Dziennik 2006-2010
Strona autorska Szczepana Twardocha
GŁÓWNALITERATURANAGRODYO AUTORZEPUBLICYSTYKAKANAŁ RSS
Aksolotl narodów
Wpisane 13:53, 7 Grudzień 2009 przez Szczepan Twardoch

Z poniższego tekstu publikowałem już na moim dzienniczku fragment, dziś dla ewentualnej uciechy moich nielicznych P.T. Czytelników, zamieszczam całość, namawiając jednocześnie do lektury Czasu Fantastyki nr 4/21.

Aksolotl narodów

Czas Fantastyki 4/21

Narodowe Centrum Kultury jakiś czas temu zaproponowało mi udział w zabawie historycznej, czy też literackiej, zatytułowanej„Zwrotnice czasu”, w której moim zadaniem było  rozpoczęcie pisania historii alternatywnej, scharakteryzowanie punktu rozszczepienia. Moja historia, oparta na założeniu, że Władysław Studnicki zostaje premierem i Polska przystępuje do paktu antykominternowskiego, ukazała się obok historii Lecha Jęczmyka, Macieja Parowskiego oraz Marcina Wolskiego.

Zaangażowałem się w ten projekt z radością, jednak nie dlatego, abym sądził, iż historia alternatywna jako taka niesie ze sobą jakieś nadzwyczajne zalety literackie. Jest dokładnie na odwrót: sądzę, że historia alternatywna jako taka jest gatunkiem literacko wyczerpanym. Te książki, w których historia alternatywna była całkowitą artystyczną wartością dodaną, przynajmniej od czasów „Człowieka z wysokiego zamku” Dicka, ponoszą literacką, artystyczną porażkę. Są oczywiście takie, których wartość literacka jest niepodważalna, mimo, że w jakiś tam sposób historią alternatywną są, jak np. „Lód” Jacka Dukaja – jednak tutaj to nie „alternatywna historyczność” stanowi o ich wartości, jest w nich jedynie cechą przygodną.

To również skłoniło mnie, aby tej historii alternatywnej nie ubierać w literacki, czy para-literacki, kostium, lecz by wyrazić ją w formie ściśle dyskursywnej.

Pisząc fantazję historyczną, w której Studnicki pozostaje premierem, w istocie spełniłem po prostu własną fantazję o Polsce, fantazję o Polsce, która zdołała przekroczyć próg politycznej dojrzałości. Fantazję o Polsce, będącej nie tylko przedmiotem, ale również podmiotem polityki międzynarodowej. Fantazję o akslotlu, który wbrew tradycjom swoich przodków, w końcu dojrzewa.

Dojrzałość Polska utraciła trzysta lat temu, zdziecinniała gdzieś w osiemnastym wieku i  nie odzyskała dojrzałości i będącej jej konsekwencją podmiotowości ani w krótkim interludium suwerenności 1918 – 1939, ani po roku 1989.

Fantazje, w których Polacy zwyciężają wbrew kalkulacji, wbrew rozsądkowi, a dzięki swojej moralnej przewadze mogą pokrzepiać serca, mnie jednak nie interesuje moralna przewaga, interesuje mnie jedynie przewaga polityczna i nie interesuje mnie również pokrzepianie serc. Polskie serca nie potrzebują pokrzepienia, dość są już pokrzepione i drzemią w rozkosznej drzemce własnej sielskości. Polskie serca potrzebują wbicia igły z zastrzykiem z adrenaliny, która poruszy je do biegu.

W istocie, moja fantazja jest reakcją na nieznośną dla mnie tożsamość Polski bezpodmiotowej. Tożsamości Polski – ofiary gwałtu, Polski rozstawianej, a nie rozstawiającej po kątach. Tożsamości Polski intelektualnie niezdolnej do prowadzenia prawdziwej polityki zagranicznej, bo nie rozumiejącej jej podstawowych, clausewitzowskich praw.

W samym centrum zaś tej polskiej tożsamości są niewinne polskie trupy – z dziurami w potylicach, spalone miotaczami płomieni, rozstrzelane, powieszone.

Czytaj dalej »

Wpisane w Czas Fantastyki | 19 Komentarzy Więcej »
Nominacja dla „Prawem wilka”
Wpisane 21:20, 19 Sierpień 2009 przez Szczepan Twardoch

Wieść niesie, iż w gronie trzynastu książek, nominowanych do Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza, znalazł się mój zbiorek opowiadań pt. „Prawem wilka”. Dziękuję.

Wpisane w Informacyjne | 12 Komentarzy Więcej »
Zwrotnice czasu
Wpisane 10:47, 24 Lipiec 2009 przez Szczepan Twardoch

Do tekstów Jęczmyka, Wolskiego i Parowskiego, będących punktami wyjścia konkursu „Zwrotnice czasu” ogłoszonego przez Narodowe Centrum Kultury, dołączył tekst mój, który podobnie jak tamte, ma być otwarciem do tworzonych przez czytelników alternatywnych historii.

Wybrałem pójście drogą, którą wytyczył dawno temu Jerzy Łojek.

Zaczyna się tak:

W grudniu 1938 roku prezydent Ignacy Mościcki wzywa o siebie na rozmowy Władysława Studnickiego, działacza politycznego i publicystę. Prezydent oznajmia Studnickiemu, iż powołuje go na stanowisko premiera. Rząd dysponujacych niewielkim zapleczem wileńskich konserwatystów ma być od Mościckiego zależny i ma przydać mu siły w konflikcie z obozem marszałka Śmigłego-Rydza.

W efekcie, 23 grudnia 1938 odwołany zostaje rząd Sławoja Składkowskiego, Władysław Studnicki zostaje premierem, a Stanisław Mackiewicz ministrem spraw zagranicznych.

W styczniu 1939 Mackiewicz jedzie na rozmowy do Bertchesgaden. W rozmowach jest bardzo elastyczny, natomiast ściśle trzyma się zasady, że wszystkie ustępstwa Polski na rzecz Niemiec muszą być realizowane na zasadzie wzajemności, przekonany, że jest to jedyna droga do uzyskania w Polsce społecznej akceptacji ugody z Niemcami.

W kwietniu rewizytę składają w Polsce Goering i Ribbentrop, 1 maja ogłoszone zostaje, że Polska zgadza się na demokratyczne prawo Gdańska do samostanowienia i że w Gdańsku ogłoszony będzie plebiscyt w sprawie przynależności państwowej miasta. Przez „polski korytarz” wybudowana zostanie, w całości ze środków niemieckich, eksterytorialna autostrada, w zamian za co Polacy otrzymają prawo do budowy analogicznej drogi z Suwałk do Gdyni…

Całość, wraz z komentarzem warsztatowym, znajduje się tutaj: http://www.zwrotniceczasu.nck.pl/wladyslaw-studnicki-premierem-w-1938-roku.html. Zachęcam do zabawy.

Wpisane w Informacyjne | 6 Komentarzy Więcej »
Mała Rosja w krainie ostrych gór. Zapiski spitsbergeńskie.
Wpisane 00:09, 16 Czerwiec 2009 przez Szczepan Twardoch

Warto szukać odpowiedzi na pytania o Rosję. Nie dla zasady „know your enemy”, chociaż oczywiście polskiej racji stanu nie obciążona idiosynkrazjami znajomość Rosji przysłuży się lepiej niż zbiór kompleksów, uprzedzeń, pogardy i prostej, uzasadnionej historycznie nienawiści. Ale warto szukać odpowiedzi na pytania o Rosję, bo rosyjskie paradoksy są pasjonujące same przez się, bez względu na potrzeby bieżącej polityki.
Naturalnymi sposobami znalezienia odpowiedzi na te pytania są podróże. Nie z wszystkich podróży coś wynika, z większości nie wynika nic, bo też nie każdy może być markizem de Custine, tak jak nie każdy korespondent z Waszyngtonu jest Tocquevillem.

Pytanie więc, jak należy podróżować? Bronisław Malinowski rozpoczynając „Argonautów zachodniego Pacyfiku” informuje nas, że są dwa rodzaje poznania obcego kulturowo świata, jeden możliwy jeśli pobyt w danym kraju nie jest zbyt długi, kiedy nadmiar szczegółów nie zasłania nam ogółu, drugi dopiero po tym, jak wsiąknie się w kulturę na dobre i kiedy z na zebranych obserwacjach można dokonać wiarygodnej syntezy.

Przyjmując tę zasadę, zrozumiałem jakiś czas temu, że mimo niegasnącej fascynacji, lektur i wizyt, niewiele mam do powiedzenia na temat Rosji jako takiej. Łatwo mogę falsyfikować głupawe, a częste u polskich dziennikarzy, mętne banialuki o „strasznym imperium” tudzież o „wiecznie pijanych Rosjanach z harmoszkami”, mogę śmiać się z leczenia polskich kompleksów przez budowanie poczucia cywilizacyjnej wyższości nad „ruskimi kałmukami”, o czym dobry tekst opublikował kiedyś w Rzeczpospolitej Piotr Skwieciński. Ale kiedy miałbym spróbować Rosję wyjaśnić, nie mam nic do powiedzenia. Mógłbym zsyntetyzować wspomnienia z podróży, z tego jednak czytelnik mógłby się czegoś dowiedzieć o mnie, ale o Rosji nic zgoła, bo byłem tam, wracając do Malinowskiego, jednocześnie zbyt długo i zbyt krótko. Bo jaką odpowiedzią jest Rosja z okien transsybu?

Kawiarenka internetowa pod pomnikiem Lenina w Irkucku. Rozkosz opalanej drewnem bani po trzech z okładem dobach w pociągu, z wodą z syberyjskiego strumienia, pachnącej brzozowym dymem i tanim mydłem. Luksusowe, japońskie samochody z kierownicą po prawej stronie, których nad Bajkałem jest więcej, niż dostosowanych do prawostronnego ruchu ład, wołg i uazów. Kreml, kawiarnia na Arbacie, pomnik Puszkina, Żukowa na Placu Czerwonym. Zakutane w chusty i kabaty babuleńki sprzedające gorące kartoszki w foliowych torebkach na syberyjskich stacyjkach, gdzie transsyb zatrzymuje się na parę minut tylko, wrzątek w samowarze w każdym wagonie, prowadnica, reprezentująca w tymże wagonie powagę władzy. To tylko klisze, to Rosja odzwierciedlona, nie prawdziwa, to Rosja jaką chciałby widzieć polski czytelnik, niemal jak z zabawnych reklam telefonii komórkowej.
I kiedy szukałem odpowiedzi na to prywatne, własne pytanie o Rosję, znalazłem tylko jedną odpowiedź. Niedoskonałą, nie wyczerpującą tematu i trudną do oddania w tekście, bo zasadzającą się na osobistym i ulotnym doświadczeniu – ale sądzę, że nawet taka odpowiedź jest lepsza, niż powtarzanie banałów. Odpowiedź bez syntezy, impresję zaledwie – ale to i tak więcej, niż zrozumiałem podczas wszystkich moich podróży po Rosji.

Znalazłem ją daleko za kołem podbiegunowym, na siedemdziesiątym ósmym równoleżniku, na dodatek na terytorium norweskim, z norweską suwerennością ograniczoną traktatem paryskim – czyli na Spitsbergenie, zwanym przez Norwegów Svalbardem. Traktat, podpisany w latach dwudziestych, przyznał ten polarny, acz ogrzewany Golfsztromem i dlatego do pewnego stopnia wolny od lodu archipelag Norwegii, z zastrzeżeniem, że wszystkie inne państwa-sygnatariusze traktatu, mają prawo prowadzić na Svalbardzie dowolną działalność gospodarczą. Z prawa tego korzystają w zasadzie tylko Rosjanie, utrzymując górniczą osadę Barentsburg – i to w Barenstburgu znalazłem jakiś okruch prawdy o Rosji.

Nie historia tej polarnej osady jest tutaj ważna, bo zupełnie nie odpowiada historii Rosji – Barentsburg zakładali Amerykanie i Holendrzy, w latach dwudziestych zręby osady wykupił sowiecki Trust Arktikugol, w latach trzydziestych rozpoczęto wydobycie węgla, potem na ewakuowaną osadę spadły pociski z dział pancernika Tirpitz a po wojnie odbudowano ją w takiej postaci, w jakiej można ją dziś oglądać. W apogeum sowieckiej obecności na Spitsbergenie w Barentsburgu była wielka szklarnia, służąca z jednej strony jako źródło świeżych warzyw, z drugiej jako miejsce, w którym sowieccy górnicy – Rosjanie i Ukraińcy z Doniecka – mogli odpocząć od surowego krajobrazu tundry. Były obory, chlewy i kurniki, piekarnia, duży ośrodek sportowy z boiskiem i basenem. Bloki mieszkalne z żółtawej, dziwnej cegły. Ten stary Barentsburg oglądam przez obiektyw sowieckiego fotografika, który w 1979 roku wydał Moskwie album pod tytułem „Szpicbergen: strana ostrich gor”. Jeszcze sprzed apogeum świetności, jeszcze na wznoszącej fali – widać rozpoczęte budowy, najbardziej spektakularne budynki dopiero wyrastają, po odśnieżonych uliczkach przechadzają się szczupli, weseli mężczyźni w jaskrawych kurtkach lub szarych płaszczach, w kosmatych czapkach z syberyjskiego psa na głowie. Mój ojciec miał kiedyś taką samą czapkę, pamiętam, zdjęcia z albumu robiono jeszcze przed moimi narodzinami, chociaż niedługo przed, rok może. Dziś już jej nie nosi. A mężczyźni na zdjęciach noszą polarnicze brody lub wąsy, włosy mają przydługie, dzieci zaś wszystkie, naprawdę wszystkie, są pyzate, rumiane i zdrowe. I tutaj trudno doszukać się propagandowego fałszerstwa, bo jest tych dzieci na zdjęciach mnóstwo, tak wiele, że ze szczupłej, barentsburskiej dziecięcej populacji nie mógł fotograf po prostu wybrać dzieci najładniejszych. Może to polarny klimat tak służył tym płowowłosym chłopcom i dziewczynkom z warkoczykami ujętymi w wielkie, czarne kokardy.

Nasza trasa do Barentsburga dzisiejszego wiodła stokami Nordhallet, po dawnej drodze, którą pięćdziesiąt lat temu samochody gaz-69 jeździły aż do przystani promowej, skąd, przecinając promem Colesbuktę, można było dostać się do portu w tejże zatoce, który z kolei obsługiwał kopalnię w Grumantbyen. Nie używana od pół wieku droga jest już tylko śladem na tundrze, którego warto się trzymać, aby pewnie omijać najgłębsze, strumieniami żłobione wąwozy – ale żaden samochód nie mógłby już po niej przejechać, wieczna zmarzlina uczyniła swoje. Mosty, przeciągnięte nad spływającymi do fiordu strugami dawno się pozawalały. Tam, gdzie droga wiodła urwiskiem nad plażą – zniknęła, morze zabrało.

Szliśmy na lekko, tylko małe plecaki, w nich zapasowe kurtki, trochę prowiantu, mała butla z palnikiem, wodery do przekraczania rzek. Na plecach karabin i aparat fotograficzny, oba na wypadek spotkania z niedźwiedziem, w kieszeniach naboje, lornetka i czekolada. Jeszcze kijki, bez których trudno się obejść w tym wielkim, polarnym bagnie. Reszta naszych trzydziestokilogramowych plecaków została w obozie, szliśmy na jednodniową wycieczkę, trzydzieści parę kilometrów. Były to już ostatnie dni naszej wędrówki, przetykanej kilkudniowymi popasami, już za dwa dni przypłynie po nas półsztywna łódź marki Polarcirkel, zaokrętujemy się obok murszejącej kei w Colesbukta i pójdziemy po spokojnym fiordzie aż do Longyear, z prędkością czterdziestu węzłów, w godzinę pokonując trasę, po której powolutku maszerowaliśmy przez dwa tygodnie.

Zaś tego dnia, kiedy szliśmy do Barentsburga, była piękna pogoda, pod podeszwami bulgotała tundra podmokła i zbrązowiała na znak nadchodzącej jesieni, niebo było niebieskie, a na drugim brzegu Isfjordu do arktycznego oceanu spływały lodowce, żmudnie, wiek po wieku, żłobiąc swoje doliny. Wysokie na kilkadziesiąt metrów ich czoła z naszej brzegu widać jako wąskie, szaroniebieskie kreski. Szliśmy szybko, bo idzie się łatwo, to nie to, co powolne gramolenie się przez błotnistą morenę czołową, wspinanie się na rozsypujący się klif po żlebie, czy brodzenie w delcie rozlanej jak rozsypane warkocze rzeki, w końcu idziemy wspomnieniem drogi.

I w końcu doszliśmy, po sześciu chyba godzinach – najpierw budynki gospodarcze, radziecka plątanina rur i kabli, potem lądowisko dla helikopterów z hangarem, o które to helikoptery praktyczni Rosjanie spierają się z ekologicznie nastrojonymi Norwegami. Jeden śmigłowiec minął nas po drodze, pochylony, wielki i niezgrabny Mi-8. Dalej droga już bita, cmentarz, ale nie tak malowniczy jak poletko białych krzyży w norweskim Longyearbyen, stolicy Svalbardu, ani nie tak dramatyczny jak ten w Colesbukta, z lat pięćdziesiątych, z grobem rocznej dziewczynki, rówieśniczki mojej mamy. Narodziła się w maju 1951 roku, miała tatarskie patronimik i nazwisko: Dora Minisłamowna Farizowa. Imię mogło brzmieć inaczej, na nagrobku jest prawie całkiem zatarte, ale na pewno zaczynało się na „de” i było krótkie. Przeżyła arktyczne lato, ciemności nocy polarnej, razem z odejściem śniegów nauczyła się chodzić po czym zmarła, a jej rodzice, ojciec Tatar i nieznana nam matka, kiedy już sporządzili nagrobną tabliczkę ze zdjęciem obleczonej w czepek małej, dziecięcej główki, musieli pogrążyć się w rozpaczy, bo na śmierć dziecka kojącej odpowiedzi przynajmniej na początku nie da ani Allach, ani chrześcijański Bóg, a już na pewno nie Marks z Leninem, o czym jestem przekonany, bo mój synek teraz właśnie ma tyle miesięcy, ile miała ta maleńka, polarna Tatarka, kiedy umarła.
Minęliśmy więc cmentarz, z nagrobkami seryjnie odlewanymi z betonu. Kiedy w końcu doszliśmy do tablicy z cyrylicą wypisaną nazwą osady, przez chwilę miasto wyglądałoby na opuszczone, gdyby nie wątła strużka dymu z komina odległej elektrociepłowni.

Można by pomyśleć, że i tutaj wydarzyła się taka historia jak w odległych o sto kilometrów Pyramiden, gdzie w 1998 roku rosyjscy i ukraińscy górnicy na próżno wyglądali statku z zaopatrzeniem, który miał przypłynąć do nich z Murmańska. Żaden nie przypłynął. W Rosji skończyły się pieniądze, urzędnicy nie dostawali pensji, ktoś uznał, że skoro trójbarwna Rosja mu nie płaci, to on nie będzie siedział przy biurku. Ktoś nie podpisał jakiejś bumagi, ktoś wzruszył ramionami, ktoś rozłożył bezradnie ręce. Z portu, w polarną noc nie wypłynął żaden statek – ani z zaopatrzeniem, ani taki, który mógłby mieszkańców osady pod górą Piramidą ewakuować. Był dziesiąty stycznia, trzy dni po prawosławnym Bożym Narodzeniu, i na Spitsbergenie panowały wtedy absolutne ciemności, przez całą dobę. Horyzontu nie rozświetlał nawet ślad brzasku, skończyło się jedzenie, był tylko węgiel, w końcu sami wydzierali go zmarzlinie, ale węgla nie da się zjeść. W piekarni nie było już mąki, a w szklarni dawno nie było już pomidorów i kapusty. Zjedli już świnie i kury, chlewy i kurniki stały puste. Mieli tylko prąd, elektrociepłownia działała doskonale, w barakach było ciepło, przyprószone śniegiem popiersie Lenina przed ciemnością chronił snop pomarańczowego światła z latarni, telewizory, podłączone do satelitarnych anten grały program z Moskwy, nieliczne dzieci były bardzo głodne i wszyscy mieszkańcy polarnej, górniczej osady rozumieli dobrze, czym jest smuta.

I wtedy właśnie do portu wpłynął statek. To Norwegowie z odległego o kilkadziesiąt kilometrów Longyearbyen uznali, że nie mogą przecież pozwolić aby pod koniec dwudziestego wieku, na ich oczach prawie, a już na pewno w zasięgu ich radiostacji, tysiąc Rosjan zmarło z głodu w dobrze ogrzanych i oświetlonych barakach.

Statek opuścił motorową szalupę – wszystko w świetle rozcinających polarny mrok reflektorów, w huku kry, trącej o pancerny kadłub, z szalupy wysiedli spitsbergeńscy oficjele, może nawet sama pani sysselmann, Ann-Kristin Olsen, siwowłosa, czterdziestoletnia, szczupła i nordycka, w granatowym mundurze, lub raczej w ciepłej kurtce z kapturem obszytym futrem. Sysselmann to stary, nordycki tytuł, trochę jak nasz wojewoda, albo angielski sheriff czy bailiff, tyle, że stylistycznie bardziej archaiczny, w czasach festiwalu norweskiego odrodzenia narodowego odkopany w jakiejś zakurzonej księdze. Dobiła więc szalupa z panią sysselmann lub bez niej do nabrzeża, uścisnęli Norwegowie dłonie dyrektorom z bankrutującego Arktikugola, zawyła syrena i tysiąc Rosjan i Ukraińców porzuciło swoje zajęcia, matki otuliły głodne dzieci kurtkami i szalikami, a potem, stłoczeni w kabinach statku, jedli proste i ciepłe jedzenie, upokorzone, lecz szczęśliwe sługi imperium niegdyś potężnego.

I tak Pyramiden zostało przez Norwegów ewakuowane, tysiąc rosyjskich i ukraińskich górników, kobiet z obsługi, inżynierów, dyrektorów i dzieci zostało zawiezione do Murmańska, tam wysiedli na nabrzeżu wielkiego kraju, który istniał wtedy tylko na mapie i nikt zapewne się nimi nie zainteresował, bo jeszcze dwa lata musiały minąć, zanim Włodzimierz Włodzimierzowicz Putin przywrócił Rosji państwo – tak przynajmniej pisze profesor Stürmer w swojej biografii prezydenta-kagiebisty. A w Pyramiden zostały książki na stołach w czytelni, z zakładkami wetkniętymi między strony. Szklanki w barze, niewyprane skarpetki obok łóżka, list niedokończony i szachownica z partią szachów, która zatrzymała się na czwartym posunięciu otwarcia.

I to jest akurat prawda – opuszczone miasto, te szklanki, listy i szachownica. Ale cała reszta jednak niekoniecznie. Historia jest dobra, taką od pewnego polarnego wiarusa słyszałem, dwa lata temu w Longyearbyen – tyle, że wszystko wskazuje na to, że jest fałszywa. Może były jakieś niedobory w zaopatrzeniu, owszem – ale głodnych dzieci jednak nie było, i nie było raczej norweskich statków, bo Rosjanie – chociaż w wielkim pośpiechu – ewakuowali się sami. Została mała grupka, mieli buldożery, materiały wybuchowe i rozwalali, co im się akurat w tym świeżym trupie miasta rozwalić podobało.

To jak w „Nie trzeba głośno mówić” Józefa Mackiewicza, kiedy główny bohater, wzruszony, opowiada historię, której był świadkiem – widział, jak niemiecki kierowca czołgu zatrzymał swoją maszynę, ze zgrzytem gąsienic na bruku, aby nie przejechać wiewiórki, która wbiegła na jezdnię. I słuchacze tej historii, polscy patrioci, upominają, że tak opowiadać nie wypada, niechże to będzie czołg polski, amerykański lub w ostateczności sowiecki, ale to nie może przecie być czołg niemiecki. Główny bohater, dziwi się swoim rozmówcom jak Pers Monteskiusza i nieśmiało zauważa, że był tego zdarzenia naocznym świadkiem i nic nie poradzi na to, że czołg był niemiecki. I zostaje skarcony: taka jest może prawda jednostkowa, wycinkowa, subiektywna, prawda obiektywna jest jednak inna.

I taką właśnie, po heglowsku obiektywnie zgodną z duchem czasu jest prawda historii z głodującymi dziećmi i norweską ewakuacją. Taka właśnie historia powinna się wydarzyć w czasach jelcynowskiej smuty, aby ducha czasów dobrze wyrażać – tyle, że ktoś, zdaje się, o tym zapomniał, i naprawdę wydarzyła się historia również dramatyczna, czego dowodem był widoczny pośpiech, z jakim Pyramiden opuszczano, lecz jednak nie tak spektakularna.
A jednak, wchodząc do Barentsburga, nie sposób o tych opuszczonych Pyramiden nie myśleć, zwłaszcza jeśli w ciągu ostatnich kilku dni regularnie mijało się ruiny rosyjskich zabudowań porzuconych jeszcze wcześniej – acz bez tego pośpiechu czasów smuty. Tam, w Zatoce Colesa, w Grumantbyen, Rosjanie, czy raczej Sowieci, swoje zabudowania porzucili w wyniku ekonomicznego rachunku – wyczerpały się łatwo dostępne złoża węgla, zdemontowali więc to, co można było zdemontować, część budynków wysadzili w powietrze i przenieśli się dalej, gdzie węgiel kopało się łatwiej, pozostawiając po sobie strumienie czerwonawe od rdzewiejącego w wysokim ich biegu złomu.

Minęliśmy więc tablicę z napisem „Баренцбург”, rozładowałem karabin i otwarłem zamek, zgodnie ze zwyczajem, aby każdy z mieszkańców widział, że broń jest bezpieczna. Nie było jednak nikogo, szliśmy długo czymś, co przypominało industrialne przedmieścia – pomiędzy otwartymi, niszczejącymi hangarami, w których zmieściłaby się eskadra helikopterów, między opuszczonymi barakami niewiadomego przeznaczenia i między stertami śmieci, tak małych jak pogięte gwoździe i wielkich jak pół domu, zardzewiałych, lub betonowych, ze sterczącymi prętami zbrojenia. Minęliśmy opuszczoną szklarnię. Na drzwiach wiele lat temu ktoś przykleił kartkę w języku angielskim, informującą turystów, że in the greenhouse nikt nie mówi po angielsku ani norwesku, więc jeśli ktoś chce greenhouse zwiedzać, to powinien udać się do hotelu i poprosić o przewodnika. Dziś te drzwi zabite są deskami, okna i szklany dach są porozbijane, a przez nie widać, że w środku, na nietkniętych palikach skręcają się zeschnięte na wiór resztki pomidorowych krzaków, a na rozpiętych między szklanym dachem sznurkach wiszą przemrożone trupy pnącz, jak szarobrązowe liny. Dalej puste kurniki i chlewy. Nawet piekarnia już nie działa, całą żywność, tak samo jak w norweskim Longyearbyen, przywozi się z kontynentu – bo po co się starać, skoro codziennie, albo i częściej, ląduje w Longyearbyen samolot. Dalej łuszczące się murale z łaciatą krową, inne z łanami zbóż gdzieś na wielkorosyjskich równinach, jeszcze inne z pniami brzozowego lasu. I wszystko puste, opuszczone – lecz w pewnym miejscu, na opatulonym wełną mineralną i deskami przewodzie ciepłowniczym dostrzegamy kota. Norwegowie zakazali posiadania kotów na całym Svalbardzie, bo podobno wyżerają ptakom pisklęta. Ten kocur, szary i gruby, na pewno zeżarł wiele piskląt i nie wydaje się przejmować ukazem, wydanym przez samego sysselmanna. Bez ludzi nie przeżyłby zimy, więc zapewne również opiekujący się nim Rosjanie lub Ukraińcy również wzruszają z pogardą ramionami na myśl o urzędniku, któremu wydaje się, że opublikowanym w jakimś dzienniku ustaw zakazem może odebrać kocie towarzystwo skazanym na polarną noc ludziom – i to dla czegoś tak trywialnego, jak ptasie pisklęta. A dla mew, rybitw, fulmarów, alek i alczyków, których w sezonie setki tysięcy krążą nad klifami robiąc rejwach niepodobny do niczego innego na świecie, na pewno spistbergeńscy górnicy nie żywią uczuć cieplejszych niż do tego szarego kocura, który lubi się nocą polarną wygrzewać na czyichś kolanach.

I wreszcie spotykamy dwie Rosjanki. Dziwnie wyglądają, idą pod rękę w swoich czółenkach i wykończonych futerkiem eleganckich kurteczkach – a my, w ciężkich, zabłoconych butach, w goretexach i softshellach, z kijkami w rękach i bronią na plecach. I śmieją się panie, jedna starsza, druga młodsza, z tych kijków, którymi podpieramy się idąc. Kto wam ukradł narty? – pytają. Śmiejemy się z nimi, idziemy dalej.

W hotelu ceny norweskie, obsługa rosyjska, pijemy colę i piwo, jemy niezbyt smaczne pielmieni, bez borszczu nawet, w wielkim telewizorze dziewczęta półnagie, a na pewno noszące więcej biżuterii niż ubrań, śpiewają i wypinają tyłki w srebrnych porsche, ferrari i lamborghini, toczących się dostojnie ulicami Moskwy. Ciepło.

A niedaleko hotelu, stoi dawny, radziecki konsulat. Na zdjęciu w moim starym albumie jest zielony, wypieszczony, socrealistycznie klasyczny, w oknach firaneczki, wygląda tak, że gdyby miał chociaż odrobinę wdzięku więcej i gdyby na dachu nie powiewała czerwona flaga z sierpem i młotem, to mógłby być niepozorną ambasadą małego państwa, gdzieś w cichej dzielnicy Wiednia lub Warszawy. Teraz jednak wszystko się zmieniło – budynek jest opuszczony, rozwalone są schody prowadzące do reprezentacyjnego miejsca. Straszą puste szkielety okien, okiennice wiszą na zerwanych zawiasach, drzwi zabito deskami.

Lecz za opuszczonym konsulatem sowieckim, stoi nowy konsulat rosyjski. Zdaje się, że to jedyny budynek zbudowany tutaj po upadku Związku Sowieckiego. Z wyjątkiem cerkiewki, o której za chwilę, bo też stoi kawałek dalej. Płot z zaostrzonymi prętami, jakby stawać pod nim miały dorożki, na płocie złote orły dwugłowe, a sam budynek nowoczesny. Moja żona-architekt twierdzi, że to całkiem przyzwoita architektura, jeśli chodzi o formę, podobnie jak kilka innych, podobnych budynków o zaokrąglonych narożnikach, budowanych zapewne gdzieś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Ale na jeden budynek użytkowany przypadają trzy opuszczone, straszą powybijanymi szybami – bo też zbudowano to miasto dla trzech tysięcy ludzi, a mieszka w nim teraz zaledwie sześćset.

To przetrwalnik, ich jedynym zadaniem jest utrzymać ciągłość rosyjskiej obecności na Spitsbergenie. Kopalnia podobno nie działa, zadaniem górników jest jedynie konserwować urządzenia, budynki i maszyny. Cerkiewka jest ośmioboczna jak molenny Pomorców-staroobrzędowców, którzy na Grumant – jak nazywali Svalbard – pływali już w XVII wieku, polować na morsy, niedźwiedzie i lisy. Ten maleńki kościółek w rzeczywistości nie jest jednak budynkiem sakralnym, tylko pomnikiem dla ofiar wypadku lotniczego z 1996 roku. Prawosławny ksiądz przyjeżdża czasem do Barentsburga, ale nabożeństwa odprawia gdzie indziej, nie w tej niby-cerkwi.

I tyle. Wychodzimy z hotelu – to śmieszne, bo chociaż minęło tylko kilkanaście dni, to już tęskni się do takich cywilizacyjnych osiągnięć jak sedes w toalecie, cola w puszce i piwo. Zabieram parę puszek dla przyjaciół, którzy zostali, chorzy, w obozie, płacimy straszny rachunek, Ukrainka w barze patrzy na nas z rozbawieniem i pogardą. Uzasadnione są jej uczucia, jej płacą, aby mieszkała w tym strasznym miejscu, my zapłaciliśmy, aby tu przyjechać i jeszcze przyszliśmy całą drogę z Longyear na piechotę, marzli w namiotach, białą nocą wartowali przy ognisku ze strachu przez niedźwiedziem, coś, co się pani za barem słusznie nie mieści w głowie, bo w istocie jest to rodzajem dekadenckiej perwersji, co piszę tutaj całkiem na serio, wcale się nie krygując. Bo to przecież nie asceza, za drogo to wszystko kosztuje, aby było ascezą.

I tyle. Nie wyciągnę wniosków, wniosków nie ma. Konceptualizacja rzeczywistości społecznej, czy ludzkiej w ogóle, jest zawsze tej rzeczywistości wymyślaniem, a ja wymyślać nie chcę. Za tym co widziałem, nic się nie kryje, nie ma znaków czasu, jest tylko rozległe uniwersum niepoznawalnego.

I tyle. Wracamy. W spitsbergeńskiej gazecie – Svalbard Posten, redagowany na miejscu, ale drukowany w Tromsø i przywożony na miejsce samolotem – piszą dużo o Rosjanach z Barentsburga. A to, że helikoptery wynajmują do komercyjnych przedsięwzięć, co jest ściśle zakazane, bo się ptaki płoszy. A to, że zbiory barentsburskiego Muzeum Pomorców zawieziono do Longyearbyen aby wyeksponować na czas jakiś w muzeum norweskim. A wcześniej w Barentsburgu odbył się festiwal filmowy, puszczali norweskiego „Ellinga”, strasznie to zabawne.

I tyle. Myślę o rosyjsko-tatarskiej dziewczynce, która żyła trzynaście miesięcy na Svalbardzie i leży teraz w wiecznej zmarzlinie jej maleńkie, smutne ciało.

Arcana, nr 86-87, kwiecień 2009


Galeria:  Spistbergen 2006

Galeria:  Spistbergen 2008

Отличный русский перевод Вы можете найти здесь.

Wpisane w Arcana | 6 Komentarzy Więcej »
Ziemkiewicz i Dmowski
Wpisane 17:44, 30 Maj 2009 przez Szczepan Twardoch

W dzisiejszej „Rzepie” niezła analiza pióra Rafała Ziemkiewicza. Zgadzam się zasadniczo z zawartymi w niej tezami, zgadzam się również z argumentacją: nie pisze zresztą Ziemkiewicz nic nowego, czego by wcześniej nie powiedziano. Nie o to zresztą tym razem chodziło. Nie mogę jednak zgodzić się z jednym zdaniem, następującym:

Na tej podstawie twierdzę od kilkunastu lat uparcie, że współczesne polskie społeczeństwo nie ma praktycznie nic wspólnego z tym przedwojennym, w odniesieniu do którego nadal tworzy się rozmaite mity. Nic o nim nie dowiemy się od Piłsudskiego, Dmowskiego, Witosa ani Daszyńskiego.

Czy na pewno w „Myślach nowoczesnego Polaka” nie ma nic, co opisywałoby Polaków współczesnych? Sprawdźmy.

(naród polski) Niedołęstwo nazwał szlachetnością, tchórzliwość – rozwagą, służbę u wrogów – działalnością obywatelską, zaprzaństwo – prawdziwym patriotyzmem. Wszelkie niemal pojęcia polityczne wywrócił, zaczął żyć w świecie moralnych urojeń, a przystosowując się do tego bytu, zaczął nawet tępić w sobie wszelkie zdrowe skłonności, wszelkie przejawy instynktu samozachowawczego.

Czy to na przykład:

Przez porównanie swego narodu z obcymi przekonałem się, że wiele z tych kłamstw naszą tylko myśl zatruwa, że niedorzeczności, które gdzie indziej powtarzane są tylko przez stare panny i w ogóle przez jednostki żyjące poza społeczeństwem, odgrodzone od realnego życia,  u nas stanowią podstawę myślenia ludzi poważnych, kierowników opinii i przodowników pracy publicznej, którzy na nich budują sądy dziekowe i nadzieje polityczne.

O trwającej wśród polskiej inteligencji do dziś najdziwaczniejszej samoświadomości, łączącej w jedno nadmierną pogardę do samych siebie z przekonaniem o własnej wyjątkowości:

Nie ma chyba wśród inteligencji żadnego kraju tak wielkiej stosunkowo liczby ludzi, posiadających wielostronne a powierzchowne wiadomości, połapane z książek i artykułów, a jednocześnie tak głupich w najelementarniejszych sprawach życia, zwłaszcza zbiorowego.(…) Ta nieumiejętność myślenia o sprawach własnego narodu w taki sam sposób, w jaki się myśli o narodach innych, z konieczności doprowadza nas do traktowania swej społeczności, jako narodu wyjątkowego, istniejącego poza wszelkimi prawami społecznymi.

O kobiecym charakterze polskim, o czym jakiś już czas temu mądrze pisała Bielik-Robson:

W żadnym kraju tak jak u nas żony nie rządzą mężami, dzieci rodzicami, a młodzież społeczeństwem.

I dalej, o tym samym:

Jeżeli się głębiej zastanowimy nad istotą pojęć politycznych, najbardziej rozpowszechnionych w naszym społeczeństwo, to dojdziemy do przekonania, że w nich najlepiej bodaj wyraża się ta bierność naszego charakteru. Najpopularniejsze u nas hasło: nie drażnić wrogów – jest hasłem narodu pragnącego sobie zapewnić spokojną wegetację, nie życie, bo wszelkie przejawy naszego życia, naszej energii czynnej z natury rzeczy najsilniej tych wrogów drażnią. (…) Naszym ideałem jest, żeby narody nawzajem szanowały swoje terytoria, żeby sobie wkraczały na nie nawzajem, żeby każdy mógł spokojnie spać na swoim. Wymyśliliśmy sobie nawet teorię, że rola pobitych jest piękniejszą od roli zwycięzców. Tak to monstrualność naszego rozwoju dziejowego po dzis dzień mści się na nas, wypaczając nasz charakter i nasze poglądy na życie.

I jeszcze o tym samym:

Do wad, uważanych przez nas za nadzwyczajne zalety, należy właśnie ta nasza tradycyjna bierność, którą się w ostatnich właśnie czasach przy każdej sposobnośc szczycimy. Nie nazywy jej po imieniu, bo to brzmi brzydko, ale produkujemy ją publicznie pod gładkimi imionami wspaniałomyślności, bezinteresowności, tolerancji, humanitaryzmu. Wbiliśmy sobei w głowę fikcję, że te właśnie piękne przymioty były najdodatniejszymi czynnikami naszej historii i to nam przede wszystkim przeszkadza historię własną rozumieć. To, co świadczyło o naszej słabości, najcześciej podajemy za główną naszą siłę, tak dziś, jak dawniej.

O ile więc recepty, podawane przez Dmowskiego w „Myślach…”, są już dawno przeterminowane, to jednak diagnozy są ciągle aktualne. Wiele pisze Ziemkiewicz w „Michnikowszczyźnie” czy w „Czasie wrzeszczących staruszków” o degeneracji, jaka dotknęła Polaków po 1945 roku. Czy jednak diagnozy Dmowskiego ale także żenujący i wstydliwy koniec II RP, tak wybitnie opisany przez Cata, żenująca polityka prowadzona przez polskie rządy emigracyjne, etc. -nie nakazywałyby się zastanowić, czy to co Ziemkiewicz i wielu innych uznają za dziedzictwo komunizmu, nie jest przypadkiem o wiele starsze? W końcu „Wieszanie” mógł Rymkiewicz napisać o tym, co wydarzyło się dwieście lat temu.

Swoją drogą – jakże straszliwie smutna jest historia polskiej endecji: zaczęła się od wybitnej inteligencji i świetnego pióra Romana Dmowskiego, a skończyła na Wojciechu Wierzejskim. Dziś, za to, co Dmowski pisał o Polakach, wyleciałby pewnie z lokalnego koła LPR – za to właśnie, a nie za antysemityzm, za który do LPR podobno Dmowskiego nie przyjąłby Giertych. Nie mówiąc już o poetyce polskości rodem z Radia Maryja, tego egzotycznego melanżu endeckości, romantyzmu i posoborowego, nowoczesnego katolicyzmu – świetny przykład tego, co tak zajadle Dmowski w polskim charakterze narodowym zwalczał.

To zresztą typowe: tylu prawicowych dziarskich chłopców co drugie zdanie odwołuje się do Józefa Mackiewicza, co możliwe jest tylko dlatego, że go nie czytali: gdyby przeczytać im co fajniejsze kawałki z „Lewej wolnej” albo „Nie trzeba głośno mówić” bez podawania autorstwa, bez wątpienia podnieśliby rwetes, że oto znowu mamy do czynienia z antypolską propagandą, zapewne za pieniądze niemieckie i żydowskie.

Wpisane w Inne | 6 Komentarzy Więcej »
Broń i nie-broń
Wpisane 22:05, 12 Kwiecień 2008 przez Szczepan Twardoch

Adolf Hitler wierzył, że uda mu się wygrać wojnę dzięki Wunderwaffe. Wierzenia te rzutowały na całą niemiecką filozofię przemysłu zbrojeniowego podczas drugiej wojny światowej, której główną zasadą był nacisk na technologiczną przewagę i jakość uzbrojenia – masowa produkcja miała znaczenie drugorzędne. Stąd wynikały takie absurdy jak angażowanie wielkich sił i środków w produkcję np. Jagdtigerów – osiemdziesiąt wyprodukowanych pojazdów nie mogło mieć żadnego wpływu na losy frontów, po których toczyły się czołgi liczone w dziesiątkach tysięcy. Zgodnie z prawem Lanchestera, podwajając siłę ognia jednego żołnierza w jednostce osiągniemy mniejszy wzrost siły jednostki, niż podwajając jej liczebność przy zachowaniu dotychczasowej siły ognia każdego żołnierza– nawet nie odwołując się do upraszczających rzeczywistość matematycznych modeli, większość badaczy tematu zgadza się co do tego, że zamiast inwestować potencjał intelektualny i produkcyjny w nowe czołgi, III Rzesza lepiej by wyszła na ciągłym udoskonalaniu i masowej produkcji swojego podstawowego czołgu, PzKpfw IV, który – przynajmniej w wersji G i H – był przecież równorzędnym przeciwnikiem dla sowieckich T-34 i amerykańskich Shermanów.

W przypadku czołgów z drugiej wojny światowej przewaga technologiczna jest sprawą relatywnie prostą do obliczenia, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wystarczy przypisać odpowiednią wartość skuteczności działa i odporności pancerza, potem oszacować jeszcze właściwości trakcyjne, niezawodność i wizualną wykrywalność.

W praktyce, znaczenie miały jeszcze drobniejsze sprawy techniczne, typu szybkość obrotu wieży, jakość przyrządów celowniczych, przenoszony zapas amunicji – etc., ale znaczenia miały również kwestie, które określę sobie na potrzeby tego felietonu, kwestiami kulturowymi.

Nie chodzi mi tutaj tylko o gęby mitologicznych zwierząt, jakie Amerykanie wymalowywali na swoich czołgach podczas wojny koreańskiej, wierząc, że bez wątpienia przestraszą zabobonnych Koreańczyków – co jest, swoją drogą, klasycznym przykładem splotu amerykańskiej etnograficznej naiwności i arogancji – bo czymże innym może być założenie, że Koreańczyk mógłby się nie przestraszyć działa i karabinów maszynowych zwykłego czołgu, ale ten sam czołg z wymalowanym zębatym pyskiem tygrysa miałby u tego samego Koreańczyka wywołać atak paniki.

Kwestią kulturową jest więc absolutna nadreprezentacja Panter i Tygrysów w wielu osobistych relacjach z wojny – można odnieść wrażenie, że polscy, brytyjscy czy sowieccy żołnierze prawie nie spotykali innych niemieckich czołgów, co oczywiście jest zupełnie niemożliwe. Swój udział miała też w tym niemiecka propaganda – „tygrysów królewskich” było pół tysiąca, ale na niemieckich zdjęciach pojawiają się częściej niż dziesiątki razy liczniejsze „czwórki”.

Czołg jest jednak zjawiskiem świeżym, nie ma jeszcze stu lat. Kulturowa percepcja zaś obejmuje każdą broń, determinując nie tylko jej skuteczność, ale również to, czy dana rzecz w ogóle jako broń będzie postrzegana. Nikt nie ma wątpliwości, że nóż kuchenny nie ma kulturowego znaczenia broni, chociaż oczywiście może być użyty jako narzędzie do walki, tak samo jak nożyk do tapet, noga od krzesła, butelka, latarka czy cokolwiek innego, czym da się wygodnie bliźniego zdzielić w łeb, dźgnąć lub ciachnąć. W kwestii różnych „tactical folderów” sprawa jest bardziej rozmyta – sama nazwa sugeruje zastosowanie taktyczne (ale chyba nie w skali batalionu?), ale człowieka niezbyt zorientowanego w temacie łatwo przekonamy, że ma do czynienia ze scyzorykiem – użytkowym nożem noszonym w kieszeni celem obierania jabłek i otwierania listów. Co, swoją drogą, może zasadniczo zwiększyć nasze szanse w sądzie, gdybyśmy się, nie daj Bóg, tym „tactical folderem” kiedyś obronili. Natomiast, nóż sprężynowy jest jako broń identyfikowany jednoznacznie.

Nóż sprężynowy jest bronią, natomiast – zdaje się – jako broń nie są już postrzegane różnego rodzaju szable, miecze i rapiery, które nabrały raczej kulturowego znaczenia artefaktu – przedmiotu kolekcjonerskiego lub hobbystycznego, zabytku, kuriozum. Identyfikację jako broń zachowała w większym stopniu stara broń palna – karabin skałkowy jest postrzegany jako broń, pochodząca z tego samego okresu szabla kawaleryjska już nie. Jest to prawdopodobnie funkcja zatarcia pamięci o faktycznej funkcji mieczy i szabel – jeszcze w 1940 roku, w okupowanym przez Sowietów Wilnie za posiadanie szabli groziły takie same sankcje karne (czyli kara śmierci) jak za posiadanie broni palnej, co zobrazował Józef Mackiewicz w symbolicznej scenie w powieści „Droga donikąd” – kiedy główny bohater, biedując, usiłuje sprzedać starą, rodzinną karabelę – i jeden z ludzi, do których zwraca się z ofertą sprzedaży, reaguje paniką, krzycząc, że Sowieci nie będą pytać ile ta szabla ma lat, dwieście czy dwa, broń to broń.

W polskim prawie bronią wymagająca pozwoleń lub rejestracji są pałki imitujące kije bejsbolowe, kastety, nunczaka i ostrza ukryte w laskach – z wyjątkiem tej ostatniej, prawo postępuje tutaj za kulturowym rozróżnieniem na broń i nie-broń. W Wielkiej Brytanii na listę broni zabronionej (nomen omen) wciągnięto ostatnio japońskie miecze, katany – podobno dlatego, że tanich, chińskich imitacji katan chętnie używają różnego rodzaju przestępcy. Nie chce mi się jakoś w to wierzyć, sądzę, że jest to raczej pochodna tego, że miecz japoński jest jedyną długą bronią białą, która często pojawia się w kinie w roli broni we współczesnym kontekście. Bohaterka „Kill Bill” macha kataną właśnie – a nie szablą kawaleryjską czy długim mieczem, co spowodowane jest zapewne rozrośniętą do groteskowych rozmiarów legendą japońskiej broni – vide opowieści o katanach tnących lufy czołgowych dział. Posiadania rapiera lub topora nikt jeszcze w Albionie nie zabrania – i nie ma tutaj co ironizować, czy brytyjski przestępca, któremu odebrano prawo posiadania katany, jest na tyle głupi, że celem zrealizowania swych morderczych instynktów nie zastąpi katany szablą po dziadku-kawalerzyście – bo jeśli uliczny bandzior rzeczywiście nosił katanę (w co, jak mówiłem, niespecjalnie wierzę) to nie robił tego dla zaspokojenia swojego destrudo, ale po to, by groźnie się prezentować, tak groźnie jak bohaterowie kina akcji. Zaś z szablą po dziadku nie prezentowałby się groźnie, lecz groteskowo.

Kulturowe rozróżnienie na bron i nie-broń nie koresponduje więc w jakiś szczególny sposób z autentyczną wartością bojową broni. Zgodnie ze wspomianym prawem Lanchestera, cztery czołgi PzKpfw IV przwyższały siłę bojową jednego Tigera II, kosztując niemieckiego podatnika tyle samo, lub mniej – nie towarzyszy im jednak żadna legenda. Szablą można chlasnąć równie dobrze jak kataną. Noga od krzesła w roli pały sprawdzi się tak samo jak tzw. „bejzbol”, jednak to „bejzbol” trafił na billboardy i dorobił się czarnej legendy. Swoją drogą, a propos billboardów, to „bejzbol” rzeczywiście nie służy do zabijania, tylko do bicia – gdyby celem bandziorów było zabijanie, użyliby siekiery albo noża, równie dostępnnych, a bardziej zabójczych. Sensu tamtej kampanii społecznej nie zrozumiałem do dziś.

Chciałoby się więc zaryzykować tezę, iż o tym, co jest kulturowo identyfikowane jako broń, a co nie, decyduje powszechność zbrojnego użycia danego przedmiotu – szable i miecze już nie są bronią, bo nikt nikogo nimi nie siecze, zaś bejzbol owszem, bo ktoś kogoś nim tłucze – jednak przypadek siekiery, która wśród ludu polskiego jest częstym narzędziem zbrodni i groźby, a jednak postrzegana jest jako narzędzie i nie trzeba jej rejestrować w powiatowej komendzie policji, obala taką koncepcję.

Nie ulega jednak wątpliwości – obiektywnie istnieją jedynie kawałki metalu i drewna, połączone ze sobą w skomplikowany sposób. To, czy dany stalowy odważnik na patyku jest młotkiem, narzędziem do wbijania gwoździ, czy bronią, narzędziem do rozbijania głów, jest już tylko interpretacją tego obiektywnego faktu.

Szczepan Twardoch
Broń i Amunicja, nr 01/2008

Wpisane w Broń i Amunicja, Militaria | 2 Komentarzy Więcej »
Z dłonią zaciśniętą na kolbie
Wpisane 21:28, 20 Grudzień 2007 przez Szczepan Twardoch

Pisałem jakiś czas temu na łamach „BiA” o szerokim spektrum bronioznawczej kompetencji pisarzy. Podzieliłem wtedy literatów na dwie grupy, na tych, którzy się znają na rzeczy, i na tych, którzy o broni palnej piszą bzdury. Siebie oczywiście , jako zarozumialec, zaliczam do grupy pierwszej, ale nie o sobie będę tutaj pisał, gdyż felieton ten będzie poświęcony tym, którzy piszą o broni, ponieważ jej używali.

Rzecz może być myląca. Uczęszczam przecież na strzelnicę, gdzie przepuszczam autorskie honoraria przez lufę. Słowem, strzelam często i regularnie, w ciągu roku odpalam być może więcej nabojów, niż Ernst Jünger miał okazję wystrzelić bojowo w czasie całej I Wojny Światowej, jako żołnierz linowy i potem oficer, dowodzący doborowymi oddziałami szturmowymi. A jednak, to on używał broni, ja jedynie się nią bawię. I niczego nie zmienia tutaj fakt, że mógłbym szczegółowo opisać mechanizm ryglowania nulachty, jak nazywano P08 na Śląsku. Mój pradziadek nie miał zapewne pojęcia o tym, że jakieś tam ryglowanie w ogóle w parabelce występuje, a jednak to on bronił tym pistoletem swojego domu i swojej rodziny. Jünger i miliony innych, w tym moi przodkowie i krewni na wszystkich frontach wojen środkowej Europy broni używali. Ja, dzięki Bogu, mogę się bronią bawić i pisać o tych zabawach felietony.

Bohaterem tego tekstu będzie więc pisarz, taki, o którym na łamach „BiA” jeszcze nie pisałem. Więź, łącząca pióro i broń zdaje się być tematem niewyczerpanym, rozpiętym gdzieś między biegunami Hemingwaya i Baczyńskiego. Pisarz, który wystąpi w tym felietonie miał jednak cechę, która odróżniała go od innych, którzy łączyli maszyny do pisania z maszynami do strzelania.

Jünger o spluwach pisze beznamiętnie i rzadko. Ot, upycha w kieszeni kurtki parabellum, z tyłu, w spodniach małego mausera, a na piersiach kiście granatów. Gdybym szukał bliskiej analogii, Jünger traktuje broń tak, jak myślimy dziś o komputerach, na których pracujemy. Są nam potrzebne, wybieramy je starannie, bo wolimy, aby nie zawiodły przez dwa czy trzy lata, ale przecież pozostają tylko narzędziem, przedmiotem – można swojego laptopa lubić, ale nie wiążą się z nim gorące emocje. Tak Książę Piechoty traktował pistolet. Vladimir Volkoff z kolei o broni pisze z pasją i emocjami, ale pistolety pojawiają się u niego w kontekście bardzo bezpiecznym. Strzelnica, wydzielane ostrożnie przez emerytowanego sierżanta naboje. Samo wyniesienie rewolweru ze strzelnicy jest aktem transgresji, aż czujemy, jak autorowi trzęsły się ręce, kiedy opisywał swojego bohatera, który zabiera nielegalnie broń. Dla Vokloffa broń jest czymś otoczonym nimbem niesamowitości, czymś tajemniczym, groźnym i pociągającym zarazem.
Sergiusz Piasecki, zaś, bo o nim opowiada ten felieton, nosił broń na co dzień, jako narzędzie swojej mrocznej pracy, a jednak nie traktował jej chłodno. Pistolet w garści dla Piaseckiego był nie tylko gwarantem najgłębszej, osobistej wolności, był też tej wolności symbolem.

Nie będę tutaj pisał kiedy i gdzie się urodził, bo zainteresowany P.T. Czytelnik sam to sobie łacno sprawdzi. Ważne, że był synem zruszczałego, polskiego szlachcica i Białorusinki. Wychowywał się zanurzony w sferze kontinuum dialektalnego, obejmującego swymi krańcami, z jednej strony, język rosyjski, z drugiej zaś polski, a wypełnionego szeregiem dialektów białoruskich. Rosyjski traktował jako język ojczysty. Rewolucję widział w Moskwie, tam nabawił się wstrętu do bolszewizmu, walczył potem z bolszewikami w szeregach białoruskiej partyzantki. Był związany z światem przestępczym Mińska. Później walczył z komunistami w Dywizji Litewsko-Białoruskiej u boku wojsk polskich, bronił Warszawy, i w efekcie, jak kiedyś pisał o nim Potocki na łamach „Życia” – „antybolszewizm zbliżył go do polskości”. Bo wojnie, zdemobilizowany, tułał się, ulegając swojej obsesji – poszukiwaniu mocnego życia. Fałszował czeki, otarł się o studio, w którym produkowano pornograficzne zdjęcia, aż w końcu wstąpił do wywiadu wojskowego, zwanego wtedy zakordonowym. Jego muttersprache był rosyjski, znał jednak również dialekty ruszczyzny i białoruszczyny od Mińska po Moskwę, miał ojca w sowieckim Mińsku, znał ludzi, obyczaje i drogi, a był przy tym szaleńczo, straceńczo odważny – idealny kandydat na szpiega. Chodził do Rosji Sowieckiej przez kilka lat, wracał, wszystko piechotą, przez granicę, z pistoletem i latarką w kieszeni. Lubił żyć szeroko, przepuszczał ogromne sumy pieniędzy, którymi gardził, a że wywiad płacił źle, to w końcu zaczął imać się przemytu, który kwitł wtedy na granicy. Został podporucznikiem i kokainistą. I za kokainę z wywiadu wyleciał i kokaina popchnęła go do jakichś szalonych napadów z bronią w ręku. Nikt nie zginął, ale Piasecki trafił do więzienia z wyrokiem piętnastu lat.

Dopiero w Świętym Krzyżu, najcięższym więzieniu w przedwojennej Rzeczpospolitej, nauczył się literackiej polszczyzny i zaraz w tej polszczyźnie napisał książkę o życiu przemytników, pod tytułem „Kochanek wielkiej niedźwiedzicy”. Książkę przeczytał Wańkowicz i za jego sprawą, Piaseckiego uwolniono z więzienia po jedenastu latach, w 1937. Rzucił się w wir życia literackiego, w dedykacji dla Witkiewicza podpisał się „Król granicy, bóg nocy, który stoczył się do poziomu literata polskiego”. Pisał dalej, szybko i dużo, książki o życiu w wywiadzie („Piąty etap” i „Bogom nocy równi”) i o mińskim półświatku, wszystko autobiograficzne. ale tylko dwa lata dane mu było sycić się życiem literata, bo przyszła II Wojna Światowa, i znów cenniejsze stało się celne strzelanie z pistoletu, niż trafny dobór słów. Piasecki został dowódcą grupy egzekucyjnej wileńskiego ZWZ, a potem AK, wykonywał wyroki śmierci, wydane przez podziemny sąd, ale nigdy nie złożył przysięgi, bo był na to zbyt niezależny. Uratował życie Józefowi Mackiewiczowi, niesłusznie oskarżanemu o współpracę z Niemcami, włamał się do siedziby gestapo i wyniósł stamtąd dokumenty dotyczące Katynia. Słowem, żył szeroko, a umarł na emigracji, dwadzieścia lat później – z Polski uciekł przed bolszewikami w 1945, do Włoch, osiadł w Londynie.

Książki Piaseckiego, tak jak jego życie, kręcą się dookoła broni. Pisze o niej ze znawstwem, ale jest to kompetencja praktyka. Nagan, parabellum, płaski brauning – „maszyny”, jak na rewolwery i pistolety mówi się na pograniczu. Nosi tych „maszyn” ze sobą imponującą liczbę, zawsze nagan jako „back-up”, ulubiona parabelka jako broń podstawowa, do niej dziesięć, dwanaście magazynków w kieszeniach. Często nosi trzy, cztery sztuki broni na raz. Do tego latarka do walk nocnych, w tym samym celu wiąże na lufach białe szmatki, aby widzieć je w ciemnościach, albo strzela, naciskając na spust środkowym palcem, ze wskazującym ułożonym wzdłuż lufy, bo, jak twierdzi, wtedy trafia się zupełnie instynktownie, bez celowania. Strzela się z pogranicznikami jako przemytnik, z czekistami jako szpieg, potem grozi bronią pasażerom kolejki podmiejskiej, aby w końcu pistoletem wykonywać wyroki na dziennikarzach gadzinowej prasy. Bóg nocy, na właściwym miejscu czuje się na bezdrożach, w ciemnościach, byle miał misję do wykonania, flaszkę z wódką, kokainę i kolbę w garści. Nie ma nocy zbyt czarnych, aby w nie pójść. O swojej P08 pisze jak o kobiecie. Wcale się nie zacina, nie wierzcie nieżyczliwym, wystarczy o nią dbać, a bije celnie, jak żadna. Na rewolwer i jego siedem pocisków, oficerski, z samowzwodem, zawsze można liczyć, ale to o parabelce i jej miękkich liniach pisze z miłością, bo to ona ratowała go z opresji, odbierała życie tym, którzy weszli mu w drogę i to ona była przy nim, blisko, w kieszeni.

Na najbardziej znanej fotografii, pisarz Piasecki to chudy brunet o pociągłej twarzy, opierający głowę na smukłych dłoniach. Żeby zobaczyć go naprawdę, trzeba wyobrazić go sobie w białoruskich zaroślach, nocą, z dłonią zaciśniętą na kolbie i z palcem na cynglu.
Był on bowiem człowiekiem zbrojnym.

Broń i Amunicja, nr 05/2007

Wpisane w Broń i Amunicja, Militaria | 3 Komentarzy Więcej »
Jarosław, Cat Jarosława
Wpisane 18:47, 27 Sierpień 2007 przez Szczepan Twardoch

Jarosław Marek Rymkiewicz udzielił bardzo interesującego wywiadu „Rzeczpospolitej”, reprezentowanej przez bezradną trochę wobec osobowości poety Joannę Lichocką.

Lektura sprawiła mi ogromną frajdę. Rymkiewicz robi coś niesłychanego: intelektualista pierwszej ligi, mówi, że „wszystko co robi Jarosław Kaczyński, jest dobre dla Polski, włączając w to nawet jego błędy”.

Nie jest to postawa serwilistyczna, jak u chociażby, toutes proportions gardées, Rosiewicza, który, odrzucony przez artystyczne salony i saloniki, robi z siebie idiotę na scenie, śpiewając dla PiSu jakieś potworne, propagandowe szlagiery. Czy jak – aby dodać dla odpowiedniej symetrii, całego legionu artystów, zakładających, że w chórze moralnie oburzonych ostrzegaczy przed totalitaryzmem ich głosu zabraknąć nie może. Czy tych, którzy pięćdziesiąt lat temu pisali o „nowego człowieczeństwa Adamach”, co nie tylko pomogło w karierze za peerelu, ale utorowało również drogę na salony najwyższe, międzynarodowe.

Rymkiewiczowi Jarosław Kaczyński nie jest do niczego potrzebny. Nie może dać mu niczego, czego Rymkiewicz już by nie posiadał, ani odebrać tego, co Rymkiewicz już ma.
Określając Kaczyńskiego mianem największego polskiego polityka od śmierci Piłsudskiego, Rymkiewicz dokonuje zaś aktu wielokrotnie odgrywanego w historii – bezinteresownego zawierzenia artysty względem wielkiej, politycznej osobowości. Nie – polityka, lecz właśnie osobowości.
Takich przykładów w historii europejskiej kultury jest bardzo wiele, chociaż oczywiście o wiele mniej, niż przykładów artystycznego serwilizmu, pełnionego z nadzieją na stypendium lub grant.
Najlepiej jednak odwołać się do przykładu, który z postawą Rymkiewicza kojarzy mi się najbliżej: to hołd, jaki Stanisław „Cat” Mackiewicz złożył Józefowi Piłsudskiemu, namaszczając go po swojemu na kandydata do korony polskiej. Bezinteresowności intencji Mackiewicza łatwo dowieść, przypominając jego wizytę w Berezie Kartuskiej – umiłowanie dla Piłsudskiego nie przekładała się u Cata na atencję dla piłsudczyków, którzy zaliczali się raczej, poza paroma świetnymi wyjątkami, do ludzi nieciekawego formatu. Rymkiewicz tego nie mówi, ale trudno mi uwierzyć, aby mógł darzyć atencją ten zastęp beznadziejnych kreatur, robiących w telewizji za tzw. „twarze PiSu”, albo nawet drugiego – nijakiego, niezdarnego i nieudanego brata.

Rymkiewiczowi obcy jest panujący w szeregach ćwierćinteligentów wstręt wobec polityki. Najlepszą metodą na przypisanie się do gatunku ludzi lepszych jest dziś deklarowanie obrzydzenia do polityczności jako takiej, do walki o władzę, które to deklarowane obrzydzenie ma w założeniu kreować widoczną, moralną wyższość obrzydzonego, a w rzeczywistości świadczy wyłącznie o jego naiwności. Jedyną wizją Polski, na jaką stać idoli przeciętnego wykształciucha, jest jakaś wizja burżuazyjnej zasobności, z polityką zredukowaną do funkcji zarządzania redystrybucją niezbyt wysokich i niezbyt niskich podatków. Pokochał taką niską wizję Polski nawet Cezary Michalski, ze swoją obsesją centrum i liberalnego minimum, tymczasem Polska potrzebuje głębokiej polityczności, aby trwać. Polska albo będzie wielka, albo nie będzie jej wcale, zostanie tylko dystrykt polskojęzyczny, uwięziony między autostradami, supermarketami i pomnikami Jana Pawła II. Bez politycznej walki na śmierć i życie, bez politycznej krwi, Polska straci tę niewielką szansą, jaką jeszcze posiada, na bycie czymś więcej niż tylko zapyziałą prowincją, ciułającą swoje grosiki na drodze do raju mieszczańskiej, tandetnej zamożności.

Warto dodać, że Rymkiewicza uwielbienie dla Jarosława Kaczyńskiego nie ma charakteru ideologicznego. Rymkiewicz nie wielbi Kaczyńskiego za to, że ten ma jakieś wyjątkowo celne i bardzo określone poglądy, w domyśle prawicowe. Kaczyński poglądów prawicowych raczej nie posiada, lokując się w jakimś wygodnym i raczej nieokreślonym centrum, z wyraźną afirmacją wartości post-rewolucyjnych. Światopogląd Kaczyńskiego ma jednak, w ogóle, znaczenie drugorzędne. Poglądem Jarosława Kaczyńskiego jest Polska i dlatego Kaczyński jest mężem stanu.
Polityczny charakter Kaczyńskiego nie jest zdefiniowany ideologią, lecz racją stanu – i dlatego, w istocie, projekt IV RP nie jest projektem „Polski prawicowej”, czy „Polski katolickiej” – jest projektem „Polski w ogóle”, zamiast „Polski na niby”. Tutaj Kaczyński również powtarza drogę Marszałka.

Pytanie brzmi, czy Kaczyński podoła odpowiedzialności, jaką na jego barki wkłada Rymkiewicz? Czy okaże się godzien tego wspaniałego, literackiego hołdu, jaki mu Rymkiewicz w swoim średniowiecznym geście składa?

Tego nie wiemy i nie dowiemy się, póki nie obróci się karta w książce Historii.
Marszałek Piłsudski, sam, osobiście, bez wątpienia uratowałby Polskę przed wyborem najgorszego z wszystkich możliwych rozwiązań konfliktu z Niemcami lub Rosją, nieuniknionego, bo wynikającego z geopolitycznej nierównowagi. Jednak, w 1939 Marszałek już nie żył, a za swojego życia nie zdołał wychować następcy i w Polsce w roku 1939 nie było u władzy nikogo, kto potrafiłby Polskę przeprowadzić przez nadchodzący tumult.

Bez wątpienia, o czym sam Rymkiewicz mówi, Kaczyński popełnia wiele błędów. Ale to właśnie ta wielkość, o której pisze Rymkiewicz, zdecydowała, że zdecydował się ogłosić moje wyraźne votum separatum w momencie odejścia Marka Jurka, chociaż uważam, że w kwestii meritum sporu, rację miał ten ostatni a środowisko skupione wokół Marka Jurka jest mi w ogóle światopoglądowo bardzo bliskie. Jednak Polska to coś więcej.

Wpisane w Inne | 6 Komentarzy Więcej »
Lektury
Wpisane 23:21, 2 Lipiec 2007 przez Szczepan Twardoch

Rylski, „Wyspa” i inne opowiadania. Bez wątpienia jeden z najlepszych stylistów współczesnej polskiej literatury. Potrafi zachować w słowach zapach potu, ciepłego asfaltu, brudnego morza i brudnego romansu. Mocny, smutny, cioranowski, dotyka tego, co bardzo ważne w literaturze – rozpaczy, bolesnego splątania, immanentnie wpisanego w ludzką kondycję.

Wilk, „Wołoka”. Cóż za piękna katastrofa! Kolejny wielki stylista, ten Custine naszych czasów zbyt już zakochał się w Rosji i jego opis stracił na ostrości. Oczywiście, lepiej czytać Wilka, niż różnych głuptasków z kolorowych tygodników, którzy sobie radośnie pieprzą o tym, że brudno, demokracji niet a Putin za mordę – bo Wilk widzi sto razy więcej niż oni i wspaniale pisze po polsku, a nie tym sformatowanym narzeczem, posklejanym z kilku semantycznie pustych i wyblakłych związków frazeologicznych.
Przy tym rzecz zabawna, Wilk pisze, że nie można porównywać stalinowskich łagrów do hitlerowskich konc-lagrami. A dlaczego? Ano dlatego, że w stalinowskich bywały nawet orkiestry, tak tam było fajnie.

Teraz wyobraźmy sobie, że Irving mówi, że hitlerowski obóz był sympatycznym miejscem, bo maszerującym do pracy więźniom przygrywała orkiestra. Bo wiemy przecież, że przygrywała, prawda? No cóż, Irvinga wyrzucono z Targów Książki w Warszawie, a wątpię, żeby ktoś wyrzucał książki Wilka.
A ja jakoś tak jestem przywiązany do tego liberalnego przesądu, że nie oburzam się ani tym, co pisze sobie Wilk (chociaż bardziej jednak wierzę w tej kwestii Sołżenicynowi), ani tym, co pisze Irving, chociaż bardziej niż Irvingowi wierzę Pileckiemu. Brzydzi mnie jednak liberalna hipokryzja – nie mam nic przeciwko dogmatom, ale dogmatycy, udający anty-dogmatyków to groteskowy widok.

Wołkow, „Werbunek”. Rzecz dziwna. Z jednej strony, książka słabsza od świetnych „Montażu” i „Carskich sierot” tego samego autora. Fabuła rozwija się szarpnięciami, czasem tonie w dłużyznach, książka nie jest najlepiej skomponowana, autor irytująco zagłębia się w niepotrzebne, boleśnie szczegółowe opisy strojów (nie tylko szczegółowe, ale zawsze kompletne, od czubka głowy po obuwie, z wyliczeniem wszelkich marszczeń, guziczków, pętelek i futerek) i wnętrz, na których skupia się tak mocno, że czytelnik ciągle spodziewa się, że dany kubraczek bohaterki lub plastikowy fotel odegra dwie albo trzy strony dalej kluczową dla intrygi rolę – i oczywiście nic z tego, Wołkow opisywał te wszystkie kurteczki i biureczka wyłącznie, by pofolgować niegodnej pokusie wyczerpującego opisu.
Jednak, mimo tych wad w „Werbunku” jest ukryta wartość, która pod pewnymi względami każe mi książkę tę przedkładać nawet ponad wspomniane wcześniej „Montaż” i „Carskie sieroty”.
To potężne świadectwo ewangelicznej siły, ukryte w werbunku, brawurowa analiza procesu nawrócenia – i nagle wraca do mnie, jak melodia czepliwej piosenki, krótki refren – „chrześcijaństwo to transgresja”.

Szacki, Kontrrewolucyjne paradoksy, ponownie. Paweł Ćwikła w swojej świetnej książce – doktoracie o Januszu Zajdlu, pod tytułem „Boksowanie świata”, dziękował naszemu wspólnemu przyjacielowi „za uświadomienie, że esej może być równie dobrą formą wypowiedzi naukowej”. K., który jest adresatem tych podziękowań zapewne dowiedział się tego właśnie z książki Szackiego. Rzecz jest nie tylko napisana świetnie, nie tylko jest zwięzła, ale przede wszystkim, nie ma w niej ani jednego zbędnego zdania, tak bardzo jest nasycona treścią. Książeczka ta ostatni raz wydana była ponad czterdzieści lat temu – koniecznie należałoby ją wznowić, bo gdyby nie K., skazany byłbym na lekturę wyłącznie w bibliotecznej czytelni.

Poza tym, to co zwykle, Jünger na zmianę z Máraim, łyki świeżego powietrza w ponowoczesnym świecie, tonącym w acedycznej apatii.
Z profesjonalnej konieczności. ipeenowskie świstki trzy razy kserowane, Archiwum Mitrochina, Mackiewicza „Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy”, „The hidden hand” Aldricha i temu podobne.

Wpisane w Inne | Komentarze są wyłączone Więcej »
Wyznania prowincjusza
Wpisane 01:59, 18 Styczeń 2007 przez Szczepan Twardoch

Jestem prowincjuszem, przynajmniej tak bardzo, jak bardzo Márai był patrycjuszem. W poszukiwaniu argumentów na potwierdzenie tej tezy przejechałem kawałek świata, byłem nawet w metropolii i niedaleko bieguna północnego; wszędzie tam, cały świat mówił mi: jesteś prowincjuszem.

Po pierwsze, jestem prowincjuszem, ponieważ jestem Europejczykiem. Europa jest prowincją, tak jak prowincją stał się świat grecki po bitwie na wzgórzach Kynoskefalaj – naszą Kynoskefalaj były lasy Ardenów, gdzie w śniegu klęską zakończyła się ostatnia ofensywa sił Zjednoczonej Europy. I tak jak z padającymi pod rzymskim mieczem, macedońskimi sarissoforoi upadł świat królestw hellenistycznych, tak kolejne PzKpfW VI Tiger, podpalane z powietrza przez amerykańskie myśliwce bombardujące, znaczyły upadek Europy jako skłóconej wewnętrznie (a czyż hellenistyczne królestwa nie walczyły ze sobą?), lecz niewątpliwie wiodącej siły w skali globu. Ciągnący przez cały XIX i XX wiek do Ameryki emigranci byli więc masowym Eneaszem, który, uciekając z Troi, założył Rzym. Prowincjonalizm Europy, do której przynależny czuję się nie ze względu na gwiazdki na tablicach rejestracyjnych naszych samochodów, lecz raczej przez przynależność do ongiś wielkiej, a dziś już martwej cywilizacji łacińskiej, jest więc pierwszym z moich prowincjonalizmów.

Czytaj dalej »

Wpisane w Opcje | 2 Komentarzy Więcej »
  • Najnowsze wpisy

    • Święci
    • Historiozofia dla trzylatków
    • Cytat na dziś XIII
    • Różności, zapowiedzi
    • Krótko mówiąc IV
  • Najnowsze komentarze

    • Szczepan Twardoch o Cytat na dziś XIII
    • Szczepan Twardoch o Historiozofia dla trzylatków
    • Szczepan Twardoch o Święci
    • Il Federale o Święci
    • Studyta o Historiozofia dla trzylatków
    • WP o Historiozofia dla trzylatków
    • Piotr o Cytat na dziś XIII
    • Ignac o Historiozofia dla trzylatków
  • Tagi

    Śląsk Ślůnsk ślůnsko godka Arcana broń Broń i Amunicja Chateaubriand Christianitas chrześcijaństwo Cioran Czas Fantastyki dukaj Ernst Jünger felieton fiderkiewicz film Fronda Jünger język śląski kaczyński kino kościół konkurs literatura lustracja Márai Mackiewicz Michalski michnik Militaria opowiadanie orbitowski podróże polityka powieść Przemienienie Rosja Sándor Márai Spitsbergen spotkanie sternberg Tocqueville twardoch zabawy z bronią zimne wybrzeża
  • Kategorie

    • Arcana (4)
    • Broń i Amunicja (15)
    • Christianitas (5)
    • Cytat na dziś (12)
    • Czas Fantastyki (6)
    • FA-Art (1)
    • Fronda (6)
    • Gazeta Polska (2)
    • Informacyjne (73)
    • Inne (148)
    • Krótko mówiąc (3)
    • ś.p. Życie (1)
    • Militaria (13)
    • Niepublikowane (11)
    • onet.pl (2)
    • Opcje (4)
    • Pů našymu (6)
    • Wszystko jest literaturą (21)
    • Z papieru (2)
  • Archiwa

    • Wrzesień 2010 (1)
    • Sierpień 2010 (2)
    • Lipiec 2010 (3)
    • Czerwiec 2010 (5)
    • Maj 2010 (6)
    • Kwiecień 2010 (2)
    • Marzec 2010 (1)
    • Luty 2010 (1)
    • Grudzień 2009 (2)
    • Listopad 2009 (3)
    • Październik 2009 (4)
    • Wrzesień 2009 (5)
    • Sierpień 2009 (1)
    • Lipiec 2009 (6)
    • Czerwiec 2009 (3)
    • Maj 2009 (9)
    • Kwiecień 2009 (3)
    • Marzec 2009 (9)
    • Luty 2009 (5)
    • Styczeń 2009 (3)
    • Grudzień 2008 (3)
    • Listopad 2008 (5)
    • Październik 2008 (6)
    • Wrzesień 2008 (3)
    • Sierpień 2008 (5)
    • Lipiec 2008 (6)
    • Czerwiec 2008 (5)
    • Maj 2008 (4)
    • Kwiecień 2008 (6)
    • Marzec 2008 (7)
    • Luty 2008 (2)
    • Styczeń 2008 (4)
    • Grudzień 2007 (1)
    • Listopad 2007 (3)
    • Październik 2007 (7)
    • Wrzesień 2007 (11)
    • Sierpień 2007 (12)
    • Lipiec 2007 (10)
    • Czerwiec 2007 (10)
    • Maj 2007 (8)
    • Kwiecień 2007 (13)
    • Marzec 2007 (13)
    • Luty 2007 (8)
    • Styczeń 2007 (15)
    • Grudzień 2006 (11)
    • Listopad 2006 (9)
    • Październik 2006 (23)
    • Wrzesień 2006 (24)
  • Kalendarz

    Wrzesień 2010
    P W Ś C P S N
    « sie    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    27282930  
  • Translator

    Polish flagEnglish flagGerman flagFrench flagRussian flagCzech flagHungarian flag 
  • Na facebooku

  • Książki



  • Tak

  • Czytam

    • A. & Ł. Oleksakowie
    • Alfy, Lancie i ciężarówki
    • Anarcha, czyli Dante
    • Andrzej Solak
    • Esthel
    • Felietony Krzyśka Łęckiego
    • Funky Dieter
    • Jacek Dukaj
    • Koty Orbitowskiego
    • Kronika Novus Ordo
    • Ślůnzok ze Aldrajchu
    • Łukasz Orbitowski
    • M&M Kryjakowie – fotografia
    • Maciej Gnyszka
    • Miłośnik Ezry Pounda
    • Okiem Studyty
    • Paweł Milcarek
    • Przemek Bociąga
    • S.Michalkiewicz
    • Slavoi – Próbki
    • Tomasz Gabiś
    • Urbaniuk robi zdjęcia
    • Wojtek Wencel
    • x. Isakowicz-Zaleski
  • Łamy

    • 44
    • Arcana
    • Broń i Amunicja
    • Christianitas
    • Czas Fantastyki
    • FA-Art
    • fronda.pl
    • lampa
    • Nowa Fantastyka
    • Opcje
    • SFFH
  • Teksty

    • Babilon i mimesis
    • Jak nie zostałem Polakiem – narodowość jako akt woli.
    • Konserwatyzm jako klęska
    • Lampart na marmurowej skale
    • Pusty stryczek. O „Wieszaniu” Rymkiewicza.
    • Rozpacz, chrześcijaństwo i konserwatyzm
    • Umieranie Sándora Máraiego
  • twardoch.pl

    • Agata, żona
    • Dziennik 2004-2005
    • Ewa, siostra – w Maroku
    • Fechtunek
    • Podróże małe i duże
  • Meta

    • Zaloguj się
    • Kanał RSS z wpisami
    • Kanał RSS z komentarzami
    • WordPress.org
  • Spam Blocked

    3 282 komentarzy będących spamem odrzucone przez
    Akismeta
  • Wishful thinking


    My blog is worth $12,984.42.
    How much is your blog worth?

Copyright © by Szczepan Twardoch 2010. Strona chodzi na Wordpressie. Skórka: AskGraphics.