Konferencja Episkopatu Polski oświadczyła, ustami swego rzecznika zapewne, że sprawa lustracji biskupów jest w Polsce zamknięta.
Są słowa, które – w połączeniu z intencją – mają wielką moc. Na przykład ego te absolvo a peccatis tuis. Wyrażenie „sprawa zamknięta” żadnej mocy sprawczej jednakowoż nie posiada.
Są sprawy których kościelną nowomową zaklajstrować się nie da, ile razy nie przemiędliłoby się formułek o zwiększaniu wrażliwości na człowieka, wsłuchiwaniu się w znaki czasu i nauki Papieża-Polaka, ubogacaniu się, pochylaniu i co tam jeszcze Pasterze nasi wygłaszają standardowo przy takich okazjach.
Sprawa jest więc otwarta, a raczej ledwie drzwi do niej uchylono. W tej sytuacji, jeśli jakieś słowa mają moc, to raczej te, które paru Żydów usłyszało dwa tysiące lat temu: J 8, 32.
„Trzej kumple” to film doskonały warsztatowo, brawurowo i ze świetnym efektem żonglujący nagraniami archiwalnymi, fragmentami dokumentalnymi z normalnej i ukrytej kamery, czy wstawkami rekonstrukcyjnymi. Lecz nie na tym polega jego wielkość, jego wielkość jest ukryta w samej historii, którą opowiada, w jej fabularnej warstwie – jest to film o człowieku, który zdradza przyjaciół, słowem jest to historia uniwersalna.
To zresztą należałoby zgłosić jako postulat do Bronisława Wildsteina, jednego z trzech bohaterów tamtych wydarzeń – jego „Dolina nicości” to dobra i ważna powieść, ale powieść o tamtej przyjaźni i zdradzie, powieść o tamtej historii mogłaby być książką wielką nie tylko przez swój wymiar historyczny i, użyjmy neologizmu, „aletheiczny”, czyli odsłaniający prawdę (od źródłosłowu greckiej aletheia – odsłanianie, tego, co zakryte), ale również w wymiarze odsłonięcia najgłębszych splotów człowieczeństwa. Może się doczekamy.
Czytaj dalej »
Dzisiaj, przejazdem w Cieszynie. Na rynku wystawa „Twarze bezpieki. Bielsko-Biała, Cieszyn, Żywiec”. Wywieszeni twarzy esbeków na widok publiczny to rzecz chwalebna, chociaż chciałoby się więcej, ale taka już widać polska tradycja, aby zamiast zdrajców, wieszać ich portrety.
Rzecz obejmuje naczelników wydziałów – i tutaj właśnie zauważam pewną zasadniczą słabość, taką samą jak na analogicznej wystawie katowickiej. Otóż, przyglądając się datom urodzenia wywieszonych funkcjonariuszy, można zauważyć, że większość z nich należy do pokolenia urodzonych w okolicach roku 1920. Kilku później i paru dosłownie z pierwszych lat po wojnie. Najmłodszy urodzony w roku 1950. Jest to zrozumiałe – aby dochrapać się stanowiska naczelnika, trzeba było swoje w resorcie odsłużyć. I tak naprawdę, ważność całej wystawy zasadza się niestety tylko na tych paru, urodzonych w drugiej połowie lat czterdziestych. Wywieszenie osiemdziesięcioletnich i dziewięćdziesięcioletnich starców ma sens, oczywiście, jest to akt jakiejś historycznej sprawiedliwości. Sprawa ważna dla wspólnoty, ważna ze względu na wspólnotową tożsamość, jednak są sprawy ważniejsze – a ważniejszą sprawą jest obecność byłych funkcjonariuszy SB w życiu społecznym, politycznym i gospodarczym dzisiejszej Polski.
To nie pamiętający jeszcze heroiczne czasy „walk z bandami” leśni dziadkowie, dogorywający na swoich sutych emeryturach, są dziś najgroźniejsi – to będący dziś w sile wieku, sześćdziesięcio-, pięćdziesięcio- i szczególnie czterdziestoparoletni esbecy, którzy swoją karierę w resorcie rozpoczynali w latach osiemdziesiątych. Resort wiedział już wtedy o transformacji i się do tej transformacji intensywnie przygotowywał (vide np. ogromny rozrost siatki informatorów w samej końcówce lat osiemdziesiątych, siatki budowanej pod kątem nowej rzeczywistości) i ludzie, rekrutowani do pracy w latach osiemdziesiątych bez wątpienia musieli być już rekrutowani z myślą o nowych wyzwaniach i szkoleni tak, aby nowym wyzwaniom sprostali.
I bez wątpienia im się udało – po 1990 roku, wykorzystując swoje siatki, przeniknęli bez trudu do wszystkich aspektów życia w „wolnej Polsce” – do służb specjalnych, do biznesu, do mediów, do różnego rodzaju przykościelnych organizacji i fundacji (vide Stella Maris i dziesiątki podobnych przykładów z całej Polski) i to oni dziś stanowią grupę, której publiczna demaskacja byłaby Polsce najbardziej potrzebna.
W dzisiejszej „Rzepie” ukazał się tekst paradny. Zainteresował mnie od razu, kiedy zauważyłem zdjęcie Józefa Kosseckiego, człowieka któremu szczerze zazdroszczę inteligencji i talentu do tworzenia sensacyjnych fabuł – a kiedy na samym początku zauważyłem nazwisko Kuczyńskiego, zainteresowanie zamieniło się w fascynację: dwie takiego formatu postacie skonfliktowane w jednym tekście!
Zacznijmy, według starszeństwa, od Kosseckiego. Jego inteligencja jest niewątpliwa, wbrew temu, co twierdził o nim cytowany przez Maję Narbutt Adam Michnik – nie pomogła mu jednak wcale, kiedy Służba Bezpieczeństwa werbowała go na tajnego współpracownika, dawno temu, pewnie jeszcze w latach sześćdziesiątych – bo też była to funkcja przyzwoitości, nie inteligencji.
Zazdroszczę Kosseckiemu talentu, gdyż mało atrakcyjny fakt kapowania czekistom na kolegów zdołał ubrać w fabułę może niezbyt spójną, ale za to sensacyjną, zakrojoną na epicką skalę – a do tego dynamiczną, rozwijającą się wraz z autorem. Bez żadnej ironii stwierdzam, że Kossecki marnuje swój talent, byłby z niego świetny autor powieści sensacyjnych.
Proszę więc rzucić okiem na (auto)biografię Kosseckiego na wikipedii. Czegóż tam nie ma: narodowcy-wallenrodyści, podejmujący arcytrudną grę wywiadowczą z Służbą Bezpieczeństwa, grę, w której wygrywają dzięki ostrości swoich umysłów. Kossecki, „główny ideolog nacjonalizującego skrzydła PZPR” publikujący książki, w których systemem kodowym opracowanym przez Ligę Narodowo-Demokratyczną przekazywane są tajne wiadomości. LN-D posiadająca agentów wpływu w wywiadach ZSRR i USA, inspirujaca Adama Michnika do publikowania głupich artykułów w „Kulturze”, ksiądz Popiełuszko zamordowany przez agentów RFN, ORMO jako policja partyjna kontrolująca MO (i major Kossecki na czele ORMO w dzielnicy Warszawa – Śródmieście). Brakuje tylko pościgów, wybuchów, pięknych samochodów i szybkich kobiet.
Równie fajne rzeczy są do poczytania na serwisie „Autonom”. Miłej lektury.
Oczywiście, nie zakładam naiwnie, że rzeczywistość peerelowskich służb specjalnych nie skrywa przed nami żadnych tajemnic; zbyt mało czasu minęło, aby historycy wiedzieli już mniej więcej wszystko. Słyszałem, od wiarygodnych osób teorie bardziej nawet fantastyczne niż elukubracje Kosseckiego, które jednocześnie wydawały się być bardziej prawdopodobne – bo też ich celem nie było przykrywanie rzeczywistości dalece bardziej siermiężnej i przaśnej.
Nie chcę rozstrzygać, czy Kossecki jest mitomanem i sam wierzy w swoje konfabulacje, czy też jest po prostu cyniczny – swoją drogą, bez wątpienia nie jest również Kossecki takim specem od, powiedzmy, public relations, jak sam stara się siebie przedstawiać. Na youtube możne znaleźć wideo, na którym odziany w szorty Kossecki usiłuje porwać młodociane audytorium, śpiewając mu tekst własny na melodii „Horst Wessel Lied”, akompaniując sobie dziarskimi gestami: audytorium młodocianych narodowców zdaje się nie podzielać jednak jego entuzjazmu.
Swoją drogą, gdybym miał umiejętności Kosseckiego to tworzenia ad hoc fajnych teoryjek, to wykoncypowałbym jakąś kombinację, w której pan Józef podsuwa biednym narodowcom „Horsta…” tylko po to, by potem podsunąć to pismakom – celem, oczywiście, kompromitacji narodowców. Bo przecież dziecię nawet wie, że czujni tropiciele Faszyzmu (z klinicznymi przypadkami przygłupów z „Nigdy więcej” na czele) wykorzystają każde nawiązanie do Hitlera do wskazania moralnej degrengolady faszystów. A jak wiadomo, faszyzm zaczyna się tam, gdzie kończy się „Wyborcza”. O nowym numerze „Nigdy więcej” napisałbym w ogóle notkę, bo okazało się, że mój ulubiony Julius Evola jest takim strasznym faszolem, że go nawet nie powinno się z nazwiska wspominać – ale chyba już jestem na to za stary. Nie chce mi się pisać o „Nigdy więcej”, wracam więc do tematu.
Po 1989 poszedł Kossecki tam, gdzie poszło całe, skrzywdzone na transformacji skrzydło PZPR – z „solidaruchami” korowskiej proweniencji dogadały się „żydy”, a „chamy” ostały się na lodzie, nie załapując się na kręcenie lodów – więc zjednoczyły siły ze swoimi byłymi lennikami, z tymi żałosnymi, upodlonymi resztkami, jakie się ostały się po PRLu z endecji i zaczęły jakoś działać – Tymiński, Partia X, Samoobrona, Wilecki, Lepper – wystarczy troszkę poskrobać, a w tle zawsze znajdzie się jakiś były esbek niższego szczebla (tak od kapitana, może majora w dół, wyższe szarże umiały się lepiej w III RP urządzić), jakiś Rusek cywilny lub wojskowy – i podobne w sumie formacje intelektualno-duchowe.
Na marginesie muszę stwierdzić, że znam paru inteligentnych i uczciwych ludzi, związanych z tym środowiskiem przynajmniej światopoglądowo – ale cóż z tego, znam również uczciwego i odważnego dziennikarza Gazety Wyborczej, nie takie cuda nosi nasza ziemia.
Tyle tytułem przedstawienia tej jakże interesującej persony. Jednak to nie Kossecki był przyczyną, dla której tekst Mai Narbutt tak mnie rozbawił. Otóż, Kossecki swojego czasu kapował na Waldemara Kuczyńskiego i temuż Waldemarowi wcale się ten fakt nie podobał – o tym właśnie jest wspomniany tekst.
Nie byłoby w tym fakcie nic dziwnego ani zabawnego, gdyby nie to, że pan Waldemar jest zapiekłym przeciwnikiem lustracji. Nie wynika to z jakiś głębszych przemyśleń, czy ideologii, z pana Waldemara żaden Michnik – po prostu, Kuczyński jest klasycznym półinteligentem. Półinteligent to osoba taka, która pełni społeczną rolę inteligenta (to właśnie ta połowa, która jest), natomiast nie posiada osobistych przymiotów, koniecznych do bycia całkowitym inteligentem – to ta połowa, której nie ma. Dlatego, półinteligent, z konieczności jedynie przyswaja, przetwarza i prezentuje treści przygotowane przez kogoś innego – swój wkład ograniczając do nazwiska i, ewentualnie, radykalizacji pewnych wątków. Kuczyński jest takiej postawy przykładem klasycznym; tak klasycznym, że aż groteskowym w swojej przewidywalności. Ma swoje zdanie Kuczyński również na temat Śląska – drwiłem zeń dawno temu, jeszcze na łamach „Życia”- bo również w tej kwestii wypadał pan Waldemar jak klasyczny, polski półinteligent, przejęty misją niesienia kultury i cywilizacji ciemnym tubylcom z Bytomia i Katowic.
Chętni mogą się skusić na lekturę bloga tej cudownej postaci, tudzież poczytać tekst o pisowskim wilku. Trochę standardowych jęków o tym, jak to PiS zagraża demokracji (nieudolnie, ale i tak jest bardzo niebezpieczny) – żenujący, acz symptomatyczny dla typu osobowościowego, którego pan Kuczyński jest boleśnie sztampowym przedstawicielem. Boleśnie sztampowym – bo brakuje mu wyrafinowanej ironii Pilcha, umiejętności pogardliwego demonstrowania moralnej wyższości Michnika, złośliwości Passenta, czy słodkiej, naiwnej i głupiutkiej poczciwości Sadurskiego – Kuczyński jest taki… zwyczajny. Generic. Człowiek – stereotyp. Dumny, bo zapraszają go na urodziny „Wyborczej”. Ale jednak – z czwartego szeregu, a więc szczególnie zobowiązany do nieustannego, publicznego deklarowania swej prawomyślności.
I właśnie ten zwyczajny gorący przeciwnik lustracji, klasyczny post-peerelowski inteligent (założę się, że Kuczyński czytuje i ceni sobie „Tygodnik Powszechny”) i tropiciel pisowskich wilków stwierdza: „Chciałbym, żeby ten człowiek został zdemaskowany. Wyrządził mi wielką krzywdę.”. Człowiek, sławiący chrześcijańskie cnoty Kuronia i Michnika, mimochodem zauważa, że, wicie, rozumicie, lustracja absolutnie-nie, ale jak na mnie kto kapował – a na dodatek jest jeszcze wstrętnym narodowcem, to jaknajbardziejtakoczywiście. Tak samo swobodnie zresztą lustrację uprawiała Wyborcza, kiedy chodziło np. o lustrowanie Kobylańskiego. Wydziwia więc Kuczyński Kosseckiemu od małych, podłych ludzi, od tchórzy, skarży się, że przez niego ma kiepską emeryturę. Zarzuca mu, że kłamie, więc czuje, że musi poinformować o prawdzie nawet żonę Kosseckiego, bo może i tę biedną kobietę Kossecki okłamał. A wcześniej, cóż miał Kuczyński do powiedzenia o prawdzie? Prawda was zamorduje. Przynajmniej prawda z teczek SB. Lustracja – łajdacka.
Z całej rzeszy tajnych współpracowników SB, według Waldemara Kuczyńskiego, na ujawnienie zasługuje tylko ten jeden, szczególny współpracownik – Józef Kossecki. Dlaczego? Bo donosił na Kuczyńskiego. A to przecież przypadek szczególny. Pani Maja Narbutt nie zainteresowała się za bardzo tym przecież ciekawym wątkiem – publicznie głoszonych zasad i publicznie ogłaszanych wyjątków od tych zasad. Ale, jak mawiał patron współczesnych inteligentów, Rousseau, czy ktoś widział kiedy drogowskaz, co sam szedłby drogą, którą wskazuje?
Siedzę na tylnej kanapie pomarańczowego malucha, zaparkowanego w Gliwicach obok kościoła pod wezwaniem Piotra i Pawła, który kiedyś będzie katedrą. Ale teraz jeszcze nie jest, a ja mam dziesięć lat, jest wtorek, szósty czerwca 1989 roku i bardzo się boję. Wolałbym być w domu, w Pilchowicach, gdzie mieszkamy od dwóch lat i gdzie czeka mama i moja najmłodsza, dwuletnie siostra. Pojechaliśmy z tatą do wujka S. – na Śląsku nikt nie używa określenia „stryj”, ale S. jest starszym bratem mojego taty. Obok siedzi moja druga siostra, która ma lat dziewięć i ona też się boi.
Wcześniej siedzieliśmy na dywanie z dwiema kuzynkami w ich pokoju, na siódmym piętrze bloku przy ulicy Pszczyńskiej. Dziewczyny wyciągnęły jakieś lalki i klocki Lego, ale nie bawiliśmy się wcale. Nasłuchiwaliśmy, w czwórkę, trzy dziewczyny i ja – jak tata rozmawia z wujem.
Wtedy już też się baliśmy, ale jeszcze nie tak. Wiemy, że tata i wujek należą do „Solidarności”, chociaż niedokładnie rozumiemy co to znaczy. Ale na pewno tata i wujek są po stronie dobrych, przeciwko głupiej, podobnej do mężczyzny nauczycielki, która w pilchowickiej podstawówce kazała nam uczestniczyć w akademii na cześć rewolucji październikowej. Wiemy doskonale, że rewolucja październikowa to coś, czego się nienawidzi, co jest nie tylko złe, ale również obrzydliwe i groteskowe, jak wszystko co należy do świata komunizmu. Prezenter Dziennika w telewizji, popiersie Lenina, czerwone flagi i pochody pierwszomajowe, na które nikt nie chodzi. Wiemy dobrze, że możemy być dumni z tego, że nasz tata i wujek nigdy nie należeli do partii.
Tata był ostatnio bardzo zadowolony. Mówił, że kończy się w Polsce komunizm. Jestem dość dziwnym dziesięciolatkiem, późno nauczyłem się czytać, bo pod koniec pierwszej klasy w podstawówce, ale potem zacząłem pochłaniać książki w ogromnym tempie. Co tydzień idę do biblioteki, wracam z ciężkim plecakiem. Po osiem tomów, tyle mogę wypożyczyć. Czytam Dumasa, Szklarskiego, Verne’a, a potem, jak leci. Tomki, Muszkieterowie, hrabia Monte Christo, albo jakiś węgierski funkcjonariusz AVH, czyli tamtejszy ubek (czy znam już to słowo? ubek?), z dziwnej powieści, która jakoś wyryła mi się w dziesięcioletniej główce, pod blond czupryną, a której autora i tytułu nie pamiętam. Więc widzę świat inaczej niż przeciętny dziesięciolatek. Trochę więcej wiem i chyba już interesuję się polityką. Dlatego, kiedy wracaliśmy z tatą z piekarni, tuż przed wyborami, zapytałem – tato, czy teraz będzie w Polsce kapitalizm?
Mój tata, w świecie, który się wydarzy, za kilka lat zwolni się ze stanowiska kierownika działu ochrony środowiska na kopalni i założy własną, dobrze prosperującą firmę. Wtedy jednak jeszcze nie potrafił odpowiedzieć na moje pytanie. W końcu, od czterdziestu lat, od zawsze, żył w kraju, w którym słowo „kapitalizm” kojarzy się z tłustym brzuchem burżuja w cylindrze, dosiadającego zgiętych pleców żylastego człowieka pracy. Więc tata, nieco strapiony, odpowiedział że sam nie wie, ale będzie to coś pośredniego między socjalizmem a kapitalizmem.
Dopiero dużo później, w świecie, który się wydarzył, zrozumiałem znaczenie tej odpowiedzi. Nie pytałem przecież o wysokość podatków, czy o redystrybucję dochodu narodowego. Pytałem o wzorce kulturowe – i w tym wymiarze należało rozumieć odpowiedź mojego taty. Pośrednio jest ta odpowiedź również świadectwem dezorientacji, jakiej ulegli nawet ludzie politycznie wyrobieni – w 1989 mój tata ma za sobą z górą dwie dekady politycznej aktywności. To coś między PRL a II RP, między Rzeczpospolitą a pticą, między Polską, a smutnym krajem, zamieszkanym przez polactwo – to właśnie stało się naszym udziałem, w świecie, który się wydarzył. Ale mógł się przecież wydarzyć inaczej.
Mamy więc wtorek, szóstego czerwca. Siedzę z siostrą na tylnym siedzeniu pomarańczowego malucha i bardzo się boimy. Nie ma jeszcze wakacji, ale lekcji też nie ma, bo szkoły są zamknięte. Tata wziął nas do wujka, do Gliwic i dyskutowali w dużym pokoju, a my słuchaliśmy z pokoju obok. Tej dyskusji nie zrozumieliśmy, ale oglądaliśmy wczoraj telewizję i słuchaliśmy radia.
Najpierw, w radiu, było zdobycie gmachu telewizji. A potem, w telewizji pokazywali po prostu coś, co wyglądało jak filmy dokumentalne: Warszawa, nie wiedziałem dokładnie, które miejsce Warszawy, bo mam tylko dziesięć lat i tylko raz byłem w Warszawie – w każdym razie, w naszym czarno-białym telewizorze Unitra był plac, a na placu mnóstwo ludzi. I działo się coś bardzo dziwnego, bo wielu z tych ludzi miało karabiny, którymi potrząsali nad głowami, tak jakby był to film z Izraela albo jeszcze z innego telewizyjnego kraju, gdzie egzotyczni ludzie gromadzą się na ulicach, aby strzelać do innych egzotycznych ludzi. Potem widzieliśmy, że pod latarniami, budują wielkie podesty, zbijają je z desek, stukając młotkami.
Potem z dużego domu wyprowadzili mężczyznę. W pierwszej chwili nie poznaliśmy go, brakowało mu najważniejszego rekwizytu – ciemnych okularów, munduru i czapki, ale po chwili, już wiedziałem, to Jaruzelski. Wyglądał nagle tak smutno i bezbronnie, miał związane ręce, mrużył oczy, bo raziło go czerwcowe słońce, jak ślepy kret z kreskówki. Był tylko w spodniach i podkoszulku bez rękawów, prowadzili go brodaci faceci z bronią, a ręce miał związane. Tłum wrzeszczał, co mnie wcale nie dziwiło, bo telewizyjny tłum zawsze wrzeszczy. I potem weszli z nim na ten podest, założyli pętlę, zepchnęli, poleciał, ale niezbyt wysoko. Wisiał, szarpiąc się na sznurze, a mama krzyknęła – Szczepan, wynoś się stąd, to nie dla ciebie. Ale ja stałem jak zahipnotyzowany i widziałem, jak człowiek w skórzanej kurtce objął generała za nogi i uwiesił się na nim całym swoim ciężarem.
Powiesili go – powiedział dziwnym głosem tata, jakby nie wierząc własnym oczom. Potem mama wygoniła nas do pokojów, siedzieliśmy więc z E., po dziecięcemu tłumacząc sobie, co się stało. Rodzice zostali przed telewizorem. I z dobiegającego do nas stłumionego szumu tłumów i głośnego komentarza wiedzieliśmy, że na Jaruzelskim się nie skończyło.
To było wczoraj. Teraz siedzimy z E. w pomarańczowym fiaciku rodziców. Chwilę wcześniej byliśmy u wujka i słuchaliśmy dyskusji dorosłych. Co to właściwie znaczy, że powiesili Jaruzelskiego, że Kiszczak zabity we własnym domu, że powiesili Urbana? Podobno – mówił wujek S.– płonie KC, milicjanci pouciekali, bo kilku zlinczowano, wielu przyłączyło się do tłumu, podobnie jak co sprytniejsi aparatczycy. Podobno wśród wieszających był ten młodziak, Kwaśniewski, który błyszczał przy okrągłym stole i paru innych, są teraz nagle bardzo radykalni, bo się bardzo boją, że mogą być następni. Były jakieś strzelaniny, SB się broni, a czy Ruscy wejdą? Podobno nie – powiedział wtedy tata. Nie wejdą, nie ruszą się z koszar. To nie pięćdziesiąty szósty. Czy tam, w Warszawie, już jest jakaś władza? – pytał.
A brat opowiadał, że ukonstytuował się jakiś Komitet, z Solidarności Walczącej i KPN-u, Moczulski i Morawiecki – a może Morawski? – i przejmują władzę, Michnika aresztowali podobno. Michnika? – nie wierzył ojciec – dlaczego aresztowali Michnika? A S. odpowiedział, zrezygnowany – jak ty nic nie rozumiesz… Potem zjechaliśmy windą z siódmego piętra i chcieliśmy wracać, ale na Nowym Świecie był tłum ludzi, ciągnących pod siedzibę PZPR, w której, w świecie który się wydarzył, mieścić się będzie PZU i ZUS. Tato wahał się, chciał wracać do domu, w końcu był z dziećmi, ale przechodnie krzyczeli, że na Rybnickiej i w ogóle wszędzie są blokady, żeby komuchy nie pouciekali. Tata zaparkował więc w końcu pomarańczowego malucha za kościołem pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła, kazał nam zostać w samochodzie a sam wyszedł i stał obok – widzę go przez boczną szybkę – na straży. A jednocześnie przyglądał się wydarzeniom.
Uciekłbym z samochodu, aby przyglądać się wieszaniu, czy siedziałbym, przestraszony, z siostrą, na tylnej kanapie malucha? Nie wiem. Nie umiem wywołać samego siebie sprzed osiemnastu lat. Wiem jednak, że w stresie podejmuję najgłupsze decyzje, więc załóżmy, że wybiegam z samochodu, nie słucham krzyku taty, uciekam mu i ignorowany przez dorosłych mężczyzn, których nagle porwała historia, biegnę, przeciskam się, aż w końcu wspinam się na jakąś barierkę. Zanim tata mnie ściągnie, widzę z daleka szubienicę na placu pod politechniką, i człowieka, któremu spod koszuli wystaje wielki brzuch. Zakładają mu pętlę na szyję, tłum cichnie, stuk i wisielec leci w dół, rozlega się chrupot łamanego karku i tłum wiwatuje. A może ciężar ciała jest tak duży i wysokość, z jakiej spada, tak wielka, że lina odrywa głowę od ciała, osobno spadają na ziemię i stryczek kołysze się złowieszczo pusty?
W tym świecie, który się nie wydarzył, Jarosław Rymkiewicz nie musiałaby pisać „Wieszania”, swojego eseju o wydarzeniach roku 1794, kiedy w czerwcu w Warszawie tłum powiesił kilku zdrajców, ale nie powiesił zdrajcy najważniejszego.
Zaprzepaszczona dwieście lat wcześniej szansa na zyskanie politycznej tożsamości, pojawiła się ponownie 5 czerwca 1989 roku i tym razem została wykorzystana. Tłum, podburzony przez esbeków, a może agentów CIA, albo działaczy Solidarności Walczącej, słowem, podburzony przez kogokolwiek, nieważne, odkreślił przeszłość kreską grubą jak konopny sznur, gniotący tchawice. I ten mord polityczny – ta szubienica, na której powieszono zdrajców – zbudowały nową tożsamość Polaków.
Tak jak Francja zbudowała swoją tożsamość na akcie królobójstwa, odprawionego z wielką pompą głosowania, którego transcendentny wymiar jest widoczny chociażby w tym, że nie wywinął się odeń nawet Fouche. Tak jest, nawet ten supercwaniak nieskory w każdym innym przypadku do jednoznacznych deklaracji, z których ktoś mógłby go rozliczyć w przyszłości. Jako régicide był trudny do zniesienia nawet dla fasadowej Restauracji i to jedno głosowanie wysłało Fouchego w końcu na polityczne wygnanie. Rivarol, jeden z najinteligentniejszych obserwatorów rewolucji, napisał: „Gdyby Ludwik XVI 10 sierpnia zginął z bronią w ręku, wówczas jego krew obficiej użyźniłaby lilie. Śmierć na szafocie wśród milczenia tłumów na zawsze pozostanie piętnem – dla narodu, dla tronu, a nawet dla wyobraźni.” Śmierć Ludwika zmieniła wszystko; zmieniła charakter narodowy Francuzów, wywracając go na drugą stronę, stworzyła nowoczesność, zmieniła na zawsze historię Europy.
Mord polityczny może być godny, lub nie. Dobrze jest zabić szkodliwego tyrana, źle jest zabijać dobrego króla. Mord na Ludwiku XVI był zbrodnią, zasługą byłoby zabić Stalina, lub zastrzelić Hitlera. Jednak siła stwórcza mordu politycznego nie zależy od tego, czy jest on godny, czy niegodny. Nie ważne, czy jest sprawiedliwy, czy nie. Nie sprawiedliwość jest jego istotą. Istotą jest zbiorowe zanurzenie sztyletu w krwi Cezara.
O tym właśnie jest „Wieszanie” Jarosława Marka Rymkiewicza. Można się spierać, czy wieszając Stanisława Augusta Poniatowskiego, warszawskie pospólstwo podniosłoby, jak sankiuloci, rękę na władzę z boską legitymacją. A może po prostu we właściwy sposób ukarałoby rosyjskiego agenta, wytypowanego na tron polski przez Katarzynę, sowicie przez Rosję opłacanego i działającego na rozkaz, na rzecz i dla dobra Rosji, słowem – zdrajcę. Może, gdyby Poniatowskiego podciągnęli na szelkach ku poprzecznej belce szubienicy, opuścili, uwiesiliby się mu u nóg, by przetrącić mu kark – może znalazłby się potem jakiś polski Rivarol, który napisałby o tym ze smutkiem. Może widziałby to trzyletni Henryk Rzewuski, aby potem potępić zrewoltowany lud, nie w imię Rosji, lecz w imię zachowania Starego Świata?
Ten spór jest jednak nieważny. Nieważne, czy polscy jakobini poszliby drogą francuskich, czy wróciliby raczej do starych, polskich tradycji republikańskich, nie poddając się obłędowi rewolucji. Czy zapanowałby terror, czy raczej glorious revolution, nie to stanowiłoby o sensie i doniosłości powieszenia Stanisława Augusta. Nie sprawiedliwość – chociaż stałoby się jej zadość, bo na sznurze miejsce zdrajców – lecz zbiorowe, amoralne, podjęte przez warszawską ulicę, zobowiązanie: Powiesilim króla!. Sztylet we krwi Cezara.
Dlatego właśnie „Wieszanie” Rymkiewicza jest wspaniałym otwarciem do snucia historii alternatywnych. Czy królewski wisielec zmieniłby cokolwiek, czy Katarzyna nie mogłaby i tak ustanowić potem Krzyża za Zdobycie Pragi? Czy nie byłoby Maciejowic i rzezi na Pradze? I wszystkiego tego, co potem, od Napoleona po Piłsudskiego, wszystkich tych nieznośnych tragedii narodowych, żałob, żałobnych biżuterii z żelaza i skrwawionych zwłok powstańców?
Może lata saskie i stanisławowskie byłyby tylko krótkim interludium, smutą rozdzielającą samowładność od samowładności, a może jednak niewola wydarzyłaby się i tak, niezależnie od sposobu, w jaki ten ziemski padół opuścił Poniatowski? Mogłoby być różnie, na pewno jednak zasadniczej zmianie uległby charakter narodowy Polaków. To znaczy z kobiecego i dziewiczego narodu ofiar (o kobiecości polskiego charakteru narodowego dobrze pisała swojego czasu Agata Bielik-Robson), narodu którego jedynym sposobem uprawiania polityki jest lament – podnoszenie własnej niezawinionej krzywdy – staliby się Polacy narodem męskim, republikańskim, niosącym odpowiedzialność za swój los na własnych barkach. Narodem, który przestałby bać się przemocy, co jest warunkiem uprawiania nowoczesnej polityki. Narodem, który nie bałby się działania, bo nie musiałby więcej troszczyć się o dawno utraconą cnotę.
To jest dopiero historia alternatywna! Inni Polacy, w tym rzecz, nie w malowaniu nowych granic, nie w wymyślaniu pokrzepiających nazw jednostek wojskowych, łączących tradycję i nowoczesność – 9. Chorągiew Husarii Zmechanizowanej, czy 12. Kozacka Dywizja Pancerna – nie w mozolnym wyliczaniu zwycięskich bitew, których nie było, lecz w nowym narysowaniu Polaków.
Polaków na nowo chciał narysować Dmowski, widząc swoich rodaków w roli narodu ukształtowanego na wzór ówczesnych Szwajcarów, Niemców czy Japończyków, czyli „narodów poważnych”, jednak mylnie orientował Polaków geopolitycznie, stawiając na współpracę z Rosją. Mylnie też określał metody tej przemiany, jako, określmy je umownie, pracę organiczną, podczas kiedy jedynym możliwym źródłem przemiany kobiecego charakteru polskości była wielka, polityczna przemoc. Mord, szubienica, zrewoltowany tłum linczujący zdrajców res publica. Tylko krew, rozlana przez pospólstwo – to pospólstwo z drugiego członu pięknego słowa „Rzeczpospolita” – mogła zmienić charakter narodowy.
Taka okazja, szansa na zdobycie politycznej tożsamości pojawiła się w nowożytnej historii Polaków dwukrotnie. Gdyby w Polsce w 1989 roku polała się krew, Polacy musieliby wreszcie porzucić towarzyszącą im od dwustu lat kobiecą retorykę ofiar. Musieliby porzucić zgubny i szalony koncept bycia Chrystusem narodów i przekonanie o narodowej wartości i ważności cierpienia. Cierpienie męczonych ma wartość transcendentną, jednak tylko w wymiarze osobistego zbawienia męczennika – dla narodu własne trupy nie wnoszą nic dobrego, wartość wymierną wnoszą tylko wrogie trupy. Mężczyźni przestaliby ginąć na wojnie dla idei, lecz zaczęliby dla idei zwyciężać, a kobiety wreszcie straciłyby na rzecz mężczyzn swoją funkcję przekazywania przyszłym pokoleniom polskości, która, z każdym pokoleniem przekazywana przez matki, traciła przez dwieście lat swoje dawne, republikańskie, sarmackie, szlacheckie, wojenne cnoty tak skutecznie, że nie zostało z nich nic i Polacy z narodu kawalerzystów, stali się narodem wałachów, bo w polskim charakterze narodowym ostało się tylko to, co kobiece: ofiara, fałszywa wzniosłość porażki, smutek i bierny opór, zamiast dumy zwycięstwa, entuzjazmu i czynnego ataku. Marsze milczenia, zamiast podejmowanych z braku państwowego stryczka samosądów na bandytach, obłędna, buddyjska walka bez przemocy, zamiast działania. Płacz, zamiast wściekłego ryku.
Czy to drugie wieszanie, które się nie odbyło, byłoby wieszaniem sprawiedliwym?
W jakimś wymiarze – na pewno. Zdrajcy zawsze zasługują na śmierć, przestrzeganie tej zasady jest warunkiem trwania wspólnoty. Bez wątpienia, natychmiast zaangażowaliby się w tę nową rewolucję funkcjonariusze dawnego reżimu. Jaruzelskiego – którego przed wprowadzeniem na podest pod szubienicą ubraliby w sowiecką czapkę, aby odrzeć go z godności polskiego żołnierza, (tak, jak biskupa Kossakowskiego próbowano przed powieszeniem dziwnymi obrzędami pozbawić sakry biskupiej) – powiesiłby działacz partyjny średniego szczebla. Zaś człowiek w skórzanej kurtce, który uwiesiłby się generałowi u nóg, miałby ukrytą w domu na dnie spłuczki w sraczu legitymację SB. Mniej więcej tak stało się przecież w Rumunii. Ale gdyby na ulicy oprócz aparatczyków, którzy ze strachu o życie krzyczeliby najgłośniej, ruszyłby również tłum, rozbijający wystawy, plądrujący sklepy i wyciągający z domów przy Alei Róż starych ubeków i strojący nimi latarnie, to ta zdradziecka obecność esbeków i tajnych współpracowników nie zniweczyłaby zbiorowego przewartościowania narodowego systemu wartości.
Nawet, gdyby pomiędzy tymi powieszonymi był ktoś, kogo pomylono z kimś innym, jak w 1794 zamiast Thomatisa powieszono księcia Czetwertyńskiego. Nawet gdyby wielki zbrodniarz uszedł, a powieszono by płotkę. Franz Fiszer mawiał, że aby w Polsce było dobrze, należałoby powiesić trzysta tysięcy łajdaków. A gdy pytano go, co będzie, jeśli się tylu nie znajdzie, odpowiadał nonszalancko – to się dobierze się z uczciwych. Nie wiem, jak bardzo Fiszer żartował, jestem pewien, że przesadził z liczbą, ale nie mam wątpliwości, że w pewnym sensie miał głęboką rację. Winni uchodzący z nietkniętą szyją i dyndający niewinni nie przeszkodziliby mordowi politycznemu odegrać jego wspólnototwórczej i przewartościowującej roli.
Oczywiście, wszystko to byłoby głęboko niemoralne. O ile kara śmierci jest moralnie dopuszczalna, kiedy wykonywana jest przez prawowitą władzę państwową, to linczujący motłoch zawsze grzeszy, kogokolwiek by wieszał. Ale to, co spotkało prawdziwą Rzeczpospolitą po 1989 roku było również niemoralne, bo każdy brak sprawiedliwości jest niemoralny. A brakiem sprawiedliwości właśnie był charakteryzujący III RP brak kary dla winnych i nagrody dla zasłużonych. Gdyby trzymać się moralności, jedynym rozwiązaniem byłby uczciwy sąd i dopiero potem stryczek, według napoleońskiej metody, po raz pierwszy zastosowanej na Bogu ducha winnym księciu d’Enghien. Czyli dobrym wyjściem byłaby taka polska Norymberga, z Jaruzelskim, Kiszczakiem i innymi, w cywilnych garniturach, na ławie oskarżonych. Marszałek Spychalski, gdyby dożył tych czasów (niestety, umarł w 1980, psując nam literacko tę wersję alternatywnej historii), mógłby wzorem Göringa popełnić samobójstwo w celi, bo nie wiesza się polskiego marszałka. Taki, nieprawdopodobny zupełnie rozwój wypadków, uczyniłby przyszłą Rzeczpospolitą lepszą, odarłby ją z kłamstw – pozbawiłby ją może rosyjskich żołnierzy GRU, noszących polskie nazwiska i mundury i udających zbiorowo wywiad wojskowy wolnej Rzeczpospolitej. Odebrałby emerytury katom, wykańczających w latach pięćdziesiątych te resztki wartościowych ludzi, którzy zostali w Polsce po generalnej wymianie elit na gorsze, jaką Polakom zafundował wujaszek Soso, with a little help from his german friends.
Sprawiedliwość jednak nie miałaby mocy przebudowania Polaków z narodu ofiar, w naród z tożsamością polityczną. Polska byłaby lepsza, ale nie nowa. Nie ma moralnego, chrześcijańskiego sposobu na tę przebudowę, musiałaby się odbyć z pogwałceniem praw boskich i ludzkich, tego wymaga współczesność, od kiedy Europa straciła dziewictwo, odrzynając łeb królowi, który wolał być ślusarzem. Nie w sprawiedliwości droga, lecz w przemocy.
Niestety, Adam Michnik się mylił. Jak ciekawa byłaby Rzeczpospolita, gdyby ten wielki skądinąd człowiek miał rację, i największym zagrożeniem dla Polski byłby wybuch antykomunistycznej przemocy, wywołanej przez tępy, endecki motłoch!
Gdyby motłoch w 1989 roku był rzeczywiście taki, jakim widział go Michnik, nie powstrzymałoby go pięćdziesiąt Gazet Wyborczych, stu Michników i tysiąc Geremków, bo motłoch jest niepowstrzymany, rewolucje rzadko dają się stłumić armatami, gazetą zaś nie da się ich stłumić nigdy i motłoch znalazłby sobie swoich Kilińskich, swoich Jasińskich i Kołłątajów, wylał się na ulice Warszawy, Trójmiasta, Poznania, Szczecina, Katowic i Wrocławia (ale nie Krakowa,– Rymkiewicz tłumaczy dlaczego – polecam lekturę) i przelał krew. Ubrudziwszy sobie w tej krwi ręce, stałby się innym narodem. Tak czy inaczej, Adam Michnik się mylił, dwieście lat kastrowania każdego, kolejnego pokolenia, do społu przez zaborców i Matki-Polki, zrobiło swoje.
Król na rosyjskim żołdzie, ocaliwszy szyję w 1794, nie stracił jej również w 1989.
A jaka byłaby moja droga, z kanapy pomarańczowego malucha, gdybym wtedy dziesięcioletnimi oczami widział płomienie buchające z okien komitetu miejskiego w Gliwicach i do dziś miał na wewnętrznej stronie powiek obraz szubienic wzniesionych na Placu Krakowskim?
Po tym grupowym i krwawym rite of passage zapewne byłbym Polakiem, zamiast obrażonego na polskość pielęgnowania beznarodowej tożsamości etnicznej Ślązaka, które praktykuję teraz, w świecie, który się wydarzył – narody świeże mają nieodpartą moc przyciągania. Może z wrodzonej przekory fascynowałbym się raczej konserwatywnymi krytykami narodowej przemocy – takim krytykiem bez wątpienia byłby w świecie Polski przerobionej profesor Łagowski, może również Gabiś, może nawet arbiter elegantiarum profesor Legutko, który swojej uzasadnionej odrazy do wszystkiego co niskie, pospolite i związane z motłochem nie próbuje nawet ukrywać, zapewne słusznie.
Nie dałoby się w takiej Polsce przeżyć licealnego zachwytu antysystemowym niby-oporem Ligi Republikańskiej, nie moglibyśmy i nie musieli z gówniarskim podnieceniem groteskowych, acz niezrzeszonych konspiratorów-sympatyków rozwieszać w liceum plakatów z krwawymi, powykręcanymi rękami Oleksego, Millera i Cimoszewicza. A., kolega z klasy, nie wprowadzałby mnie w tajemniczy świat, w którym pierwsze „Frondy” leżały na jednej półce z „Lampą i iskrą bożą” i ze starymi – sprzed nawrócenia Tekielego – numerami „BruLionu”, a nieco późniejsze, w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, demonstracyjne obnoszenie się z katolicyzmem i infantylnym konserwatyzmem nie byłoby dobrym sposobem na emablowanie oszołomionych podniecającą antysystemowością studentek kierunków humanistycznych. Zamiast tego byłaby inna, może ciekawsza kontestacja. Wektor mógłby być bardzo różny – w Polsce drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych bywali przecież też studenci w arafatkach, z którymi rzucaliśmy grubymi słowami, na pewno jednak byłaby to kontestacja poważniejsza, posiadający spory ładunek przemocy, bo od załatwiania polityki na ulicy trudno odzwyczaić naród, który raz zakosztował krwi. Może więc zamiast rozwieszać plakaty i kłócić się w knajpach, ganialibyśmy się po Katowicach z nożem i pałką? Na uniwersytet w kieszeni nosiłbym pistolet, jak w kiedyś Márai, Majakowski i każdy, kto uczestniczył w życiu politycznym Niemiec lat dwudziestych – a dla studenta z dredami i w arafatce zamiast obelg miałbym kule, chyba, że to ja nosiłbym dredy i arafatkę, bo wszystko byłoby możliwe. Wtedy miałbym kule dla kogoś innego.
W Polsce przerobionej wyklarowałaby się jakaś zupełnie nowa matryca podziału polityki. Nasz stary i nieznośnie aktualny podział na antykomunistów i postkomunistów straciłby na znaczeniu, aż do momentu, w którym ta polska rewolucja przeżyłaby swój Thermidor, po którym, ku uldze części społeczeństwa, tej ciągle przerażonej swoim zaangażowaniem w komunizm, do polityki wróciłaby jakaś reprezentacja postkomunistów i szybko urosła w siłę. Byliby to jednak postkomuniści tak różni od dzisiejszych, jak francuscy rojaliści czasów Dyrektoriatu różnili się od dworzan Ludwika XVI. I może nawet przeżylibyśmy naszą małą restaurację á rebours, z jakimś ocalałym z pogromu sekretarzem na prezydenckim stolcu, z pomnikiem powieszonego dziesięć lat wcześniej generała Jaruzelskiego na Placu Trzech Krzyży. Lecz byłaby ta restauracja tak samo bezsilna, fasadowa i skazana na porażkę jak jej francuski, rojalistyczny oryginał, bo Polacy byliby już narodem zupełnie innym, niż w latach dzielących niemą sesję Sejmu Grodzieńskiego od wyborów do Sejmu Kontraktowego.
Pomnik Jaruzelskiego zostałby po jakimś czasie obalony i zastąpiony pomnikiem jakiegoś podczas rewolucji bohatera, bo na pewno polska rewolucja takiego by się dorobiła. Ofiary własne są koniecznym elementem każdej rewolucyjnej mitologii, po to nazistom potrzebny był Horst Wessel. I potem zapewne i ten pomnik rozbiłby się o bruk, zastąpiony w końcu abstrakcyjnym i artystycznie słabym monumentem na cześć Zgody Narodowej, o której wszyscy by mówili, a w którą nikt by nie wierzył, odwrotnie niż Polsce, która się wydarzyła, w Polsce historycznego kompromisu.
W Polsce, w której poeta musiał napisać „Wieszanie”, książkę o wydarzeniach roku 1794, o warszawskiej insurekcji, o Warszawie końca XVIII wieku, o technikach oczyszczania miasta, o polskich rewolucjonistach i polskich zdrajcach, ale przede wszystkim, książkę o szubienicy, której nie było.
Szczepan Twardoch
Czas Fantastyki 2/11, maj 2007
Obejrzałem ostatnio kilka niezłych filmów o szpiclach; niemieckie „Życie na podsłuchu” i amerykańskiego „Dobrego agenta”. Problem szpiclowania wydaje mi się wyjątkowo aktualny, z oczywistych powodów i zastanawiam się nad moralną oceną szpiclowania jako takiego.
Rzecz jest jednoznaczna w przypadku kolaboracji z wrogiem. Nie ma wątpliwości, jak oceniać Polaka kolaborującego z Rosjanami, okupującymi Polskę rękami samych Polaków – taka kolaboracja jest starą, polską tradycją, zaczęto ją praktykować w XVIII wieku, a szczególnie rozkwitała w drugiej połowie wieku XX. Taka kolaboracja jest zdradą, za którą należy się hańbiąca śmierć – niestety, pobłażliwość dla zdrajców jest kolejną polską tradycją, znajdującą swój początek w XVIII wieku: tak jak stryczka uniknął Stanisław August Poniatowski, tak nie zawisnął Jaruzelski i wszyscy inni.
Zdrada karana śmiercią zapewnia wspólnocie spoistość – kryzys tożsamości Polaków ma, moim zdaniem, swe głębokie źródło właśnie w tejże pobłażliwości, która, z kolei jest następstwem kobiecego temperamentu charakteru narodowego Polaków, o którym pisałem wcześniej. Napisał o tym piękną książkę Rymkiewicz, za Rymkiewiczem na zamówienie Macieja Parowskiego pozwoliłem sobie napisać esej o tragicznym braku zbiorowej przemocy w polskiej polityce – utrzymany w poetyce historii alternatywnej tekst ukaże się w kolejnym „Czasie Fantastyki”, zostawmy więc na razie tę kwestię i wróćmy do szpiclowania jako takiego.
Wczoraj, w rozmowie z K.:
III RP nie zakończyły ani wybory, ani deklaracje PiSu, ani historyczny sojusz piłsudczyków, endeków i post-esbeckich pseudo-ludowców. III RP nie zakończy lustracja, jeśli kiedykolwiek uda się ją przeprowadzić.
III RP zakończyła się w na pewnej konferencji prasowej, pierwszej bodajże, którą zorganizowała Gazeta Wyborcza po ogłoszeniu sprawy Rywina. Zgromadzeni na konferencji dziennikarze zaczęli zadawać irytujące pytania: dlaczego tak późno, dlaczego to śledztwo takie rachityczne – ogólnie, nie wykazywali się duchem tolerancji i zrozumienia. Zgromadzone tuzy z Gazu zareagowały tak, jak reagowały przez całą dekadę: zaczęły dziennikarzy rugać.
Lecz zgromadzona publiczność, zamiast zamilknąć, zamiast zacząć się jakoś rachitycznie bronić, zaczęła się śmiać. I ten śmiech właśnie zakończył III RP.