Dzięki uprzejmości F.Ł. – dziś Gustave Thibon, rzecz napisana w roku 1971:
Smutna epoka, w której jest się zmuszonym do obrony tego, co – przy
temperamencie takim jak nasz – z tak wielką przyjemnością by się
atakowało:faryzeizmu w Kościele, akademizmu w sztuce, hipokryzji w
moralności, porządku burżuazyjnego, przeciętności we wszystkich jej
formach – wszystkiego tego zła, które stało się mniejszym złem.
Konferencja Episkopatu Polski oświadczyła, ustami swego rzecznika zapewne, że sprawa lustracji biskupów jest w Polsce zamknięta.
Są słowa, które – w połączeniu z intencją – mają wielką moc. Na przykład ego te absolvo a peccatis tuis. Wyrażenie “sprawa zamknięta” żadnej mocy sprawczej jednakowoż nie posiada.
Są sprawy których kościelną nowomową zaklajstrować się nie da, ile razy nie przemiędliłoby się formułek o zwiększaniu wrażliwości na człowieka, wsłuchiwaniu się w znaki czasu i nauki Papieża-Polaka, ubogacaniu się, pochylaniu i co tam jeszcze Pasterze nasi wygłaszają standardowo przy takich okazjach.
Sprawa jest więc otwarta, a raczej ledwie drzwi do niej uchylono. W tej sytuacji, jeśli jakieś słowa mają moc, to raczej te, które paru Żydów usłyszało dwa tysiące lat temu: J 8, 32.
Wyszliśmy nocą, o czwartej trzydzieści, i szliśmy znajomym lasem, w ciemnościach, brnąc po błotnistych i zalanych wodą ścieżkach nad brzegami Bierawki, a jej nazwa starsza jest niż historia indoeuropejskiej obecności tutaj, co jest rzeczą zupełnie niesłychaną, kiedy w słowach pozostaje okruch po mieszkańcach tej ziemi, którzy, dzieląc z nami współrzędne geograficzne i człowieczeństwo, nie mieli poza tym z nami nic wspólnego, odlegli jak Majowie, a jednak zostawili nam te skamieniałe toponimy.
Kiedy świta, wychodzimy na łąki pod Trachami, idziemy śpiącą wsią, potem dalej, Sośnicowice i kawałek szosą, potem znowu wchodzimy w las, i pójdziemy już tym lasem następne dwadzieścia parę kilometrów, mijając Rachowice i Łączę, lasy wypalone w wielkim pożarze z 1992 roku którego dymy oglądałem z siódmego piętra gliwickiego bloku przy ulicy Pszczyńskiej, miałem trzynaście lat i ciężkie, czarne dymy przysłaniające pół nieba wydawały mi się czymś sensacyjnie interesującym.
Idzie się cudownie, chociaż jest połowa listopada, to jest ciepło jak we wrześniu. Kładziemy się w zżółkłej trawie, leżymy na słońcu, jemy kanapki, pijemy herbatę i pokrzepiamy się jamesonem z płaskiej butelki. Idzie się cudownie, idziemy szybko, rozmawiamy, żartujemy, ciało rozgrzane piątą i szóstą godziną marszu pompuje do mózgu jakieś świństwa, które sprawiają, że wyjątkowo chce się żyć. Kurtka z softshellu jest idealna na taką pogodę, nie jest ani za ciepło, ani za zimno.
I w końcu wychodzimy z lasów, w Ujeździe, trochę zboczyliśmy z zakładanej trasy, musimy nadłożyć kilka kilometrów. Mamy ich za sobą trzydzieści parę, w Sławięcicach siadamy na pół godziny w ogródku przy jakimś barze i ruszamy dalej. Już, niestety, szosą. Już się nie idzie tak dobrze, B. i K. ciągną do przodu. I nie jest już tak pięknie, powoli robi się ciemno, nie rozmawiamy, bo się nie da, idziemy po szosie gęsiego, a pył, podnoszony przez przejeżdżające samochody, zgrzyta nam następnie między zębami. W Zalesiu Śląskim kolejny, krótki przystanek, dochodzimy następnie do wsi Lichynia. Dziwne są te opolskie wioski, dziwna i wzniosła jest przekora ich mieszkańców: w republice weimarskiej i w III Rzeszy mówiący słowiańskim narzeczem uważali się za Polaków i w 1945 roku znakomita większość została, ale starczyło im, że za PRLu trochę Polaków poznali i już zaczęli uważać się za Niemców – oczywiście tylko ci, których brak przynależności narodowej jakoś wybitnie uwiera.
W Lichyni zaczyna się moja prywatna część pokutna tej jednodniowej pielgrzymki. Půnći na Anaberg, ganc taki samyj, jak chodźiyli starziki naszych starzików.
Jest już ciemno. Niepotrzebnie założyłem lżejsze, stare alpinusy, których miękka podeszwa wydawała mi się bardziej odpowiednia na taki marsz, niż moje spitsbergeńskie, sztywne trezety – i chociaż goretex w nich ciągle działa, nie przemokły w kałużach nadbierawczańskich, to moje stopy od nich odwykły i obtarły mnie te stare, wierne alpinusy, w których przejechałem pół świata i które nie obtarły mnie nigdy wcześniej, nawet na murze chińskim, ani w mongolskich Sajanach, ani nad Bajkałem, ani nigdzie indziej – tylko po to, żeby obetrzeć mnie tutaj, czterdzieści kilometrów od domu. Idę na zewnętrznej krawędzi stopy i po chwili straszliwie bolą mnie kolana. B. i K. też zwalniają trochę, do mojego tempa.
Przypominam sobie stare, grube, śląskie omy, które widywałem kiedyś, dawno temu, na pielgrzymkach do Częstochowy, jak idą na swoich krzywych nogach, kolebią się jak pingwiny, stopy opuchnięte obute mają w jakieś szmaciane trampeczki. Dokonują czegoś o wiele większego, niż dokonały kiedykolwiek dziennikarki z plastiku, wnoszone przez Szerpów na Mount Everest i pokazywane w dramatycznych, telewizyjnych korespondencjach.
Droga dłuży się niemiłosiernie, światła Anabergu widać na horyzoncie i ani kawałka bliżej, drażni mnie ten święty, wygasły wulkan swoimi światłami, które wcale nie wydają się przybliżać. W końcu mijamy Leśnicę, są już drogowskazy, i dalej szosą. Idę i chociaż wiem, że za dwie godziny będziemy na miejscu, to perspektywa ta wydaje mi się niewiarygodnie odległa. Kilkanaście tysięcy bolesnych kroków jeszcze.
Mijamy Muzeum Czynu Powstańczego, które, razem z tego czynu pomnikiem, w sensie moralnym powstać mogło dopiero po zburzeniu niemieckiego mauzoleum, zbudowanego dla walczących tutaj z Polakami bawarskich oberlandczyków, bo bohaterstwo niemieckie i bohaterstwo polskie należą do światów odrębnych, nie są w stanie znieść swojego sąsiedztwa nawet kamienne tego bohaterstwa pomniki. Strasznie się tu mordowali podczas trzeciego powstania, tu, w Leśnicy, Lichyni, na Łąkach Kozielskich – a ja nie czuję się dziedzicem tradycji żadnej ze stron. Rozumiem Ślązaków, którzy wstępowali do Selbschutzu albo do POWu, bo chcieli wreszcie być kimś konkretnym, a nie pogranicznymi mischlingami, jeszcze bardziej rozumiem tych, których na ochotnika wcielano pod groźbą rozstrzelaniu, rozumiem nawet freikorpserów z Bawarii i starych peowiaków z Kongresówki, którzy przyjeżdżali się tutaj o Śląsk bić, niesłusznie zakładając, że Ślązaków nie stać na pograniczną nienawiść. Wszystkich rozumiem, ale mi wystarcza ziemia i kości długiego szeregu moich przodków w tej ziemi pochowanych.
Za muzeum K. wskazuje drogę, schodzimy z szosy i ruszamy pod górę, brodząc po kostki w brązowych liściach. Podejście jest zaskakująco ostre, albo raczej to ja mam już naprawdę dość, po pięćdziesięciu kilometrach marszu. Potem jeszcze kawałek, schody, po których wspinamy się z trudem i wchodzimy na dziedziniec sanktuarium.
Otwieramy ciężkie drzwi.
Kościół jest pusty, tylko w pierwszej ławce siedzi samotny, młody księżyk w sutannie i czarnym goreteksie north face. Siedzi i modli się z brewiarza.
Kościół jest pusty, oświetlony rzęsiście i barokowy. Jasne ściany, ołtarz złocony, światło i cisza, tylko drzwi przeciągle skrzypią, kiedy je domykam. Księżyk nie odwraca głowy, kiedy wchodzimy, dobrze to o nim świadczy. Zrzucam z ramion plecak, odkładam kijki, B. i K. już klęczą w ławce, ja siadam za nimi, zginam zesztywniałe kolana i zalewa mnie sacrum. To bez wątpienia odurzenie, jestem bardzo zmęczony, to bez wątpienia oszołomienie, kiedy z ciemności wszedłem do jasnego kościoła, więc klęczę tam, w ławce, patrzę na figurkę św. Anny Samotrzeciej, która ma pół tysiąca lat z okładem, a wcale na to nie wygląda, myślę o wszystkich pokoleniach chrześcijan i pogan, którzy przede mną przychodzili tu modlić się, na ten święty wulkan, do chramów i kościołów, ja jestem z ich krwi, z ich grobów. I wspominam zaraz moje intencje z którymi przyszedłem, a o których pisał tu nie będę. Polecam je Bogu, ze wstawiennictwem św. Anny.
I wszystko staje się nieważne. Polacy, Niemcy i Ślązacy, mauzolea i muzea, czyny powstańcze i bitwy, spalone lasy i pomniki poległych w wojnach światowych, moje zmęczenie i bolące stopy. Wydaje mi się, że w tym jasnym kościele nagle coś rozumiem, że nagle odsłania się przede mną porządek świata.
A potem drga komórka w kieszeni, wychodzę, umawiam się z Agatą, która nas stąd odbiera samochodem i odwozi do domu, wracam do kościoła i kręcą się po nim już franciszkanie w burych habitach, zasłaniają św. Annę na ołtarzu i pobrzękują kluczami, więc wstajemy z klęczek, zabieramy nasze rzeczy i wracamy.
Dzisiaj, na wieczornej mszy w gliwickiej katedrze. Obojętny ksiądz w towarzystwie dwóch ministrantów odprawia niedbale, wypuszcza słowa przez zęby, jak przeżute.
W ławkach siedzą przegrani, zmęczeni ludzie, może dwudziestu w całym wielkim, neogotyckim kościele. W burych płaszczach, z burymi minami, prawie nie śpiewają, organista śpiewa sam, nie fałszuje, ale w każdym tonie słychać tęsknotę za chwilą, w której będzie mógł pójść do domu.
Stoję w kolejce przed konfesjonałem, jakiś facet w brudnej kurtce robi awanturę, że ktoś się tak długo spowiada. “Zamordował kogoś, czy co?” – rzuca głośno. Z konfesjonału wychodzi przerażona babina w czerwonym kapelusiku. Pewnie słyszała durnia, który tak niecierpliwie czekał na swoją kolej. Zaciskam palce, Bóg milczy, a w tym niedoskonałym entourage powszedniej mszy, odprawianej jakby tylko po to, by podtrzymać ciągłość codziennej Eucharystii, wydaje mi się, że milczenie Boga jest wyjątkowo głośne. Bóg milczy, Kościół śpi, neogotycka architektura jest martwa, ksiądz jest zmęczony, ja jestem zmęczony.
Niecierpliwy dureń włazi wreszcie do konfesjonału i spowiada się błyskawicznie, wychodzi, przed kratkami klęka A. i wtedy w kościele gaśnie światło. Zabrakło prądu.
Księdzu na chwilę załamuje się głos, potrzebuje przecież mikrofonu. Czuję przerażenie: jeśli kapłan przy ołtarzu przerwie teraz Mszę, to tym samym zerwie tę cienką nić, która mnie tu trzyma. Wszystko się skończy. Jeśli ksiądz przerwie mszę, bo zabrakło prądu, to wszystko we mnie umrze.
Lecz jednak nie: kapłan kontynuuje, wyprostował się jak łyżwiarz, który już miał upaść, ale w ostatniej chwili złapał równowagę i ruszył dalej. Jest zdziwiony: stuletnie cegły filarów niosą jego głos równie dobrze, jak elektryczne kable, chociaż przecież nie stoi tam, gdzie powinien, bo czterdzieści lat temu ktoś ślepy na sakralną przestrzeń, ktoś, kto nie rozumiał prawdziwego sensu tej przestrzeni, porzucił ofiarny ołtarz z prezbiterium i ustawił stół na skrzyżowaniu głównej nawy i transeptu. Tam teraz stoi ksiądz, ale i tak go słychać, chociaż każda cegła, każdy błyszczący w świetle płonącej stearyny detal, ceramiczny zwornik, służka, żebro i rozeta – wskazują jasno, że jego miejsce jest dalej.
Oczy przyzwyczajają się do ciemności i czerń zamienia się w ciemną szarość, wśród której można odróżnić ludzkie sylwety; tylko na ołtarzu płoną trzy świece, lecz po chwili z zakrystii wychodzą ministranci, niosą grube świece osłaniając wątłe płomyki dłońmi. Pomarańczowe światło maluje im twarze w drgającym chiaroscuro, jakby odkleili się od źle zagruntowanego płótna Merisiego z Caravaggio. Mają po dwanaście lat, są poważni i przejęci. Ksiądz, wcześniej znudzony, teraz mówi z mocą: ludzie odpowiadają mu głośnym chórem, jakby w ciemnościach głosy lepiej się rozchodziły. Pewnie nie wstydzą się śpiewać, kiedy nikt ich nie widzi.
Po omacku trafiam do konfesjonału, spowiadam się po omacku, w ciemnościach stoję do końca i wychodzimy, w latarniane, deszczowe miasto.
Chociaż gotyk jest najpiękniejszy, to barokowe kościoły lubię najbardziej. Spektakularne draperie szat, dramatyczne gesty, ekstatyczny wzrok wzniesiony ku pomalowanym w niebiosa sklepieniom. Aniołki, amorki i putta. Pilastry i gzymsiki. Cierpliwa ręka lokalnego artysty, która wymalowała imitujące marmur żyłki na stiukach. I jeszcze poczerniały werniks obrazów, tych dobrych, jak tryskające krwią z kikuta odrąbanej szyi “Ścięcie Jana Chrzciciela” Michaela Willmana z mojej parafii i tych kiepskich bohomazów, urągających Malarstwu, których tyle wisi w zacisznych kaplicach, zakamarkach i przedsionkach barokowych kościołów.
Barokowy kościół odpowiada mojemu temperamentowi, bo lubię patos i lubię takie zaskakujące połączenia: wśród wolut, putt, pozłotki i westchnień – On, ukryty podwójnie, za złotymi drzwiczkami tabernakulum i w materii.
Czasem jednak bywam w skromnym, akademickim kościele św. Michała Archanioła. Ściany są gołe i białe, zamiast sklepienia protestancki, wsparty na belkach strop. Między oknami wyjątkowo nieudane obrazy stacji Drogi Krzyżowej i wyżej, na półeczce, wielki Archanioł z lekkim zezem i “Quis ut Deus” na tarczy.
A jednak w tym kościele najłatwiej jest mi się modlić. Wszystko za sprawą prezbiterium, płytkiego i symbolicznego, również gołego i pomalowanego na beżowo, w którym na ogromnym krzyżu z ciemnego drewna rozciągnięty jest Chrystus. Rzeźba jest udana i naturalistyczna i w surowym, pustym wnętrzu, na gołej ścianie ten ogromny krucyfiks krzyczy i przypomina, jakim skandalem jest chrześcijaństwo. Krzyczy o tym, o czym przypominają mi czasem różni muzułmanie i ateusze, którzy we Włoszech czy w Szwajcarii podnoszą straszny rejwach, bo ich biedne dzieciątka muszą patrzeć na rozpostartego na krzyżu trupa. W pewnym sensie mają rację – oczywiście, ich problemy powinny spotkać się z naszą zimną obojętnością, a próba ich realizacji ze stanowczym oporem, bo ciągle jeszcze jesteśmy u siebie, ale mają oni rację o tyle, że to rzeczywiście skandal: na krzyżu wisi zamęczony, martwy Bóg.
Kiedy więc klęczę w cieniu krzyża na posadzce tego małego kościółka, nie umiem myśleć o niczym innym, dla skupienia niepotrzebny jest wysiłek woli. Wzrok sam nieustannie wraca do krucyfiksu i w pewnym sensie te przybite gwoździami ciało najlepiej ujmuje to, czym naprawdę jest katolicyzm.
Może dlatego protestanci wolą gołe krzyże. Amerykański Dżizas w białej sukience jest kumplem i doradcą, który mówi jak żyć i pomaga. Jezus, Siddhartha Gautama i Anthony Robbins.
I zapewne dlatego, porzucając na chwilę plan transcendentalny, w katolicyzmie jest wielkość i wzniosłość, stanowiąca pożywkę dla Sztuki. Protestantyzm we wszystkich swoich odmianach pozostaje przecież artystycznie jałowy.