W serwisie polityka.pl ukazał się właśnie mój artykuł o apokalipsie i Cormacu McCarthym. Polecam się uwadze P.T. Czytelników mojego dziennika.
Moją próżność mile zaskoczyło to, że w ciągu mojego z górą miesięcznego, internetowego milczenia znalazło się paru P.T. Czytelników, którzy w drodze korespondencyjnej lub werbalnej wyrazili swoje niezadowolenie z faktu, że nic tu nie piszę. Jest to oczywiście uczucie niskie i raczej podłe, ta przyjemność z bycia proszonym, ale cóż poradzić. Muszę na dodatek przyznać, że nie zapowiada się, abym mógł w najbliższym czasie wznowić regularne pisanie na moim dzienniczku. Z różnych powodów – spróbuję je pokrótce przedstawić, zgodnie z zasadą, że jak się nie ma nic do powiedzenia, to należy mówić o tym, dlaczego nie ma się nic do powiedzenia.
Po pierwsze więc, jestem zmęczony i zapracowany. I ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę po całym dniu klepania w klawiaturę jest klepanie w klawiaturę. Wieczorem wolę otworzyć wino, zrobić coś dobrego do jedzenia i obejrzeć kolejny odcinek “The Sopranos”. Albo poczytać. Z poczytania mogłoby się coś wykluć, ponieważ książki czasem jeszcze wyzwalają we mnie potrzebę ekspresji. A czytałem ostatnio sporo książek z różnych powodów dobrych i ważnych: “Szepty” i “Tragedię narodu” Figesa, “Morderców” Kazana, “Kawior i popiół” Marci Shore, “Endurance” – świetną książkę Caroline Alexander o wyprawie Shackeltona, “Wielką ucieczkę” Thorwalda, “Ducha Liturgii” Wiadomo Kogo, J.D. pożyczył mi Tiplera i Kurzweila i jeszcze więcej książek sobie kupiłem i odłożyłem do późniejszej lektury, a w te które już przeczytałem powklejałem karteczki, zaznaczając sobie co bardziej interesujące momenty, co znacznie ułatwia późniejsze przelewanie refleksji na klawiaturę. I tak o “Tragedii narodu” Figesa chciało mi się pisać przez porównywanie go do Gaxotte’a, bo też sam Figes się o to prosi, ale jakoś straciłem serce. O “Endurance” chciało mi się coś napisać, bo to wspaniała historia, świetnie napisana, bardzo conradowska – ale jakoś odpuściłem, wolałem przemilczeć. O “Wielkiej ucieczce” też chciało mi się pisać, szczególnie w biorąc pod uwagę “sprawę śląską” – ale dałem sobie spokój. Chciałem napisać coś o “Synecdoche, New York” Kaufmana, bo to jeden z najważniejszych filmów, jakie widziałem w życiu, ale jakoś zabrało mi słów.
Podobnie rzecz się ma z tzw. “wydarzeniami” – a to Michalski w pokutnym worku napisze, że redakcja “KP” zostawia mu nawet pewną autonomię, za co Kinga Dunin dała mu placet, Piątek wypluł zatrutą hostię kłamstwa, a Orliński jak zwykle niczego nie zrozumiał, a to Braun i Kaczmarek nie tylko zrobią świetny film o Jaruzelskim, ale jeszcze puszczą go w TVP, żeby Żakowski z Mazowieckim mogli się zapisać do moczarowców, a Kuczyński z właściwym sobie wdziękiem mógł oświadczyć, że film ów nie wywołał w nim żadnego zastanowienia nad życiorysem generała Jaruzelskiego. Nie żeby ktokolwiek spodziewał się zastanowienia po Kuczyńskim. Jak już kiedyś pisałem, pan Waldemar to klasyczny półinteligent – posiada tę połowę inteligenta odpowiedzialną za intelektualne i społeczne aspiracje, nie posiada zaś tej połowy, która pozwalałaby te aspiracje realizować. No i właśnie: po cholerę mam to pisać, skoro już to kiedyś napisałem? Więc nie piszę. To znaczy w tej chwili piszę o tym, że nie piszę, ale to na jedno wychodzi.
Po drugie. Po drugie mam wrażenie, że moja ogólna postawa, stosunek do świata i bliźnich, jest postawą bardzo mało chrześcijańską. Raczej cioranowsko-maraiowską, toutes proportions gardées, oczywiście. Z czego jakoś nie jestem już ostatnio specjalnie dumny. Tym bardziej, że w życiu prywatnym i zawodowym nic mi nie dolega, a wręcz przeciwnie, z tajemniczych powodów życie jest mi nadzwyczaj przychylne. Z tej postawy, z odrazy do wszelkiego entuzjazmu (a szczególnie do entuzjastów, niezależnie czego ich entuzjazm miałby dotyczyć), do ludzkiego optymizmu, werwy, energii, chęci do działania, do junackości, dziarskości i przebojowości, a więc z wymieszania melancholii, czy może raczej acedii z mizantropią (chociaż oczywiście Ł.O. twierdzi, że mizantropem to można być przyglądając się światu z okien bentleya, ja zaś jestem co najwyżej zgorzkniałym skurczybykiem) i tak wynika już gros mojej publicystycznej i literackiej twórczości. Po co więc mam jeszcze zarażać innych tą postawą via www.dziennik.twardoch.pl? Nic dobrego z tego chyba nie wynika. Gdybym się czymś zachwycił – to od razu napiszę, obiecuję.
No dobrze, zachwyciłem się ostatnio przykrytą śniegiem monochromatyczną Polską, widzianą z okien pociągu, bo ciągle gdzieś się ostatnio pociągami tłukę. Ale zaraz potem pomyślałem, że podoba mi się tylko dlatego, że jej nie widać, że to jak zachwycić się kobietą tylko dlatego, że przykryła się prześcieradłem i nie widać chwilowo, że jest szpetna. Więc trochę lipny był ten zachwyt. Poza tym nienawidzę zimy. Autentycznie zachwyciłem się zaś krótką, pieszą pielgrzymką do sanktuarium w Rudach, ślicznym, zimowym marszem przez dawne cysterskie folwarki, lasy i pola i pustym, ciemnym, gotyckim kościołem, w którym światło paliło się tylko przy obrazie. Ale byłem zbyt zmęczony, żeby o tym napisać.
Po trzecie. Jak już koniecznie muszę coś napisać, to skrobię sobie piórem w notesiku. Dzięki temu nie wylewa się to od razu w świat, tylko sobie leży na papierze i dojrzewa. Za rok to przejrzę i może znajdę tam coś, co będzie się nadawało do podzielenia się z P.T. Czytelnikami. A poza tym, to piszę książki, opowiadania i publicystykę, i jeszcze inne rzeczy, redaguję książki już napisane i robię tysiąc innych rzeczy, które pisarze robią, a o których nie wiedziałem, póki nie zostałem pisarzem zawodowym.
Informacyjnie jeszcze: ukazują się właśnie nowe “Czwórki” w których P.T. Czytelnicy znajdą moje opowiadanie o Poli, które napisałem kiedyś na zamówienie NCK, ukazują się nowe “Arcana” nr 91, gdzie tradycyjnie wypisy z mojego dzienniczka i przedruk “Aksolotla narodów” z CzF. Się polecam życzliwej uwadze.
Z poniższego tekstu publikowałem już na moim dzienniczku fragment, dziś dla ewentualnej uciechy moich nielicznych P.T. Czytelników, zamieszczam całość, namawiając jednocześnie do lektury Czasu Fantastyki nr 4/21.
Aksolotl narodów
Czas Fantastyki 4/21
Narodowe Centrum Kultury jakiś czas temu zaproponowało mi udział w zabawie historycznej, czy też literackiej, zatytułowanej„Zwrotnice czasu”, w której moim zadaniem było rozpoczęcie pisania historii alternatywnej, scharakteryzowanie punktu rozszczepienia. Moja historia, oparta na założeniu, że Władysław Studnicki zostaje premierem i Polska przystępuje do paktu antykominternowskiego, ukazała się obok historii Lecha Jęczmyka, Macieja Parowskiego oraz Marcina Wolskiego.
Zaangażowałem się w ten projekt z radością, jednak nie dlatego, abym sądził, iż historia alternatywna jako taka niesie ze sobą jakieś nadzwyczajne zalety literackie. Jest dokładnie na odwrót: sądzę, że historia alternatywna jako taka jest gatunkiem literacko wyczerpanym. Te książki, w których historia alternatywna była całkowitą artystyczną wartością dodaną, przynajmniej od czasów „Człowieka z wysokiego zamku” Dicka, ponoszą literacką, artystyczną porażkę. Są oczywiście takie, których wartość literacka jest niepodważalna, mimo, że w jakiś tam sposób historią alternatywną są, jak np. „Lód” Jacka Dukaja – jednak tutaj to nie „alternatywna historyczność” stanowi o ich wartości, jest w nich jedynie cechą przygodną.
To również skłoniło mnie, aby tej historii alternatywnej nie ubierać w literacki, czy para-literacki, kostium, lecz by wyrazić ją w formie ściśle dyskursywnej.
Pisząc fantazję historyczną, w której Studnicki pozostaje premierem, w istocie spełniłem po prostu własną fantazję o Polsce, fantazję o Polsce, która zdołała przekroczyć próg politycznej dojrzałości. Fantazję o Polsce, będącej nie tylko przedmiotem, ale również podmiotem polityki międzynarodowej. Fantazję o akslotlu, który wbrew tradycjom swoich przodków, w końcu dojrzewa.
Dojrzałość Polska utraciła trzysta lat temu, zdziecinniała gdzieś w osiemnastym wieku i nie odzyskała dojrzałości i będącej jej konsekwencją podmiotowości ani w krótkim interludium suwerenności 1918 – 1939, ani po roku 1989.
Fantazje, w których Polacy zwyciężają wbrew kalkulacji, wbrew rozsądkowi, a dzięki swojej moralnej przewadze mogą pokrzepiać serca, mnie jednak nie interesuje moralna przewaga, interesuje mnie jedynie przewaga polityczna i nie interesuje mnie również pokrzepianie serc. Polskie serca nie potrzebują pokrzepienia, dość są już pokrzepione i drzemią w rozkosznej drzemce własnej sielskości. Polskie serca potrzebują wbicia igły z zastrzykiem z adrenaliny, która poruszy je do biegu.
W istocie, moja fantazja jest reakcją na nieznośną dla mnie tożsamość Polski bezpodmiotowej. Tożsamości Polski – ofiary gwałtu, Polski rozstawianej, a nie rozstawiającej po kątach. Tożsamości Polski intelektualnie niezdolnej do prowadzenia prawdziwej polityki zagranicznej, bo nie rozumiejącej jej podstawowych, clausewitzowskich praw.
W samym centrum zaś tej polskiej tożsamości są niewinne polskie trupy – z dziurami w potylicach, spalone miotaczami płomieni, rozstrzelane, powieszone.
Ukazały się już jakiś czas temu nowe “Opcje”, a w nich m.in. mój tekst o “Życiu i losie” Grossmana, który prezentuję poniżej. A poza tym np. felieton Krzysztofa Łęckiego, z bardzo fajnym post-scriptum. Polecam.
Powieść o ludziach radzieckich. „Życie i los” Wassilija Grossmana.
Opcje nr 3/2009
Cóż to za dziwny świat: aby przydać wagi powieści Grossmana, przywołuje się często w recenzjach to, że inspirował się nią Littell, autor „Łaskawych”. A przecież nie jest to sytuacja jak z zależnością między „Siedmioma samurajami” Kurosawy a westernem „Siedmiu wspaniałych”, gdzie porównujemy zależność dwóch dzieł wybitnych. Tutaj jest inaczej: książka Littella to dobre, wakacyjne czytadło, taki historyczny Stephen King dla amatorów jatek i historii. Sprawnie napisana, obszerna tak, aby wystarczyła nawet na długi, leniwy urlop na plaży. Epatująca krwią, horrorem w sposób mocny a jednocześnie taki, w jaki sposób śmiercią epatuje horror typu gore – hałdy trupów u Littella trzeba wziąć w nawias konwencji, podobnie jak sceny erotycznych wybryków głównego bohatera. Zapewnia czytelnikowi Littell rozkoszne poczucie totalnej imersji, czujemy się jak nastolatek przy lekturze przygód Tomka Wilmowskiego, od książki nie można się oderwać, podążamy za losami doktora Aue z wypiekami na twarzy, ale przecież wiemy, że to wszystko nie jest na serio, że to taki nazistowski Indiana Jones dla nieco starszych dzieci – zamiast archeologii doktor Aue dowodzi nam swego wyrafinowania w zamiłowaniu do sztuki. Kiedy zamkniemy ostatnią stronę – nie pozostaje nic. Nie ma u Littella wielkiej literatury – jest świetne czytadło, które nie mówi nam o człowieku, o jego kondycji niczego, czego byśmy wcześniej nie słyszeli już tysiąc razy. Nie dotyka najważniejszych problemów ludzkiej egzystencji – zaledwie udaje, tak, jak film akcji udaje czasem, że boryka się z trudną tematyką np. rasizmu, po to tylko, by aktorzy mieli o czym mówić w wywiadach.
Oczywiście, nie każda powieść musi się zajmować najpoważniejszymi pytaniami, nie można przecież czytać wyłącznie dialogów Naphty i Settembriniego z „Czarodziejskiej góry” – rzecz w tym, że „Życie i los” Grossmana właśnie te pytania zadaje, . O człowieka tytułowe życie i o człowieczy tytułowy los, o człowiecze bycie grudką błota, która przykleja się do gąsienic czołgów, robiących historię, o to, jak niewiele znaczy człowiek, kiedy staje przed kolektywnymi ludźmi.
Oczywiście, słyszeliśmy już wiele razy te pytania i słyszeliśmy już wiele odpowiedzi – rzecz w tym, że Grossman zadaje je prawdziwie, prawdziwie w sensie literackiej uczciwości, rzetelności, zgodnie z surowym etosem rosyjskiego narodnika, eserowca, każdego z tych inteligentów sprzed stu lat, którzy nawet sobie nie wyobrażali gdzie doprowadzić mogłaby ich tołstojowska szlachetność, uczciwość i mądrość, gdyby tylko zerwano ciążące im carskie okowy. Porównywać tę książkę do „Łaskawych” – można, ale można też, zachowując proporcję, porównać ją do „Czterech pancernych i psa” Przymanowskiego. Nic z takich porównań nie wynika, nie wystawia się do wyścigów żaby i wróbla.
Rzecz nie w czynieniu rankingów – ale gdyby ktoś chciał, to bez wątpienia można Grossmana wymieniać jednym tchem z Sołżenicynem, Bułhakowem, Wieniediktem Jerofiejewem, z tymi, którzy rosyjską literaturę XX wieku uczynili wielką. I pamiętać można przy tym, że XX-to wieczna rosyjska literatura wcale nie zmalała od czasów Dostojewskiego i Tołstoja.
W nadchodzącym, 2010 roku trochę się wydarzy, jeśli chodzi o moją obecność na księgarskich półkach.
Po pierwsze, we Francji ukaże się francuski przekład mojej sensacyjnej powieści o gnozie i esbekach, tj. “Przemienienie”. Szczegóły wkrótce.
Po drugie, nakładem zaprzyjaźnionego wydawnictwa Dębogóra (wydawca “Przemienienia” i “Zabaw z bronią”) ukaże się obyczajowa, współczesna powieść apokaliptyczna, fabularnie luźno związana z “Przemienieniem” i stanowiąca “Przemienienia” wyjaśnienie i dopełnienie, której fragmenty czytałem na jednym ze spotkań autorskich, a która nie posiada na razie tytułu (w zasadzie posiada, ale taki, pod którym nie może się ukazać, załóżmy więc na razie, że nie posiada).
Po trzecie, nakładem również zaprzyjaźnionego wydawnictwa Powergraph (tzn. Kasia i Rafał Kosikowie) ukaże się zbiór opowiadań niesamowitych, nie posiadający na razie tytułu, ale co do którego już wiadomo, że na pewno zawierał będzie opowiadanie “Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka” (NF 06/2009), niepublikowane do tej pory “Tak jest dobrze”, “Gerd” oraz nieukończone jeszcze opowiadanie pt. “Trzech” i jeszcze więcej.
Dla nielicznych P.T. Czytelników mojego dzienniczka – fragment opowiadania pt. “Gerd”.
(…) Gerd jest sam, w dzień pracuje, je, wydala, czyta sport w gazecie, a nocami śni o śniegach, o parzącej, zmrożonej stali, o łamiących się wpół sylwetkach w okrutnym oku ze szkła. To nie marzenia, ale również nie koszmary, to podróż. Wskazującym palcem czyni dzieci sierotami, wdowami czyni nieznane kobiety od Kamczatki po Archangielsk i wdowcami nieznanych mężczyzn, bo strzela też do kobiet, do tych małych dziewczątek z wielkimi mosinami, które zabijają tak samo dobrze jak ich kochankowie.
Pije koniak z kolegami. Jedzie na pace blitza i jak wszyscy myśli tylko o latającej, pancernej śmierci, która chętnie zamieni ich ciężarówkę w splot stali, desek, paliwa i trupów i płomieni.
Śni o ukraińskiej pielęgniarce.
Śni ten sen od sześćdziesięciu lat. Nocami, kiedy jak wściekły pies waruje przy radio, elektroniczny wyświetlacz jarzy się trupią zielenią. Dostał to radio od syna i poprosił syna, aby nastawił mu Radio Maryja i słucha Radia Maryja i dzwoni do Radia Maryja, dzwoni i rozmawia z ojcem prowadzącym.
Czasem jest Alojzym ze wsi pod Łomżą. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze dziewica. Teraz i zawsze, na wieki wieków amen. Witam ojca prowadzącego. Tu Alojzy spod Łomży. Witam pana, panie Alojzy. Alojzy jest niewidomy, to znaczy prawie niewidomy, ma białą laskę, ale odróżnia światło od ciemności. Opowiada na antenie o tym, na co wystarcza mu osiemset złotych emerytury. O tym, jak nieuprzejmie potraktował go sprzedawca w sklepie ogólnospożywczym i o tym, że kiedy idzie drogą, to żaden samochód się nie zatrzyma, więc musi iść te pięć kilometrów do sklepu. Alojzy dziękuje ojcu prowadzącemu za to, że tak dzielnie broni polskości. Przed laickimi mediami. Żydostwo cholerne, międzynarodowe, mści się na Polsce. A Polacy tacy dobrzy dla nich byli, za Niemca, tacy serdeczni, tylu uratowali.
Czasem jest panią Marylą z Warszawy, emerytowaną nauczycielką rosyjskiego. Głosy starców i staruszek nie różnią się już wiele od siebie, wystarczy, że Gerd, albo Alojzy zaczną mówić falsetem, a już stają się panią Marylą. Pani Maryla jest młoda, ma tylko siedemdziesiąt trzy lata, urodziła się w białoruskiej wsi na Podlasiu w mieszanej rodzinie, władza ludowa dała jej wykształcenie i mieszkanie w Warszawie i pani Maryla nienawidzi ojca Rydzyka. Nienawidzi go z całego serca, więc syczy tę swoja nienawiść, szybko syczy, żeby wysyczeć jak najwięcej, zanim wyłączy ją ojciec prowadzący. Syczy: maybachem jeździ. Na krowie ma jeździć? – żartuje ojciec prowadzący. Maybachem. Drogim. Klechy pazerne. Czarni. Pijawki. Ludzie z głodu umierają, a one tylko te bogactwa, chciwość. Pani Maryla swoje wie. Pani Maryla wiele widziała. Panią Marylę władza ludowa wyciągnęła z czworaków, dała wykształcenie, mieszkanie. Panią Marylę wyłącza ojciec prowadzący.
A potem pani Maryla wsiąka w ściany pokoju i kto inny przychodzi do Gerda: na przykład pan Antoni. Z Ameryki dzwoni wasz pan Antoni. Przed Maryi wrogiem czoła nie skłoni. Za to ojcu Rydzykowi nie pożałuje pomocnej dłoni. Świętą wiarę w obczyźnie obroni. Bolszewika z ojczyzny wygoni. Orła pomocą i litewskiej Pogoni. Takie rymy, moje, własne, ojcze prowadzący. Dziekujemy panu. Ja wiem, że to nie żadna poezja. Ale takie moje. Może kogoś rozweseli. To prawda, może rozweseli, prosimy bardzo, niech pan do nas dzwoni i te swoje rymy czyta, panie Antoni. Z Panem Bogiem.
A na koniec czarni bogowie kogoś innego wpuszczają w Gerda. Na koniec zawsze to jest ktoś specjalny. Drżące, zgrubiałe, stwardniałe palce z trudnością wymieniają karty sim w taniej komórce, pomaga sobie pęsetą, ale to bardzo trudne. Sam nie wie, skąd się tego nauczył. Syn przecież mu nie pokazywał, jak wymieniać kartę w komórce. Ale wie, że to konieczne, tam przecież mogliby rozpoznawać numery, tam, w tym radio i wiedzieliby, że ci wszyscy, których wpuszczają w głowę Gerda czarni bogowie, dzwonią przez niego. I jeszcze dowiedzieć by się mogli, że pani Maryla nie żyje od dwóch lat, umierała sama, wyskrobana, wypatroszona jak blady, zamarzły kurczak w supermarkecie, umarła myśląc o dziecku, które nie przyszło na świat, o dziecku, które odebrał jej lekarz pachnący tanią wodą kolońską i papierosami marki Gitanes. Pan Antoni zmarł na zawał, w swoim smutnym pokoiku o ścianach z dykty w bostońskim Dorchester, dzięki czemu nie zdążyły zabić go płuca spalone papierosami.
Na koniec czarni bogowie przysyłają Otokara (…).