Wczoraj w nocy czytałem „Promieniowania” Jüngera, książka otwarła mi się na zapiskach z czerwca 1943 i tam zostałem.
Nie potrafię skorelować tego z żadnym konkretnym stanem psychicznym, ale czasem, bardzo rzadko, Jünger wydaje mi się bliższy niż Márai, chociaż to ten ostatni bliski jest mi na co dzień.
A wczoraj u Jüngera w zapiskach z trzech bliskich sobie dni jak zwykle znalazłem coś nowego. Coś, co wcześniej tylko przeczytałem, a wczoraj w nocy zabrzmiało mi inaczej.
Nocą zresztą wszystkie książki brzmią wyraźniej. Dlatego złe książki, które jestem w stanie znieść jakoś w ciągu dnia, w nocy byłyby torturą. Nocne „Promieniowania” zaś stają się dla mnie lekturą już nie tylko intelektualną, ale na wpół* duchową, tak samo jak czytanie nocą Ciorana, nie ze względu na jakąś bliskość Jüngera i Ciorana, bo szczególnej jakiejś nie dostrzegam, lecz ze względu na czystość i jasność ich głosu. I chociaż, jak już napisałem, Márai wydaje mi się bliższy, to jednak ma on głos inny, matowy, stłumiony, spokojniejszy, bez dramatycznych i wysokich tonów, oczywiście z wyjątkiem ostatnich stron jego dziennika, na której jednak ośmielam się zaglądać tylko czasem. Tak samo zresztą La Rochefoucauld, którego Cioran aforysta jest przecież w jakimś wymiarze następcą i uzupełnieniem i którego intelektualnie chyba od Ciorana wolę, bo mniej u niego efekciarstwa a więcej prawdy i smutku. Jednak chociaż odkrywa La Rochefoucauld przede mną różne tajemnice ludzkiej kondycji, nie znajduję u niego tego, co sprawia, że przez sam akt lektury mam wrażenie obcowania z tym, co niewypowiadalne.
A co znalazłem u Jüngera, w zapiskach z trzech kolejnych dni:
„O Cellarisie** i jego postawie uznawanej za wzór. (…) Pewne jest tyle, że ten człowiek mógł się stać kimś znaczącym dla historii Niemiec, skierowałby nurt w łożysko, w którym mogłyby się odnaleźć, rozdzielone obecnie, władza i duch, i to w stopniu dającym nieporównanie większą trwałość i nienaruszalność. Oczywiście demagogowie obiecywali to wszystko po tańszej cenie; jednocześnie dostrzegli niebezpieczeństwo jakie stanowił. Pewne jest, że pod jego egidą uniknęłoby się wojny z Rosją, może nawet wojny w ogóle. Nie doszłoby także do okrucieństw wobec Żydów, które sprawiają, że cały świat jest przeciwko nam.”
Dzień później, 23 czerwca 1943:
„(…)Przechodziłem obok scenek o dużej wyrazistości, jak choćby ta: mężczyzna siedzący na krzesle przesuwał powoli obie dłonie po udach partnerki, która stała przed nim, i tym ruchem zmierzającym w stronę bioder zadzierał równocześnie jej lekką wiosenną sukienkę. Tak spragniony pijak*** po upalnym dniu obejmuje pięknie wybrzuszoną amforę, którą chce przyłożyć do ust.”
W kolejnej notatce, z 4 lipca 1943, Jünger pisze o dwóch decyzjach sądów wojennych. W jednej Kniébolo**** ułaskawił oficera skazanego na dwa lata więzienia za rozstrzelanie bezbronnych jeńców na froncie wschodnim. W drugiej skazano na degradację i dwa lata więzienia oficera, który, utknąwszy w korku samochodowym, nie wymógł na innych kierowcach prawa przejazdu. Komentuje sprawę następująco:
„Widać z takiego zestawienia, co w świecie szoferów jest wybaczalne, a co stanowi przestępstwo. Wszelako nie chodzi tu jedynie, jak długo sadziłem, o moralny daltonizm; to dotyczy tylko mas. Ludzie o umysłowości Kniébola ulegają swej najgłębszej skłonności do zabijania na jak największa skalę; wydaje się, iż przynależą do świata trupów – miła jest im woń zabitych.”
Wszystkie te trzy obserwacje są ciekawe; jednak dopiero ich relacja – i dziesiątek im podobnych – daje „Promieniowaniom” tę rangę, jaką posiadają przynajmniej dla mnie, rangę literatury dotykającej Niewypowiadalnego. Notka z 23 czerwca, kończąca się tą najpiękniejszą ze znanych mi jüngerowskich scen erotycznych (prawda – nie znam ich zbyt wiele), zaczyna się od obserwacji chrząszcza w Lasku Bulońskim i nie wiem – czy jest afirmacją pewnej zwierzęcości człowieka? Pisze Jünger parę zdań wcześniej o zwierzętach, że „należą do nas jak płatki różane do kielicha róży – są materią naszego życia, naszą pierwotną siłą, która przegląda się tutaj w szlifowanym lustrze”. Niedaleko od rymkiewiczowskich zajęcy, jeży i wiewiórek, tak swoją drogą. Ale potem zaraz: amfora, a w amforach przechowywano wszystko to, co najlepsze w naszej cywilizacji, skoro przechowywano w nich wodę, oliwę i wino. Czyli raczej dionizyjskość (sama w sobie właśnie nieco zwierzęca) obcowania z kobietą, coś zupełnie obcego naszym czasom, bo jakże odległego zarówno od stechnicyzowanej, mechanicznej antyestetyki porno, jak i nowokatolickiego slangu o „zjednoczeniu w akcie małżeńskim” czy „otwartości na życie”.
A przed tym i po tym metahistoryczny namysł o Niekischu i Hitlerze, a jeszcze pomiędzy o bombardowaniu katedry w Kolonii, krojeniu żywej langusty (wypis z „Kuchni francuskiej”), Edgarze Allanie Poem, o gramatyce i o śmierci szalonej księgarki, z którą Jünger się przyjaźnił, uważał za niezwykle uzdolnioną literacko i nazywał „Ognistym Kwiatem”.
I te sprawy tak od siebie odległe nie znalazły się w „Promieniowaniach” przypadkiem; to znaczy, Jünger mógł równie dobrze nie wiedzieć, dlaczego akurat teraz pisze o krojeniu langusty a potem o spalonej katedrze w Kolonii, dlaczego nie o czym innym, bo to nie o jego wiedzę tutaj chodzi, tylko o to, co dzieje się poza świadomością pisarza, a potem, w trakcie lektury również jakoś poza świadomością czytelnika, przynajmniej poza tą możliwą do ujęcia w słowa, i co stanowi o różnicy między pisarzami nawet najwybitniejszymi, a tymi, którzy dotykają Niewypowiadalnego, będąc na przykład warsztatowo czy intelektualnie słabszymi (słabość warsztatowa ani intelektualna Jüngera akurat nie dotyczą, bynajmniej).
————————————-
*przysłówek „wpół” stał mi się ostatnio bardzo bliski, ciągle czuję się „na wpół taki, a na wpół przeciwny”, jakbym, powoli dorastając, dopiero teraz zdał sobie sprawą, że w tych sferach, w jakich miałem się z szarego, składam się raczej z wymieszanych mocno, lecz jednak odrębnych czerni i bieli
**czyli – o Ernście Niekischu
***w tłumaczeniu, świetnym skądinąd, Sławomira Błauta, pojawia się w tym miejscu słowo „pijaczyna”, które, niezależnie od brzmienia oryginału po prostu nie pasuje, należy do innego diapazonu, niż erotyczne brzmienie tej scenki.
****czyli – Adolf Hitler, jednakowoż warto zauważyć, że Jünger pisał raczej o Adolfie Hitlerze – postaci historycznej, konkretnym, posiadającym ręce, nogi i szaloną głowę człowieku, nie zaś o Hitlerze, postaci mitologicznej.
Zmarł Albert Hofmann, szwajcarski chemik, wynalazca LSD. Dobrze znał się z Ernstem Jüngerem, razem eksperymentowali z narkotykami, za co mu chwała, bo jednym z efektów wymieszania LSD z talentem Jüngera są „figury i capriccia” zebrane w cudowny zbiorek „Awanturnicze serce”.