where is my mind” bynajmniej nie jest moją ulubioną piosenką tego radosnego zespołu, to jednak ta asocjacja z Palahniukiem i Fincherem dodaje mu bez wątpienia ważności.
5. Portishead, Dummy
No jakoś tak mi wychodzi, że depresyjna muzyka działa na mnie najlepiej. Portishead to już dużo późniejszy rozdział mojego życia, cichy soundtrack do “przyjmowania pewnej formacji intelektualnej” na studiach i później. Mroczny finisz imprez, mieszany ze smutnymi kawałkami Shemekii Copeland i co mroczniejszym Waitsem, Beth Gibbons śpiewała naszym przyjaciołom powoli spływającym w fotele, dopalającej się sziszy, wstęgom papierosowego dymu i okrągłym plamom po alkoholu, kiedy wżerały się w fornir na meblach. Gosia K. nie znosiła Portishead, bo pogłębiali jej depresje: dla mnie depresyjna to jest Patrycja Markowska, Beth Gibbons jest po prostu cudownie, rozkosznie smutna.
Być może jestem po prostu mizantropem, któremu jest przyjemnie słuchać muzyki smutnej jak pogrzeb złego starca, nie wiem. Swoją drogą, Portishead, obok “Silent treatment” Pati Yang i – tak, wiem, że to dziwne – “X&Y” Coldplaya to moja ulubiona muzyka na długie podróże samochodem.
6. Dead Can Dance, Within the Realm of a Dying Sun
Co trzeba było o DCD napisać, napisał już Studyta u siebie. Ja dodam tylko, że dla mnie to “Cantara” jest chyba najważniejszym utworem na tej wspaniałej płycie.
A dlaczego nie mogłem wybrać innej płyty? Ano, po pierwsze i najważniejsze, z DCD to ta sama historia co Joy Division.
Potem trochę mi zbrzydli, bo często lecieli u nas jako muzyczny podkład do sesji rpg, ale raczej Into the Labyrinth, póżniej jeszcze pani Lisa przez jakiś czas pojawiała się w soundtracku co drugiego filmu, na jakim byłem w kinie. Być może na fali tego znużenia napisałem jakieś dwa lata temu, że mam DCD dosyć, bo brzmią mi już fałszywie.
Ale znużyłem się w końcu jednym, zapętlonym kawałkiem z soundtracku “28 tygodni później”, który puszczałem sobie do pisania, jako ścianę dźwięku odgradzającą mnie od świata i hipnotyczny stymulant do mózgu, do emocji i stylu, i zacząłem pisać, przepraszam za wyrażenie, “pod” Dead Can Dance. Musiałem szybko zmienić muzykę do pisania na coś innego (Rammstein ostatnio), bo DCD angażowało mnie za bardzo, bo to jednak zbyt dobra muzyka.
7. Kult, Posłuchaj to do ciebie
To po prostu ogromny kawałek moich lat młodzieńczych. “Piosenka młodych wioślarzy”, “Elektryczne nożyce z gór”, które śpiewaliśmy z najbliższymi mi wtedy przyjaciółmi z pogardą dla ciszy nocnej (jakże dziś nie znoszę takich hałaśliwych gówniarzy), “Do Ani”, które wzrusza mnie do dzisiaj…
Teraz, jeśli włączam jeszcze coś Kultu, to pierwszego albo drugiego “Tatę Kazika”, albumy przecież genialne, bo ojciec jednak lepszym tekściarzem był od syna, nie mówiąc już o Gałczyńskim. Lubię też “Ostateczny krach systemu korporacji”, następnych płyt nie byłem już w stanie odsłuchać nawet do połowy, znudziły mnie po prostu na śmierć.
Więc co mogę napisać jeszcze o tej płycie?
Elektryczne nożyce z gór / W kosmosie nie ma większych / A oni zjednoczeni dalej lecą / Oni powracają tą samą drogą
Tyle.
Studyta zamieścił na swoim blogu zabawny wpis o swoich córeczkach, który przypomniał mi pewną historię, w kontekście dziecięcego upodobania do makabry.
Otóż, usypialiśmy się dość późnym już wieczorem i Fran, jak to Fran, przewalał się na łóżku, machał nogami, śpiewo-piszczał po swojemu, tulił się, aż w końcu powoli ruchliwość jego zamierała i zaczął równomiernie oddychać, sądziłem więc, że już zasnął. Jąłem się więc dyskretnie wymykać z łóżka, aby wyjść z sypialni i oddać się wszystkim tym miłym czynnościom, którym mogą oddawać się rodzice, kiedy dzieci śpią.
A była wtedy pełnia i pół sypialnianego okna wypełniała wielka tarcza księżyca, przecinana bezlistnymi koronami brzóz.
Kiedy więc wyciągnąłem ramię spod główki mojego synka, ten usiadł nagle na łóżku, otworzył oczy najszerzej, jak się da i przez chwilę patrzył na mnie, oświetlony sinym światłem zza okna. Zapytałem go, co się dzieje, na co mój syn odpowiedział kłapiąc szczęką. Patrzył na mnie, nie reagując w ogóle na mój głos i kłapał na mnie swoją małą żuchwą z czterema wyrastającymi z niej zębami, bez śladu uśmiechu, otwierając usta najszerzej jak potrafił, z oczami wielkimi jak spodki i wydawały te kłapnięcia dźwięk, który skojarzył mi się natychmiast z najbardziej przerażającą bajką mojego dzieciństwa, z “Dziadkiem do orzechów” E.T.A. Hoffmanna z ilustracjami Szancera, bo kłapał tą szczęką mój pierworodny jak hoffmannowski dziadek do orzechów właśnie – po czym przypomniała mi się zaraz Pirlipata, przemieniona w odrażające, wielkogłowe stworzenie przez Mysibabę.
I dziadek do orzechów i potworna Pirlipata ze wspomnień prawie zapomnianych i mój księżycem oświetlony synek w tym dziwnym, lunatycznym kłapaniu wywołali we mnie przerażenie dziecięce, pierwotne, przejmujące. Miałem ogromną ochotę uciec z sypialni, ale w końcu jestem tatą, chwyciłem więc Franka za ramiona, przytuliłem go delikatnie, a on zamknął zaraz oczy i padł na pościel zupełnie bezwładnie i spał, jakby wcale przed chwilą nie wysłał ojca w krótką podróż w krainę burkowskiego sublime, a dokładnie w krainę terroru, jak Ann Radcliffe w swoim eseju On the Supernatural in Poetry (który można sobie przeczytać tutaj) określała stan niepewnego wyczekiwania na możliwe nadejście tego, co nieznane i straszliwe, w odróżnieniu od horroru, który jest już tylko na to co straszliwe reakcją, reakcję na to, co znane – bo oczom objawione.
Pisze o tym Ann Radcliffe:
Terror and horror are so far opposite, that the first expands the soul, and awakens the faculties to a high degree of life; the other contracts and freezes and nearly annihilates them.
Dobra literatura i film grozy niemal uniwersalnie zachowują proporcję zdecydowanej, jak 9 do 1, przewagi terroru nad horrorem właśnie – bo tylko terror należy do świata wzniosłości, horror to tylko, jak mawiał na swoich wspaniałych wykładach z literatury angielskiej prof. Sławek ( przy tej okazji jeszcze raz – dzięki, B.!), zwykłe “bu zza węgła”.
A czasem, jak widać w powyższej historyjce, terrorem jako środkiem literackim, posługuje się życie, szczególnie w sytuacjach najintymniejszego spokoju i bezpieczeństwa, jak usypianie dziecka we własnej, ciepłej sypialni, na zasadzie kontrastu właśnie. Radcliffe pisze o tym kontraście na używając przykładu sceny z “Makbeta”, kiedy na uczcie, czyli w scenerii wesołej i jasnej, objawia się duch Banka. Bo przecież życie jest literaturą.
W czwartej – najlepszej – części swojego rewelacyjnego cyklu The way we live now pisze Studyta o seksie. Rzecz wymaga komentarza.
Zacznijmy od wiodącej myśli całego mini-eseju Studyty:
Problemem dużej części współczesnych ludzi masowych jest ich niezdolność zarówno do prawdziwej, małżeńskiej miłości jak i rubasznej rozpusty. Agape i Eros równie rzadko pojawiają się w ich życiu, Chrystus i Casanova są dla nich równie niedostępni.
Literacko, ten “Chrystus i Casanova” to jest mistrzostwo świata, rzecz nadaje się, po niewielkich zmianach, na znakomity aforyzm – a przy tym spostrzeżenie jest nadzwyczaj celne.
Podepnę się trochę pod autora i stwierdzę niniejszym, że mam podobne intuicje, szczególnie, co do katolickiej teologii ciała, o której nasz autor pisze w dalszej części swojego eseju.
Pewna moja znajoma, twierdziła kiedyś, że są trzy ołtarze w życiu małżeństwa – “prawdziwy” ołtarz w kościele, stół w domu i małżeńskie łóżko. Porównań, niebezpiecznie bliskich, aktu seksualnego do Eucharystii również już kilka słyszałem. Cała europejska tradycja każe mi myśleć, że są to porównania cokolwiek bluźniercze.
Dziwaczny wydaje mi się nawet obyczaj “modlitwy przed aktem małżeńskim” – dziwaczny, niepotrzebny i co gorsza rujnujący chyba zupełnie przyjemną, rubaszną spontaniczność miłości cielesnej.
Prezentowane swojego czasu na Forum Frondy rysuneczki spółkującej pary, wystylizowane na ikony a opisywane jako zainspirowane teologią ciała wydają mi się prostą – i symptomatycznie niewłaściwą – konsekwencją takiego stosunku do cielesności właśnie.
Zgadzam się ze Studytą, że powodem rosnącej popularności teologii ciała jest próba odpowiedzi na świat pełen McSeksu, odpowiedzi jednak niewłaściwej
Tymczasem, w jakiś sposób naturalną i mądrą wydaje mi się być konwencja praktykowana w Rzplitej gdzieś w okolicach XVI i XVII wieku.
W tym sarmackim modelu nikt nie ma wątpliwości co do grzeszności niektórych zachowań seksualnych – ale też rozpusta nie jest przedstawiana jako grzech ultymatywny, jedyny i najisotniejszy. Z drugiej strony, nikt nie próbuje sakralizować seksu małżeńskiego, natomiast, co ciekawe – rozmawia się o małżeńskim spółkowaniu zupełnie swobodnie, otwarcie, nie szczędząc dosadnego języka.
Jest to konwencja znajdująca się gdzieś pośrodku trójkąta narysowanego między wierzchołkami, którymi, którymi, odpowiednio, są:
Z jednej strony martwa już dziś raczej wiktoriańska pruderia, w której przyjętym obyczajem jest publiczne stwarzenie wrażenia, że seksu *nie ma*, czego konsekwencją był na przykład przypadek Ruskina, który przed swoim ślubem nie widział nigdy nagiej kobiety i znał kobiece ciało jedynie z rzeźby antycznej. W efekcie, pan poeta, zobaczywszy w noc poślubną włosy łonowe swojej Effie, uciekł z krzykiem, przekonany, że ożenił się z dziwadłem lub potworem. Wstrętu do żony nie pozbył się nigdy i po kilku latach małżeństwo zostało anulowane.
Drugim wierzchołkiem trójkąta jest afirmacja promiskuityzmu – hooking, dogging, gołe dziewczę na co drugim billboardzie, gimnazjalistki, licealistki i studentki solidarnie przebrane za kurwy, etc. Konsekwencji i efektów tłumaczyć nie trzeba, bo widać je gołym okiem, na każdym kroku.
Trzeci wierzchołek, to nieśmiało i powoli promowana teologia ciała, i próby sakralizowania seksu, momentami ocierające się o bluźnierstwo.
Sarmacka konwencja lokuje się więc gdzieś w środku, lecz nie umiarkowanie stanowi o jej wartości. Jestem w ogóle przeciwnikiem koncepcji złotego środka – złotym środkiem między okrutnym morderstwem niewinnego a powstrzymaniem się od takiej zbrodni będzie niewinnego okaleczenie.
Konwencja sarmacka wydaje mi się – po prostu – zdrowa. Nie znajduję dla jej opisu lepszego przymiotnika, niż właśnie – zdrowy.
To “zdrowie” polega chyba na właściwej proporcji pomiędzy pruderią a rubasznością, bez zbędnej teologii.
Nie wdając się w zbyt szczegółowe rozważania, lokuje mi się to gdzieś w okolicach katolickiej “słoneczności”, radości z życia, wina, słońca, kobiet i pieśni. Wszystko to razem stanowi po części o łacińskości naszej cywilizacji.
Warto dodać jeszcze, na koniec, że ta proporcja właśnie stanowi o możliwości romansu. Romans, jako taki, nie jest możliwy w świecie hookingu i dogginu, w świecie zaliczających się nawzajem pań i panów, których płciowość bywa mniej istotna niż fakt bycia key-accountem. Nie jest również możliwy romans w wiosce Amiszów. Romans, miłość romantyczna – potrzebują właściwej proporcji pruderii i swobody.
Nie sądzę, natomiast, aby w skali społecznej powrót do takiej “normalności” był jeszcze możliwy. Aż do ostatecznego kollapsu naszej cywilizacji, skazani już będziemy albo na panujący obecnie promiskuityzm, albo na jakąś szaloną pruderię, która zapanować może lada dzień, w reakcji na model dzisiejszy. Możemy nawet spodziewać się mieszaniny jednego i drugiego, nie polegającej jednak na proporcji a na złożeniu elementów skrajnych – ładny model takiej mieszanki zaprezentował Jacek Dukaj w “Czarnych oceanach”.
Studyta, w komentarzu do wpisu o Wielkiej Sobocie i Evoli skromnie wspomniał, że napisał kiedyś spory tekst o Duginie.
Wzmianka ta wywołała łańcuch asocjacji, który zasługuje na umieszczenie w osobnym wpisie, nie tylko w komentarzu.
Krótko mówiąc, tekst o Duginie pamiętam doskonale.
“Fronda” w latach 1994-1998, z takimi tekstami, jak Studyty Prawosławny Ezoteryzm miała na mnie, wtedy licealistę, bardzo duży wpływ formacyjny. Towarzyszył temu wylobrzymiony nastoletnią wyobraźnią dreszczyk antysystemowości – pierwsze “Frondy” (razem ze stertą archiwalnych, punkowych zinów) przyniósł mi kolega z klasy, A., otwierając, wybaczcie duże słowa, bramy do nowego świata – ale to na tekstach z “F” uczyłem się myśleć.
Z tego powodu potem, na przełomie 1998/1999 pojechałem, jako student pierwszego roku MISH, porozmawiać o “F” ze Smoczyńskim, z okazji pisanej na temat “F” pracy semestralnej. Kilkugodzinna rozmowa utwierdziła mnie chyba w kwestii wyboru przyszłej drogi życiowej, w sensie zawodowym, którego trzymam się do dziś. Do dziś mam nagranie tamtej rozmowy i bardzo żałuję, że Smoczyński zastrzegł, że gadać możemy, ale niczego z tego nie wolno mi nigdzie opublikować.
Przypominając sobie samego siebie, sprzed dziesięciu lat – widzę wyraźnie, że to co robię dzisiaj, gorzej czy lepiej, ma sens, bo słowa mają konsekwencje.