Cytat na dziś XVIII

Pisarz, który nie potrafi się zmobilizować do napisania powieści (tłumaczenie Valéry’ego, że nie był w stanie napisać zdania typu: „o piątej po południu hrabina opuściła pałac i udała się do miasta”, a bez takiego zdania nie ma powieści!), jest podejrzany, jak zalotnik, któremu wystarczają pocałunki i nie chce niczego więcej. Może dlatego nie chce więcej, bo nie może? Goethe słusznie sądził, że „od całowania się nikt jeszcze nie miał dziecka”. Esej, monografia, te wszystkie stylizowane na literaturę hybrydy gatunkowe to ociąganie się przed podjęciem wysiłku związanego z napisaniem powieści, bo to już nie zaloty, lecz Akt.

Sándor Márai, „Dzienniki”, 1965.

Varia

Otwarłem butelkę bardzo przyzwoitego, fioletowego saperavi, i zaprawdę rację ma W.S., kiedy twierdzi, że jakoś istotowo różni się ono od wszystkich innych czerwonych win. To moje z gruzińskiego wina ma tylko szczep i najszerzej pojęty terroir, winifikowane jest po europejsku i mniej ma charakteru niż takie fermentowane po gruzińsku, mętne, z glinianej kvevry – charakteru mniej, ale za to jest przyjemniejsze, z ludźmi też tak czasem bywa, więc możemy się polubić, ale się nie zaprzyjaźnimy. A otwarłem, bo pomyślałem, że może napiszę coś o Gruzji, ale tak naprawdę, cóż mnie obchodzi Gruzja, skoro nic o niej nie wiem, bo ile się można dowiedzieć tłukąc się terenówką po jej bezdrożach? Wiele lub nic, a ja wybrałem, że nie dowiem się niczego. Wypluł mnie tamten kraj, nie chciał mnie. Więc nie będę pisał o Gruzji, nie dziś.

Zastanawiam się, dlaczego z ważnych dla mnie pisarzy najbliższy jest mi Márai. Nie wiem, czy najważniejszy, ale na pewno najbliższy. I pewnie jednak najważniejszy. Może to przez to, że Jünger był żołnierzem, Lampedusa arystokratą a Cioran szaleńcem, zaś Márai był po prostu zawodowym pisarzem i tyle. Może to przez Europę Środkową: świat Máraiego nie jest moim światem, ale jest dla mnie czytelny, a cóż mogę wiedzieć o okopach, Sycylii albo byciu synem popa?
Ale może to dlatego, że Márai czytał Jüngera i Lampedusę (nie wiem jak z Cioranem), a nie sądzę, aby Jünger czy Lampedusa czytali Máraiego. Chociaż może i czytali, piękne jest to zdjęcie, gdzie ściskają sobie dłonie Márai z Mannem. Ale nie sądzę,
A może dlatego, że za każdym razem, kiedy wracam do „Dziennika” zadaję sobie to głupie przecież pytanie: po co mi czytać inne książki, skoro z żadną inną tak naprawdę nie mam ochoty obcować, nawet z „Promieniowaniami”, skoro „Dziennik” to jedyna książka, przy której mógłbym płakać, gdybym sobie na to pozwolił. I skoro nigdzie indziej nie znajduję ukojenia: chociaż nie w wizji przecież, nie w spojrzeniu na świat oczami tego smutnego świadka entropii, ale w świadomości, że tak wspaniale można być człowiekiem, tak wzniośle można być pisarzem, tak pogardliwie można być znikąd (bo z Kassy) i zewsząd (bo na emigracji) jednocześnie i można tym człowiekiem pozostać do samego dumnego, wściekłego końca. I ten starczy noetyczny wgląd: „Możliwe, że w istnieniu jest jakieś szaleństwo.” Był mądrzejszy od Ciorana, bo mniej efektowny.

A na drugim biegunie, a może na całkiem innej planecie: Iwaszkiewicz, którego dzienniki od roku czytam w zasadzie cały czas, nieustannie, bardzo małymi dawkami (inaczej się nie da), jednocześnie z odrazą i fascynacją. Z odrazą, bo to jednak żałosny megaloman – te „skromne” referowanie listów, w których piszą mu pochlebcy, że to skandal, że mu Nobla w tym a tym roku nie dali, tęsknienie do królowej belgiskiej per „Elżunia”. I to przecież jednak głupiec (te analizy polityczne, aż oczy szczypią!), kabotyn, ale kiedy czytam o wielkiej miłości do Jurka Błeszczyńskiego i tegoż umieraniu i pustce po śmierci, to wyziera z tego cała wspaniała wrażliwość pisarza obdarzonego ogromnym talentem, kto wie, czy nie większym, niż talent ściśle literacki Máraiego. Ale może jednak nie. Ale to nie przez swój talent, lecz przez swoją małość Iwaszkiewicz również wydaje mi się bliski, swojski: jak kumpel, spowiadający się przy wódce z małych grzeszków i śmieszności.

A czym jest w ogóle talent literacki? Chyba umiejętnością świadomego, skupionego przeżywania tego, co się właśnie przeżywa, skupieniem na tym, jak przyszłość staje się przeszłością; sądzę, że tylko z takiego doświadczenia rodzi się literatura.

Ciało

Uświadamianie sobie ciała jest jak podróż. Moje przynajmniej; nie wiem jak u innych mężczyzn, a pewien jestem, że kobiety uświadamiają sobie własne ciało w jakiś zupełnie odmienny sposób, właściwy dalekiemu i dziwnemu światu, w jakim żyją. Chciałbym to kobiece doświadczenie ciała zrozumieć, interesuje mnie, chociażby ze względów literackich, ale nie wiem, czy to jest to w ogóle przetłumaczalne.

***

Márai pisze, że człowiek jest w dziwny sposób spóźniony wobec własnego ciała. I tak właśnie jest: dzieci w ciałach młodzieńców, chłopcy o ciałach męskich i mężczyźni w ciałach starców. Oraz kategoria osobna, trupy w ciałach żywych, ale o trupach nie ma co pisać, bo to trupy i to na dodatek najczęściej zamrożone, nie ma w nich nawet dynamiki rozkładu.

***

Kiedyś byłem tylko ciałem, jak każde niemowlę, ale tego nie pamiętam, nie mogę pamiętać i najwcześniejsze wspomnienia, które teraz przylepiam jakoś do tego białowłosego, bardzo chudego chłopca ze zdjęć, podobnego jak dwie krople wody do mojego syna, są bezcielesne. Dzieci noszą swoje ciała tak, jak nosi się spodnie.

Ciało dziecka jest medium: niesie je, dziecko się tym ciałem interesuje (mój syn odkrywający z zachwytem, że strużką moczu kreślić można wzory na śniegu!), ale tak samo, jak interesuje się światem dookoła: kamieniem, zdechłym kotem czy klockami lego. Ciało dziecka wydaje się być dla niego światem najbliższym, ale nie należącym doń. Mój syn mówi wciąż: boli mnie MOJA ręka, założyłem buta na MOJĄ nogę, podrap mnie po MOICH pleckach. Tak samo jak mówi – napraw mi MÓJ samochód. I ten zaimek dzierżawczy paradoksalnie podkreśla, że ciałko własne postrzega jako coś od siebie samego odrębnego, skoro czuje potrzebę zaimkowego uściślenia o czyją rękę czy nogę chodzi. Coś, co jest moje, nie jest mną.

***

A swoją drogą, jakie znaczenie ma to, że zaimki, który po polsku określamy dzierżawczymi, we wszystkich innych zwą się „posiadawczymi”, z łacińskich „pronomina possessiva”? Czy to w ogóle może mieć jakiekolwiek znaczenie? Czyżbyśmy po polsku jedynie dzierżawili słowa, zamiast je posiadać?
Ale pewnie nie ma to żadnego znaczenia, może jakiemuś kryjącemu się w mrokach dziejów herosowi polszczenia nazewnictwa gramatycznego ta „posiadawczość” wydała się nadto wulgarna, bo i skojarzenie z posiadywaniem, a więc z pośladkami, niegodne skojarzenie, bez łacińskiej podniosłości, więc wstawił słowo dzierżące, uroczyste jak samodzierżca.
A ja po prostu poddaję się trochę temu szaleństwu, jakim jest poszukiwanie znaków w świecie, mowy drzew, tajemniczego kodu pęknięć na asfalcie i eposów zapisanych cirrusami.

No i oczywiście mojego syna używania zaimka dzierżawczego tak samo może nie mieć żadnego znaczenia, przecież nic w ogóle nie wiem o dzieciach i w zasadzie wcale mnie nie interesują tajemnice szczęśliwie już prawie zapomnianego dzieciństwa, dziecko wydaje mi się czekaniem i potencjalnością i jeśli coś mnie w dziecięctwie zachwyca, to właśnie ta potencjalność, to związanie w malutkim byciu wachlarza możliwości, pełne spektrum przyszłych klęsk, porażek i rozczarowań do wyboru, nie interesuje mnie jednak dzieciństwo jako takie.

***

Pierwszym przystankiem na drodze uświadamiania sobie własnego ciała były narodziny pożądania. Nie mam pojęcia, ile miałem wtedy lat, na pewno byłem jeszcze dzieckiem, wraz z pożądaniem rodziła się jego sublimacja, skłonność do wpatrywania się w te odległe, dziwaczne istoty ze świata innego. Zaczynały im wtedy kiełkować piersi, może pod ciężarem tych naszych niezrozumiałych jeszcze wtedy spojrzeń, może tymi spojrzeniami się syciły?
Równie niemądrze własne ciało rozumiałem wtedy, jak niemądre były moje – chociaż dzielone z kolegami, więc raczej „nasze”, nie „moje” – dociekania na temat ciał kobiecych. Były to czasy preinternetowe, w których pisemko pornograficzne było dobrem rzadkim, zazdrośnie strzeżonym przez starszych chłopców, od których łatwo dostać można było w nos, więc ciało kobiety było nie tylko oczekiwaniem, ale również tajemnicą. Przeżyciem pokoleniowym dla nas, dla mnie i moich rówieśników była chyba ukradkowa lektura „Sztuki kochania” Michaliny Wisłockiej, której ilustracje czarną kreską medycznej dosłowności nie tłumaczyły jednak niczego, a już na pewno nie dawały nam odpowiedzi na pytania o źródła tej tajemniczej fascynacji.
Ciała dziewcząt były więc dla nas tajemnicą na paru poziomach, spieraliśmy się co do architektury różnych szczegółów kobiecej anatomii, były też tajemnicą, bo przecież nie rozumieliśmy i dziwiliśmy się własnemu tymi ciałami zainteresowaniu.
Było też dla nas tajemnicą nie tylko to, w jaki dokładnie sposób dochodzi do tego szczególnego aktu, o którym pojęcie mieliśmy raczej odległe, ale przede wszystkim, jakim cudem, jak to się dzieje, że te wyniosłe, odległe stworzenia pozwalają podobno potem robić ze sobą takie rzeczy, komuś takiemu jak my, czy prawie jak my, jak my bez patykowatych rąk i piegowatych twarzy. Pozwalają na to komuś kim się prawdopodobnie kiedyś staniemy, chociaż kiedy miało się lat trzynaście, to przecież nie dało się w to uwierzyć, w tę przemianę, do której kiedyś podobno dojdzie.

Dziś, jak mi się wydaje, ciała kobiet tajemnicą już nie są nawet dla dziesięciolatków, bo podaż pornografii sprawia, że stają się już jedynie oczekiwaniem – i to oczekiwaniem na taką kobiecość, której poza planem filmów pornograficznych nie ma. W tym sensie mądra wydaje mi się akcja amerykańskiej feministki, która „na podstawie własnych doświadczeń ze spotkań z dwudziestolatkami” założyła stronę Make love, not porn, gdzie z cierpliwością Syzyfa i wulgarną otwartością libertynki (takie decorum rozmowy o erotyce, cóż zrobić) tłumaczy pryszczatym onanistom, jak „to” naprawdę wygląda. Bo przecież pornografia tyle ma wspólnego z życiem erotycznym, co cała popkultura z życiem w ogóle, czyli z jednej strony bardzo dużo, bo tam rozgrywa się życia naszego mitologia, ale z drugiej, w tym przypadku ważniejszej właśnie nic, tyle ma wspólnego co Joker z „Batmana” z prawdziwymi bandytami.
Ale, znowu, świat dzisiejszych dwunastolatków jest światem mi tak obcym, że więcej pewnie miałbym do powiedzenia o Kwakiutlach, o których nie mam do powiedzenia wiele. Więc to tylko takie luźne podejrzenia, może jest zupełnie inaczej.

Potem zaś, w tych wszystkich niesłychanych cudownościach młodzieńczości czas wyjaśnił tajemnice, zaspokoił frustracje, zakończył oczekiwanie i libido, chociaż bez wątpienia potężniejsze przecież niż w schyłkowym dzieciństwie i zajmujące o wiele ważniejsze miejsce w życiu, straciło swoje centralne położenie dla cielesnej świadomości.

I o ciele na dziesięć lat zapomniałem. I chyba znów nie miałem ciała, żyłem sobie spokojnie, jak powiedział Stasiuk w fajnym wywiadzie: „będąc nieco grubym”, aż ciało zaczęło o sobie przypominać w zupełnie inny sposób: na przykład przez więzadło w kolanie zerwane przy zsiadaniu z konia, a szczególnie przez widok tegoż kolana składającego się w złą stronę. Potem pierwsze rendez-vous z astmą. Potem przykra konstatacja, że kilka pięter to problem. Nieduży, ale problem i pot cieknie po plecach.
Więc, nie przestawiwszy się bynajmniej na „zdrowy tryb życia”, nie odmawiając sobie wszelakich nadużywek, a nawet wzmagając ich spożycie celem zrekompensowania sobie innych przykrości, w wieku lat trzydziestu odkryłem aktywność fizyczną, którą od zawsze raczej pogardzałem, bo, jak mówi kelner Sindbadowi: „Młodzi ludzie uprawiają sporty, chodzą na pływalnię, zjeżdżają na nartach i oddają się podobnym, rzekomo zdrowym, ale jednak podejrzanym czynnościom. Ale my obaj, panie Sindbardzie (…), wiemy przecież, że dla młodych poetów jednym zdrowym zajęciem jest literatura i kawiarnia.”

A teraz  z niemałym zdziwieniem odkrywam ciało na nowo: np. mogę przebiec pięć i siedem kilometrów, co kiedyś wydawało mi się całkowicie nieprawdopodobne, bo gdybym powiedział, że nigdy wcześniej nie biegałem, to skłamałbym: przez dobre dziesięć lat nigdy nawet nie biegłem.
A teraz jakaś wściekła, radosna ekstaza ciała rozgrzanego jak silnik samochodu, po tych pięciu kilometrach, tempem zdecydowanie powolnym, pół godziny mi na te pięć kilometrów potrzeba, ale jednak ciało rozgrzane w sposób nowy, obcy, cudowny, a potem radosne zdziwienie, że boleć mogą mięśnie, których istnienia kiedyś nawet nie podejrzewałem.

Jest coś niezwykle pociągającego w takim odgrodzeniu od świata: czarną nocą, czarnymi polami, po mokrej, gruntowej drodze, od świata izoluje mnie ciemność, tylko w dole migają jasne plamy butów, więc ciemność i bardzo głośna muzyka, rytm zsynchronizowany z rytmem kroków, od myśli i własnego mózgu izoluje mnie puls, oddech i rwące mięśnie, więc po prostu żadnych myśli, tylko świadomość ciała, oddechu, pulsu, skurczu w łydce, ukłucia w plecach, skurczu przepony, nic poza tym, nie ma mnie, cieszyłbym się, że na chwilę zniknąłem, ale się nie cieszę, bo zniknąłem i mnie nie ma, więc kto miałby się cieszyć?

Są to oczywiście odkrycia i entuzjazm zupełnie anachroniczne, bo normalni ludzie odkrywają takie rzeczy w wieku lat piętnastu ganiając za piłką na boisku, cóż poradzę na to, że jestem pod tym względem niedorozwinięty i opóźniony?

***

Wczoraj zaś przy bieganiu jednak trochę myślałem, zanim gruczoły wpuściły do krwi swoje świństwa. Słuchałem „Killing in the name of” Rage Against The Machine, i  jest to oczywiście staroć, ale taki, że jednak wolałoby się palić komitety, niż zakładać własne. I ten stary, lewacki klasyk z tą cudowną ścianą basu w połączeniu z rozgrzaniem ciała w biegu nagle uświadomił mi, że mógłbym przyłączyć się do każdej prawie rewolucji, byle była piękna wzorem ognia i barykad, ale w żadnej nie mógłbym się rozpuścić, w żadnej nie mógłbym siebie zatracić, w żadnej sprawie nie mógłbym siebie odnaleźć.

***

A co będzie dalej z ciałem i moją podróżą? Nie wiem, ale podejrzewam, że fizyczne uświadomienie sobie własnej śmiertelności. Bo co innego chyba wiedzieć o własnej śmierci i raczej się jej nie obawiać, a co innego się z nią przywitać.

Idiota

Palinko, palinko, przecież spływając w dół pustego brzucha nie zmienisz mnie w kogoś kim nie jestem! Przecież nie jestem Sindbadem, nie chcę być Sindbadem, węgierski pisarz – taki Maraiokrudomoricz – interesuje mnie o tyle, o ile jest pisarzem w sposób bardzo interesujący, wszyscy oni, jednocześnie prości i wyrafinowani, jednocześnie prostaccy i dandysowcy, jednocześnie bardzo mądrzy i bardzo naiwni, inni niż polscy pisarze, weselsi niż polscy pisarze i smutniejsi jednocześnie. Gwiżdżący na wszystko i jednocześnie skłonni pojedynkować się, bo ktoś rzucił straszliwą potwarz, mówiąc, że psychologia postaci u Jókaiego nie jest mocna.

I Ł.O. sobie z tego zainteresowania mojego żartuje i słusznie, bo od takich i pięćset razy mocniejszych żartów i od prawdy są przyjaciele, więc Ł.O., kiedy chce mi dokuczyć, nazywa mnie „Szandorkiem”, a teraz pyta – „no i jak ci w mateczniku, Szandorku?”. I słusznie drwi, nie należy za dużo czytać jednego pisarza, można sobie znudzić smak do literatury.

Ale to jednak nieprawda, nie próbuję przecież udawać, że mój świat w czymkolwiek przypomina tamten świat triumfującej burżuazji, już zostawmy węgierską, ale burżuazji w ogóle i w zasadzie nie tęsknię przecież nawet za tamtym światem, bo, na Boga, mógłbym może wyrwać się z podziemnej niewoli, jak wyrwali się z pokoleniowej konieczności Korfanty czy paru innych, ale czy raczej nie zostałbym kimś w rodzaju Ociepki, tyle, że bez Ociepki talentu i szaleństwa? Jeśli w ogóle, jeśli burżuazyjny świat nie przytrzymałby mnie żelazną ręką tam, gdzie się w nim powinienem narodzić, w schludnych kuchniach i antryjach domów z cegły czerwonej, z błękitem haftowanymi makatkami na ścianach, tam powinienem żyć, w dumnym niewolnictwie szychy i szoli i bractwa hajerów i tam umrzeć, w czarnym jelicie ziemi.

Więc nie, nie tęsknię. I nie próbuję udawać kogoś, kim nie jestem. Lubię tych wszystkich martwych Węgrów bardzo, stanowią maleńki wyjątek w mojej sprawiedliwej, powszechnej mizantropii podlanej śląskim resentymentem, najżałośniejszą z ksenofobii, przy której trwam bohatersko, tak, jak głupie kobiety trwają przy złych mężczyznach, w kłótniach o zupę tracąc kolejne zęby.

A teraz wypiłem dobrej palinki, na żołądek pusty i spragniony, spłynęła i rozpaliła mi wnętrzności i zjadłem zupę gulaszową, szczęśliwie w niczym nie przypominająca tej szarej brei ze złej wołowiny, która oblepia i dusi polskie kartofle. I czekam na danie główne, czekam cierpliwie przy drugim piwie, druga palinka czeka na mnie, nie mam dzisiaj ochoty na wino, do gulaszowej zjadłem pół bochenka chleba, diabli niech wezmą dobre nawyki żywieniowe, z takim poświęceniem wypracowane i utrwalone, diabli niech je wezmą przynajmniej dzisiaj.

Diabli niech wezmą wszystko, bo nie jestem Sindbadem, ale dzisiaj dzień spędziłem samotnie, jakbym szedł, niewidzialny, jego śladami, to znaczy nie samego Krúdy’ego, oczywiście, ani Máraiego, ale węgierskich pisarzy w ogóle, jakbym ich prześladował moim niezdrowym zainteresowaniem, to znaczy rano z bólem serca próbowałem pisać i nie pisało się, więc zjadłem hotelowe śniadanie, po którym pobiegłem natychmiast do recepcji i odwołałem hotelowe śniadania na dni kolejne, a potem wyszedłem w zimowy Budapeszt, jakiego nie znałem wcześniej, Budapeszt pusty, zimny i biedny i poszedłem do Centrál Kávéház, który udaje ten Central, w którym zbierali się pisarze pokolenia Nyugatu, mistrzowie Máraiego i nauczyciele.

Udaje, jak sądzę, udatnie: tanie secesje, niby marmurowe stoliki, brąz, bordo i złoto, dobra kawa, raczej na wiedeńską modłę, więc oczywiście, żadnego latte, tylko kapuziner i siedzę sobie w kącie i w krawacie ulubionym i wełnianym, piję kawę i przywołuję tych Węgrów, których węgierskość w zasadzie wcale mnie nie obchodzi, bo interesuje mnie raczej ich europejskość, specjalna, odrębna europejskość, a dlaczego mnie interesuje – nie wiem.

Potem praca, w końcu jestem tu w pracy, trochę użalania się nad sobą, bo w końcu siebie nie zostawiłem w domu, żeby się nad sobą nie użalać, a potem zabieram „Zazdrosnych” Máraiego, idę do Hotelu Gellért, a jakże, do term.

A w termach wiszę w wodzie o temperaturze ludzkiego ciała, potem do łaźni parowej, potem znowu 36 stopni, potem znowu parówka i czytam o tym, jak Péter Garren rozstaje się ze swoją La, ze swoją kochanką o czystym sercu.

Bardzo to zmysłowe wszystko, jak na Máraiego, naprawdę wzruszające i naprawdę smutne, jak smutny jest Péter Garren, bezradnie rozpleciony miedzy kochanką, która ginie w płomieniach, a żoną, która żyje i którą Garren kocha, ale opuszcza, jadąc do ojca, który umarł. Ale brzmiało inaczej, niż można by się spodziewać, inaczej, bo czytałem otoczony przez nagich starców, w fartuszkach zakrywających krocze lecz odsłaniających nagie, starcze pośladki, albo i bez tych fartuszków. A byli to starcy niedołężni, ledwie powłóczący nogami, starcy o białych ciałach, ręce drżały, wspomnienie po tych wszystkich niepotrzebnych czynnościach, jakim się w życiu oddajemy. Powoli, ostrożnie wkraczali do ciepłej wody, jaka ulga, kiedy woda wspiera i wreszcie unosi ich starcze ciała, które nie chcą się już nieść same, starcy zanurzeni aż po drżące żuchwy,  na zielonej wodzie kręgi od tych drżeń.

Byli tam starcy nie tak jeszcze starzy, lecz ci, którym rak wydarł wszystkie włosy z ciała, żadnych brwi, żadnych włosów łonowych, pomarszczone, smutne niemowlęta lękliwie szukające zdrowia w ciepłej wodzie i nie znajdą go, nie ma w tych ciałach już miejsca na zdrowie.

Byli tam też młodzieńcy, mężczyźni w średnim wieku, mężczyźni podstarzali, wreszcie mężczyźni bez wieku wypisanego w ciele, tacy, którzy mogą mieć równie dobrze trzydzieści jak i pięćdziesiąt lat. Byli więc mężczyźni o pięknych ciałach wojowników, klatki piersiowe wysklepione łukami potężnych żeber, nie hodowlanych mięśni, byli sportowcy o sztucznych ciałach sportowców, byli młodzieńcy o pajęczych kończynach i zapadłych piersiach, byli tłuści i tłustawi i otyli, byli starcy wspominający swoje minione piękno i starcy szczęśliwi z egalitarnej brzydoty starości. Wszyscy spokojni, nadzy, cisi, skupieni na sobie, nawet jeśli w towarzystwie, wszyscy unoszą się w ciepłej wodzie jak uroczyste meduzy, kontemplują palce własnych stóp.

Był wreszcie wspaniały masażysta, gargantuiczny grubas o obwisłych oczach basseta i kącikach ust ściągniętych w dół na równi grawitacją jak i spokojną pogardą dla takich jak ja: po co mówisz do mnie po angielsku, zagraniczny idioto, skąd w ogóle pomysł taki? Co cię tutaj przyniosło, człowieku nieprawdziwy, po coś tu przyszedł z tym swoim płaszczykiem, szalikiem i torbą i głupią mordą zadowolonego z siebie kretyna? A ja, idiota, uśmiecham się uśmiechem dla kasjerek i coś paplam głupio o ręcznikach i szlafrokach a ten wspaniały, dwustukilowy człowiek łysy na głowie i włochaty wszędzie indziej patrzy na mnie, owinięty jest ręcznikiem poniżej wielkiego brzucha, kudły mokre, policzki ściągają mu powieki nisko w dól, patrzy na mnie, z tłustą cierpliwością czeka obojętnie aż skończę i wskazuje ręką na górę, czerwone półksiężyce pod gałkami ocznymi, wskazuje ręką na górę, gdzie przebieralnie i mówi coś po węgiersku. Wyobrażam sobie, co może do mnie mówić, wiem, że ma przecież rację, po co tu w ogóle przyszedłem, czy to dla mnie termy, czy wyobrażam sobie, że za cztery tysiące forintów mogę sobie kupić prawo do bycia tutaj, tak jak kupiłem prawo do wejścia? Wejść mogę, niech se wchodzę, ale być? Być – to mnie tutaj wcale nie ma. Wiem, że ma rację; zgadzam się z jego niechęcią, podzielam jego niechęć do takich jak ja, przeprosiłbym za to, że przyszedłem, gdybym tylko potrafił, ale nie potrafię, więc posłusznie idę na górę, rozbieram się i dalej posłusznie postępuję za wskazaniami i rozkazami ponurych i troskliwych łaziebnych, potem moczę się w wodzie i pocę w łaźni, potem nie umiem znaleźć boksu, w którym zostawiłem ubrania, wiadomo, idiota, jak się okazuje, numerek, który noszę na ręce wcale nie odpowiada numerkowi na kabinie, numerek na kabinie powinienem zapamiętać sam, a numerek który noszę na ręce, to tylko dowód, że nie przyszedłem tutaj nago, łaziebny, inny, mały i brodaty, gdera coś do mnie cierpliwie i cicho, otwiera po kolei szafki, czy te ubranie twoje? Nie moje. A czy te twoje? Nie moje.

A może powinienem powiedzieć, że moje, włożyć inne spodnie, inną kurtkę, otworzyć inny portfel, wszystko za ciasne albo za duże, i wyjść innym życiem, sprawdzić adres w portfelu i wrócić do domu Gyuli, Attili czy innego Istvána, w kurtce Gyuli objawić się jego żonie i dzieciom, albo starej matce i czekać, aż mnie zabiorą na komisariat, wściekły Gyula już dzwoni do domu, już wiedzą, więc nie zamordowałem, tylko ukradłem ubranie, więc z komisariatu gdzie, do czubków od razu? A ja nic, ani słowa przecież nie rozumiem, mógłbym tylko bez końca powtarzać jakiś prosty ciąg liczb, może pin do karty, albo pesel? Albo raczej uśmiechać się ciepło i cierpliwie, idiota życzliwy swoim oprawcom. W końcu znaleźliby moje ubrania i dokumenty i co mieliby zrobić z takim szaleńcem świętym i głupim? Przecież mnie nie utopią w Dunaju.

A może stara matka Gyuli niedowidzi, sadza mnie przy stole, coś ty taki milczący Gyula, masz herbaty, Gyula, zmężniałeś Gyula, albo schudłeś, powiedziałbyś coś, Gyula, chleba masz, jedz, Gyula, ze smalcem i papryką i z cebulą, jak lubisz, Gyula, dla ciebie trzymam, patrz, co się z twoją starą matką stało, Gyula, nie odwiedzasz mnie już, a ta twoja, co z nią? A dzieci? A na tym zdjęciu, widzisz, Gyula, jak z tatą na Wyspie Małgorzaty? Widzisz…? Taki byłeś, maleńki taki, a teraz co, Gyula, co?

A czy te ubrania twoje, pyta łaziebny? Chyba, że nie pyta, tylko proponuje, żebym sobie coś gdzieś tam wsadził, czy jak tam Węgrzy złorzeczą. Ale ubrania moje. No, to odziej się, smutny idioto w ręczniku, skąd cię tam cholera przywiała, i idź, idź, opowiedz swoim, jak było w łaźniach w Hotelu Gellért , boś i tak nic nie zrozumiał, boś i tak nic nie skorzystał, tylkoś siedział, kretynie, w ciepłej wodzie, i co?

I nic.

Ale jednak coś. Bo to starcy właśnie i kochanka Pétera Garrena, jej ciało i ich ciała, one właśnie w zgodnym unisono mówią mi o człowieku coś, czego wcześniej nie wiedziałem. A między nimi ja, ciężki, moja głowa nad wodą i dłonie, moja głowa, a w głowie nieustający huk tysięcy obrabiarek, nie milknie, chyba, że się upiję na sztywno, ale na trzeźwo i na rauszu lekkim i na mocniejszym nawet to jak w fabrycznej hali, tysiąc tokarek, tysiąc frezarek, młoty parowe i słowa i nici między słowami, zdania, twarze, pytanie, wszystko na raz, głowa mi pulsuje, od kiedy pamiętam. I spokój jest pozorny, spokój jest nieprawdziwy. Kiedy milczę, głowa mi wzbiera.

A teraz milczę i nawet huk w mojej głowie milknie na moment i mówią mi ciała coś, o czym wcześniej nigdy nie słyszałem, starcy i ta piękna, zmysłowa dziewczyna z papieru, wcale nie mniej prawdziwa od starców z ciał, ich koniunkcja, ona razem z nimi, oni razem z nią, oni na jej tle i ona na tle ich, szepczą mi niewidzialnemu, schowanego pod wodą i za książką, szepczą mi: ecce homo.

Cytat na dziś XIV – o tym, dlaczego literatura umarła

„- A co w kawiarniach literackich? – zapytał po chwili ochryple żeglarz i odkaszlnął, ponieważ płomień palinki przyjemnie rozgrzał mu gardło.
- A co ma być? – odparł pytaniem na pytanie Ede, przyjaciel literatury, i rozłożył ręce, jakby odmawiał kredytu całemu światu. – Młodzi ludzie uprawiają sporty, chodzą na pływalnię, zjeżdżają na nartach i oddają się podobnym, rzekomo zdrowym, lecz jednak podejrzanym czynnościom. Ale my obaj, panie Sindbadzie, nie chciałbym być nieskromny, my obaj wiemy przecież, że dla młodych poetów, jednym zdrowym zajęciem jest literatura i kawiania. To są żelazne prawa i nikt nie może ich bezkarnie podważać, a już najmniej ten, kto zaciągnał się na służbę u muz. Czyżby sportsmeni mieli odtąd kierować życiem umysłowym? Ja nie twierdzę, że dla płuc nie jest zdrowsze zjeżdżać na deskach ze Szwabskiej Góry niż dyskutować przez cała noc z panem Bátteszéky w „Czikago”. Ale pisarz ma się troszczyć nie o swoje płuca czy serce. Pisarz ma się troszczyć o swój umysł i ducha, i właśnie kawiarnia daje tę specyficzną, może według zaleceń lekarskich czy gimnastycznych zupełnie niezdrową, ale z literackiego punktu widzenia jedyną dobroczynną atmosferę, w której pisarze znajdują niejaką ochronę przed pokusami świata, samowolą urzędów i brutalnością pieniądza; ich płuca i serce nadweręży wprawdzie nikotyna i czarna kawa, ale ich duch rozkwitnie – i to jest ważniejsze! Wielmożny pan wie, co i ja wiem, i wiedzieli wszyscy dawni pisarze, że bez kawiarni nie ma literatury. Pan Petőfi nie chodził na narty, tylko do „Pilvaxu”, a pan Vörösmarty nie na pływalnię, tylko do „Złotego Wołu”. To są ogromne różnice, proszę uniżenie. Co ja mam czytać wiersze poety, o którym wiem na pewno, ze codziennie wykonuje ćwiczenia gimnastyczne według wskazówek „Mein System” i na rozkaz radia rankiem kładzie się na podłodze i wyrzuca nogi do góry niczym nierządnice, które żyją z tego, że dbają o linię? Dla mnie taka literatura nie ma wartości.”

Sándor Márai, „Sindbad powraca do domu”. Oczywiście.

Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów

Moją próżność mile zaskoczyło to, że w ciągu mojego z górą miesięcznego, internetowego milczenia znalazło się paru P.T. Czytelników, którzy w drodze korespondencyjnej lub werbalnej wyrazili swoje niezadowolenie z faktu, że nic tu nie piszę. Jest to oczywiście uczucie niskie i raczej podłe, ta przyjemność z bycia proszonym, ale cóż poradzić. Muszę na dodatek przyznać, że nie zapowiada się, abym mógł w najbliższym czasie wznowić regularne pisanie na moim dzienniczku. Z różnych powodów – spróbuję je pokrótce przedstawić, zgodnie z zasadą, że jak się nie ma nic do powiedzenia, to należy mówić o tym, dlaczego nie ma się nic do powiedzenia.

Po pierwsze więc, jestem zmęczony i zapracowany. I ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę po całym dniu klepania w klawiaturę jest klepanie w klawiaturę. Wieczorem wolę otworzyć wino, zrobić coś dobrego do jedzenia i obejrzeć kolejny odcinek „The Sopranos”. Albo poczytać. Z poczytania mogłoby się coś wykluć, ponieważ książki czasem jeszcze wyzwalają we mnie potrzebę ekspresji. A czytałem ostatnio sporo książek z różnych powodów dobrych i ważnych: „Szepty” i „Tragedię narodu” Figesa, „Morderców” Kazana, „Kawior i popiół” Marci Shore, „Endurance” – świetną książkę Caroline Alexander o wyprawie Shackeltona, „Wielką ucieczkę” Thorwalda, „Ducha Liturgii” Wiadomo Kogo, J.D. pożyczył mi Tiplera i Kurzweila i jeszcze więcej książek sobie kupiłem i odłożyłem do późniejszej lektury, a w te które już przeczytałem powklejałem karteczki, zaznaczając sobie co bardziej interesujące momenty, co znacznie ułatwia późniejsze przelewanie refleksji na klawiaturę. I tak o „Tragedii narodu” Figesa chciało mi się pisać przez porównywanie go do Gaxotte’a, bo też sam Figes się o to prosi, ale jakoś straciłem serce. O „Endurance” chciało mi się coś napisać, bo to wspaniała historia, świetnie napisana, bardzo conradowska – ale jakoś odpuściłem, wolałem przemilczeć. O „Wielkiej ucieczce” też chciało mi się pisać, szczególnie w biorąc pod uwagę „sprawę śląską” – ale dałem sobie spokój. Chciałem napisać coś o „Synecdoche, New York” Kaufmana, bo to jeden z najważniejszych filmów, jakie widziałem w życiu, ale jakoś zabrało mi słów.
Podobnie rzecz się ma z tzw. „wydarzeniami” – a to Michalski w pokutnym worku napisze, że redakcja „KP” zostawia mu nawet pewną autonomię, za co Kinga Dunin dała mu placet, Piątek wypluł zatrutą hostię kłamstwa, a Orliński jak zwykle niczego nie zrozumiał, a to Braun i Kaczmarek nie tylko zrobią świetny film o Jaruzelskim, ale jeszcze puszczą go w TVP, żeby Żakowski z Mazowieckim mogli się zapisać do moczarowców, a Kuczyński z właściwym sobie wdziękiem mógł oświadczyć, że film ów nie wywołał w nim żadnego zastanowienia nad życiorysem generała Jaruzelskiego. Nie żeby ktokolwiek spodziewał się zastanowienia po Kuczyńskim. Jak już kiedyś pisałem, pan Waldemar to klasyczny półinteligent – posiada tę połowę inteligenta odpowiedzialną za intelektualne i społeczne aspiracje, nie posiada zaś tej połowy, która pozwalałaby te aspiracje realizować. No i właśnie: po cholerę mam to pisać, skoro już to kiedyś napisałem? Więc nie piszę. To znaczy w tej chwili piszę o tym, że nie piszę, ale to na jedno wychodzi.

Po drugie. Po drugie mam wrażenie, że moja ogólna postawa, stosunek do świata i bliźnich, jest postawą bardzo mało chrześcijańską. Raczej cioranowsko-maraiowską, toutes proportions gardées, oczywiście. Z czego jakoś nie jestem już ostatnio specjalnie dumny. Tym bardziej, że w życiu prywatnym i zawodowym nic mi nie dolega, a wręcz przeciwnie, z tajemniczych powodów życie jest mi nadzwyczaj przychylne. Z tej postawy, z odrazy do wszelkiego entuzjazmu (a szczególnie do entuzjastów, niezależnie czego ich entuzjazm miałby dotyczyć), do ludzkiego optymizmu, werwy, energii, chęci do działania, do junackości, dziarskości i przebojowości, a więc z wymieszania melancholii, czy może raczej acedii z mizantropią (chociaż oczywiście Ł.O. twierdzi, że mizantropem to można być przyglądając się światu z okien bentleya, ja zaś jestem co najwyżej zgorzkniałym skurczybykiem) i tak wynika już gros mojej publicystycznej i literackiej twórczości. Po co więc mam jeszcze zarażać innych tą postawą via www.dziennik.twardoch.pl? Nic dobrego z tego chyba nie wynika. Gdybym się czymś zachwycił – to od razu napiszę, obiecuję.
No dobrze, zachwyciłem się ostatnio przykrytą śniegiem monochromatyczną Polską, widzianą z okien pociągu, bo ciągle gdzieś się ostatnio pociągami tłukę. Ale zaraz potem pomyślałem, że podoba mi się tylko dlatego, że jej nie widać, że to jak zachwycić się kobietą tylko dlatego, że przykryła się prześcieradłem i nie widać chwilowo, że jest szpetna. Więc trochę lipny był ten zachwyt. Poza tym nienawidzę zimy. Autentycznie zachwyciłem się zaś krótką, pieszą pielgrzymką do sanktuarium w Rudach, ślicznym, zimowym marszem przez dawne cysterskie folwarki, lasy i pola i pustym, ciemnym, gotyckim kościołem, w którym światło paliło się tylko przy obrazie. Ale byłem zbyt zmęczony, żeby o tym napisać.

Po trzecie. Jak już koniecznie muszę coś napisać, to skrobię sobie piórem w notesiku. Dzięki temu nie wylewa się to od razu w świat, tylko sobie leży na papierze i dojrzewa. Za rok to przejrzę i może znajdę tam coś, co będzie się nadawało do podzielenia się z P.T. Czytelnikami. A poza tym, to piszę książki, opowiadania i publicystykę, i jeszcze inne rzeczy, redaguję książki już napisane i robię tysiąc innych rzeczy, które pisarze robią, a o których nie wiedziałem, póki nie zostałem pisarzem zawodowym.

Informacyjnie jeszcze: ukazują się właśnie nowe „Czwórki” w których P.T. Czytelnicy znajdą moje opowiadanie o Poli, które napisałem kiedyś na zamówienie NCK, ukazują się nowe „Arcana” nr 91, gdzie tradycyjnie wypisy z mojego dzienniczka i przedruk „Aksolotla narodów” z CzF. Się polecam życzliwej uwadze.

Cytat na dziś IV

Dzisiaj bardzo obszernie, za to bez komentarza. Sándor Márai, poniekąd w imieniu Gyuli Krúdyego, bo poniższy monolog pochodzi z powieści „Sindbad powraca do domu” będącej dla Krúdyego hołdem – i jednocześnie pastiszem tegoż pisarza opowiadań, których bohaterem był Sinbad właśnie, alter-ego Krúdyego.

- Tajemnica przyczyniająca cierpień naszej ojczyźnie jest prosta: wszystkim porządnym ludziom na Węgrzech zawsze brakuje czterystu pięćdziesięciu pengő miesięcznie, które albo mają obowiązek zapłacić rozwiedzionej żonie tytułem środków na utrzymanie, albo chcieliby je wręczyć każdego pierwszego swej nowej kochance, bo miłość przypomina elektryczność: pojawia się tylko w pewnych warunkach atmosferycznych, albo muszą spłacać ratami długi w latach hulaszczej młodości. Długo to obliczałem zanim wreszcie doszedłem do prawdziwej sumy. Czterysta pięćdziesiąt, taka jest prawda.
Artur wysłuchał tej informacji zdumiony jak bóbr, który, mrugając oczkami, widzi, że znalazł się naprzeciw strzelby myśliwego.
- Czterysta pięćdziesiąt, ale posłuchaj mnie – ciągnął bardziej uroczyście Sindbad – i zapamiętaj sobie tę sumę. W ciągu długiego życia wiele na Węgrzech widziałem. Obserwowałem, notowałem, rozmyślałem, choć może wydawało się, ze odurzony winem drzemię nad czerwonym obrusem w którejś z knajp w dzielnicy Józefa. Ale ja miałem otwarte oczy i widziałem tych wszystkich samotnych mężczyzn, siedzących po północy przy stolikach węgierskich podmiejskich wyszynków, zanurzonych w męskiej, ponurej samotności, z dymiącym tanim papierosem w palcach, nad kieliszkiem wina, którego nie tykają przez długie godziny, bladych, ze szklanym spojrzeniem, niemo poruszających wargami, jakby się modlili lub szeptali przekleństwa. W rzeczywistości najczęściej wymawiają wówczas imiona kobiet czy lichwiarzy i jednocześnie liczą w myślach. To wielka tajemnica i w innym kraju może nawet by jej nie zrozumiano. W innych krajach poeci, gdy są wściekli albo w życiu rodzinnym prześladuje ich pech, wyjeżdżają na Czarny Ląd zbierać złoty proszek albo handlować narkotykami. Tak zrobił nawet Rimbaud. Ale przepraszam, czy Janos Vajda miał taką możliwość…? U nas pisarze, jak są bardzo wściekli, przechodzą z jednej knajpy do drugiej, i to wszystko. A i to mogą robić tylko dopóty, dopóki mają kredyt. To biedny świat, ten nasz, ja ci to mówię, na próżno obdarzył go Stwórca złotą pszenicą i zielonymi równinami. Nawet Rotschildowie nie chcieli budować kolei w tym kierunku. A to zły znak, bo szyny kolejowe to przyszłość. I dlatego wszystkim dżentelmenom brakuje co miesiąc tych czterystu pięćdziesięciu pengő, które wprost niepodobna zarobić uczciwą pracą.
Sindbad tak rzadko rozprawiał o kwestiach gospodarczych, że pod wpływem tych wywodów zanurzony w gorącej wodzie Artur aż się obudził. Podciągnął się, nadstawiał uszu, niepewnymi ruchami mokrych dłoni poprawił czuprynę i odparł zdezorientowany:
- Ale to duża suma, panie Sindbadzie. Ja nigdy nie miałem tylu pieniędzy, nawet na kapitał zakładowy do czegokolwiek.
- To wstyd – powiedział Sindbad i oburzony spojrzał na jakiegoś chrapiącego, siwawego, starszego mężczyznę, który leżał na sąsiednim stopniu, woda podchodziła mu już do brody i wyglądał jak wypadły z łask Rzymianin, który w czasach Nerona utracił majątek i dowiedziawszy się, że wieczorem przyjdą po niego liktorzy, w termach podciął sobie żyły – to wstyd, żeby artysta twojej rangi był zmuszony mówić o pieniądzach z takim nabożeństwem. Ciebie też nie docenił w tym kraju nikt poza nosorożcem w zoo, który zawsze gramolił się z wody, kiedy w pobliżu jego klatki zaczynałeś bajkę o Królewnie Śnieżce czy o królewiczu Argiriuszu. Ja też się tak czasami czuję. Nie powiem, były chwile w mojej karierze, kiedy pomogły mi szybkonogie koniki czy joker lub walet do koloru, i mogłem schować gruby plik śliskich banknotów do lewej kieszeni surduta, jak to już miał w zwyczaju mój ojciec. Ale literatura nie pomogła mi nigdy i w niczym. Tolerowano mnie najwyżej, bo wiedziano, że skądinąd jestem dżentelmenem; wybaczono mi, można powiedzieć, jak krewniakowi z dobrej rodziny, który zszedł na złą drogę i jest podejrzewany o niejasne interesy. Ten nasz świat był zawsze pełen goryczy, bo wszystkim brakowało pieniędzy. Wiem, co wiem, i czas, bym o tym powiedział. Kiedy mnie już zabraknie, przekaż tę wiadomość naszym peszteńskim kolegom.
Czterysta pięćdziesiąt, całkiem osobno i niezależnie od wszystkiego, to jest zaklęcie i zadanie herkulesowe, któremu Węgrzy nie są w stanie podołać. Widziałem brodatych mężczyzn na beczce, którzy na całe gardło krzyczeli o szczęściu ojczyzny, i słuchając ich, mruczałem, bo wiedziałem, że tak naprawdę brakuje im tylko tych czterystu pięćdziesięciu pengő, a muszą je skądś zdobyć do pierwszego, by przekazać je opuszczonej małżonce, która ma drukarenkę płócien pod haft gobeliniarski przy ulicy Kaplony, czy wybrance, która trudzi się dzierżawą gruntów w komitacie Borsod. Widziałem pisarzy, którzy zanurzali pióra w szkaradnych jadach nienawiści i plotki zamiast atramentu i sprzedawali swój honor i duszę, żeby wydrapać na pierwszego tych czterysta pięćdziesiąt na czynsz za mieszkanie swojej kochanki, bo w podeszłym wieku nagle spadła na nich miłość, a potem na raty za fortepian zakupiony przez tę damę. Widywałem wyższych wojskowych, zamkniętych w dumie z powodu swej rangi i chwały, skrywających przez całe życie tajemnicę, o której nikt się nigdy nie dowiedział, a mianowicie, że przez dwadzieścia lat jadali na kolację serdelki z cebulą i popijali je wodą ze studni, bo w przeciwnym razie nie byliby w stanie sprostać odpowiadającym ich randze pańskim zobowiązaniom i nie mogliby każdego pierwszego zapewnić bytu swym bliskim, którzy potrzebowali tych czterystu pięćdziesięciu. Przez trzydzieści pięć lat liczyłem, obserwowałem i rozmyślałem, nim to zrozumiałem. To wielka tajemnica, o której należałoby uczyć w szkołach. Wszystko, co się dzieje w mieście, dzieje się z tego powodu. Dlatego spojrzenia mężczyzn są tu tak twarde i ostre, jakby na śniadanie połknęli nóż, dlatego tak wielu kręci się tu szubrawców, z tego powodu odbywa się tyle głupich pojedynków, sprzeczek, słyszy się tyle przysiąg i kłamstw, bo tych brakujących czterystu pięćdziesięciu pengő po prostu zupełnie niepodobna zdobyć uczciwą pracą. I nie są ich w stanie zdobyć nawet ci, którzy skądinąd zarabiają krocie: bo rodzina żyje z pieniędzy, które przynosi głowa rodziny, i tych pieniędzy nigdy nie dość, ponieważ rodzina jest głodna jak wilk. Dlatego poza potrzebami na rodzinę każdy mężczyzna musi zdobyć tych dodatkowych czterysta pięćdziesiąt. Ale ich nie ma w tym kraju, który wódz Arpad zajął siłą, orężem i fortelem. Już teraz wiesz. Jeśli kiedy usłyszysz, że zająłem się sprzedażą drewna, opowiedz to dzieciom w Ogrodzie Zoologicznym.
Wstał, przeciągnął krzepkie, dumne ciało, machnął ręką i zakończył smutno:
- Mnie też przez całe życie brakowało tych czterystu pięćdziesięciu pengő.
I poszedł do masażystów, którzy przyjęli go uroczyście.

Tytułem wyjaśnienia – czterysta pięćdziesiąt pengő w latach dwudziestych to niecałe sto ówczesnych dolarów, czyli według moich szacunków – około ośmiu tysięcy polskich złotych A.D. 2009. Cała powieść jest zaś zapisem jednego dnia z życia Sindbada, który potrzebuje sześćdziesiąt pengő na mundurek dla córki.