Kiedyś Polacy udowodnili, iż nie dorośli do demokracji, ponieważ Tadeusz Mazowiecki nie został prezydentem. Certyfikat niedojrzałości wydał wtedy profesor Geremek.
Dziś o niedojrzałości Polaków orzekł Cezary Michalski - Polacy nie dorośli do wolności, bo nie potrafią zrozumieć, że należy raczej z nabożną czcią czytać teksty Michalskiego, zamiast coś tam kłapać paszczą w internecie. W końcu nie każdy potrafi tak dobrze jak Michalski pisać o rzeczach, o których pojęcie ma żadne lub prawie żadne, nie każdy potrafi wykazać się taką szlachetnością, aby wyręczać swoich przeciwników w polemice i układać samemu ich wypowiedzi.
Cała ta żałosna afera – mówiąc już poważnie – jest chyba najbardziej malowniczą kompromitacją , ze wszystkich, jakie Michalski w ciągu ostatnich paru lat zdążył zaliczyć. Jeśli ktokolwiek jest przerażony, to nie blogerzy, tylko dziennikarze właśnie, którym dziennikarstwo obywatelskie udowodniło, że takich, którzy potrafią pisać z grubsza po polsku i na temat jest na pęczki: a takich, którzy potrafią pisać dobrze i mądrze, również da się paru znaleźć, ale akurat nie w redakcjach. „Dziennik” nie miał i nie ma ani jednego publicysty, który potrafiłby pisać poważne analizy o polityce tak dobrze i celnie jak Kataryna – jeden Zalewski wiosny nie czyni, nawet razem z Mazurkiem. To Michalski et consortes są przerażeni: bo dziennikarstwo obywatelskie, albo, aby wyrazić się dokładniej, publicystyka obywatelska godzi w ich żywotne interesy. Udowadnia, że naprawdę nie są nikomu potrzebni. Zwłaszcza, że bynajmniej status profesjonalistów nie uwalania ich od niekompetencji czy donosicielstwa (vide obrzydliwy artykuł o Michalkiewiczu).
Najśmieszniejsze jest to wyznanie: Michalski myślał, że internet da Polakom wolność, a okazało się, że Polacy są głupi i piszą brzydko o Michalskim. Czy naprawdę czytelnik Tocquevilla i de Maistre’a nie słyszał wcześniej malowniczych porównań, że ktoś lub coś jest głupie jak komentarz na onecie? Jeśli nie słyszał, to gdyby de Maistre’a albo Chateaubrianda czytał pilniej, niż Brzozowskiego, to może wiedziałby, że natura ludzka zasadniczo pozostaje taka sama i pisząc dziś, ze smutnymi oczami zbitego pieska, o tym jak zawiódł się na internautach, wystawia własnej inteligencji fatalne świadectwo: czy naprawdę sądził, że ludzie, siadając do klawiatur, powszechnie zmądrzeją? A może wierzył, że człowiek jest z natury dobry i mądry i że Internet wreszcie pozwoli tej ludzkiej dobroci i mądrości rozkwitnąć?
Ale to przecież tylko zasłona dymna: prawdziwym problemem Michalskiego i kolegów nie jest ta powszechna – i niewątpliwa przecież – głupota zasadniczej większości internetowej treści. Ani głupota, ani nienawiść (o której Michalski pisze już z takim żarem, z jakim Adam Michnik tylko potrafi pisywać) – sam Michalski swoje prywatne frustracje nie raz i nie dwa załatwiał na łamach „Dziennika” – problemem są wyrastające z tej powszechnej, netowej głupawki talenty. Problemem jest Forum Frondy, gdzie oczywiście obok całej rzeszy nudziarzy i frustratów pisują czasem ludzie, z których pióra dumna byłaby każda redakcja. Problemem jest Kataryna, która na dodatek nie dała się do „Dziennika” zwerbować i to chyba musiało zadziałać jak obelga, która przelała czarę goryczy: otóż ktoś należący do gatunku niższego, jakiś tam bloger, nie chce awansować, odrzuca łaskawie oferowany mu zaszczyt, nie chce publikować na łamach. Problemem jest Stanisław Michalkiewicz, który na swojej stronie zarabia niezłe pieniądze, przy zachowaniu całkowitej dobrowolności opłat – tego dziennikarze Springera, którzy, umówmy się, takich pieniędzy raczej nie oglądają, nie mogli mu wybaczyć i za czasów redaktorowania Michalskiego „Dziennik”, piórem niejakiego Wójcika, wysmażył obrzydliwy artykuł-donosik.
Problemem jest jakiś tam smarkacz Łuczewski, który bezczelnie dowiódł Michalskiemu, iż ten ma, powiedzmy, pewne braki w lekturze. A dokładnie, że pisze o rzeczach, o których nie ma zielonego pojęcia, zmyśla cytaty i swoje idiosynkrazje usiłuje przypisać samemu Brzozowskiemu, który jest tylko pretekstem do zareklamowania swojej działalności kulturalnej. Czy jeszcze gorszy Gabiś, który miał czelność udowodnić, że Michalski bredził odrobinkę w swoich „Ezoterycznych źródłach nazizmu” i brednie te były prawdopodobnie efektem zaniechania lektury na rzecz oglądania Indiany Jonesa?
A, przepraszam, to się nie ukazało w Internecie? Tylko na papierze, w Rzepie i w Arcanach? No tak czy inaczej to bez wątpienia jest ta sama internetowa mentalność: żadnego szacunku dla weterana walk o wolność i liberalizm. Chociaż akurat do tego tekstu Michała Łuczewskiego jakoś się Michalskiemu nie chciało odnieść. Chociaż może już nawet zaczął pisać? Może to tylko kolega jakiś życzliwy doradził mu, aby tej polemiki nie tytułować krótkim i mocnym słowem „Podłość”?
