Dziennik 2006-2010
Strona autorska Szczepana Twardocha
GŁÓWNALITERATURANAGRODYO AUTORZEPUBLICYSTYKAKANAŁ RSS
Once
Wpisane 01:17, 22 Listopad 2008 przez Szczepan Twardoch

Obejrzeliśmy zaskakujący romans: taki, w którym nie ma ani jednego pocałunku. Kiedy film się kończył, starłem łzy z policzka żony, i przypomniałem sobie, że jest moją największą przygodą, wyzwaniem, powinnością i darem. Pierwszą Czytelniczką i powiernicą, do której ucha nocami szepczę to, co prawie niewypowiadalne. Od jedenastu lat, całe moje dorosłe życie i o nic więcej nie mogę już prosić Boga w moich modlitwach, bo mam już wszystko.

Czytaj dalej »

Wpisane w Inne | 3 Komentarzy Więcej »
Transsiberian
Wpisane 10:57, 24 Październik 2008 przez Szczepan Twardoch

Film jest sztuką mimetyczną najdoskonalej. Obejrzeliśmy wczoraj z Agatą „Transsiberian„, niezły film oscylujący gdzieś między thrillerem a filmem noir. Rzecz zaczyna się wspaniale: para wsiada do pociągu z Pekinu do Moskwy.

Transsyb! Trzy razy, w 2002 i 2004, ta sama trasa, Moskwa – Irkuck. Spanie, książki, piwo w PECTOPAH, mycie w umywalce w kiblu, znowu spanie. 84 godziny w powolnym legato wagonów, z równym akompaniamentem krajobrazu: brzóz, modrzewi i niebieskich okien w drewnianych wioseczkach. Pysznych, carskich stacji, oblepionych secesyjnym ornamentem z przybitymi gwoździem gwiazdami. Z babuszkami, które nie wiedzieć jak żyją, ale sprzedają pielmieni i kartoszki gorące tak, że prawnie topnieje na nich foliowa torebka. I egalitarny wagon, plackartnyj, otwarte przedziały, kipiatok w samowarze i wagon restauracyjny, gdzie w skrzynkach stoją równe bataliony cienkiej baltiki.

Bohaterowie filmu nie jadą plackartą, mają wyższą klasę, kupiejnyj, czyli zamknięte przedziały z czterema leżankami w każdym. Cóż im jednak po tym, skoro pociąg, którym jadą, jest strasznym transsybem z Rosji odzwierciedlonej, nie prawdziwej. Śmiejemy się z Agatą z niezbędnych i fałszywych dekoracji: szczerbatych lub złotozębnych mężczyzn, grających na harmoszkach, wódki pitej na korytarzu i w restauranie szklankami. I gęby, jakich się w drogim kupiejnym naprawdę nie uświadczy, pasujące raczej do podmiejskiej kolejki albo obszczija na trasach dalekobieżnych.
Ale i tak oglądamy z przyjemnością.

Z jakiegoś tajemniczego powodu, lubię oglądać w filmach znajome miejsca, ale tylko niektóre wzbudzają we mnie jakieś szczególne emocje. Budapesztańskie metro w mrocznym, wspaniałym „Kontroll„, niezliczona ilość filmów na Moście Brooklyńskim i pod pomnikiem księdza Duffy’go na Times Square. Kreml i Arbat. I „Trassiberian” dał nam, mi i Agacie dużo tej śmiesznej, prostej radości: na przykład brzydki dworzec w Pekinie z pchającymi się do kas Chińczykami. Zabajkalsk, który uznaliśmy swojego czasu za najszpetniejsze miejsce na świecie. Piękny żelaznodorożnyj wagzał w Irkucku, już odnowiony (film jest nowy, z 2008 roku, my w Irkucku byliśmy po raz ostatni w 2004, kiedy na dworcu ciągle trwał remont), i rozpoznaję, w krótkim ujęciu, miejsce, gdzie przez pół nocy siedziałem w towarzystwie młodego Rosjanina, którego, jak sam twierdził, diewoczka wyrzuciła z mieszkania i teraz siedzi tutaj i czeka, aż przejdą jej humory. Rozmawialiśmy słowiańskim wolapikiem, graliśmy w szachy, mocno czuć go było wódką, potem dał mi kasetę z nagranym irkuckim punk-rockiem, której słuchałem tylko raz, ale którą mam do dziś, zagrzebaną gdzieś w szafie, i jeszcze żegnając się, wręczył mi w prezencie zawiniątko z cerkiewnym kadzidłem. Wyrzuciłem potem te żywiczne grudki, przed odjazdem, jak głupiec, bo strachliwie uznałem, że to na pewno haszysz, który chłopak ów wsunął mi w dłoń w ramach milicyjnej prowokacji. Może zresztą już o tym pisałem, nie pamiętam, pamiętam za to twarz tego chłopca, sprzed sześciu lat, pamiętam jego zabawne konfabulacje, chociaż często nie umiem przywołać w pamięci twarzy ludzi widzianych przed tygodniem.

I znajome wnętrze rosyjskich wagonów: kipiatok na drzewnym piecyku, przedział, w którym sypiają prowadnice. Bohaterka, która chce się pozbyć kompromitującego bagażu wpada do toalety, aby wyrzucić to, co wiezie, przez okno, a my z Agatą krzyczymy: ejże, dziewczyno, przecie okna w transsyberyjskich, kolejowych kiblach nigdy się nie otwierają! – i cieszymy się, kiedy grana przez Emily Mortimer postać odkrywa tę straszną dla niej prawdę. A wcześniej otwiera drzwi wagonu za pomocą dźwigni awaryjnego hamulca, ale wybaczamy reżyserowi tę pomyłkę.

W filmie Andersona rosyjska milicja jest przerażającą, brutalną instytucją – o ile polscy spadkobiercy towarzysza Dzierżyńskiego są raczej groteskowi, niż straszni, to rosyjskich milicjantów rzeczywiście bać się mogą innostrańcy. Cóż z tego, kiedy my pamiętamy inną historię – w 2002 roku nasz przyjaciel H. wyruszył razem z nami z moskiewskiego Dworca Kazańskiego w kierunku na Irkuck, niestety – jego plecak został na peronie i H. na podbój Syberii i Mongolii wyruszył w sandałkach, szortach i t-shircie. Na szczęście, miał ze sobą paszport i pieniądze. W pociągu uruchomiliśmy akcję ratunkową dla plecaka, ktoś dzwonił z pociągu na moskiewski dworzec, H. wysiadł w Kazaniu i tam zwinęła go milicja. H. nie mówił ani słowa po rosyjsku, ale zawsze potrafił dogadać się w każdym języku świata – i kazańscy milicjanci nakarmili go po uszy, napoili, przenocowali – bodajże w areszcie, ale już nie pamiętam, jak to było dokładnie – i rano wyprawili z powrotem do Moskwy, gdzie w kamerze chranienia plecak się znalazł, lżejszy tylko o to jedzenie, które mogło się zepsuć po drodze – ktoś, kto ten plecak przeszukał, nie tknął drogiego sprzętu turystycznego, ubrań ani dwustu dolarów, wyciągnął tylko i zjadł kanapki, które H. miał jeść w drodze do Irkucka. Dojechał H. nad Bajkał dobę po nas.

A w „Transsiberianie”, rosyjskie hotele – i przypomina nam się hotel Kosmos w Irkucku, który poza sezonem letnim był podobno akademikiem i gdzie spaliśmy, słuchając w ciemnościach chrzęstu pancerzyków łażącego po suficie robactwa.

Film jest poza tym wszystkim sprawnie zrobionym thrillerem, ze świetnymi rolami Mortimer i Kingsleya i obejrzeć go można z przyjemnością nawet jeśli nie podziela się naszego sentymentu do transsyberyjskiej linii.

Wpisane w Inne | 5 Komentarzy Więcej »
Varia wojenno-filmowe
Wpisane 17:56, 13 Sierpień 2008 przez Szczepan Twardoch

1. Po raz pierwszy dzisiaj mam powód, aby być dumnym z prezydenta, na którego głosowałem. Oczywiście, nawet do tej pory Kaczyński i tak był najlepszym prezydentem po 1989 roku, ale umówmy się, średni to honor wygrać w tej konkurencji z sowieckim generałem Jaruzelskim, głupim jak but Wałęsą i postkomunistycznym aparatczykiem-alkoholikiem Kwaśniewskim. A wczoraj, w Gruzji, Lech Kaczyński po raz pierwszy od początku kadencji wyszedł z cienia swojego brata.
Po stronie Gruzji jest cała moja sympatia, ale przy tym nie zapominam, że Rosja jest po prostu i tylko wrogiem mojego kraju, niczym więcej – nie muszę czuć do Rosjan nienawiści ani pogardy. Rosja zagraża Polsce na wiele różnych sposobów, przede wszystkim przez niewątpliwą i głęboką agenturalną infiltrację wszystkich dziedzin polskiego życia społecznego, polityki, gospodarki, wojska i mediów. Ale to nie czyni Rosjan nie-ludźmi. Rzeczpospolita musi dołożyć wszystkich sił do zwalczania rosyjskich interesów, tam gdzie ma interesy swoje – ale do tego nie trzeba Rosjan nienawidzić. Ani nimi gardzić. Wydaje mi się, że nienawiść i pogarda mogą nawet przeszkadzać.

2. Postanowiłem zabawić się w snucie political fiction:
Wersja A) Administracja Busha podpuszcza Saakaszwilego, aby odebrał to, co mu się skądinąd słusznie należy, tj. Osetię. Wiedzą przy tym doskonale, że Rosjanie jednak się ruszą i że najpewniej wcale się w Osetii nie zatrzymają, ale Gruzinie tego nie wiedzą i radośnie wkraczają do Osetii. Rosja oczywiście reaguje – a Amerykanom właśnie o to chodziło – groźni Rosjanie pracują na rzecz McCaina, który chętnie posługuje się wojowniczą retoryką, osłabiając pozycję Obamy, tę amerykańską kopię Kwacha skrzyżowanego z Tuskiem, czyli porozumienie i miłość ponad podziałami.
Wersja B) Ruscy robią sobie w lipcu manewry na Kaukazie. Saakaszwili widzi co się święci, skoro nawet Michalski z „Der Dziennika” o tym słyszał. Szuka pomocy w USA, nie otrzymuje jej i zdesperowany, postanawia wykonać uderzenie wyprzedzające(na terytorium teoretycznie należące do Gruzji, lecz praktycznie pozostające poza jej suwerennością) , licząc, że to zapewni mu lepszą pozycję wyjściową w nieuniknionym konflikcie militarnym. Militarnie nie wiedzie mu się najlepiej, jednak dyplomatycznie udaje mu się całkowicie zniwelować ewentualne skutki naruszenia nieformalnego rozejmu „olimpiadowego” i Rosja zostaje jednoznacznie uznana za agresora. Skądinąd słusznie, lecz po gruzińskiej próbie podporządkowania sobie zbuntowanej prowincji, nie było to wcale takie pewne.

2. Batman. To już czwarta, udana adaptacja komiksu, jaką widziałem w kinie – po „Hellboyu”, „Sin City” i może „300″. Tym trudniejsza, że jednak niełatwo jest zrobić nieobciachowy film o facecie przebierającym się za nietoperza, o wiele trudniej niż np. zekranizować „Sin City”.
Nolanowi jednak bez wątpienia się udało. Lubię wszystkie filmy tego reżysera, od świetnego „Memento”, przez mniej może wybitną, ale zręczną i mocną „Bezsenność”, aż po świetny, oryginalny i odkrywczy „Prestiż”. Rację ma jednak Łukasz Orbitowski, że bez wątpienia nie jest to „najlepszy film w historii kina”. Bez przesady. Rola Heatha Ledgera jest wspaniała, jego Joker jest sto razy bardziej przerażający, niż Joker Nicholsona, jest przy tym również dowodem na wielką artystyczną elastyczność tragicznie zmarłego aktora, który potrafił zagrać role tak różne, jak Joker właśnie, czy kowboj-pederasta w świetnie zagranym i pięknie sfilmowanym „Brokeback Mountain”, który poza tym był filmem wyjątkowo, dzięki kiepskiemu scenariuszowi, słabym. Ale poza tym – Bale, który przecież jest wielkim aktorem, nie daje z siebie zbyt wiele, chociaż trudno też spodziewać się, żeby dało się zrobić aktorski koncert z roli faceta przebranego za nietoperza. Oldman – niestety, ledwie miga w tle. Maggie Gyllenhaal, Eckhart – jakby wyciosani z drewna, nudni, nieciekawi. Eckhart, swoją drogą, położył swoją drewnianą obecnością świetną skądinąd „Czarną Dalię”.

3. Bale, chociaż, mam wrażenie, rozmienia się trochę na drobne, grając „Batmana” czy Johna Connora w „Terminatorze”, ciągle potrafi pokazać wielki aktorski kunszt. Obejrzeliśmy niedawno film „Harsh Times”, gdzie Bale wciela się w rolę niestabilnego psychicznie weterana. I jest to wspaniała rola – Bale jest przekonywujący, momentami brawurowy, rola dużo lepsza niż w Batmanie. I w ogóle, na pierwszy rzut oka wygląda rzecz na dobry film.
Jednak, powiela niestety kliszę, obecną w kulturze masowej od dobrych czterdziestu lat – iż wojna zmienia żołnierzy w psychopatów. Jest to opinia obecna w kulturze tak mocno, że aż czasem nikomu nie przychodzi do głowy, aby ją zweryfikować. Mogę jeszcze zrozumieć, że dali się do niej przekonać Amerykanie – chociaż, zdaje się, że w kulturze masowej cezurą wojen, od których zostaje się psychopata, jest Wietnam, trudno znaleźć nawet we współczesnych filmach wojennych postaci, które zostałyby psychopatami po udziale w II wojnie światowej.
Oczywiście, wojny zostawiają w ludziach straszne ślady. Nie trzeba tego tłumaczyć chyba nikomu, kto rozmawiał kiedyś z weteranami z pokolenia mojego dziadka, urodzonego w 1920 roku. Hegel twierdził, że wojna polaryzuje charaktery, Jünger (ten drugi, o ile dobrze pamiętam) pisał, że długą wojnę niewielu zniesie bez szkód na duszy. Lecz dodawał również, że długiego pokoju bez szkód na duszy nie zniesie nikt – to tak na marginesie. Tak czy inaczej – te szkody na duszy nie oznaczają jeszcze całkowitej erozji norm moralnych i utraty wszelkiej stabilności psychicznej, co możemy łatwo sprawdzić, bo chyba większość P.T. Czytelników tego bloga zna weterana jakiejś wojny. Mało tego – wielu przecież jest takich, których te straszne, wojskowe doświadczenia, walka z bronią w ręku uszlachetniły, zamiast zdegenerować.
Dobrze pisze o tym Max Hastings w swojej zawodowej autobiografii „Going to the Wars” – pisze o tym, że pracując jako korespondent wojenny w Wietnamie, w Izraelu, na Falklandach i podczas wielu innych wojen, spotkał bardzo wielu żołnierzy różnych armii – i byli różni, lecz znakomita większość spośród tych żołnierzy była przyzwoitymi, szlachetnymi ludźmi, skoncentrowanymi na pełnionej służbie. To ożywczy głos, kiedy ciągle ogląda się na ekranie psychopatów.
Czasem mam nawet wrażeni, że poddani wpływowi tego popkulturowego toposu żołnierze, nawet ci, wracający z misji mniej niebezpiecznych niż praca dzielnicowego w małym mieście, czują sie niejako zobowiązani do posiadania wyrw w psychice.
Nawet jeśli przez całą swoją turę przekładali papiery w kancelarii.

Wpisane w Inne | 6 Komentarzy Więcej »
Trzej kumple
Wpisane 09:18, 1 Lipiec 2008 przez Szczepan Twardoch

„Trzej kumple” to film doskonały warsztatowo, brawurowo i ze świetnym efektem żonglujący nagraniami archiwalnymi, fragmentami dokumentalnymi z normalnej i ukrytej kamery, czy wstawkami rekonstrukcyjnymi. Lecz nie na tym polega jego wielkość, jego wielkość jest ukryta w samej historii, którą opowiada, w jej fabularnej warstwie – jest to film o człowieku, który zdradza przyjaciół, słowem jest to historia uniwersalna.

To zresztą należałoby zgłosić jako postulat do Bronisława Wildsteina, jednego z trzech bohaterów tamtych wydarzeń – jego „Dolina nicości” to dobra i ważna powieść, ale powieść o tamtej przyjaźni i zdradzie, powieść o tamtej historii mogłaby być książką wielką nie tylko przez swój wymiar historyczny i, użyjmy neologizmu, „aletheiczny”, czyli odsłaniający prawdę (od źródłosłowu greckiej aletheia – odsłanianie, tego, co zakryte), ale również w wymiarze odsłonięcia najgłębszych splotów człowieczeństwa. Może się doczekamy.
Czytaj dalej »

Wpisane w Inne | 2 Komentarzy Więcej »
Podziękowania dla Rafała Pankowskiego
Wpisane 11:00, 25 Kwiecień 2008 przez Szczepan Twardoch

Rafał Pankowski bohatersko walczy z faszyzmem. Ma taką brawurową przenikliwość intelektualną, która pozwala mu dostrzec złowrogi cień drutów Auschwitzu w dowolnym w zasadzie miejscu – i robi na tym Rafał Pankowski swoją małą karierkę etatowego bojownika, często przychodzą doń dziennikareczki i dziennikarczyki z Wyborczej i wypytują o różne straszne zagrożenia, a Rafał Pankowski opowiada, czym one grożą, te zagrożenia. Redaguje również Rafał Pankowski swoje satyryczne pismo „Nigdy więcej”, w którym zwalcza faszyzm na sposób komediowy, zapewniając szerokim rzeszom dobrą zabawę i źródło anegdotek do opowiadania na imprezach. Albo, inaczej, na mrocznych zebraniach faszystowskich spiskowców, którzy, jak Pinky and the Brain chcą rządzić światem.

Ma Rafał Pankowski również taką właściwość, że czasem znajdzie sobie jakąś ofiarę, pisemeczko czy zina, w który następnie wbija swoje antyfaszystowskie kły i nie spocznie, póki nie dopnie swego. Klepie w „Nigdy Mniej”, przynudza w „Gazie” a ostatnio szturmem zdobył łamy cotygodniowego dodatku do Wyborczej, stargetowanego na światopoglądowo wrażliwych katolików z dużych miast, a zwanego enigmatycznie „Tygodnikiem Powszechnym”.

Pismem, w które Pankowski ostatnio wczepił swoje ząbki, jest „Templum Novum” – gniazdo faszystowskiej reakcji. Jakich faszystów tam nie ma: straszny włoski faszysta Julius Evola, straszny polski faszysta filozof-odlotowiec Jan Stachniuk, czy jeszcze straszniejszy polski faszysta rzeźbiarz Stanisław Szukalski. Czy Pankowski wie, że wielkim admiratorem i wychowankiem faszysty Szukalskiego jest aktor Di Caprio? To chyba również stawia go w kręgu podejrzeń. Mam nadzieję, że w następnym numerze „Nigdy więcej” Pankowski dokona szczegółowej analizy ról faszysty Di Caprio pod kątem faszystowskiej zawartości. Np. w filmie pt. „Krwawy Diament”, mówiącym o Afryce, DiCaprio jest biały, mówi z południowoafrykańskim akcentem, oraz strzela do Murzynów. Czy to nie znamienne? Czy to nie wystarczy? A nieświadome niczego nastolatki wieszają sobie plakaty z tym faszystą nad łóżkiem i nieświadomie ulegają faszystowskiej propagandzie.

Wracając do Templum Novum i tytułu tego wpisu. Dlaczego jestem wdzięczny Pankowskiemu?
Otóż dlatego, że nigdy nie opublikowałem niczego w „TN” i Pankowski mi przypomniał o tym bolesnym zaniedbaniu. Jakoś tak się złożyło – w 2004 Ryszard Mozgol, autor bardzo ciekawy i redaktor „TN”, zaprosił mnie do współpracy, zareagowałem z entuzjazmem, po czym sprawa jakoś upadła, pewnie za sprawą mojego sangwinicznego temperamentu.
A skoro ostatnio umówiłem się na współpracę z lewicowym „Obywatelem” (który, wg. Pankowskiego, wcale nie jest lewicowy, lecz kryptofaszystowski – za dowód wystarczy, że piszą tam o „Wyborczej” bez entuzjazmu, a to pierwszy krok do Kryształowych Nocy i Auschwitza), oraz z szacownymi, konserwatywnymi „Arcanami”, to dla zbalansowania oferty publicystycznej, za sprawą Pankowskiego może redakcja „TN” raczy mnie przyjąć na swoje łamy. Co prawda, z hasła „TN”, czyli z „kanonady narodowego romantyzmu” interesuje mnie w zasadzie tylko kanonada, ale może to wystarczy?

Wpisane w Inne | 4 Komentarzy Więcej »
Into the wild
Wpisane 01:05, 23 Kwiecień 2008 przez Szczepan Twardoch

Film Seana Penna, na podstawie książki Johna Krakauera. Rok temu z okładem, już po lekturze książki, dobrego przykładu amerykańskiej szkoły non-fiction novel, stwierdziłem, że – przy całej irytacji, jaką wzbudza postać Chrisa McCandlessa, w jego odejściu od świata jest coś poruszającego i wzniosłego.
Film, przez swoją dosłowność, zwiększa irytację, filmowy McCandless wydaje się być nieznośnie głupi, aby nazwać rzeczy po imieniu. Jest to znany i typowy rodzaj głupoty, właściwy ludziom wrażliwym i dość inteligentnym, lecz obdarzonym przy tym pewnego rodzaju socjopatią, szczelną nieumiejętnością zrozumienia i uznania kilku banalnych w istocie faktów: po pierwsze, że człowiek jest politikon zoon, po drugie, że zwierzęca natura człowieka skłania go wyłącznie ku zaspokajaniu pragnień i tylko cywilizacja może ten zwierzęcy egoizm okiełznać – i po trzecie, tego, iż konsekwencją okiełznania cywilizacją ludzkiej bestii, jest całe zło tej cywilizacji. Zło codzienne: kłamstwo i hipokryzja (bez których ludzie nie mogliby żyć ze sobą), nienawiść, przemoc i cierpienie. Jest to zło dla cywilizacji immanentne, na tym świecie nieuniknione, nieusuwalne.

Potrafię współodczuwać z tymi, którzy nienawidzą status quo naszej cywilizacji umarłej, jak prawicowi lub lewicowi radykałowie, jak Rymkiewicz albo Palahniuk, o których jakiś czas temu pisałem – palahniukowska zasiadka na jelenia w kanionach Wall Street jest zresztą wizją pokrewną do wątków z „Into the wild” – nie potrafię jednak i nie chcę współodczuwać z tymi, którzy nienawidzą cywilizacji w ogóle, ci bowiem nienawidzą po prostu człowieka w jego człowieczeństwie. A do takich, jak mi się zdaje, zaliczał się McCandless.

Mimo to jednak, szczególnie po obejrzeniu filmu, nie potrafię się oprzeć surowemu pięknu tej ucieczki – tego odejścia w dzicz. Wartość takie odejście ma tylko dla człowieka światowego, stąd głęboka niechęć do McCandlessa wśród mieszkańców Alaski, którzy uważają go za głupca, który porwał się na bardzo trudne zadanie bez przygotowania, bez odpowiedniego sprzętu, bez wiedzy. Człowiek oswojony z dziczą, w dziczy żyjący, nie traktuje jej – tego alaskańskiego bush – jak romantycznego refugium, lecz jako arenę codziennych zmagań. Nie może zrozumieć mieszczucha, który wkracza w nią i ginie – ginie przez własną głupotę i brak przygotowania, co nie jest zresztą w filmie podkreślone, a co zdaje się być faktem.

Ja jednak rozumiem i współodczuwam surowe piękno tego odejścia. Irytują mnie motywy, drażni głupota – ale samo odejście w dzicz, na długo i daleko, uwodzi i pociąga.

plecakSmakuję więc dziczy, opijam się nią – i wracam, do prawdziwego życia. Chce mi się dziczy na nowo, i z Bożą pomocą zasmakuję jej jeszcze wiele razy, dłużej i mocniej, kiedyś pójdę z pulkami na zimowy trawers przez Spitsbergen, przejdę wyspę Wrangla, pójdę w tajgę syberyjską lub na Yukonie na tygodnie całe – ale zawsze będę wracał do prawdziwego życia, do mojego naturalnego habitatu i matecznika, nie tylko dlatego, że mam dla kogo wracać, chociaż w hierarchii powodów jest to powód najważniejszy – ale oprócz tego, wracać chcę również, po prostu, do cywilizacji.

Wpisane w Inne | Komentarze są wyłączone Więcej »
Varia
Wpisane 10:53, 26 Marzec 2008 przez Szczepan Twardoch

Tematy z różnej parafii, zbyt błahe, aby zasłużyć sobie miały na osobne notki.

1. Andrzej Czuma o powszechnym dostępie do broni. Inicjatywa tego posła PO – zacna, jej polityczna realizacja – poniżej wszelkiej krytyki. Po pierwsze, powoływanie sie na przykład USA jest w Polsce najlepszym sposobem, żeby wszelkie próby liberalizacji dostępu do broni stłumić w zarodku. USA kojarzą się Polakom ze strugami ołowiu, przemierzającymi ekran kinowy w filmach sensacyjnych, ze strzelaninami w szkołach, oraz z tym, że broń można kupić w sklepie jak gazetę. Co jest oczywiście bzdurą, ale takie są społeczne skojarzenia i o tym należy pamiętać. Po drugie, zdanie „broń dostępna jak w USA” nic nie znaczy – bo kwestia dostępności broni palnej i prawa do jej noszenia w USA w bardzo dużym stopniu zależy od lokalnych regulacji i zupełnie inaczej sprawy mają się w stanach gun-friendly, jak Vermont czy Alaska, a zupełnie inaczej chociażby w Washington D.C..
Jeśli poseł Czuma musiał się powoływać na przykład zagraniczny, to trzeba było się odwołać do przykładu czeskiego – czeskie regulacje dotyczące broni palnej są rozsądne, sensowne, występują w bardzo podobnym kontekście kulturowym do naszego, są w pełni godne tego, aby je wręcz skopiować. A przede wszystkim – nikogo nie odstraszą, bo mało kto był w USA, ale w Czechach był każdy i jeszcze nikogo tam chyba szalony Pepik ze strzelbą nie zastrzelił.
Odebranie poli-milicji prawa do reglamentowania broni i przeniesienie tego prawa na administrację cywilną to pomysł jak najbardziej godzien pochwały. Ale po co mówić o „powszechnym dostępie do broni”? Ludzie się przerażą, inni posłowie PO się przerażą ludzkiego przerażenia i sprawa ugotowana – należy mówić o „jasnych kryteriach dostępu do broni”, mówić o bandytach, którzy wbrew prawu dostawali od poli-milicji pozwolenia na broń, mówić ewentualnie o „ułatwionym dostępie do broni palnej dla uczciwych obywateli”.

2. Zbigniew Bauman w mundurze kabewiaka, walczący z terroryzmem. Dobry artykuł Gontarczyka w świątecznej Rzepie. Nie poczuję ulgi, mało tego – ubolewał będę, kiedy w końcu guru polskiego postmodernizmu odejdzie na łono laickiego, liberalnie ironicznego Abrahama, chociaż przecież nie uroniłem łzy za Anatolem Fejginem. A dlaczego?
Niech odpowie za mnie Hillaire Belloc:

Here richly, with ridiculous display,
The Politician’s corpse was laid away.
While all of his acquaintance sneered and slanged
I wept: for I had longed to see him hanged.

2. W Wielki Piątek klasycznie nowoczesny ksiądz, którego nazwiska szczęśliwie zapomniałem, a który jest organizatorem inicjatywy skądinąd zacnej, szkoły dla spowiedników, wypowiedział w radio sąd, który podziela, jak mi się zdaje, większa część współczesnego kleru (cytuję za pamięci): „dzisiejszy człowiek, który ma komórkę, palmtopa i pisze e-maile wymaga zupełnie innej formuły spowiedzi; to nie może być już hierarchiczny stosunek spowiednik-penitent, a raczej partnerska rozmowa”.

To oczywisty błąd antropologiczny: człowiek, w swej grzeszności, jest i był zawsze taki sam. Zmieniają się okoliczności w których grzeszy – kiedyś oczernić bliźnich mógł listem nadanym przez umyślnego, potem telegramem, a dziś mailem, zamiast podglądania dziewek w kąpieli można oglądać porno w sieci – ale w żaden sposób nie wpływa to na naturę grzechu. Grzech jest zawsze taki sam, bo i ludzie się nie zmieniają. Motywacje bohaterów Szekspira i Homera rozumiemy równie dobrze jak Faulknera i Irvinga, bo ludzkie namiętności wynikają z przyrodzonej człowiekowi natury – a okoliczności, w jakich daje im upust nie stanowią wcale o ich istocie.

Czy jednak ten błąd antropologiczny wynika z niewiedzy? Nie sądzę, księża są na ogół nieźle wykształceni. Jest to błąd, wynikający z formacji, którą, jak mi się zdaje, często dostrzegam u młodych księży, a której charakterystyczny rys polega na tym, iż księża ci bardzo przejmują się tym, co teraźniejsze: dbają o to, aby być na czasie, aby nie uchodzić za wstecznych czy zapóźnionych. Jakby sam fakt noszenia sutanny (oczywiście, metaforycznej, bo prawdziwej młodzi księża nie noszą) zmuszał ich do ciągłego deklarowania swojej nowoczesności w dwójnasób.
Wynika to z pewnego anachronizmu: wychowawcy tych księży, którzy skądinąd słusznie powiedzieli im, iż ksiądz powinien odpowiadać na wyzwania teraźniejszości, zapomnieli dodać, iż ich pierwszorzędnym obowiązkiem jest troska o to, co Wieczne. Jako kapłani mają być najpierw depozytariuszami Sacrum – dopiero potem fajnymi chłopakami z gitarą, co prowadzą młodzież na górskie wędrówki. Zamiast być strażnikami Tajemnicy, młodzi księża postanowili się zaprzyjaźnić z ludem – znakiem tego są opustoszałe ambony w starych kościołach – a lud wcale nie potrzebuje takich przyjaciół – w dyskretnych koloratkach pod garniturem.

Wpisane w Inne | 2 Komentarzy Więcej »
  • Najnowsze wpisy

    • Święci
    • Historiozofia dla trzylatków
    • Cytat na dziś XIII
    • Różności, zapowiedzi
    • Krótko mówiąc IV
  • Najnowsze komentarze

    • Szczepan Twardoch o Cytat na dziś XIII
    • Szczepan Twardoch o Historiozofia dla trzylatków
    • Szczepan Twardoch o Święci
    • Il Federale o Święci
    • Studyta o Historiozofia dla trzylatków
    • WP o Historiozofia dla trzylatków
    • Piotr o Cytat na dziś XIII
    • Ignac o Historiozofia dla trzylatków
  • Tagi

    Śląsk Ślůnsk ślůnsko godka Arcana broń Broń i Amunicja Chateaubriand Christianitas chrześcijaństwo Cioran Czas Fantastyki dukaj Ernst Jünger felieton fiderkiewicz film Fronda Jünger język śląski kaczyński kino kościół konkurs literatura lustracja Márai Mackiewicz Michalski michnik Militaria opowiadanie orbitowski podróże polityka powieść Przemienienie Rosja Sándor Márai Spitsbergen spotkanie sternberg Tocqueville twardoch zabawy z bronią zimne wybrzeża
  • Kategorie

    • Arcana (4)
    • Broń i Amunicja (15)
    • Christianitas (5)
    • Cytat na dziś (12)
    • Czas Fantastyki (6)
    • FA-Art (1)
    • Fronda (6)
    • Gazeta Polska (2)
    • Informacyjne (73)
    • Inne (148)
    • Krótko mówiąc (3)
    • ś.p. Życie (1)
    • Militaria (13)
    • Niepublikowane (11)
    • onet.pl (2)
    • Opcje (4)
    • Pů našymu (6)
    • Wszystko jest literaturą (21)
    • Z papieru (2)
  • Archiwa

    • Wrzesień 2010 (1)
    • Sierpień 2010 (2)
    • Lipiec 2010 (3)
    • Czerwiec 2010 (5)
    • Maj 2010 (6)
    • Kwiecień 2010 (2)
    • Marzec 2010 (1)
    • Luty 2010 (1)
    • Grudzień 2009 (2)
    • Listopad 2009 (3)
    • Październik 2009 (4)
    • Wrzesień 2009 (5)
    • Sierpień 2009 (1)
    • Lipiec 2009 (6)
    • Czerwiec 2009 (3)
    • Maj 2009 (9)
    • Kwiecień 2009 (3)
    • Marzec 2009 (9)
    • Luty 2009 (5)
    • Styczeń 2009 (3)
    • Grudzień 2008 (3)
    • Listopad 2008 (5)
    • Październik 2008 (6)
    • Wrzesień 2008 (3)
    • Sierpień 2008 (5)
    • Lipiec 2008 (6)
    • Czerwiec 2008 (5)
    • Maj 2008 (4)
    • Kwiecień 2008 (6)
    • Marzec 2008 (7)
    • Luty 2008 (2)
    • Styczeń 2008 (4)
    • Grudzień 2007 (1)
    • Listopad 2007 (3)
    • Październik 2007 (7)
    • Wrzesień 2007 (11)
    • Sierpień 2007 (12)
    • Lipiec 2007 (10)
    • Czerwiec 2007 (10)
    • Maj 2007 (8)
    • Kwiecień 2007 (13)
    • Marzec 2007 (13)
    • Luty 2007 (8)
    • Styczeń 2007 (15)
    • Grudzień 2006 (11)
    • Listopad 2006 (9)
    • Październik 2006 (23)
    • Wrzesień 2006 (24)
  • Kalendarz

    Wrzesień 2010
    P W Ś C P S N
    « sie    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    27282930  
  • Translator

    Polish flagEnglish flagGerman flagFrench flagRussian flagCzech flagHungarian flag 
  • Na facebooku

  • Książki



  • Tak

  • Czytam

    • A. & Ł. Oleksakowie
    • Alfy, Lancie i ciężarówki
    • Anarcha, czyli Dante
    • Andrzej Solak
    • Esthel
    • Felietony Krzyśka Łęckiego
    • Funky Dieter
    • Jacek Dukaj
    • Koty Orbitowskiego
    • Kronika Novus Ordo
    • Ślůnzok ze Aldrajchu
    • Łukasz Orbitowski
    • M&M Kryjakowie – fotografia
    • Maciej Gnyszka
    • Miłośnik Ezry Pounda
    • Okiem Studyty
    • Paweł Milcarek
    • Przemek Bociąga
    • S.Michalkiewicz
    • Slavoi – Próbki
    • Tomasz Gabiś
    • Urbaniuk robi zdjęcia
    • Wojtek Wencel
    • x. Isakowicz-Zaleski
  • Łamy

    • 44
    • Arcana
    • Broń i Amunicja
    • Christianitas
    • Czas Fantastyki
    • FA-Art
    • fronda.pl
    • lampa
    • Nowa Fantastyka
    • Opcje
    • SFFH
  • Teksty

    • Babilon i mimesis
    • Jak nie zostałem Polakiem – narodowość jako akt woli.
    • Konserwatyzm jako klęska
    • Lampart na marmurowej skale
    • Pusty stryczek. O „Wieszaniu” Rymkiewicza.
    • Rozpacz, chrześcijaństwo i konserwatyzm
    • Umieranie Sándora Máraiego
  • twardoch.pl

    • Agata, żona
    • Dziennik 2004-2005
    • Ewa, siostra – w Maroku
    • Fechtunek
    • Podróże małe i duże
  • Meta

    • Zaloguj się
    • Kanał RSS z wpisami
    • Kanał RSS z komentarzami
    • WordPress.org
  • Spam Blocked

    3 282 komentarzy będących spamem odrzucone przez
    Akismeta
  • Wishful thinking


    My blog is worth $12,984.42.
    How much is your blog worth?

Copyright © by Szczepan Twardoch 2010. Strona chodzi na Wordpressie. Skórka: AskGraphics.