Varia

Byliśmy w Jaworzynce, niedaleko od nas, ale na innym, obcym, cieszyńskim Śląsku. Byliśmy u M., w domu, z którego sam już nie wiem ile razy szliśmy do Hrčavy, niespiesznym krokiem na pražený syr z hranolkami i kuflem radegasta. Spacer był krótki, pół godziny w jedną stronę, nie więcej, ale piękny, bo do pachnących już wiosną Beskidów nagle postanowiła powrócić zima, z nieba leciał śnieg jak płaty popiołu z Krakatau, oblepiał drzewa, spływał mi po softshellu i rozbawiał mojego synka, który podróżował w nosiłkach na moich plecach. Potem, kiedy wracaliśmy, śnieg stał się śnieżycą, zniknął horyzont i kiedy wyszliśmy z lasu, zniknęliśmy w bieli, nie było nieba, ani ziemii, tylko ślad drogi pod nogami i biała ciemność dookoła. Franek łapał płatki i wystawiał do spadającego śniegu buzię, zachwycony i szczęśliwy.

Co do radegasta, niestety, w brzydkiej Hospodzie pod Javorem była tylko dziesiątka – do Hospůdki Na Vyhlídce, gdzie leją złotego bażanta, M. iść nie chciał, podobno często u nich ostatnio kuchnia nieczynna – za to zasugerował do piwa jakąś czeską nalewkę słodko-wiśniową, którą następnie sobie do tego piwa wlał. Ja nie wlałem, bo się brzydzę piwa z cukrem, ale jako piwa osobne towarzystwo smakowała wybornie. A raczej smakowałaby, bo tylko parę łyczków upiłem, zanim latorośl pierworodna nie wylała mi wiśniówki na spodnie. Dobrze, że spodnie czarne i takie, do których mało jestem przywiązany.

Wracając, pojechaliśmy przez Jasnowice, przez Czechy, bo drogi lepsze niż na Kubalonce dziurawej jak po bombardowaniu, a ja przy okazji zaopatrzyłem się w czesko-cieszyńskim tesco w kilka butelek wina z południowych Moraw, którego nieobecność w Polsce jest, moim zdaniem, absolutnym skandalem, bo morawski tramin červený jest rewelacyjny, ciekawszy nawet niż odmianą tramina będące gewürztraminery, w Polsce dostępne tylko za absurdalne zupełnie pieniądze, które tylko głupim snobom nie popsułyby przyjemności z wina. Bardzo przyjemny jest również ryzlink vlašský (który nic wspólnego nie ma z rieslingiem niemieckim, na Węgrzech znany jest jako olaszrizling i cudownie upijaliśmy się nim nieraz w piwnicach Budapesztu i Egeru, w pięknych czasach), warto spróbować morawskiego müller thurgau i – szczególnie – czerwonych frankovki i svatovavřineckiego. Nie potrafię pojąć, z jakiego tajemniczego powodu półki w polskich sklepach z winem wypełniają jakieś francuskie szato de szmato (albo, dla odmiany, w lepszych sklepach, dobre francuskie wina w głupich cenach – w głupich, bo wino ma być dionizyjskie, a picie wina za trzycyfrową cenę nie jest dionizyjskie, tylko dekadenckie i perwersyjne), jest sporo dobrych win włoskich, są moje ulubione wina z Chile i Argentyny, bywają nawet czasem wina węgierskie (chociaż akurat najczęściej najgorsze z tego, co węgierskie winnice mają do zaoferowania), a nie ma win morawskich. Win z krainy winiarskiej o starożytnej tradycji, win naprawdę ciekawych, win za sensowne pieniądze, nawet przy uwzględnieniu aktualnego kursu korony.

Miał to być tylko wstęp, ale trochę się rozrósł. Tak naprawdę chciałem napisać o „Sindbad powraca do domu” Máraiego i o „Przy śniadaniu” Rylskiego, które wydają mi się książkami do siebie podobnymi. Jednakowoż, włączając komputer otwarłem sobie butelkę tramina, więc o książkach napiszę następnym razem.

Varia

1. Nowe książki. Zakończona jest już redakcja, skład i korekta „Zimnych wybrzeży”, które ukażą się wczesną wiosną tego roku. Bardzo możliwe, że jeszcze przed „Zimnymi wybrzeżami” wyjdzie zbiór moich tekstów o broni – felietonów i dłuższych artykułów, pod tytułem „Zabawy z bronią”. Będzie to jednocześnie mój debiut, jeśli chodzi o książki nieliterackie.

2. Wyjdzie również na dniach „Święty Wrocław” Łukasza Orbitowskiego, który chwali się już na swojej stronie okładką. Książkę skończyłem czytać niedawno – z wnikliwą recenzją poczekam, aż rzecz się ukaże, ale już teraz mogę powiedzieć, że jest to wspaniała powieść, bardzo orbitowska, oryginalna i straszna.

3. Ziemkiewicz napisał dość interesujący tekst pt. „Pusta trumna Romana Dmowskiego” w którym, że tak nieskromnie zauważę, powtarza główne tezy i nawet określenia z mojej notki sprzed półtora roku. Przeczytałem też Ziemkiewicza „Żywinę” i uczucia mam mieszane. Z jednej strony widać wyraźnie, że wykształcił się już gatunek „powieści publicystycznej” (Michalski, Horubała, Wildstein, Ziemkiewicz – podobno też, z drugiej strony, Anderman, ale nie czytałem), po której nie należy spodziewać się zbyt rozbudowanej fabuły – i to nie jest zarzut, nikt nie oczekuje też nagłych zwrotów akcji od świetnych przecież powieści eseistycznych Sándora Máraiego, takie są po prostu reguły gatunku. W ramach powieści publicystycznej, suchy, bezpłciowy nieco język Ziemkiewicza sprawdza się lepiej, niż niepoparte adekwatnym warsztatem stylistyczne pretensje ciekawszej być może powieści Wildsteina, i nie przeszkadza mi tutaj tego języka przeźroczystość. Brakuje mi jednak jednak jakiegoś rozmachu wizji, bo w zasadzie opisanie rządzących swoimi terytoriami klik po wodzą byłych esbeków to nie jest odkrycie rzeczywistości nieznanej dla kogoś, kto nie urodził się wczoraj. Wygłupiać się może na antenie Ćwiąkalski (wczoraj słyszałem go w Trójce i wyłączyłem radio kiedy pieprzyć o nieskalanej niezawisłości polskich sądów) mogli się kiedyś zgrywać Kwaśniewski z kolegami, ludzie pokroju i poziomu Orlińskiego czy Lisa mogą nawet autentycznie wierzyć, że póki złe Kaczory wszystkiego nie popsuły, w Polsce wszystko wyglądało dokładnie tak, jak ułożono to w konstytucjach i ustawach – ale poza nimi, to ottym, że Polska jest państwem w swej tkance mafijnym wie naprawdę każdy. A bardzo wielu doświadczyło tego w ogóle na własnej skórze.
Więc czy warto poświęcać temu aż powieść? Skoro świadomość tej mafijnej tożsamości polskiego państwa weszła już do common knowledge i powoli toruje sobie drogę na salony?
Przypominają mi się jednak w tym momencie tekst pt. „Iuro-kracja” Piotra Skórzyńskiego, opublikowany w „Arcanach” nr 83, już po jego samobójczej śmierci i krótkie zdaniez pożegnalnego listu, które cytuje Teresa Bochwic: „napisał, że nie godzi się na nikczemnienie świata. I już tylko tyle może zrobić, żeby w nim nie być.”
Więc chyba jednak warto.

4. Można wreszcie kupić „Ostatnie rozmowy z Philipem K. Dickiem”, wydane w imprincie „Editio”, należącym do Grupy Wydawniczej Helion. Wspominam o tym tutaj na blogu nie tylko dlatego, że książka jest świetna – świetnych książek ukazuje się wiele. Wspominam o tym, bo z tej jestem szczególnie dumny, jest jedną z ostatnich, jakie ściągnąłem do Polski pracując jako redaktor ds. praw zagranicznych w Helionie w latach 2004-2006. Tę konkretnie znalazłem na London Book Fair 2006 i zapoczątkowałem wtedy cały proces wydawniczy, który – jak widać – trochę trwał.

5. „Święty Wrocław” Łukasza dostałem, oczywiście w pliku – podobnie jak dziesiątki, jeśli nie setki innych książek, które otrzymuję w plikach do recenzji wewnętrznej, zewnętrzne czy do zapoznania się z nimi z różnych powodów. Czytanie 800-stronicowej książki z ekranu laptopa jest mordercze dla oczu, a niezbyt wygórowane honoraria za recenzje skurczyłyby się już zupełnie, gdybym miał sobie te książki drukować.
Dostałem jednak w prezencie urodzinowym od rodziców czytnik ebooków Sony Reader PRS-505, którego główną zaletą jest świetny wyświetlacz z e-papieru. Rzecz jest doskonała; polecam wszystkim, zawodowo zmuszonym do lektury długich publikacji elektronicznych takiego czy innego rodzaju. Ekran jest fantastyczny, nie męczy oczu bardziej niż zwykła, papierowa książka. Nie jest dokładnie biały: raczej b.ciemno szare litery na b. jasno szarym papierze, w kontraście porównywalnym lub lepszym niż w przeciętnej książce papierowej w miękkiej okładce. Odświeżanie ekranu zajmuje mniej więcej tyle czasu, co przewrócenie kartki.
Pewne kłopoty sprawa czytnikowi wyświetlanie plików pdf – tzn. obsługuje ten format, ale wyświetla stronę w całości na ekranie, przez co najczęściej litery są zbyt małe – po powiększeniu zaś nie zachowuje akapitów, etc. Z tym bardzo prosto sobie jednak można poradzić, używając programiku Book Designer – freeware made in Russia, który pozwala konwertować wszystkie pliki – .pdf, .doc, .rtf, .html, .lit, etc. do formatu .lrf, który czytnik obsługuje najlepiej i najszybciej. Za pomocą book designera otrzymuje się również polskie litery w tekstach – bo warto zauważć, że Sony Reader nie jest sprzedawany w Polsce, tylko -bodajże – w Wielkiej Brytanii i USA, skąd można go jednak bez problemu sprowadzić. Polskie menu, jeśli komuś to potrzebne, można uzyskać po niezbyt skomplikowanym sflashowaniu czytnika, czego nie robiłem – bo wystarczą mi polskie znaki w książkach.
Rzecz pomocna jest nie tylko w życiu zawodowym – ważąc czytnik w ręce przypominam sobie mój trzydziestokilogramowy plecak podczas naszego pierwszego trekkingu na Spitsbergenie, w którym nosiłem, oprócz koniecznego sprzętu, „Dzienniki” Máraiego, które same ważą dobry kilogram. A nie była to jedyna książka, jaką zabrałem wtedy ze sobą.

Wypadek

Przesuwam się powoli przez rozpalone południowym upałem miasto. Opony topią się i sklejają z rozmiękłym od gorąca asfaltem, toczą się powoli, mlaskają na nierównościach jezdni. Wyjeżdżam zza zakrętu i widzę przyczynę korka.

Na ulicy leży na boku stara kobieta, a nad nią stoi wielka ciężarówka z naczepą, przepraszająco mrugając kierunkowskazami. Dookoła krzątają się już policjanci i ratownicy, kobieta leży nieruchomo, lecz żyje, rusza stopą w płóciennym pantoflu. Pod potężnym kołem ciężarówki utkwiło plastikowe wiadro, w seledynowym kolorze, opona lekko je przygniotła, zgięła, lecz wiadro nie pękło. Drugie wiadro, różowe, kobieta ciągle ściska w dłoni.
Przesuwam się dalej, powoli, razem z zatorem, widzę twarz staruszki. Jest spokojna, ma zamknięte oczy, jakby spała na wrzącym asfalcie, otoczona drgającym powietrzem. Nie straciła przytomności, odpowiada ratownikom, kiedy ją o coś pytają, po prostu leży, jak wyrzucony na brzeg kamień. Patrzę na jej pomarszczoną twarz i przypominam sobie ostatnie strony „Dzienników” Máraiego.
Kierowca ciężarówki, w moim wieku, może trochę starszy, stoi obok i drży z przerażenia.

Po co żyć?

Pocałunki mojej żony, uśmiech mojego synka i jego spokojne, powolne i uparte „dadaedidoedededidaode”. Ich spokojne oddechy, kiedy zasypiam.
Czytanie takich książek, przy których czuje sie zazdrość, że się ich samemu nie napisało, uczucie ogromnej, obezwładniającej ulgi kiedy pisze się „KONIEC” i próżna euforia, kiedy na konto wpływa jakieś smutne honorarium. Jezu jak się cieszę, z tych króciutkich wskrzeszeń, kiedy pełną kieszeń znowu mam, znowu mogę myśleć trochę jakby ściślej i wymyślam wtedy nowy plan.
Zapach i smak pierwszego łyka wina, szum w głowie przy drugiej butelce.
Nie do pomylenia z niczym chwile po kilkunastu godzinach marszu z ciężkim plecakiem, kiedy się siada na zimnym wybrzeżu z kubkiem słodkiej herbaty i właśnie skręconym papierosem, się patrzy na polarne morze po horyzont, obok siedzi najlepszy kumpel i się razem milczy i się słucha miliona mew, i się jest, jak na obrazie Caspara Davida Friedricha i nawet morze i niebo mają taki kolor jakby były z farby olejnej, pod słońcem niezachodzącym.
Szum opon na dobrej i dalekiej drodze, nocą, z rękami na kierownicy i muzyką,i to cudowne uczucie mocy pod prawą stopą, kiedy wystarczy lekko tylko popchnąć gaz i alfa wyrywa się od dziewięćdziesiąt do sto pięćdziesiąt, szybko jak mgnienie oka, a mogłaby jeszcze dużo szybciej, gdyby stopę wepchnąć głębiej, w prawej szybie migają koła wyprzedzanej ciężarówki.
Kiedyś, pijane noce z klubie, z dłońmi na biodrach żony, w tym samym klubie, w którym tańczyliśmy dziesięć i dwanaście lat temu, włoskie jedzenie i wino wieczorem, w ogródku restauracji, z małymi latarenkami między stolikami i parasolami.
Gorąca lufa strzelby po rozstrzelaniu w powietrzu kilkunastu rzutków bez pudła, smużka niebieskiego dymu z resztek dopalającego się na jej ściankach prochu.
Zapięcie guzika w nowym, pięknym garniturze, pod palcami bezładny zwój materiału zamienia się w węzeł, z którego wypływa i rozwija się struga błyszczącego jedwabiu, nogawki załamują się na butach jedną, zdecydowaną fałdą.
Szybki jacht i równa, spokojna czwórka, pełne szmaty, dobra załoga, przechył niezbyt duży, byle szybciej iść, pełny półwiatr i kawał jeziora przed sobą, prosty kilwater, przecięty zwrotem, trzaśniętym jak na regatach, z warczeniem kabestanów i hukiem sztywnego dacronu żagli wypełniających się wiatrem już na drugiej burcie. Sztorm na Bałtyku, na bukszprycie okrakiem bez lajfpatentu, bo nie było czasu założyć i zbieranie foka, rzucającego jak oszalały kilogramową szeklą przy rogu szotowym. Białe wyspy na Morzu Śródziemnym.
Uścisk dłoni taty i jego „Z Panem Bogiem”, kiedy wyjeżdżam.
I wysiąść z samochodu na sercu świata, na twardej jak beton pustyni, płaskiej i równej jak stół wycięty pełnym kołem horyzontu, i po horyzont nic, tylko ziemia spękana niczym dno wyschłej kałuży, możesz patrzeć w każdą stronę, tylko samochód, na środku tej zakreślonej krzywizną planety krainy jak morze, i ty, i ci, którzy z tobą tym samochodem jadą.
Spacer letnią po nocą po rozgrzanym całym dniem upału mieście i słuchanie, jak kamień, cegła, asfalt i beton oddają powietrzu swoje ciepło.
Kawa ciężkim porankiem. Radiohead w stereo, tak głośno, że drżą szyby w drzwiczkach kredensu.
Oszroniony kufel piwa wypity duszkiem po całym dniu marszu w upale, kiedy język przysycha do podniebienia a pot cichym strumieniem spływa między łopatkami.
Spotkanie dawno niewidzianego przyjaciela. Burza wściekła i jej zapach.
Taniec z odzianą w letnią sukienkę dziewczyną, która daje się prowadzić tak, że zaczyna się niesłusznie wierzyć we własne, taneczne talenty.
Czytanie „Dzienników” Máraiego po raz pięćdziesiąty, ale zawsze jak po raz pierwszy. I Jünger. Przewrócenie dziesięciu poperów z jedną zmianą magazynka najszybciej jak się da i szybciej, niż ostatnim razem.
Niedzielny obiad u dziadków, z całą rodziną. Film, z którego wychodzi się w milczeniu.
Absolutna cisza na jeziorze lekko jeszcze rozhuśtanym wczorajszą falą, bardzo wczesnym rankiem, z puklami mgły nad wodą i chłodem, przenikającym pod polar. I papieros przed śniadaniem, zanim jeszcze wszyscy wstaną.
Lodowate jabłka, ciemnoczerwone i bardzo dojrzałe, zebrane z drzewa o poranku po pierwszych chłodnych nocach, w początkach października.

Márai ponownie

Wczoraj w nocy, ponownie – Márai, „Dzienniki”. I jak zwykle, jakbym nagle wyrwał głowę spod wody i zaczerpnął powietrza: a jednak w człowieczeństwie jest jakiś sens. Nawet staroświeckie pojęcie intelektualisty – w „Dziennikach” jest wzniosłe, dzięki obojętności, pogardzie i bezwzględności – bo Márai jest właśnie obojętny, pogardliwy i bezwzględny.
Wyobrażam sobie, jak wydyma wargi, patrząc na to, co wieszają w MoMA: co próbujecie nam sprzedać, hucpiarze? Nam, którzy widzieliśmy Sztukę – nam, z burżuazji, która znała wartość pieniądze, ze starych Sasów, których lepsi od was szarlatani nie zdołali naciągnąć na złamanego pengő.
Trudno w tę szlachetną surowość intelektualisty uwierzyć w epoce siwowłosych autorytetów, ustrojonych w profesury, honoriskausy, archidiecezje, medale i ordery, lecz kładących się jak łan zboża pod wiatrem, który wieje spod ledwie uchylonych drzwi do archiwów.
Czytam dalej i myślę sobie – jakie szczęście miał pan Márai, że nikomu nie udało się jego dostojnych zwłok z przestrzeloną głową nawlec na trzonek, aby potem wymachiwać nimi, jak sztandarem. Nie wiem jak na Węgrzech, przynajmniej u nas nie – demoliberalny salonik nie mógł go nawlec z oczywistych powodów – pogarda Máraiego była jeszcze silniejsza, niż pogarda Herberta, niemożliwa do przewalczenia. Nie pochylał się nad ketmanami, nie starał się zrozumieć złożoności ludzkich motywacji, tylko gardził – a pogarda jest tym, co uszlachcone prawnuki kuśnierzy z kresowych sztetli znoszą najgorzej.
Dla dziarskich chłopców-prawicowców zaś Márai nie stanowi wartości: nie mogą, czytając, uderzać dłonią o stronicę z okrzykiem „tak jest, ale im przywalił”, nie znajdują u Máraiego prostych puent, kilku jasnych pojęć, których brakuje im w „mainstreamowych” gazetach a którymi da się wyjaśnić świat, przynosząc ulgę obolałej, opuchniętej od troski o Ojczyznę głowie. Więc ci również nie nawlekają, i zostaje pan Márai z jego pisaniem, idealnie obojętny – czytam więc i z lubością znajduję, ponownie, te miejsca, gdzie się myli.

W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, po pokazie kina trójwymiarowego, przekonany jest, iż był właśnie świadkiem narodziny nowego gatunku sztuki – wspomina czterdzieści lat wcześniejsze pokazy kinematografu. Tymczasem, kino trójwymiarowe jest dziś rozrywką tak samo jarmarczną, jak było pięćdziesiąt lat temu. Jadąc z Neapolu do Rzymu wspomina dawne, walczące ze sobą państwa włoskie i w obliczu ich zjednoczenia prorokuje, że za jakiś czas, patrząc z okien samolotu, tak samo widzieć będziemy tylko przeszłe wojny, pogrzebane nowym, światowym zjednoczeniem. Nawet w swoich futurologicznych pomyłkach Márai jest interesujący, bo tak wiele mówią o nim samym i o epoce, którą przeżywał.

Lektury

Rylski, „Wyspa” i inne opowiadania. Bez wątpienia jeden z najlepszych stylistów współczesnej polskiej literatury. Potrafi zachować w słowach zapach potu, ciepłego asfaltu, brudnego morza i brudnego romansu. Mocny, smutny, cioranowski, dotyka tego, co bardzo ważne w literaturze – rozpaczy, bolesnego splątania, immanentnie wpisanego w ludzką kondycję.

Wilk, „Wołoka”. Cóż za piękna katastrofa! Kolejny wielki stylista, ten Custine naszych czasów zbyt już zakochał się w Rosji i jego opis stracił na ostrości. Oczywiście, lepiej czytać Wilka, niż różnych głuptasków z kolorowych tygodników, którzy sobie radośnie pieprzą o tym, że brudno, demokracji niet a Putin za mordę – bo Wilk widzi sto razy więcej niż oni i wspaniale pisze po polsku, a nie tym sformatowanym narzeczem, posklejanym z kilku semantycznie pustych i wyblakłych związków frazeologicznych.
Przy tym rzecz zabawna, Wilk pisze, że nie można porównywać stalinowskich łagrów do hitlerowskich konc-lagrami. A dlaczego? Ano dlatego, że w stalinowskich bywały nawet orkiestry, tak tam było fajnie.

Teraz wyobraźmy sobie, że Irving mówi, że hitlerowski obóz był sympatycznym miejscem, bo maszerującym do pracy więźniom przygrywała orkiestra. Bo wiemy przecież, że przygrywała, prawda? No cóż, Irvinga wyrzucono z Targów Książki w Warszawie, a wątpię, żeby ktoś wyrzucał książki Wilka.
A ja jakoś tak jestem przywiązany do tego liberalnego przesądu, że nie oburzam się ani tym, co pisze sobie Wilk (chociaż bardziej jednak wierzę w tej kwestii Sołżenicynowi), ani tym, co pisze Irving, chociaż bardziej niż Irvingowi wierzę Pileckiemu. Brzydzi mnie jednak liberalna hipokryzja – nie mam nic przeciwko dogmatom, ale dogmatycy, udający anty-dogmatyków to groteskowy widok.

Wołkow, „Werbunek”. Rzecz dziwna. Z jednej strony, książka słabsza od świetnych „Montażu” i „Carskich sierot” tego samego autora. Fabuła rozwija się szarpnięciami, czasem tonie w dłużyznach, książka nie jest najlepiej skomponowana, autor irytująco zagłębia się w niepotrzebne, boleśnie szczegółowe opisy strojów (nie tylko szczegółowe, ale zawsze kompletne, od czubka głowy po obuwie, z wyliczeniem wszelkich marszczeń, guziczków, pętelek i futerek) i wnętrz, na których skupia się tak mocno, że czytelnik ciągle spodziewa się, że dany kubraczek bohaterki lub plastikowy fotel odegra dwie albo trzy strony dalej kluczową dla intrygi rolę – i oczywiście nic z tego, Wołkow opisywał te wszystkie kurteczki i biureczka wyłącznie, by pofolgować niegodnej pokusie wyczerpującego opisu.
Jednak, mimo tych wad w „Werbunku” jest ukryta wartość, która pod pewnymi względami każe mi książkę tę przedkładać nawet ponad wspomniane wcześniej „Montaż” i „Carskie sieroty”.
To potężne świadectwo ewangelicznej siły, ukryte w werbunku, brawurowa analiza procesu nawrócenia – i nagle wraca do mnie, jak melodia czepliwej piosenki, krótki refren – „chrześcijaństwo to transgresja”.

Szacki, Kontrrewolucyjne paradoksy, ponownie. Paweł Ćwikła w swojej świetnej książce – doktoracie o Januszu Zajdlu, pod tytułem „Boksowanie świata”, dziękował naszemu wspólnemu przyjacielowi „za uświadomienie, że esej może być równie dobrą formą wypowiedzi naukowej”. K., który jest adresatem tych podziękowań zapewne dowiedział się tego właśnie z książki Szackiego. Rzecz jest nie tylko napisana świetnie, nie tylko jest zwięzła, ale przede wszystkim, nie ma w niej ani jednego zbędnego zdania, tak bardzo jest nasycona treścią. Książeczka ta ostatni raz wydana była ponad czterdzieści lat temu – koniecznie należałoby ją wznowić, bo gdyby nie K., skazany byłbym na lekturę wyłącznie w bibliotecznej czytelni.

Poza tym, to co zwykle, Jünger na zmianę z Máraim, łyki świeżego powietrza w ponowoczesnym świecie, tonącym w acedycznej apatii.
Z profesjonalnej konieczności. ipeenowskie świstki trzy razy kserowane, Archiwum Mitrochina, Mackiewicza „Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy”, „The hidden hand” Aldricha i temu podobne.

Sándor Márai o św. Kuroniu

Ale widział też takich, którzy z jakimś całkiem nieracjonalnym samooszustwem, wbrew zdrowemu rozsądkowi przyjmowali komunizm na jakiś czas, jako rozwiązanie problemów życia prywatnego i publicznego… Czasami biorą udział w komunistycznym sprzysiężeniu, czasem tylko potakują ruchem głowy, z ostrożną aprobatą, jak romantyczni intelektualiści… aż pewnego dani ogarnia ich przerażenie, ponieważ ze wstydem przekonują się, że naród, cichy i gotowy na wszystko, tym straszliwym milczeniem, ostateczną odmową odpowiada na ich podstępne próby zbratani się… Wtedy odzyskują przytomność, ogarnia ich lęk, uciekają chyłkiem, w popłochu… To oni potem będą oficjalnymi ekskomunistami i poputczykami, którzy tak się zachowują, jak dyplomowani eksperci od komunizmu.
Zasiadają za stołami wolnego świata i wyniośle, nosowy głosem tłumaczą tym, którzy nigdy nie byli komunistami, jak źle było w komunizmie… Niech pan zwróci uwagę, jak rzadko trafia się między nimi taki, który wypiera się komunizmu… Zawsze tylko powtarzają, że metody są złe, że komunistyczne przedsięwzięcie jest jeszcze młodu i nieopierzone, jeszcze zdarzają się błędy… Ale rzadko trafia się ktoś, kto stwierdza, że nie metody są złe, ale że komunizm jako teoria i praktyka jest zgniły i nieludzki… (…)
Ekskomuniści i poputczycy zachowują się jak piroman, który przestraszył się pożogi… tak, pożogi, którą sam wzniecił… A później przestraszył się ognia i on, podpalacz, szybko przystępuje do towarzystwa ubezpieczania od ognia w charakterze taksatora szkód… O, takich szczególnie nie lubił.

(Krew świętego Januarego, tłum. Feliks Netz)

Varia 3

1. Wśród materiałów z IPNu, czyli sucho zredagowanych i oprawionych w tomy ubeckich dokumentów, jedna książka ciekawa nie tylko faktograficznie – „Oczami bezpieki” Cenckiewicza.
Parę interesujących szkiców, najciekawszy o resortowym montażu, który zaowocował powrotem Wańkowicza do Polski.
Márai tymczasem pisze – „od kolaboranta, wysługującego się komunistom, gorszy jest tylko kolaborant, któremu wysługują się komuniści„. Nie wrócił ani w latach pięćdziesiątych, ani w sześćdziesiątych, ani później – ze względu na moralny wymiar emigracji, bo przecież nie ze strachu przed śmiercią opuścił Węgry. Kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych chciano wydać na ciągle komunistycznych jeszcze Węgrzech jego dzieła wszystkie – odprawił zainteresowanych z kwitkiem, „póki jeden sowiecki żołnierz stacjonuje na węgierskiej ziemi”.

2. W sobotniej „Rzeczpospolitej” bardzo dobry tekst Cichockiego, o politycznym wymiarze „Wieszania”. Szczególnie jedna teza Cichockiego współgra z tym, co ostatnio nie daje mi spokoju – Cichocki pisze o „przelukrowaniu pierwszego ruchu Solidarności etycznością”. Wpisuje się to oczywiście w polską tradycję, w której nie prowadzi się walki politycznej dla osiągnięcia politycznych celów (np. niepodległości), lecz angażuje się w walkę Dobra ze Złem, niewinnych ofiar z plugawymi moralnie oprawcami, słowem, angażuje się w konflikt o wymiarze etycznym i moralnym, nie politycznym. Taka była „Solidarność” – nawet w swoim najbardziej radykalnym wymiarze, który nie zgodził się okrągłostołowy kompromis, w „Solidarności Walczącej”, która stawiała sobie cele jasne i radykalne, nie wykluczała nawet, w teorii, walki zbrojnej – tam również panował dyskurs wyłącznie moralny, nie polityczny. Stąd – zło SB jako instytucji miałoby czaić się w niemoralnych metodach, do jakich SB uciekało się w zwalczaniu np. Kościoła czy opozycji. Szantaż, kłamstwo, przekupstwo – czasem przemoc, zabójstwo.
Można sobie zadać natomiast pytanie – wywiad jakiego państwa nie ucieka się do takich metod?
Powszechność ich stosowania nie czyni, oczywiście, z zabójców księdza Popiełuszki dobrych patriotów – ale zabijanie przeciwników politycznych uprawiane było po obu stronach żelazanej kurtyny. To etyczne przelukrowanie „Solidarności” zaowocowało tym, że dzisiaj, skupiając się na metodach działania resortu – istotnie niemoralnych, ale zwyczajnych dla tego typu instytucji na całym świecie – zapominamy o podstawowej moralnej winie każdego funkcjonariusza resortu, od szyfranta, przez maszynistkę, po oficera operacyjnego z Grupy D. Tą moralną winą była zdrada.
Esbecy nie służyli Polsce, lecz Rosji, byli więc przede wszystkim zdrajcami polskiej racji stanu, i za to należy im się potępienie i kara, bo to mieści się w wymiarze politycznej walki o polityczne cele. Cała reszta ma znaczenie drugorzędne.
Myślę w tym kontekście o „Walkach ulicznych” Stefana Roweckiego. W tej publikacji z 1927 roku, której reprint niedawno się ukazał, późniejszy dowódca AK prezentuje metody walki ze zrewoltowanym tłumem, metody tłumienia rewolucji w mieście, od taktyki walk miejskich, metod budowy doraźnych fortyfikacji, barykad, etc. – aż po całościowe zagadnienia zwalczania rewolucji.
Jako przykłady Rowecki streszcza bolszewicką metodykę wojny domowej oraz przedstawia przykłady stłumionych rewolucji – w Hamburgu, w Berlinie i w Bułgarii, charakteryzując i analizując działania zbrojne godzina po godzinie.
W rozdziale o tłumieniu zamieszek, padają stwierdzenia dla dzisiejszego czytelnika szokujące – np. twarde stwierdzenie, że po trzykrotnej groźbie użycia broni, pierwsza salwa w gromadzący się, zrewoltowany tłum nie może być na postrach, nad głowami, właśnie pierwsza salwa musi być wymierzona w ludzi, dopiero kiedy padną pierwsze trupy, wtedy można strzelać na postrach.
Dzisiaj rzecz niewyobrażalna – strzelających pod „Wujkiem” zomowców z plutonu specjalnego wreszcie, słusznie skazano za strzelanie do – w ich pojęciu – zrewoltowanego tłumu.

Czy więc na przykład w przypadku hipotetycznej komunistycznej, zbrojnej rewolty w Łodzi, polscy żołnierze strzelający do polskich, komunistycznych robotników dokonali by czynu o takiej samej wartości moralnej, jak zomowcy, strzelający do górników pod Wujkiem?
Wojsko było przecież w II RP kilkakrotnie używane do zbrojnego tłumienia wystąpień zupełnie nie hipotetycznym.
Jeśli przyjmiemy solidarnościową optykę etycznego lukru, to musimy się z tą tezą zgodzić.
Jeśli natomiast zostaniemy przy optyce walki politycznej o cele polityczne, to zomowców spod Wujka potępimy przede wszystkim za zdradę polskiej racji stanu, i to zdradę posuniętą tak daleko, że w interesie Rosji nie zawahali się zabijać. Żołnierzy i dowódców, tłumiących robotnicze zamieszki w imieniu II Rzeczpospolitej, rozliczy Bóg, z tego, czy zastosowane metody i środki były adekwatne do sytuacji, z tego, czy zdawali sobie sprawę z moralnej powagi sytuacji, w której trzeba strzelać do robotników-współobywateli, z tego czy na pewno dołożyli wszelkich starań, aby rozlew krwi był na jak najmniejszą skalę.
Jeśli chodzi o zomowców spod Wujka, to na Boży osąd czekać nie musimy, bo poza wszelkimi wątpliwościami jest jeden, podstawowy fakt – zdrada.