Dwadzieścia parę lat temu jeden porządny facet zrobił listę łajdaków, a dziś na odwrót.
Nie tylko to jednak jest na odwrót – w 1984 nie było raczej nikogo, może poza Urbanem, kto byłby dumny z faktu, że Kisiel umieścił go na liście typów. Co do listy typów Michnika, to bez wątpienia większość z tych, którzy na nią trafili, oprawią sobie stronę z Gazu w ramki i powieszą na ścianie i jeszcze wnukom będą się chwalić. Bo dla przyzwoitego człowieka niechęć Adama Michnika to duży komplement.
Nie dotyczy to oczywiście Michalskiego, który prawdopodobnie ciągle drży jeszcze ze wzburzenia, że ktoś mógł go umieścić na jednej liście z J.R. Nowakiem, chyba tylko jakąś bezwładnością, nie dotyczy również paru starych kumpli Michnika, z którymi poprztykał się o kasę, a których na listę wrzucił, żeby ciemnogrodzianom popsuć humor, zapewne bezskutecznie.
Swoją drogą, pewne typy z listy Kisiela zdążyły już w międzyczasie awansować na przyjaciół Adasia. A jeśli nie oni sami, to przynajmniej ich potomstwo, przechadzające się rozbujanym krokiem po telewizyjnym studio lub w roli wysokiego sędziego walczącego niczym ojciec-gieroj o demokrację ze złowrogimi Kaczyńskimi.
W pewnym sensie, dzisiejszy dzień przywitałem z ulgą – akt republikańskiej transcendencji zakończony. Polityczność, tak wezbrana w czasie dokonywania się tego skrutynium, nieco osłabnie, pozwoli skoncentrować się intelektualnie na innych kwestiach.
Przegrałem zakład z K., myliłem się, Tusk zapewne zostanie premierem nie tylko na billboardzie. Nie zmieniam jednak zdania na temat jego braku właściwości i sądzę, że przekonamy się o nim prędzej, niż się komuś może wydawać.
Nie zmieniam zdania również na temat potencjalnej historycznej wielkości Jarosława Kaczyńskiego – chociaż żubr się zadyszał, to Kaczyński swojej szansy na wielkość nie stracił. Polska nie wypuszcza go ze swych objęć.
O czym jeszcze warto przypominać, kiedy przychodzi odprężenie po wyborczym spazmie: nie zapominajmy o polityczności, nie folgujmy lenistwu iluzjami konsensusu, porozumienia ponad podziałami, jedności opartej nie na idei Polski, lecz na beztożsamości.
Należy mieć odwagę i powiedzieć zwycięskim wrogom to, co powiedział im Jarosław Marek Rymkiewicz dwanaście lat temu. Jeśli nad dosadność i celność przedkładamy maniery, to możemy porzucić pierwsze zdanie życzeń Rymkiewicza i przypomnieć zapomnianą końcówkę tego bonmotu: “I nie myślcie sobie, że jesteście Polsce potrzebni. Polska was nie potrzebuje.” Nawet jeśli jest was więcej, to i tak nie jesteście Polsce potrzebni.
To właśnie jest polityczność.
Polska nie potrzebuje zgody, nie potrzebuje konsensusu, nijakiej jedności. Polska potrzebuje politycznej wojny. Nie szukajmy płaszczyzny porozumienia, szukajmy raczej słabych punktów. Jedność – tylko przez zwycięstwo.
Tylko gnany politycznym sporem na śmierć i życie żubr nie zatrzyma się w biegu.
Cezary Michalski pisze o końcu polityki historycznej w dzisiejszym “Dzienniku”. Zgadzam się z częścią zarzutów Michalskiego, zupełnie niepotrzebnie Komendant angażuje ludzi skompromitowanych zbyt aktywnym udziałem w strukturach satelickiego PRL. Nie jest to oczywiście poziom tego procederu, jaki praktykował Adam Michnik, który do swej piersi przytulał generałów, podczas kiedy Kaczyński rzuca ochłap kapralom, ale i tak jest niesmaczne.
Jednak, zupełnie nie rozumiem, jak można czynić zarzut Kaczyńskiemu z tego, że próbuje osłabić swojego najsilniejszego przeciwnika, PO, wzmacniając LiD.
Czyżby Michalski również rozumiał politykę jako sztukę gestów, nie sztukę realizacji celów? Zagranie na wzmocnienie słabego przeciwnika kosztem groźniejszego jest przecież elementarną częścią każdej strategii, wojennej, politycznej, biznesowej czy jeszcze innej, w sytuacji, w której występuje więcej niż jeden gracz.
Wzmacniając pozycję LiD, kosztem PO, Kaczyński zmniejsza szanse na powstanie po wyborach koalicji PO-LiD, zmniejszając tym samym szanse na dojście lewicy do władzy. Czy powinien takiego działania zaniechać z powodu moralnego obrzydzenia względem Kwaśniewskiego (który, oczywiście, obrzydliwy jest) , którego to obrzydzenia jednak zdają się nie podzielać Tusk czy Komorowski i pozwolić aby ten moralnie obrzydliwy Kwaśniewski został premierem?
Wrażliwość moralna Michalskiego zdaje się być wewnętrznie sprzeczna.
Michalski jest oburzony, że Kaczyński rozgrywa Kwaśniewskiego przeciwko Tuskowi, uważając to za niegodne, za “odejście od ideałów sierpnia” nie oburza zaś go oczywista po zwycięstwie PO koalicja Tuska z Kwaśniewskim. Mnie nie oburza ani jedno, ani drugie, bom do oburzeń niezbyt skłonny, ale skoro Cezary Michalski jest tak moralnie pobudzony, to mógłby posiadać wrażliwość jednak bardziej uniwersalną albo większą przenikliwość.
Dalej Michalski wzrusza się i zasmuca, że gra Kaczyńskiego nie ma już dziś nic wspólnego z emocjami stanu wojennego. Witamy na ziemi, panie redaktorze! Dopiero teraz się pan redaktor połapał, że Rosjanie już raczej nie wejdą a Jaruzelski jest na emeryturze? Stan wojenny wydarzył się ćwierć wieku temu z kawałkiem i polityk, kierujący się dziś emocjami sprzed dwudziestu sześciu lat nie wystawiałby swojemu intelektowi zbyt dobrego świadectwa. Czy zgodzi się pan redaktor, że emocje z bitwy pod Mątwami również się nieco już przeterminowały?
Na koniec, Michalski wytacza swe najcięższe działo. Kaczyński “emocjami stanu wojennego” gra na zimno. Tutaj pan redaktor przekroczył granice groteski. Czyżby chciał, aby politycy wierzyli we własną propagandę? Myślę, że nawet w tej zasadniczo upośledzonej intelektualnie grupie społecznej, jaką są politycy, takich idiotów jest niewielu. Michalski jest wielbicielem demokracji i liberalnego konsensusu – jakim cudem może więc zarzucać komuś, że sprawnie i racjonalnie posługuje się jednym na podstawowych narzędzi demokratycznej polityki?
A że Komendant gada bzdury, gadając o tym, że koalicja PO i LiD będzie jak stan wojenny? Oczywiście, że to bzdury, równie dobrze ktoś mógłby mówić, że koalicja PSL i PiS będzie jak rozbicie dzielnicowe, a koalicja PO i PiS jak henrykowskie pacta conventa, potop szwedzki albo śmierć króla Władysława pod Warną. Czy jakieś inne wydarzenie historyczne.
Jednak semantyczną bzdurą jest w zasadzie każde działanie propagandowe. Hasła nic nie znaczą, nic nie znaczą hasła PO o “spokoju” i “budowaniu”, hasła nie odwołują się przecież do inteligencji adresata, lecz mają działać na emocje. Hasła wyborcze ocenia się pod względem ich skuteczności, nie sensu. Z tego punktu widzenia, wygłoszenie bzdury o koalicji stanu wojennego nie jest zagraniem genialnym, ani nawet szczególnie mądrym, ale też nie jest jakimś strasznym kiksem. Nie jest szczególnie skuteczne, ale na pewno nie jest przeciwskuteczne.
Na brak skuteczności Komendant jednak nie narzeka. Od 1989 roku żaden polityk z taką łatwością nie kontrolował całego politycznego spektaklu w Polsce.
Jarosław Marek Rymkiewicz udzielił bardzo interesującego wywiadu “Rzeczpospolitej”, reprezentowanej przez bezradną trochę wobec osobowości poety Joannę Lichocką.
Lektura sprawiła mi ogromną frajdę. Rymkiewicz robi coś niesłychanego: intelektualista pierwszej ligi, mówi, że “wszystko co robi Jarosław Kaczyński, jest dobre dla Polski, włączając w to nawet jego błędy”.
Nie jest to postawa serwilistyczna, jak u chociażby, toutes proportions gardées, Rosiewicza, który, odrzucony przez artystyczne salony i saloniki, robi z siebie idiotę na scenie, śpiewając dla PiSu jakieś potworne, propagandowe szlagiery. Czy jak – aby dodać dla odpowiedniej symetrii, całego legionu artystów, zakładających, że w chórze moralnie oburzonych ostrzegaczy przed totalitaryzmem ich głosu zabraknąć nie może. Czy tych, którzy pięćdziesiąt lat temu pisali o “nowego człowieczeństwa Adamach”, co nie tylko pomogło w karierze za peerelu, ale utorowało również drogę na salony najwyższe, międzynarodowe.
Rymkiewiczowi Jarosław Kaczyński nie jest do niczego potrzebny. Nie może dać mu niczego, czego Rymkiewicz już by nie posiadał, ani odebrać tego, co Rymkiewicz już ma.
Określając Kaczyńskiego mianem największego polskiego polityka od śmierci Piłsudskiego, Rymkiewicz dokonuje zaś aktu wielokrotnie odgrywanego w historii – bezinteresownego zawierzenia artysty względem wielkiej, politycznej osobowości. Nie – polityka, lecz właśnie osobowości.
Takich przykładów w historii europejskiej kultury jest bardzo wiele, chociaż oczywiście o wiele mniej, niż przykładów artystycznego serwilizmu, pełnionego z nadzieją na stypendium lub grant.
Najlepiej jednak odwołać się do przykładu, który z postawą Rymkiewicza kojarzy mi się najbliżej: to hołd, jaki Stanisław “Cat” Mackiewicz złożył Józefowi Piłsudskiemu, namaszczając go po swojemu na kandydata do korony polskiej. Bezinteresowności intencji Mackiewicza łatwo dowieść, przypominając jego wizytę w Berezie Kartuskiej – umiłowanie dla Piłsudskiego nie przekładała się u Cata na atencję dla piłsudczyków, którzy zaliczali się raczej, poza paroma świetnymi wyjątkami, do ludzi nieciekawego formatu. Rymkiewicz tego nie mówi, ale trudno mi uwierzyć, aby mógł darzyć atencją ten zastęp beznadziejnych kreatur, robiących w telewizji za tzw. “twarze PiSu”, albo nawet drugiego – nijakiego, niezdarnego i nieudanego brata.
Rymkiewiczowi obcy jest panujący w szeregach ćwierćinteligentów wstręt wobec polityki. Najlepszą metodą na przypisanie się do gatunku ludzi lepszych jest dziś deklarowanie obrzydzenia do polityczności jako takiej, do walki o władzę, które to deklarowane obrzydzenie ma w założeniu kreować widoczną, moralną wyższość obrzydzonego, a w rzeczywistości świadczy wyłącznie o jego naiwności. Jedyną wizją Polski, na jaką stać idoli przeciętnego wykształciucha, jest jakaś wizja burżuazyjnej zasobności, z polityką zredukowaną do funkcji zarządzania redystrybucją niezbyt wysokich i niezbyt niskich podatków. Pokochał taką niską wizję Polski nawet Cezary Michalski, ze swoją obsesją centrum i liberalnego minimum, tymczasem Polska potrzebuje głębokiej polityczności, aby trwać. Polska albo będzie wielka, albo nie będzie jej wcale, zostanie tylko dystrykt polskojęzyczny, uwięziony między autostradami, supermarketami i pomnikami Jana Pawła II. Bez politycznej walki na śmierć i życie, bez politycznej krwi, Polska straci tę niewielką szansą, jaką jeszcze posiada, na bycie czymś więcej niż tylko zapyziałą prowincją, ciułającą swoje grosiki na drodze do raju mieszczańskiej, tandetnej zamożności.
Warto dodać, że Rymkiewicza uwielbienie dla Jarosława Kaczyńskiego nie ma charakteru ideologicznego. Rymkiewicz nie wielbi Kaczyńskiego za to, że ten ma jakieś wyjątkowo celne i bardzo określone poglądy, w domyśle prawicowe. Kaczyński poglądów prawicowych raczej nie posiada, lokując się w jakimś wygodnym i raczej nieokreślonym centrum, z wyraźną afirmacją wartości post-rewolucyjnych. Światopogląd Kaczyńskiego ma jednak, w ogóle, znaczenie drugorzędne. Poglądem Jarosława Kaczyńskiego jest Polska i dlatego Kaczyński jest mężem stanu.
Polityczny charakter Kaczyńskiego nie jest zdefiniowany ideologią, lecz racją stanu – i dlatego, w istocie, projekt IV RP nie jest projektem “Polski prawicowej”, czy “Polski katolickiej” – jest projektem “Polski w ogóle”, zamiast “Polski na niby”. Tutaj Kaczyński również powtarza drogę Marszałka.
Pytanie brzmi, czy Kaczyński podoła odpowiedzialności, jaką na jego barki wkłada Rymkiewicz? Czy okaże się godzien tego wspaniałego, literackiego hołdu, jaki mu Rymkiewicz w swoim średniowiecznym geście składa?
Tego nie wiemy i nie dowiemy się, póki nie obróci się karta w książce Historii.
Marszałek Piłsudski, sam, osobiście, bez wątpienia uratowałby Polskę przed wyborem najgorszego z wszystkich możliwych rozwiązań konfliktu z Niemcami lub Rosją, nieuniknionego, bo wynikającego z geopolitycznej nierównowagi. Jednak, w 1939 Marszałek już nie żył, a za swojego życia nie zdołał wychować następcy i w Polsce w roku 1939 nie było u władzy nikogo, kto potrafiłby Polskę przeprowadzić przez nadchodzący tumult.
Bez wątpienia, o czym sam Rymkiewicz mówi, Kaczyński popełnia wiele błędów. Ale to właśnie ta wielkość, o której pisze Rymkiewicz, zdecydowała, że zdecydował się ogłosić moje wyraźne votum separatum w momencie odejścia Marka Jurka, chociaż uważam, że w kwestii meritum sporu, rację miał ten ostatni a środowisko skupione wokół Marka Jurka jest mi w ogóle światopoglądowo bardzo bliskie. Jednak Polska to coś więcej.