Czasem jedno zdanie nie daje mi spokoju – jak to z noweli „Drzazga” Władimira Zazubrina. Rozpoczyna ono scenę egzekucji – jest rok 1921, pięciu skazańców wprowadzonych zostaje do piwnicy pod siedzibą gubernialnego oddziału CzeKa. I wtedy Zazubrin pisze: „Obok nich pięciu czekistów. W rękach ogromne rewolwery. Kurki – czarne znaki zapytania – odwiedzione.”
Jest w tym porównaniu – czarne znaki zapytania – wszystko. Jeśli kurek odwiedziony jest znakiem zapytania, to jakie jest pytanie? O to, czy tylko straszy się tu skazanych, czy będzie się ich strzelać, na co wskazuje grubą warstwą zaschnięta na podłodze i ścianach krew? O to, jaki sens ma życie człowieka, skoro skończyć z nim można tak łatwo, przemysłowo, jak dokręcić mutrę na fabrycznej taśmie? O to, jaki sens ma historia; czy posiada heglowskiego Ducha, który sprowadził do tej piwnicy ludzi starego porządku, czy jest raczej chaosem i to chaos ich tu sprowadził, nie żadna logika dziejów? A jeśli historia Ducha posiada i Duch ten wyrzuca ludzi na śmietnik historii, nie tylko w przenośni, ale dosłownie, to czym jest wobec historii człowiek? Kto jest historii podmiotem? Ludzie, klasy społeczne, narody, cywilizacje, nic? I jak człowiek stawać powinien przed śmiercią, przed tą opatrzoną jeszcze znakiem zapytania, ale przecież i tak nieuchronną, bo znak zapytania ciągle stoi po pytaniu „kiedy?”, nie zaś „czy?”.
A może są to znaki zapytania po tym pytaniu najważniejszym: czy jesteśmy tylko udręczoną pytaniami mierzwą i kiedy kule rozbijają nam głowy, stajemy się mierzwą cichą, spokojnie wsiąkającą w ziemię płytkich grobów i nie ma żadnego sensu poza tym? Czy też raczej robią swoim ofiarom przysługę czekiści, posyłają ich na lśniącym rydwanie męczeństwa ku wiecznemu życiu?
I co się stanie, kiedy odwiedzione znaki zapytania opadną? Zamienią się w wykrzykniki po onomatopeicznym „bach!”? Czy raczej w kropki po ostatnich zdaniach krótkich, banalnych biografii?
I można tak medytować nad jednym porównaniem, ale cała nowela Zazubrina składa się z takich zdań. Opisują krótkie dzieje czekisty-inteligenta, który od asystowania przy codziennych, fabrycznych egzekucjach traci rozum i każde z tych zdań jest małym wierszem, nasiąkniętym znaczeniami. Nie chodzi tutaj o szyfr, nie chodzi o ukrywanie przed cenzurą treści, które można powiedzieć inaczej: Zazubrin pisze prozę wierszami, bo są takie treści, których inaczej niż wierszem oddać się nie da, są treści, których nie da się wypowiedzieć wprost, bo nie znają takich słów ludzkie języki, bo desygnat jest zbyt skomplikowany, by mogło mu odpowiadać jakiekolwiek pojęcie, ale odkryć się może przed czytelnikiem w subtelnych związkach metafor, porównań, rytmu języka.
Na przeciwnym biegunie stoi Hemingway. Hemingway to sto procent prozy w prozie: tajemnica kryje się w całej lakonicznie opowiedzianej historii, za narracją podążamy niepoetycznie, nie ma niczego, co byłoby w prostych zdaniach niewypowiadalne, bo to, co niewypowiadalne, ta wartość dodana literatury, ten wgląd w tajemnicę Życia dociera przez fabułę, nie przez prostotę języka.
Jako czytelnik cenię zarówno prozę poetycką, jak prozaiczną, ale pisząc wolę drogę Zazubrina: nienawidzę zdań typu „hrabina weszła do pokoju i siadła w fotelu”, zdań, których jedyną funkcją jest poruszenie akcji do przodu, pisząc takie zdania czuję się, jakbym robił coś niskiego, kiczowatego, dlatego z każdym kolejnym tekstem staram się pisać mniej zdań pustych, a więcej zdań pełnych. Dlatego ciągle wracam do „Drzazgi”.
I tylko jeden szczegół nie daje mi spokoju.
Nowela Zazubrina jest ścisła faktograficznie, co świetnie uzupełnia jej poetycką moc. Jest to ścisłość profetyczna: Zazubrin najpierw napisał „Drzazgę” a potem ją przeżył, czy raczej właśnie nie przeżył, rozstrzelany w czasach wielkiej czystki. Więc wszystko się zgadza: metodyka działania, sprawy urzędowe, tempo, rewolucyjna czystość pierwszych lat wojny domowej (czekista, który zgwałcił aresztowaną zostaje rozstrzelany razem z nią), pijaństwo, mundury, rok 1921 w Nowonikołajewsku.
I tylko jedno się nie zgadza: kurek żadnego rewolweru nie wygląda jak znak zapytania. Kurek nagana, odwiedziony, układa się w kształt greckiej lambdy. To szczegół, ale porównanie, które nie miałoby mocnego zakotwiczenia w rzeczywistości, do stylu Zazubrina nie pasuje.
Oglądam więc zdjęcia czekistów i nagle olśnienie: chodzi o inną broń. Pistolet mauzer C96, ulubiona broń bolszewickich komisarzy, Janka Kosa z „Czterech pancernych” i Winstona Churchilla. Kurek mauzera wygląda właśnie jak znak zapytania; więc może to tłumacz się pomylił, dystynkcji między pistoletem a rewolwerem nie uczą na filologii rosyjskiej.
Sprawdzam w oryginale: „Около — пять чекистов. В руках большие револьверы. Курки — черные знаки вопросов–взведены.”, a więc to nie wina tłumacza, po prostu autor wolał „rewolwer” jako uniwersalne określenie broni krótkiej, nawet kiedy pisał o mauzerach i brauningach.
Czy więc uznać to za zwykły błąd nieobytego z bronią literata?
Nie, Zazubrin walczył w wojnie domowej, najpierw w armii Kołczaka, potem w Armii Czerwonej. Żołnierz odróżnia rewolwer od pistoletu, tak jak odróżniamy z łatwością rower od motocykla, a samopowtarzalny mauzer z kurkiem jak czarny znak zapytania rewolwerem nie jest, nic się w nim nie obraca, naboje jeden po drugim wskakują do komory z podłużnego magazynka, nie kręcą się w bębnie.
Więc dlaczego ten rewolwer, zamiast rosyjskiego „pistolieta”?
Może dlatego, że pistolet to słowo stare, pochodzi od czeskiego „píšťala”, czyli „piszczela”, jak zwano ręczną broń palną już w czasach wojen husyckich. „Rewolwer” to słowo techniczne, oznacza sposób działania maszynerii i jako element śmiertelnej fabryki CzeKa brzmi lepiej niż stare, słowiańskie słowo „pistolet”. Mała koncesja prozy na rzecz poezji: rewolwer niesie ze sobą cały bagaż dziewiętnastowiecznej industrializacji: lokomotywa, parowiec, dagerotyp i rewolwer. A więc – fabryka, aby lokomotywę i rewolwer wyprodukować, fabryka, a w fabryce rewolucja.
I z fabryki – śmierć.