Lipiec
Zanurzam się w życie dziwnie spokojnie, jak pływak na środku oceanu – wiem, że w końcu przyjdzie utonąć, ale teraz, ciągle jeszcze tyle sił, mogę jeszcze płynąć bardzo długo. Nigdy nie opuszczają mnie myśli o świecie, w którym wszystko się skończyło – ale na co dzień panuje spokój: męczący, duszny, ale jednak spokój. Wstaję, kawa, pracuję, znowu, W. nauczył mnie zaparzania kawy po arabsku, w dżezwie, z kardamonem, potem bawię się z synem, wieczorem jemy z A. kolację, pijemy wino (carmenere, sangiovese, pinot noir), czytamy, albo oglądamy filmy, spać.
I tak co dzień: do tego, żebym przypadkiem nie zrósł się z fotelem, czasem droga do Warszawy, albo do Krakowa, jakbym wypływał z bezpiecznego portu na łowiska, gdzie ocean pełen tłustych ryb. Wtedy pociąg, albo samochód, hotel, albo z wizytą u przyjaciół, trochę czasu z oczami przy szybie i proste, dech w piersiach zapierające szczęście, kiedy na dworcu mój Franek krzyczy „tutuś!” i biegnie do mnie z rozpostartymi rączkami i obejmują mnie te małe rączki za szyję.
Szczęście, gęsto przeszyte najstraszliwszym przerażeniem, obawą, która chciałaby to maleńkie, żabie ciałko otoczyć ramionami jak murami twierdzy.
Raz, dwa razy w tygodniu squash, który zdaje mi się być sportem dziwnie podobnym szermierce, takiej szermierce, jaką kiedyś uprawiałem, czyli po prostu sztuce walki z rapierem, nie skonwencjonalizowanemu sportowi polegającemu na dotykaniu przeciwnika drucikiem wyposażonym w elektryczny przycisk na końcu. Praca nóg podobna, w podobny sposób trzeba sobie wyznaczyć menzurę, czyli zasięg do zrobienia w jednym wypadzie przestawnym. W szermierce, wbrew temu co wydawać by się mogło tym, którzy znają tylko ten interesujący być może sport, uprawiany w białych strojach przy użyciu giętkich drucików – w szermierce, pozbawionej zwyczajowych konwencji (jak te, które np. w szermierce sportowej zabraniają przylać przeciwnikowi w zęby wolną ręką, kopnąć w krocze, w udo, pod kolano), kontakt bezpośredni był bardzo częsty, większość pojedynków kończyła się zapasami, co potwierdza zresztą nasza praktyka sparringowa z dawnych lat, kiedy tak często puścić trzeba było rękojeść rapiera i użyć pięści, łokcia, kolana, wreszcie masy ciała.
Do szermierki, nabijania sobie siniaków, do pękniętej skóry, obolałych żeber i walenia przyjaciół pięścią w ucho czy kolanem w brzuch trzeba było mieć dwadzieścia lat. Squash to dobry analog, kiedy ma się lat trzydzieści. Szkoda tylko, że to co było pewnym atutem w walce (masa – kiedy się przechodziło do zwarcia), w squashu tylko przeszkadza.
Sierpień
Dalej dobre dni. Ciepło, lato miłe, niezbyt upalne, dobre. Przeniosłem się z pracą do altany w ogrodzie rodziców, nasiąkam spokojnym, botanicznym pięknem flory ujarzmionej. Śmieszne rozmowy z synem, dużo dobrego czasu z żoną. Wino, jak zwykle latem, smakuje o wiele lepiej. Dobre jedzenie: świeże, pyszne pomidory z mozzarellą, aż napuchłe od słońca, bazylia, rukola, oliwa, krewetki z czosnkiem i pietruszką i chenin blanc. W Gliwicach pojawiło się niepasteryzowane piwo z browaru Amber. Z przyjaciółmi na długie posiedzenia do restauracji, nad kolacją, piwem, kawą. Znaleźliśmy miejsce, w którym ogródek restauracji połączony jest z placem zabaw dla dzieci – Franek bawi się w piasku.
Dużo książek – Márai, Grossman, „W oficynie Elerta” Zambrzyckiego, Krúdy, Veblen, nowelki Bobkowskiego. Krótkie powtórki: Chamfort, Jünger. Inspirująca wspólna praca z W. i Ł., mimo wyników poniżej oczekiwań, same spotkania – wspaniałe: papierosy, wino, dobre jedzenie i coś najdziwniejszego pod słońcem: kolektywna praca literacka.
Wrzos kwitnie, drżą fioletowe słupki, liżą je pszczoły. Szorstki len na opalonej skórze. Lato, cholera.
I tylko wczesne poranki ciężkie, jak zawsze, pobudki jak na kacu, ciężka głowa, sucho w gardle, katar, dopiero kawa, dwa albo trzy kwadranse otumanionego obijania się od ścian, prysznic i wraca życie. Praca, odpoczynek, czasem, rzadko, trochę lenistwa.
Praca w ogródku kawiarni na gliwickim rynku. Ciepłe od lata miasto, rozgrzane płyty bruku, paradują ładne i brzydkie dziewczyny, muzykanci i gołębie. Dużo muzyki: Joy Division do pisania, Beth Gibbons, , Gaba Kulka ostatnio (zapętlona Lady Celeste do pisania) – ukradziona siostrze, ale siostra ma Zuzię, która jest mniejsza niż duży kot, więc nie ma kiedy słuchać muzyki. Stare Jamiroquai do samochodu.
Wrzesień
I wraca się z Mazur. Się było na Mazurach. Się żeglowało, dobrze wiało, nos się opalił i włosy pojaśniały, jak zwykle od słońca. Się siedziało na Mamerkach, się piło wino i się gapiło na jezioro, ze zdziwieniem konstatując, że to w pewnym sensie ten sam pejzaż, jak znad ogniska na Eriksonodden.
Ciągle nie umiem wydestylować tego, który element krajobrazu wywołuje we mnie to poczucie, to wrażenie spokoju; na pewno woda, wolny rytm fali, na pewno szeroka perspektywa. Ale to nie wszystko, jest w każdym razie w tych boleśnie wyeksploatowanych krajobrazach mazurskich jezior coś takiego, co czułem również siedząc białą nocą nad Zatoką Colesa, nad ogniem.
A pieprzony Spitsbergen nie chce mnie puścić: na przykład w zeszłym tygodniu spadł pierwszy śnieg. Co oczywiście wiem, bo do bukietu moich nałogów dorzuciłem codzienne sprawdzanie co tam słychać (svalbardposten.no) a co widać w Longyearbyen. W każdym razie, w tym roku spadł ten śnieg trochę później niż w zeszłym; kiedy ostatniego dnia wyszliśmy z namiotów, Svalbard był już oprószony bielą jak pączek cukrem-pudrem i to było przyjemne pożegnanie.
Mieszkańcy Longyearbyen początek lata wyznaczają w momencie, w którym przełamuje się nawis śnieżny na Operafjellet, doskonale widoczny z miasteczka – ma ów nawis kształt kieliszka do szampana i łamie się nóżka, widać go też w paru kamerkach internetowych. W tym roku przełamał się 21 lipca, a dziś już nie widać go spod nowego śniegu.
Nie chce mnie puścić również literacko: wydawało mi się, że temat wyczepię „Zimnymi wybrzeżami”, a tu nic z tego. Napisałem już opowiadanie pt. „Tak jest dobrze”, z którym nie wiem jeszcze co się wydarzy, a już piszę kolejne i oba, mimo, że w gruncie rzeczy obyczajowe, osadziły się jakoś same w Kraju Ostrych Gór.
No i w efekcie w 2010 to już pewnie się nie oprę i pojadę znowu. Może tym razem więcej od strony morza i dalej od Longyear, mam już parę pomysłów. A może w ogóle morzem?
A tutaj, teraz: mój Franek skończył dwa lata – i przez te dwa lata nauczył się chodzić, mówić, złościć, kaprysić, robić „mój, mój tatuś” i i w ogóle nauczył się być. Ja po raz pierwszy w życiu poczułem się naprawdę dorosły, ale to on dokonał większego kroku: z człowieczego niebycia, oto jest.
I z wrześniem przyszła cholerna jesień. Jest pięknie i smutno. A. w Leeds, ale tylko na dziesięć dni. M. w Singapurze, do Bożego Narodzenia, albo dłużej. A tutaj, jesteśmy sami z Frankiem, chociaż ja w sumie i tak więcej czasu z komputerem – z pracą, albo z otępiałym gapieniem się w monitor.
I znowu – do Warszawy, na łów, na łów, towarzyszu mój, do Krakowa, żeby potem wrócić do pilchowickiej jaskini z nadzianym na opalony w ogniu oszczep krwawym ochłapem. Zimno już, nienawidzę tych chwil, kiedy lato tak definitywnie odchodzi na tak długo i znowu przychodzą dni zimne, pochmurne i bezlistne.
Synecdoche, New York Charliego Kaufmana. Film, jeden z najlepszych widzianych w ciągu ostatnich paru lat. Tak dobry, że aż nie chce mi się o nim pisać. Nie chcę psuć tego ulotnego poczucia obcowanie z wielkością prostymi konceptualizacjami, że to było o tym i o tym, oraz wyrażało to czy tamto.
A. wraca z Leeds, przywozi mi w prezencie śliczny, kieszonkowy moleskine. Piszę w nim atramentem zielonym, zmieszanym pół na pół z czarnym, zmysłowa przyjemność wodzenia stalówką po gładkim, nasiąkliwym papierze.
Obejrzeliśmy zaskakujący romans: taki, w którym nie ma ani jednego pocałunku. Kiedy film się kończył, starłem łzy z policzka żony, i przypomniałem sobie, że jest moją największą przygodą, wyzwaniem, powinnością i darem. Pierwszą Czytelniczką i powiernicą, do której ucha nocami szepczę to, co prawie niewypowiadalne. Od jedenastu lat, całe moje dorosłe życie i o nic więcej nie mogę już prosić Boga w moich modlitwach, bo mam już wszystko.
Film jest sztuką mimetyczną najdoskonalej. Obejrzeliśmy wczoraj z Agatą “Transsiberian“, niezły film oscylujący gdzieś między thrillerem a filmem noir. Rzecz zaczyna się wspaniale: para wsiada do pociągu z Pekinu do Moskwy.
Transsyb! Trzy razy, w 2002 i 2004, ta sama trasa, Moskwa – Irkuck. Spanie, książki, piwo w PECTOPAH, mycie w umywalce w kiblu, znowu spanie. 84 godziny w powolnym legato wagonów, z równym akompaniamentem krajobrazu: brzóz, modrzewi i niebieskich okien w drewnianych wioseczkach. Pysznych, carskich stacji, oblepionych secesyjnym ornamentem z przybitymi gwoździem gwiazdami. Z babuszkami, które nie wiedzieć jak żyją, ale sprzedają pielmieni i kartoszki gorące tak, że prawnie topnieje na nich foliowa torebka. I egalitarny wagon, plackartnyj, otwarte przedziały, kipiatok w samowarze i wagon restauracyjny, gdzie w skrzynkach stoją równe bataliony cienkiej baltiki.
Bohaterowie filmu nie jadą plackartą, mają wyższą klasę, kupiejnyj, czyli zamknięte przedziały z czterema leżankami w każdym. Cóż im jednak po tym, skoro pociąg, którym jadą, jest strasznym transsybem z Rosji odzwierciedlonej, nie prawdziwej. Śmiejemy się z Agatą z niezbędnych i fałszywych dekoracji: szczerbatych lub złotozębnych mężczyzn, grających na harmoszkach, wódki pitej na korytarzu i w restauranie szklankami. I gęby, jakich się w drogim kupiejnym naprawdę nie uświadczy, pasujące raczej do podmiejskiej kolejki albo obszczija na trasach dalekobieżnych.
Ale i tak oglądamy z przyjemnością.
Z jakiegoś tajemniczego powodu, lubię oglądać w filmach znajome miejsca, ale tylko niektóre wzbudzają we mnie jakieś szczególne emocje. Budapesztańskie metro w mrocznym, wspaniałym “Kontroll“, niezliczona ilość filmów na Moście Brooklyńskim i pod pomnikiem księdza Duffy’go na Times Square. Kreml i Arbat. I “Trassiberian” dał nam, mi i Agacie dużo tej śmiesznej, prostej radości: na przykład brzydki dworzec w Pekinie z pchającymi się do kas Chińczykami. Zabajkalsk, który uznaliśmy swojego czasu za najszpetniejsze miejsce na świecie. Piękny żelaznodorożnyj wagzał w Irkucku, już odnowiony (film jest nowy, z 2008 roku, my w Irkucku byliśmy po raz ostatni w 2004, kiedy na dworcu ciągle trwał remont), i rozpoznaję, w krótkim ujęciu, miejsce, gdzie przez pół nocy siedziałem w towarzystwie młodego Rosjanina, którego, jak sam twierdził, diewoczka wyrzuciła z mieszkania i teraz siedzi tutaj i czeka, aż przejdą jej humory. Rozmawialiśmy słowiańskim wolapikiem, graliśmy w szachy, mocno czuć go było wódką, potem dał mi kasetę z nagranym irkuckim punk-rockiem, której słuchałem tylko raz, ale którą mam do dziś, zagrzebaną gdzieś w szafie, i jeszcze żegnając się, wręczył mi w prezencie zawiniątko z cerkiewnym kadzidłem. Wyrzuciłem potem te żywiczne grudki, przed odjazdem, jak głupiec, bo strachliwie uznałem, że to na pewno haszysz, który chłopak ów wsunął mi w dłoń w ramach milicyjnej prowokacji. Może zresztą już o tym pisałem, nie pamiętam, pamiętam za to twarz tego chłopca, sprzed sześciu lat, pamiętam jego zabawne konfabulacje, chociaż często nie umiem przywołać w pamięci twarzy ludzi widzianych przed tygodniem.
I znajome wnętrze rosyjskich wagonów: kipiatok na drzewnym piecyku, przedział, w którym sypiają prowadnice. Bohaterka, która chce się pozbyć kompromitującego bagażu wpada do toalety, aby wyrzucić to, co wiezie, przez okno, a my z Agatą krzyczymy: ejże, dziewczyno, przecie okna w transsyberyjskich, kolejowych kiblach nigdy się nie otwierają! – i cieszymy się, kiedy grana przez Emily Mortimer postać odkrywa tę straszną dla niej prawdę. A wcześniej otwiera drzwi wagonu za pomocą dźwigni awaryjnego hamulca, ale wybaczamy reżyserowi tę pomyłkę.
W filmie Andersona rosyjska milicja jest przerażającą, brutalną instytucją – o ile polscy spadkobiercy towarzysza Dzierżyńskiego są raczej groteskowi, niż straszni, to rosyjskich milicjantów rzeczywiście bać się mogą innostrańcy. Cóż z tego, kiedy my pamiętamy inną historię – w 2002 roku nasz przyjaciel H. wyruszył razem z nami z moskiewskiego Dworca Kazańskiego w kierunku na Irkuck, niestety – jego plecak został na peronie i H. na podbój Syberii i Mongolii wyruszył w sandałkach, szortach i t-shircie. Na szczęście, miał ze sobą paszport i pieniądze. W pociągu uruchomiliśmy akcję ratunkową dla plecaka, ktoś dzwonił z pociągu na moskiewski dworzec, H. wysiadł w Kazaniu i tam zwinęła go milicja. H. nie mówił ani słowa po rosyjsku, ale zawsze potrafił dogadać się w każdym języku świata – i kazańscy milicjanci nakarmili go po uszy, napoili, przenocowali – bodajże w areszcie, ale już nie pamiętam, jak to było dokładnie – i rano wyprawili z powrotem do Moskwy, gdzie w kamerze chranienia plecak się znalazł, lżejszy tylko o to jedzenie, które mogło się zepsuć po drodze – ktoś, kto ten plecak przeszukał, nie tknął drogiego sprzętu turystycznego, ubrań ani dwustu dolarów, wyciągnął tylko i zjadł kanapki, które H. miał jeść w drodze do Irkucka. Dojechał H. nad Bajkał dobę po nas.
A w “Transsiberianie”, rosyjskie hotele – i przypomina nam się hotel Kosmos w Irkucku, który poza sezonem letnim był podobno akademikiem i gdzie spaliśmy, słuchając w ciemnościach chrzęstu pancerzyków łażącego po suficie robactwa.
Film jest poza tym wszystkim sprawnie zrobionym thrillerem, ze świetnymi rolami Mortimer i Kingsleya i obejrzeć go można z przyjemnością nawet jeśli nie podziela się naszego sentymentu do transsyberyjskiej linii.
1. Po raz pierwszy dzisiaj mam powód, aby być dumnym z prezydenta, na którego głosowałem. Oczywiście, nawet do tej pory Kaczyński i tak był najlepszym prezydentem po 1989 roku, ale umówmy się, średni to honor wygrać w tej konkurencji z sowieckim generałem Jaruzelskim, głupim jak but Wałęsą i postkomunistycznym aparatczykiem-alkoholikiem Kwaśniewskim. A wczoraj, w Gruzji, Lech Kaczyński po raz pierwszy od początku kadencji wyszedł z cienia swojego brata.
Po stronie Gruzji jest cała moja sympatia, ale przy tym nie zapominam, że Rosja jest po prostu i tylko wrogiem mojego kraju, niczym więcej – nie muszę czuć do Rosjan nienawiści ani pogardy. Rosja zagraża Polsce na wiele różnych sposobów, przede wszystkim przez niewątpliwą i głęboką agenturalną infiltrację wszystkich dziedzin polskiego życia społecznego, polityki, gospodarki, wojska i mediów. Ale to nie czyni Rosjan nie-ludźmi. Rzeczpospolita musi dołożyć wszystkich sił do zwalczania rosyjskich interesów, tam gdzie ma interesy swoje – ale do tego nie trzeba Rosjan nienawidzić. Ani nimi gardzić. Wydaje mi się, że nienawiść i pogarda mogą nawet przeszkadzać.
2. Postanowiłem zabawić się w snucie political fiction:
Wersja A) Administracja Busha podpuszcza Saakaszwilego, aby odebrał to, co mu się skądinąd słusznie należy, tj. Osetię. Wiedzą przy tym doskonale, że Rosjanie jednak się ruszą i że najpewniej wcale się w Osetii nie zatrzymają, ale Gruzinie tego nie wiedzą i radośnie wkraczają do Osetii. Rosja oczywiście reaguje – a Amerykanom właśnie o to chodziło – groźni Rosjanie pracują na rzecz McCaina, który chętnie posługuje się wojowniczą retoryką, osłabiając pozycję Obamy, tę amerykańską kopię Kwacha skrzyżowanego z Tuskiem, czyli porozumienie i miłość ponad podziałami.
Wersja B) Ruscy robią sobie w lipcu manewry na Kaukazie. Saakaszwili widzi co się święci, skoro nawet Michalski z “Der Dziennika” o tym słyszał. Szuka pomocy w USA, nie otrzymuje jej i zdesperowany, postanawia wykonać uderzenie wyprzedzające(na terytorium teoretycznie należące do Gruzji, lecz praktycznie pozostające poza jej suwerennością) , licząc, że to zapewni mu lepszą pozycję wyjściową w nieuniknionym konflikcie militarnym. Militarnie nie wiedzie mu się najlepiej, jednak dyplomatycznie udaje mu się całkowicie zniwelować ewentualne skutki naruszenia nieformalnego rozejmu “olimpiadowego” i Rosja zostaje jednoznacznie uznana za agresora. Skądinąd słusznie, lecz po gruzińskiej próbie podporządkowania sobie zbuntowanej prowincji, nie było to wcale takie pewne.
2. Batman. To już czwarta, udana adaptacja komiksu, jaką widziałem w kinie – po “Hellboyu”, “Sin City” i może “300″. Tym trudniejsza, że jednak niełatwo jest zrobić nieobciachowy film o facecie przebierającym się za nietoperza, o wiele trudniej niż np. zekranizować “Sin City”.
Nolanowi jednak bez wątpienia się udało. Lubię wszystkie filmy tego reżysera, od świetnego “Memento”, przez mniej może wybitną, ale zręczną i mocną “Bezsenność”, aż po świetny, oryginalny i odkrywczy “Prestiż”. Rację ma jednak Łukasz Orbitowski, że bez wątpienia nie jest to “najlepszy film w historii kina”. Bez przesady. Rola Heatha Ledgera jest wspaniała, jego Joker jest sto razy bardziej przerażający, niż Joker Nicholsona, jest przy tym również dowodem na wielką artystyczną elastyczność tragicznie zmarłego aktora, który potrafił zagrać role tak różne, jak Joker właśnie, czy kowboj-pederasta w świetnie zagranym i pięknie sfilmowanym “Brokeback Mountain”, który poza tym był filmem wyjątkowo, dzięki kiepskiemu scenariuszowi, słabym. Ale poza tym – Bale, który przecież jest wielkim aktorem, nie daje z siebie zbyt wiele, chociaż trudno też spodziewać się, żeby dało się zrobić aktorski koncert z roli faceta przebranego za nietoperza. Oldman – niestety, ledwie miga w tle. Maggie Gyllenhaal, Eckhart – jakby wyciosani z drewna, nudni, nieciekawi. Eckhart, swoją drogą, położył swoją drewnianą obecnością świetną skądinąd “Czarną Dalię”.
3. Bale, chociaż, mam wrażenie, rozmienia się trochę na drobne, grając “Batmana” czy Johna Connora w “Terminatorze”, ciągle potrafi pokazać wielki aktorski kunszt. Obejrzeliśmy niedawno film “Harsh Times”, gdzie Bale wciela się w rolę niestabilnego psychicznie weterana. I jest to wspaniała rola – Bale jest przekonywujący, momentami brawurowy, rola dużo lepsza niż w Batmanie. I w ogóle, na pierwszy rzut oka wygląda rzecz na dobry film.
Jednak, powiela niestety kliszę, obecną w kulturze masowej od dobrych czterdziestu lat – iż wojna zmienia żołnierzy w psychopatów. Jest to opinia obecna w kulturze tak mocno, że aż czasem nikomu nie przychodzi do głowy, aby ją zweryfikować. Mogę jeszcze zrozumieć, że dali się do niej przekonać Amerykanie – chociaż, zdaje się, że w kulturze masowej cezurą wojen, od których zostaje się psychopata, jest Wietnam, trudno znaleźć nawet we współczesnych filmach wojennych postaci, które zostałyby psychopatami po udziale w II wojnie światowej.
Oczywiście, wojny zostawiają w ludziach straszne ślady. Nie trzeba tego tłumaczyć chyba nikomu, kto rozmawiał kiedyś z weteranami z pokolenia mojego dziadka, urodzonego w 1920 roku. Hegel twierdził, że wojna polaryzuje charaktery, Jünger (ten drugi, o ile dobrze pamiętam) pisał, że długą wojnę niewielu zniesie bez szkód na duszy. Lecz dodawał również, że długiego pokoju bez szkód na duszy nie zniesie nikt – to tak na marginesie. Tak czy inaczej – te szkody na duszy nie oznaczają jeszcze całkowitej erozji norm moralnych i utraty wszelkiej stabilności psychicznej, co możemy łatwo sprawdzić, bo chyba większość P.T. Czytelników tego bloga zna weterana jakiejś wojny. Mało tego – wielu przecież jest takich, których te straszne, wojskowe doświadczenia, walka z bronią w ręku uszlachetniły, zamiast zdegenerować.
Dobrze pisze o tym Max Hastings w swojej zawodowej autobiografii “Going to the Wars” – pisze o tym, że pracując jako korespondent wojenny w Wietnamie, w Izraelu, na Falklandach i podczas wielu innych wojen, spotkał bardzo wielu żołnierzy różnych armii – i byli różni, lecz znakomita większość spośród tych żołnierzy była przyzwoitymi, szlachetnymi ludźmi, skoncentrowanymi na pełnionej służbie. To ożywczy głos, kiedy ciągle ogląda się na ekranie psychopatów.
Czasem mam nawet wrażeni, że poddani wpływowi tego popkulturowego toposu żołnierze, nawet ci, wracający z misji mniej niebezpiecznych niż praca dzielnicowego w małym mieście, czują sie niejako zobowiązani do posiadania wyrw w psychice.
Nawet jeśli przez całą swoją turę przekładali papiery w kancelarii.
„Trzej kumple” to film doskonały warsztatowo, brawurowo i ze świetnym efektem żonglujący nagraniami archiwalnymi, fragmentami dokumentalnymi z normalnej i ukrytej kamery, czy wstawkami rekonstrukcyjnymi. Lecz nie na tym polega jego wielkość, jego wielkość jest ukryta w samej historii, którą opowiada, w jej fabularnej warstwie – jest to film o człowieku, który zdradza przyjaciół, słowem jest to historia uniwersalna.
To zresztą należałoby zgłosić jako postulat do Bronisława Wildsteina, jednego z trzech bohaterów tamtych wydarzeń – jego „Dolina nicości” to dobra i ważna powieść, ale powieść o tamtej przyjaźni i zdradzie, powieść o tamtej historii mogłaby być książką wielką nie tylko przez swój wymiar historyczny i, użyjmy neologizmu, „aletheiczny”, czyli odsłaniający prawdę (od źródłosłowu greckiej aletheia – odsłanianie, tego, co zakryte), ale również w wymiarze odsłonięcia najgłębszych splotów człowieczeństwa. Może się doczekamy.
Czytaj dalej »