Codzienności

Tępa praca nad końcówką powieści. Jeszcze sto, może sto pięćdziesiąt, może dwieście tysięcy znaków do napisania. Kto wie. Może więcej. Ale już blisko. Wiem, że blisko, bo w końcu wszedłem w ten tryb całkowitego zanurzenia w książkę. Niczym innym nie jestem się w stanie w zasadzie zająć, o niczym innym za bardzo nie wychodzi mi myślenie. Staję się tą powieścią. Potem skończę i wszystko ze mnie zejdzie i może nawet uda mi się od tego nie oszaleć, ale z każdą ukończoną książką rekonwalescencja po skończeniu pisania jest trudniejsza. A tę piszę już tak długo, zacząłem latem 2010, że Bóg jeden raczy wiedzieć co się stanie, jak skończę.

Siedzę więc w domu, prawie nie wychodzę. Zimno jest jak w piekle, więc nawet się wychodzić na ten eschatologiczny mróz nie chce. Moje własne uporządkowanie czasu odkleiło się od zewnętrznego porządku czasu zwykłego i świątecznego, przed Bożym Narodzeniem przez dwa miesiące okres intensywny, burzliwy, biesiady apokaliptyczne, nocne eskapady ulicami miast nie moich, całe baterie butelek zdobyte, nowe twarze i stare twarze, miejsca w których nigdy wcześniej nie byłem i do których pewnie już nigdy nie wrócę, nowe kluby i knajpy oglądane zza rauszu właściwego trzeciej i piątej nad ranem, mieszkania przyjaciół, Wieża w Krakowie, wszystko.

A teraz siedzę w domu, bawię się z synami, rzadko wychynę w ogóle na dwór. Do kawiarni raczej pisać nie chodzę, bo nawet zaciszne i oswojone Kafo nie pasuje mi do okresu ascetycznego, poza tym na mróz nie chce mi się wychodzić. Wino rzadziej i raczej niedużo, nawet kiedy jednak w końcu wyjdę gdzieś wieczorem z przyjaciółmi to raczej apollińskie, nie bachiczne, są te kolacje i spotkania. Bezsenność też odeszła i spałbym jak dziecko – gdyby nie dzieci, które nie zawsze spać pozwalają, odsypiam więc długo rankami i jeszcze kładę się na poobiednią albo wieczorną drzemkę, jak pan w średnim wieku (jestem już nim czy nie jestem jeszcze, tym panem w średnim wieku?) i nawet piszę nocami, co od dziesięciu lat prawie mi się nie zdarzało.

I od tego życia, które nagle zwolniło, a jednocześnie stało się intensywniejszym, przyszło mi też na właściwe okresowi ascetycznemu lektury, ale nie bardzo chcę czytać książki nowe, więc teraz znowu dzienniki Pepysa celowo bardzo powoli, jednego dnia notka z jednego dnia z odpowiednią datą i zacząłem zupełnie od początku. 30 stycznia 2012 roku czytam, że Pepys 30 stycznia 1660 roku wbił w ścianę swojej sypialni gwoździe, aby wieszać na nich płaszcz i kapelusz. Najpierw czytałem polski przekład Marii Dąbrowskiej, ze względu na świetną polszczyznę tegoż, ale potem przypomniałem sobie, że to przecież wybór, a ja jakoś nie ufam wyborom tego „trochę zezowatego karzełka z grzywką przyciętą na pacholę”, albowiem Dąbrowska, nieodłączne dziecko swojej epoki i inteligenckiej formacji, nie potrafi powstrzymać się przed pouczaniem tępego czytelnika w przypisach, iż Pepys był cynicznym łajdakiem. Żeby upewnić się, iż czytelnik diarystę skrupulatnie potępi. Co mnie brzydzi i odstręcza, jak całe to tzw. „przedwojenne wychowanie” i „etos inteligenta polskiego”, z fundamentalną dlań skłonnością do nieustannego moralizowania i moralizatorskiego konceptualizowania świata.

Irytuje mnie również dezywoluntura, z jaką Dąbrowska zmienia Pepysowi jego dni: chociażby kiedy ten w 1666 pisze o piersiach pięknej Mercer, które podobają mu się najbardziej z wszystkich jakie widział, Dąbrowska tłumaczy to tak, jakby Pepys się im jeno przyglądał, podczas kiedy sam diarysta sugeruje znacznie więcej. Niech już będzie, dla przyzwoitości: ale u Pepysa zachwyty nad piersiami Mercer kończą się tak charakterystyczną dlań zmianą diapazonu: So home and to supper with beans and bacon and to bed. A co u Dąbrowskiej? Nic, ani słowa o fasoli i boczku. Może uznała, że to niestosowne, tak przejść bezpośrednio od piersi pięknej Mercer do wzdymającej fasoli z boczkiem? A przecież właśnie takie zmiany poetyki – z przygód w parlamencie na picie poranne, z porannego drinka na zadumę nad polityką zagraniczną, z polityki do piersi Jane czy innej tam jeszcze, od piersi do kolacji, po kolacji graliśmy na flecie potem spać – czynią Pepysa tym, kim się dla europejskiej kultury stał, bo przecież nie tylko o dokument epoki chodzi, tylko o chaos, którym jest Życie, a który się w dziennikach pana Samuela w tajemny sposób objawia. A Dąbrowska uważa, że może go poprawiać, nie wiem, kompozycyjnie. I nie tylko dokonuje skreśleń; dokonuje również zmian. Ponieważ tak jej się lepiej komponowało, u niej „boczek z groszkiem” pojawiają się dzień później, 20 czerwca 1666 roku, podczas gdy w dzienniku nie ma o nich wtedy mowy.

A to przecież ważne, bardzo ważne, kiedy Pepys jadł te swoje beans and bacon. Bo co jeśli tajemnica Życia ukrywa się właśnie w tym, że jadł ten boczek z fasolą 19 czerwca, będąc ciągle zachwyconym piersiami pięknej Mercer, a nie 20, po śpiewaniu z ojcem i żoną w ogrodzie?

Ogłoszenia parafialne

Na koniec roku trochę tekstów nieliterackich. W wydawanym przez Deutsches-Polen Institut z Darmstadt „Jahrbuch Polen 2012″ i nowym, styczniowym już, acz ukazującym się jeszcze w grudniu numerze „Znaku” ukaże się mój duży esej pt. „Tożsamość samotna”, odpowiednio po niemiecku i polsku, zaś w nowym, trzecim już numerze dorocznego kwartalnika „Czterdzieści i Cztery” szkic „Moja melancholia. Zamiast manifestu”, tekst może odrobinkę już przeterminowany, sprzed paru najświeższych moich przewartościowanych, ale wierzę, że ciągle interesujący.

Ponadto w świątecznej „Polityce” nowa moja „Kawiarnia literacka”, ale to już akurat tekst raczej literacki, jak sama nazwa wskazuje.

Zapraszam do lektury, życząc dobrych Świąt Bożego Narodzenia. Sol Invictus i Dziw Pacierz niech będą Wam przychylni.

Sam zaś se poradziycie poczitać po jakiymu sie u nŏs rychtuje jŏdło na Wilijŏ. Jak uwarzić kōnopiŏtka sōm żech tam napisŏł, wele tego, co mi mamulka pedzieli i tako u nŏs na Wilijŏ jymy.

Cytat na dziś XVIII

Pisarz, który nie potrafi się zmobilizować do napisania powieści (tłumaczenie Valéry’ego, że nie był w stanie napisać zdania typu: „o piątej po południu hrabina opuściła pałac i udała się do miasta”, a bez takiego zdania nie ma powieści!), jest podejrzany, jak zalotnik, któremu wystarczają pocałunki i nie chce niczego więcej. Może dlatego nie chce więcej, bo nie może? Goethe słusznie sądził, że „od całowania się nikt jeszcze nie miał dziecka”. Esej, monografia, te wszystkie stylizowane na literaturę hybrydy gatunkowe to ociąganie się przed podjęciem wysiłku związanego z napisaniem powieści, bo to już nie zaloty, lecz Akt.

Sándor Márai, „Dzienniki”, 1965.

Takie tam

A zatem znowu w zatłoczonym pociągu z W-wy do domu.

Chciałem napisać coś o Paryżu, w którym było bardzo miło, ale jakoś mi się nie ułożyło, więc o Paryżu innym razem. Najbardziej chciałbym napisać o tym, jak to pojechałem na Spitsbergen i włóczyłem się samotnie surowymi brzegami fiordów, potykając się o krabie pancerzyki, wielorybie kości i pnie syberyjskich modrzewii, tyle, że na Spitsbergen znowu nie pojechałem i nawet nie mogę się z tego powodu nadmiernie użalać, bo mi się zwyczajnie ten Spitsbergen w tym roku nie należał.

A zatem – wracam z Warszawy, z jej bujnych puszczy i sawann, z jej przepastnych, oceanicznych głębii i żyznych den kanionów szklanych, wracam do mojej zacisznej, dusznej jaskini coś tam upolowawszy, ale przecież byłem, było spotkanie premierowe z okazji premiery „Tak jest dobrze”, przyszli przyjaciele, znajomi i nieznajomi i było bardziej niż sympatycznie, potem było ogłoszenie nominacji do Zajdla i „Wieczny Grunwald” nominowano (i do Mackiewicza też!) i było sympatycznie, potem się upiłem odrobinę w świetnym towarzystwie, były poważne rozmowy nieco licealne (jak słusznie post factum zauważył AK), były grube żarty, celebrowanie przyjaźni było, więc czego chcieć więcej? Sam nie wiem. Albo i wiem. Niemożliwego, zapewne.

Potem dzięki uprzejmości K i RK nocowałem w ślicznym pokoju z balkonem i z widokiem na Kolumnę Zygmunta i okolice, potem szedłem w dół Krakowskiego Przedmieścia i małej epifanii przyszło mi doświadczyć: oto najpierw okoliczny koncert dotarł mi do ucha i zakrzyknął, że „mówię ci – że – jedyne wyjście – obudzić się”, potem stratowali mnie bardzo wąsaci krajanie w biało-czerwonych ornacikach regionu śląsko-dąbrowskiego NSZZ Solidarność i w sercu Polski i stolicy słuchałem swoiskich „to sōm ale ciule zatracōne, chopie, jerōna!”, a potem natknąłem się na reklamę Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, reklamującą, a jakże, filozofię – „Ważne pytanie. Niepokojące opowiedzi. Studiuj filozofię.” – czy jakoś tak, nie pamiętam, szukał w googlu nie będę.
Dobry Boże.

Potem zaś przesiedzieliśmy poranek z ŁO przy stoliku na Nowym Świecie i patrzyliśmy trochę na ludzi, dobrze życzyliśmy przyjaciołom i złorzeczyliśmy wrogom trochę, zapewnialiśmy się gorąco nawzajem o niebosiężności naszych literackich talentów, i cóż, i cóż? Pogadaliśmy o popkulturze i o kobietach pogadaliśmy, tacy smutni nieco i trochę weseli, zmęczeni mali chłopcy po trzydziestce. Zbyt zmęczeni na psoty.

I pożaliliśmy się odrobinę na los, dla przyzwoitości jednak nie zapominając o tym, jak łaskawym ten los jest dla nas w istocie, przecież nasi bliscy, przyjaciele i połowa ludzkości w ogóle siedzi teraz, Hospody pomyłuj, w pracy. Co jawi mi się jako potworność ultymatywna. A my siedzimy sobie, skacowani wspólnie zdobytym kacem, gapimy się nie bez przyjemności na płynącą Nowym Światem paradę żeńskiej próżności, jest czwartek, godzina jedenasta i czas płynie dla nas powoli i nigdzie nam się nie spieszy. Ktoś, z jakiś tajemniczych powodów płaci nam za naszą literacką niby-pracę tak, że jakoś tam wystarczy na wino i na dżemik do chlebka, czyż nie jest to nasza mała belle époque?

A próbowałem też przypomnieć sobie, czy kiedyś zaznałem prawdziwego zła od ludzi i nie przypomniałem sobie. A dobra tak wiele od tak wielu. Są tacy, których uważam za wrogów – i pamiętem, że wrogów wybierać sobie należy równie starannie jak przyjaciół, bo w równym stopniu nas określają – ale, na Boga, czy ktoś mnie kiedykolwiek skrzywdził?

Pewnie mogę być w niewielkim stopniu sam sobie za to wdzięczny, bo też nigdy się przesadnie skrzywdzić nie pozwoliłem, skrzywdzić mnie niełatwo, mam grubą skórę, twardą dupę i pięści też mam, metaforyczne i niemetaforyczne, ale bez wątpienia cześć wdzięczności moim wrogom również się należy, czy to za ich nieudolnosć w wyrządzaniu mi zła, może chcieliby, ale nie potrafią, czy może za to, że im nie zależy, a może zwyczajnie, po prostu nie chcą?

Może zresztą skrzywdzono mnie jakoś potwornie, a ja tego nie wiem, może skonfederowani moi wrogowie w ostatnim momencie zapobiegli przyznaniu mi Nike i Nobla i Grammy i Pulitzera i Pucharu Ameryki i Medalu z Kartofla w jednym roku, może nadludzkim wysiłkiem przechwycili propozycję scenariuszowej współpracy i czek od Davida Finchera albo wyrazy gorącej sympatii i bilet do Nowego Jorku od Charliego Kaufmana, może zdołali zapobiec mianowania mnie ambasadorem kultury czy innej bzdury w jakims ciepłym, nadmorskim mieście z dobrą tradycją winiarską i sutą pensją, ale póki nie objawią mi tych odebranych mi szans, to ich triumf niepełny, bo mi nie doskwiera, nie boli – a skoro nie doskwiera i nie boli, to skrzywdzony nie jestem.

A w przedziale dyrektorski kolejarz albo kolejarski dyrektor, w każdym razie w bezkształtnej białej koszuli z krótkim rękawem i w krawacie potwornym jak wymiocina krwawa, wrzeszczy w swój telefon, przekrzykuje się z wylaszczoną prawniczką, która w swój telefon również wrzeszczy i tak siedzą naprzeciwko siebie, każde w swojej walce, w swoim klinczu, odbiory i ponaglenia, odmowy i odwołania i apelacje każde wrzeszczy w telefon coraz głośniej a ja przeklinam bardzo wulgarnie w duchu, gdzie mają sobie te telefony i apelacje wetknąć i poważnie rozważam, czy im tych telefonów nie wyrwać i nie wyrzucić za okno i odważnie skonfrontować się z konsekwencjami. Ale okno się nie otwiera, a oni na pewno mają telefony zapasowe, po kilkanaście zapasowych komórek, gdybym wyrwał i wyrzucił, pewnie spokojnie sięgneliby po kolejny telefon i wrzeszczeli dalej, przyzwyczajeni, więc po prostu wychodzę na korytarz, mały tchórz.

W księgarniach zaś „Tak jest dobrze”, nowy zbiorek moich smutnych i strasznych opowiadań. Się polecam uwadze Szanownym, etc., etc.

I chciałem coś jeszcze napisać, ale nie napiszę, niech jakiś kawałek mojego życia zachowam dla siebie, nie cały muszę się przelać tutaj, czy na papierowe łamy. Chociaż nie wiem, dlaczego właściwie tak, dlaczego się jednak w całości nie wylać, nie wywrócić na nice. Może ze strachu, że niewiele tego byłoby – i co wtedy?

I nic.

Varia

Cioran, „Zeszyty 1957 – 1972″. Dziwna rzecz. Wydanie z 2004 roku kupiłem na allegro za trzysta złotych prawie i wcale nie przepłaciłem jakoś boleśnie, bo po tyle właśnie chodzą. A rzecz dziwna – bo książka jest używana. I to widać. I nie jest zniszczona, ale ma trochę plamek świadczących, że jej poprzedni czytelnik czytał przy jedzeniu tudzież piciu, co mi się podoba, bo książka to nie fetysz i czytania przy jedzeniu i winie nadaje się znakomicie, jeśli tylko się wygodnie otwiera.
Ale – kiedy ją poprzedni, anonimowy dla mnie czytelnik czytał, to podkreślał podkreśleniem prostym i wężykiem, komentował na marginesach, stawiał plusy i minusy. I gdybym pożyczył tę książkę od przyjaciela, albo kogoś, kogo zdanie na temat Ciorana mnie interesuje, to przyjmowałbym te podkreślenia i komentarze z wdzięcznością i radością, odnajdując w nich człowieka, którego odnajdywać chcę. A tutaj – nie wiem. Podoba mi się historia tej książki, cudze życie, której z niej się w tych plamach po jedzeniu i piciu i podkreśleniach wylewa. Ale przeszkadzają mi te podkreślenia w lekturze. Bo organizują mi lekturę nie tak, jakbym sam ją sobie zorganizował. A przecież gumował nie będę…! I trochę zamiast czytać Ciorana, zastanawiam się, czy idiotą był ten, który był przede mną, czy tylko mi się wydaje (te naiwne uwagi o buddyzmie na marginesach…), a potem znowu nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jednak podoba mi się wybór, jakiego jej poprzedni, anonimowy czytelnik dokonał, więc może jednak to nie idiota…? Taka książka jest trochę jak kobieta.

A sam Cioran…? „Rozpacz nadprzyrodzona.”

Zastanawiam się, dlaczego nie lubi Ciorana W.S., skoro polecił mi Tkaczyszyna-Dyckiego i jestem mu za to wskazanie niesłychanie wdzieczny, bo trzeba rekomendacji kogoś bliskiego, kogo gust cenię, abym sięgnął po polską, współczesną poezję. A Tkaczyszyn-Dycki i kompletny zbiór „Oddam wiersze w dobre ręce”… Nie znam poezji, która bardziej by mną szarpała, co oczywiście bez wątpienia jest pochodną mojej poetyckiej ignorancji, bo cóż to jest – Pound, Eliot, trochę Herberta, trochę Miłosza, trochę Cummingsa i Broniewskiego, Emily Dickinson, Sylvia Plath, ostatnio Kawafis i więcej naprawdę poezji nie czytam i nie czytałem. I nie próbowałbym oczywiście rozsądzić, uszeregować, bo jestem poetyckim dyletantem, ale nie jestem dyletatnem jeśli chodzi o rozpoznawanie tego, co mną wstrząsa, a Tkaczyszyn-Dycki wstrząsa, odmienia. W ogóle – jakoś jawi mi blisko Kawafisa, nie wiem czy to przez homoerotyczność, czy jakoś przez brzmienie tego, czym u Kawafisa jest ciągłość greckiej cywilizacji, a u Tkaczyszyna-Dyckiego kresowa genealogia i obyczajowość polsko-rusińska. Ale oczywiście różnica jest zasadnicza, fundamentalna, bo Kawafis jest spokojny, ukojony, melancholijny, poezja Kawafisa jest poezją kosmosu – a Tkaczyszyn-Dycki jest rozedrgany, szalony, Tkaczyszyn-Dycki wyje, jest poetą chaosu. I dlatego dziwię się jakoś niechęci W.S. do Ciorana, bo przecież grają Cioran z Tkaczyszynem-Dyckim na tych samych diapazonach, ale nie jest to prozelickie zdziwienie, nikogo do czytania Ciorana nie namawiam, bo to byłoby jak ciągnąć kumpla do burdelu, albo namawiać do jeżdżenia autem po pijaku. Zresztą może wcale się tej niechęci nie dziwię. Może każdemu bym tej niechęci życzył, byle nie takiej, o jakiej Cioran bodajże (przebaczcie, nie chce mi się szukać cytatu) pisze w odniesieniu do La Rochefoucauld – iż głupcy mawiali, że być może przeszłość (ich przeszłość) odpowiada temu, co książę pisał, ale teraźniejszość, czy też przyszłość zada mu kłam.

Oprócz tego – „Sprawa pułkownika Miasojedowa”. Ostatnia powieść Mackiewicza, jaka mi do przeczytania została i jaką przeczytałem. Więcej już nie ma. I oddalając się od lektury coraz częściej myślę, że chyba największa z jego powieści i jednocześnie może największa polska powieść XX wieku. Jeszcze nie umiem nic o niej napisać, potrzebuję czasu.

Dalej, filmy. Prawie nic, gdyby nie „Melancholia” von Triera. Prawdopodobnie jeden z wybitniejszych filmów ostatnich lat, przynajmniej z tych, które widziałem, a, na Boga, funkcjonalnie rzecz biorąc widziałem wszystkie, poza dziełami z ligi „Kac Vegas” (który też widziałem).

A przecież nie lubiłem von Triera wcześniej. A tutaj – arcydzieło. Studium pustki, studium rozpaczy, romantyczna wizja człowieka skonfrontowanego z sublime absolutnym, „Mnich nad brzegiem morza” Friedricha podniesiony do potęgi, bo to konfrontacja z naturą całej ludzkości, i to nie z naturą która straszy zza muru plaży, lecz z naturą, która spala na dotyk, wypełnia niebo i jakże cudowne jest to, że nie ma w „Melancholii” uciekających przed błękitną planetą tłumów, a są jedynie samotne kobiety, przestraszony chłopiec i tchórzliwy mężczyzna. Terror metafizyczny, tym straszniejszy, że w przeciwieństwie do horrorów ludowych, dotyka strachem prawdziwym, zamraża duszę.

Zastanawiam się zupełnie nie à propos, dlaczego kiedy ktoś pyta mnie o moje najważniejsze lektury, zawsze zapominam o Czechach? Którzy są przecież tacy dla mnie ważni – i nawet niekoniecznie wielka trójca Kundera – Hašek – Hrabal, chociaż przecież wszystkich trzech cenię ( Haška najmniej, z Kundery przede wszystkim wczesne powieści, szczególnie „Żart„). Ale dalej – dwóch Otów (tak to odmieniać), od nazwiskach jak imiona, Ota Pavel i Ota Filip. Na liście najważniejszych powieści w moim życiu „Śmierć pięknych saren” i „Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy” znalazłby się bez wątpienia. Coś jest niepozornego w tej wielkiej prozie, że jakoś mi się w wyobraźni zasłania różnymi Mannami i Steinbeckami, a przecież są dla mnie równie ważni.

Wczoraj dzień w bardzo przyjemnej, gliwickiej kawiarni Kafo, w której już drugi tydzień sobie pracuję. Ale czasem wyjmuję z uszu słuchawki.

Adwokacik i czwórka kobiet mówiących na zmianę po polsku i rumuńsku. Zdaje się, że Cyganki, ale nie wiem. Siedzą pół metra ode mnie, nie krępują się wcale. Papuga przez telefon załatwiał jakieś kaucje, zwolnienia, zwroty, nie postawiono zarzutów, ktoś tam wychodzi, kobiety obficie ozłocone deliberowały zas ile papuga ma lat, ni to zalotnie, ni to lekceważąco, przyznał w końcu, że trzydzieści i dwie młodsze zaczęły wdzięczyć się ku niemu matrymonialnie i uroczo. Papuga więc zaczął powtarzać jak mantrę „no, to ja będę leciał”, ale siedział dalej, a potem jeszcze były negocjacje o wynagrodzeniu, że zegarek, że ma być jakiś tam za piętnaście tysięcy, ale koniecznie niekradziony i to ostatnie było kwestią sporną. Odgrodziłem się w końcu muzyką, nieco tą balladą apaszowską znudzony, chociaż jednak wstrząśnięty konfrontacją ze światem, jakiego nie znam.

Póżniej: dwie licealistki. Jedna klaruje drugiej, że romans z księdzem katechetą to nie jest zbyt dobry pomysł. Ku tej drugiej zmartwieniu. I że jednak trzeba to skończyć. I że już parę osób ich razem widziało. I znowu – czy ja jestem przeźroczysty? Oprócz mnie w kawiarni nie ma nikogo. Dziewczęta się nie krępują.

Dalej. Dziewczynki jeszcze młodsze, uczą się biologii i przy okazji jakiegoś zagadnienia chichoczą wesoło i głośno na temat swoich cipek, proszę mi wybaczyć dosadność.

Dalej. Dwóch panów rozmawia po śląsku o aborcji w Hiszpanii i dlaczego Starbucks jest do dupy, oraz że mają dosyć swoich żon.

I, na Boga, nie podsłuchuję przecież, tylko słyszę, trafiają te słowa do mnie, kiedy mam już dość muzyki zapętlonej i pozbywam się słuchawek.

W związku z tym przyszło mi do głowy, że przy moim stoliczku przy oknie jestem naprawdę niewidzialny i wcale się tym nie zmartwiłem. A może się zmartwiłem, że spojrzenia przelatują przeze mnie jak przez powietrze, odbijają się od ściany, nie krępuja się goście kawiarni rozmawiać przy mnie tak, jakby mnie nie było?

A poza tym, to jadę do Paryża i jeśli mój dzienniczek czyta ktoś z tego całkowicie obcego mi miasta, to zapraszam na spotkania autorskie dwa, na których nie wiem jak inni, ale ja na pewno nie będę mówił po francusku. 18 czerwca w Księgarni Polskiej (123 bd St-Germain, Paris VIe), w godzinach od 17:00 do 20:00, 19 czerwca – od 14:00 do 19:00, Espace Champerret, porte de Champerret, Paris XVIIe, na stoisku Éditions Bellicum.

Na wieży

Najgorzej jest słyszeć własne myśli. Nie myśleć je – lecz słyszeć, jak się myślą. Potrzeba oczywiście dystansu do samego siebie, bez tego osuwamy się w piekło śmieszności, lecz uciekając od tego piekła zbyt wysoko, w dystans absolutny, oglądając samego siebie jak szympansa w zoo, wzlatujemy w niebo szaleństwa.

Najgłośniej słyszę własne myśli w murach dziwnego mieszkania nad Plantami, obijają się w środku, uciec na zewnątrz nie mogą, bo na stuletnie okna z zewnątrz napiera cały gwar miasta, do którego jestem tak nienawykłym: tramwaje, gołębie, przechodnie dzienni, słowiki, huczący przechodnie nocni i zaranni i tramwaje nocne, rzecz tajemnicza, pełne dudniącej muzyki i ludzi, którzy – widziałem z wysoka! – wylewają się z tych tramwajów oknami na bruk, jakby ktoś ich wyciskał strasznym tłokiem.

Pisała mi się w tym mieszkaniu „Morfina”, z jej obsesyjnym rytmem i gęstością i przedwojennymi przymiotnikami w narzędniku przylepionymi do rzeczownikowego mianownika i dzieje się w nim moje małe życie i zawsze powracam zeń zmienionym, raz mniej, raz bardziej, a czasem zupełnie, prawie wywróconym na nice, szwy bezwstydnie obnażone i w tych szwach się rozłażę.

Pierwszego dnia o szóstej rano spróbowałem mojej zwykłej, pięciokilometrowej przebieżki, chciałem sobie pobiec między drzewami dookoła zalanego werniksem miasta, ale dobiegłem tylko pod zamek pełen martwych króli i miałem dość, ledwie mi siły starczyło aby biegiem wrócić z powrotem, wleźć w cudną obfitość warzyw i serów Starego Kleparza i pokrzepionym wrócić na wieżę z siatami pełnymi majowego buncu. Nie moje powietrze, więc mi go to miasto skąpi. Biegał będę dalej u siebie, polami i lasem, bieganiem się ogłuszę. W Krakowie po tej nieudanej próbie aktywność sportową ograniczyłem do wspinaczki po schodach i codziennego spaceru do Bunkra na paulanera, albo i na dwa, a kiedy przyjechał Ł.O., dziś tak jak ja – gość, chociaż w swoim dawnym domu, to wtedy i na więcej niż dwa i pięknie nam się potem wieczór rozwinął, ale i tak prawie codziennie pod betonową ścianą i w dzikim gwarze czasem znajdowałem na parę godzin inną ciszę niż hucząca tępo cisza wieży.

Na wieży piłem zaś nocami pachnący wszystkim Ó vörös od Tamása Dúzsiego, a potem już nie piłem, bo stłukłem jedyny kieliszek, za co przepraszam wszystkich, którzy zamieszkają tam po mnie i obiecuję przywieźć tam następnym razem komplet kieliszków przyzwoitych aby literacka nadbudowa rzeczonego mieszkania znalazła znowu solidną bazę.

Ale może i tak nie będę tam już w stanie pojechać, może się tych murów przestraszę, tego, jak się w nich obijam jak zeschnięty groch w grzechotce i przestraszę się dobrych duchów, które siadują tam na okiennym parapecie i patrzą na mnie wielkimi, strasznymi oczami pustych nocy.

I jeszcze jedno pamiętam: okutaną w pięćset chust babinę, która przed ołtarzem w Bramie Floriańskiej żegnała się zamaszyście, kraulem, cały czas, jak żywy młynek modlitewny, przerywając jedynie po to, aby to przytwierdzonej tam puszki wrzucić pieniążek, potem znowu szerokie łuki w imię Ojca i Syna i znowu pieniążek, chyba wcześniej nieopodal wyżebrany i nie zapamiętałbym tej kobieciny w ogóle spod chust niewidocznej, gdyby nie to, że przechodząc obok bardzo wyraźnie słyszałem jak płacze i widziałem jak szlochy wstrząsają jej niskimi, spadzistymi ramionami i myślałem wiele potem, nad czym płacze: czy nad swoimi grzechami, czy raczej płacze tak, jak starzec Kawafisa zasypia w kawiarni, żałując tego wszystkiego, czego nie uczynił.

A może płacze nade mną, który ją mijam obojętny.

Na skraju antymiasta – w „Polityce”

Poszedłem z synem na wieczorny spacer, nad stawy. Siedliśmy i gapiłem się na drobno rozfalowaną wodę i na krajobraz, w którym mieszkam od zawsze.

Ani to wieś, ani miasto, bo nowoczesność nie jest w stanie udźwignąć pojęcia „miasteczka targowego”, jakim była ta moja „wieś gminna” przez pięćset lat, stąd kamieniczki i folwarczne zabudowania, stawy, pola i cysterskie dęby. Nie leży ani w Polsce, ani na Śląsku, bo Śląska już nie ma, a Polska jeszcze się tu nie zadomowiła. Nie leży to miejsce nawet w Europie ani nie leży poza Europą, wielkie nigdzie w środku umarłej cywilizacji, wyrastające z wnętrzności trupa pięćsetletnie dęby, obojętne wobec nowych domów z porothermu tak samo, jak obojętne względem stojących nieopodal seryjnych hitlerowskich domeczków z czerwonej cegły, z ogródkami; marzenie o robotniku związanym z ziemią przez uprawianie przydomowego poletka. Blut und Boden, naiwny, rustykalny sen o tym, że śląskiego człowieka fabryki, kopalni i huty, człowieka Totalnej Mobilizacji można uczynić niemieckim bauerem z romantycznych sielanek o tym, jak to na roli, między pługiem a mieczem bije serce niemczyzny.

A w nowych domach z katalogu z domami naiwny sen o klasie średniej świata Totalnej Demobilizacji, nie ma już robotników, są key accounci i sales repowie, bracia moi i siostry moje udręczone, jest rozpełzające się antymiasto, śląska dwumilionowa konurbacja połyka powoli barokowe kościółki Pilchowic i Stanicy i cysterskie dęby, połknie też średniowieczny klasztor w Rudach, połknie stawy i zdewastowane zabudowania folwarczne, połknie w końcu własny ogon, zadławi się i zdechnie. (…)

Całość do przeczytania na papierze w nowej „Polityce” i na polityka.pl.

Czarne znaki zapytania

Czasem jedno zdanie nie daje mi spokoju – jak to z noweli „Drzazga” Władimira Zazubrina. Rozpoczyna ono scenę egzekucji – jest rok 1921, pięciu skazańców wprowadzonych zostaje do piwnicy pod siedzibą gubernialnego oddziału CzeKa. I wtedy Zazubrin pisze: „Obok nich pięciu czekistów. W rękach ogromne rewolwery. Kurki – czarne znaki zapytania – odwiedzione.”

Jest w tym porównaniu – czarne znaki zapytania – wszystko. Jeśli kurek odwiedziony jest znakiem zapytania, to jakie jest pytanie? O to, czy tylko straszy się tu skazanych, czy będzie się ich strzelać, na co wskazuje grubą warstwą zaschnięta na podłodze i ścianach krew? O to, jaki sens ma życie człowieka, skoro skończyć z nim można tak łatwo, przemysłowo, jak dokręcić mutrę na fabrycznej taśmie? O to, jaki sens ma historia; czy posiada heglowskiego Ducha, który sprowadził do tej piwnicy ludzi starego porządku, czy jest raczej chaosem i to chaos ich tu sprowadził, nie żadna logika dziejów? A jeśli historia Ducha posiada i Duch ten wyrzuca ludzi na śmietnik historii, nie tylko w przenośni, ale dosłownie, to czym jest wobec historii człowiek? Kto jest historii podmiotem? Ludzie, klasy społeczne, narody, cywilizacje, nic? I jak człowiek stawać powinien przed śmiercią, przed tą opatrzoną jeszcze znakiem zapytania, ale przecież i tak nieuchronną, bo znak zapytania ciągle stoi po pytaniu „kiedy?”, nie zaś „czy?”.

A może są to znaki zapytania po tym pytaniu najważniejszym: czy jesteśmy tylko udręczoną pytaniami mierzwą i kiedy kule rozbijają nam głowy, stajemy się mierzwą cichą, spokojnie wsiąkającą w ziemię płytkich grobów i nie ma żadnego sensu poza tym? Czy też raczej robią swoim ofiarom przysługę czekiści, posyłają ich na lśniącym rydwanie męczeństwa ku wiecznemu życiu?

I co się stanie, kiedy odwiedzione znaki zapytania opadną? Zamienią się w wykrzykniki po onomatopeicznym „bach!”? Czy raczej w kropki po ostatnich zdaniach krótkich, banalnych biografii?

I można tak medytować nad jednym porównaniem, ale cała nowela Zazubrina składa się z takich zdań. Opisują krótkie dzieje czekisty-inteligenta, który od asystowania przy codziennych, fabrycznych egzekucjach traci rozum i każde z tych zdań jest małym wierszem, nasiąkniętym znaczeniami. Nie chodzi tutaj o szyfr, nie chodzi o ukrywanie przed cenzurą treści, które można powiedzieć inaczej: Zazubrin pisze prozę wierszami, bo są takie treści, których inaczej niż wierszem oddać się nie da, są treści, których nie da się wypowiedzieć wprost, bo nie znają takich słów ludzkie języki, bo desygnat jest zbyt skomplikowany, by mogło mu odpowiadać jakiekolwiek pojęcie, ale odkryć się może przed czytelnikiem w subtelnych związkach metafor, porównań, rytmu języka.

Na przeciwnym biegunie stoi Hemingway. Hemingway to sto procent prozy w prozie: tajemnica kryje się w całej lakonicznie opowiedzianej historii, za narracją podążamy niepoetycznie, nie ma niczego, co byłoby w prostych zdaniach niewypowiadalne, bo to, co niewypowiadalne, ta wartość dodana literatury, ten wgląd w tajemnicę Życia dociera przez fabułę, nie przez prostotę języka.

Jako czytelnik cenię zarówno prozę poetycką, jak prozaiczną, ale pisząc wolę drogę Zazubrina: nienawidzę zdań typu „hrabina weszła do pokoju i siadła w fotelu”, zdań, których jedyną funkcją jest poruszenie akcji do przodu, pisząc takie zdania czuję się, jakbym robił coś niskiego, kiczowatego, dlatego z każdym kolejnym tekstem staram się pisać mniej zdań pustych, a więcej zdań pełnych. Dlatego ciągle wracam do „Drzazgi”.

I tylko jeden szczegół nie daje mi spokoju.
Nowela Zazubrina jest ścisła faktograficznie, co świetnie uzupełnia jej poetycką moc. Jest to ścisłość profetyczna: Zazubrin najpierw napisał „Drzazgę” a potem ją przeżył, czy raczej właśnie nie przeżył, rozstrzelany w czasach wielkiej czystki. Więc wszystko się zgadza: metodyka działania, sprawy urzędowe, tempo, rewolucyjna czystość pierwszych lat wojny domowej (czekista, który zgwałcił aresztowaną zostaje rozstrzelany razem z nią), pijaństwo, mundury, rok 1921 w Nowonikołajewsku.

I tylko jedno się nie zgadza: kurek żadnego rewolweru nie wygląda jak znak zapytania. Kurek nagana, odwiedziony, układa się w kształt greckiej lambdy. To szczegół, ale porównanie, które nie miałoby mocnego zakotwiczenia w rzeczywistości, do stylu Zazubrina nie pasuje.

Oglądam więc zdjęcia czekistów i nagle olśnienie: chodzi o inną broń. Pistolet mauzer C96, ulubiona broń bolszewickich komisarzy, Janka Kosa z „Czterech pancernych” i Winstona Churchilla. Kurek mauzera wygląda właśnie jak znak zapytania; więc może to tłumacz się pomylił, dystynkcji między pistoletem a rewolwerem nie uczą na filologii rosyjskiej.
Sprawdzam w oryginale: „Около — пять чекистов. В руках большие револьверы. Курки — черные знаки вопросов–взведены.”, a więc to nie wina tłumacza, po prostu autor wolał „rewolwer” jako uniwersalne określenie broni krótkiej, nawet kiedy pisał o mauzerach i brauningach.

Czy więc uznać to za zwykły błąd nieobytego z bronią literata?
Nie, Zazubrin walczył w wojnie domowej, najpierw w armii Kołczaka, potem w Armii Czerwonej. Żołnierz odróżnia rewolwer od pistoletu, tak jak odróżniamy z łatwością rower od motocykla, a samopowtarzalny mauzer z kurkiem jak czarny znak zapytania rewolwerem nie jest, nic się w nim nie obraca, naboje jeden po drugim wskakują do komory z podłużnego magazynka, nie kręcą się w bębnie.

Więc dlaczego ten rewolwer, zamiast rosyjskiego „pistolieta”?
Może dlatego, że pistolet to słowo stare, pochodzi od czeskiego „píšťala”, czyli „piszczela”, jak zwano ręczną broń palną już w czasach wojen husyckich. „Rewolwer” to słowo techniczne, oznacza sposób działania maszynerii i jako element śmiertelnej fabryki CzeKa brzmi lepiej niż stare, słowiańskie słowo „pistolet”. Mała koncesja prozy na rzecz poezji: rewolwer niesie ze sobą cały bagaż dziewiętnastowiecznej industrializacji: lokomotywa, parowiec, dagerotyp i rewolwer. A więc – fabryka, aby lokomotywę i rewolwer wyprodukować, fabryka, a w fabryce rewolucja.

I z fabryki – śmierć.