Z poniższego tekstu publikowałem już na moim dzienniczku fragment, dziś dla ewentualnej uciechy moich nielicznych P.T. Czytelników, zamieszczam całość, namawiając jednocześnie do lektury Czasu Fantastyki nr 4/21.
Aksolotl narodów
Czas Fantastyki 4/21
Narodowe Centrum Kultury jakiś czas temu zaproponowało mi udział w zabawie historycznej, czy też literackiej, zatytułowanej„Zwrotnice czasu”, w której moim zadaniem było rozpoczęcie pisania historii alternatywnej, scharakteryzowanie punktu rozszczepienia. Moja historia, oparta na założeniu, że Władysław Studnicki zostaje premierem i Polska przystępuje do paktu antykominternowskiego, ukazała się obok historii Lecha Jęczmyka, Macieja Parowskiego oraz Marcina Wolskiego.
Zaangażowałem się w ten projekt z radością, jednak nie dlatego, abym sądził, iż historia alternatywna jako taka niesie ze sobą jakieś nadzwyczajne zalety literackie. Jest dokładnie na odwrót: sądzę, że historia alternatywna jako taka jest gatunkiem literacko wyczerpanym. Te książki, w których historia alternatywna była całkowitą artystyczną wartością dodaną, przynajmniej od czasów „Człowieka z wysokiego zamku” Dicka, ponoszą literacką, artystyczną porażkę. Są oczywiście takie, których wartość literacka jest niepodważalna, mimo, że w jakiś tam sposób historią alternatywną są, jak np. „Lód” Jacka Dukaja – jednak tutaj to nie „alternatywna historyczność” stanowi o ich wartości, jest w nich jedynie cechą przygodną.
To również skłoniło mnie, aby tej historii alternatywnej nie ubierać w literacki, czy para-literacki, kostium, lecz by wyrazić ją w formie ściśle dyskursywnej.
Pisząc fantazję historyczną, w której Studnicki pozostaje premierem, w istocie spełniłem po prostu własną fantazję o Polsce, fantazję o Polsce, która zdołała przekroczyć próg politycznej dojrzałości. Fantazję o Polsce, będącej nie tylko przedmiotem, ale również podmiotem polityki międzynarodowej. Fantazję o akslotlu, który wbrew tradycjom swoich przodków, w końcu dojrzewa.
Dojrzałość Polska utraciła trzysta lat temu, zdziecinniała gdzieś w osiemnastym wieku i nie odzyskała dojrzałości i będącej jej konsekwencją podmiotowości ani w krótkim interludium suwerenności 1918 – 1939, ani po roku 1989.
Fantazje, w których Polacy zwyciężają wbrew kalkulacji, wbrew rozsądkowi, a dzięki swojej moralnej przewadze mogą pokrzepiać serca, mnie jednak nie interesuje moralna przewaga, interesuje mnie jedynie przewaga polityczna i nie interesuje mnie również pokrzepianie serc. Polskie serca nie potrzebują pokrzepienia, dość są już pokrzepione i drzemią w rozkosznej drzemce własnej sielskości. Polskie serca potrzebują wbicia igły z zastrzykiem z adrenaliny, która poruszy je do biegu.
W istocie, moja fantazja jest reakcją na nieznośną dla mnie tożsamość Polski bezpodmiotowej. Tożsamości Polski – ofiary gwałtu, Polski rozstawianej, a nie rozstawiającej po kątach. Tożsamości Polski intelektualnie niezdolnej do prowadzenia prawdziwej polityki zagranicznej, bo nie rozumiejącej jej podstawowych, clausewitzowskich praw.
W samym centrum zaś tej polskiej tożsamości są niewinne polskie trupy – z dziurami w potylicach, spalone miotaczami płomieni, rozstrzelane, powieszone.
Adolf Hitler wierzył, że uda mu się wygrać wojnę dzięki Wunderwaffe. Wierzenia te rzutowały na całą niemiecką filozofię przemysłu zbrojeniowego podczas drugiej wojny światowej, której główną zasadą był nacisk na technologiczną przewagę i jakość uzbrojenia – masowa produkcja miała znaczenie drugorzędne. Stąd wynikały takie absurdy jak angażowanie wielkich sił i środków w produkcję np. Jagdtigerów – osiemdziesiąt wyprodukowanych pojazdów nie mogło mieć żadnego wpływu na losy frontów, po których toczyły się czołgi liczone w dziesiątkach tysięcy. Zgodnie z prawem Lanchestera, podwajając siłę ognia jednego żołnierza w jednostce osiągniemy mniejszy wzrost siły jednostki, niż podwajając jej liczebność przy zachowaniu dotychczasowej siły ognia każdego żołnierza– nawet nie odwołując się do upraszczających rzeczywistość matematycznych modeli, większość badaczy tematu zgadza się co do tego, że zamiast inwestować potencjał intelektualny i produkcyjny w nowe czołgi, III Rzesza lepiej by wyszła na ciągłym udoskonalaniu i masowej produkcji swojego podstawowego czołgu, PzKpfw IV, który – przynajmniej w wersji G i H – był przecież równorzędnym przeciwnikiem dla sowieckich T-34 i amerykańskich Shermanów.
W przypadku czołgów z drugiej wojny światowej przewaga technologiczna jest sprawą relatywnie prostą do obliczenia, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wystarczy przypisać odpowiednią wartość skuteczności działa i odporności pancerza, potem oszacować jeszcze właściwości trakcyjne, niezawodność i wizualną wykrywalność.
W praktyce, znaczenie miały jeszcze drobniejsze sprawy techniczne, typu szybkość obrotu wieży, jakość przyrządów celowniczych, przenoszony zapas amunicji – etc., ale znaczenia miały również kwestie, które określę sobie na potrzeby tego felietonu, kwestiami kulturowymi.
Nie chodzi mi tutaj tylko o gęby mitologicznych zwierząt, jakie Amerykanie wymalowywali na swoich czołgach podczas wojny koreańskiej, wierząc, że bez wątpienia przestraszą zabobonnych Koreańczyków – co jest, swoją drogą, klasycznym przykładem splotu amerykańskiej etnograficznej naiwności i arogancji – bo czymże innym może być założenie, że Koreańczyk mógłby się nie przestraszyć działa i karabinów maszynowych zwykłego czołgu, ale ten sam czołg z wymalowanym zębatym pyskiem tygrysa miałby u tego samego Koreańczyka wywołać atak paniki.
Kwestią kulturową jest więc absolutna nadreprezentacja Panter i Tygrysów w wielu osobistych relacjach z wojny – można odnieść wrażenie, że polscy, brytyjscy czy sowieccy żołnierze prawie nie spotykali innych niemieckich czołgów, co oczywiście jest zupełnie niemożliwe. Swój udział miała też w tym niemiecka propaganda – „tygrysów królewskich” było pół tysiąca, ale na niemieckich zdjęciach pojawiają się częściej niż dziesiątki razy liczniejsze „czwórki”.
Czołg jest jednak zjawiskiem świeżym, nie ma jeszcze stu lat. Kulturowa percepcja zaś obejmuje każdą broń, determinując nie tylko jej skuteczność, ale również to, czy dana rzecz w ogóle jako broń będzie postrzegana. Nikt nie ma wątpliwości, że nóż kuchenny nie ma kulturowego znaczenia broni, chociaż oczywiście może być użyty jako narzędzie do walki, tak samo jak nożyk do tapet, noga od krzesła, butelka, latarka czy cokolwiek innego, czym da się wygodnie bliźniego zdzielić w łeb, dźgnąć lub ciachnąć. W kwestii różnych „tactical folderów” sprawa jest bardziej rozmyta – sama nazwa sugeruje zastosowanie taktyczne (ale chyba nie w skali batalionu?), ale człowieka niezbyt zorientowanego w temacie łatwo przekonamy, że ma do czynienia ze scyzorykiem – użytkowym nożem noszonym w kieszeni celem obierania jabłek i otwierania listów. Co, swoją drogą, może zasadniczo zwiększyć nasze szanse w sądzie, gdybyśmy się, nie daj Bóg, tym „tactical folderem” kiedyś obronili. Natomiast, nóż sprężynowy jest jako broń identyfikowany jednoznacznie.
Nóż sprężynowy jest bronią, natomiast – zdaje się – jako broń nie są już postrzegane różnego rodzaju szable, miecze i rapiery, które nabrały raczej kulturowego znaczenia artefaktu – przedmiotu kolekcjonerskiego lub hobbystycznego, zabytku, kuriozum. Identyfikację jako broń zachowała w większym stopniu stara broń palna – karabin skałkowy jest postrzegany jako broń, pochodząca z tego samego okresu szabla kawaleryjska już nie. Jest to prawdopodobnie funkcja zatarcia pamięci o faktycznej funkcji mieczy i szabel – jeszcze w 1940 roku, w okupowanym przez Sowietów Wilnie za posiadanie szabli groziły takie same sankcje karne (czyli kara śmierci) jak za posiadanie broni palnej, co zobrazował Józef Mackiewicz w symbolicznej scenie w powieści „Droga donikąd” – kiedy główny bohater, biedując, usiłuje sprzedać starą, rodzinną karabelę – i jeden z ludzi, do których zwraca się z ofertą sprzedaży, reaguje paniką, krzycząc, że Sowieci nie będą pytać ile ta szabla ma lat, dwieście czy dwa, broń to broń.
W polskim prawie bronią wymagająca pozwoleń lub rejestracji są pałki imitujące kije bejsbolowe, kastety, nunczaka i ostrza ukryte w laskach – z wyjątkiem tej ostatniej, prawo postępuje tutaj za kulturowym rozróżnieniem na broń i nie-broń. W Wielkiej Brytanii na listę broni zabronionej (nomen omen) wciągnięto ostatnio japońskie miecze, katany – podobno dlatego, że tanich, chińskich imitacji katan chętnie używają różnego rodzaju przestępcy. Nie chce mi się jakoś w to wierzyć, sądzę, że jest to raczej pochodna tego, że miecz japoński jest jedyną długą bronią białą, która często pojawia się w kinie w roli broni we współczesnym kontekście. Bohaterka „Kill Bill” macha kataną właśnie – a nie szablą kawaleryjską czy długim mieczem, co spowodowane jest zapewne rozrośniętą do groteskowych rozmiarów legendą japońskiej broni – vide opowieści o katanach tnących lufy czołgowych dział. Posiadania rapiera lub topora nikt jeszcze w Albionie nie zabrania – i nie ma tutaj co ironizować, czy brytyjski przestępca, któremu odebrano prawo posiadania katany, jest na tyle głupi, że celem zrealizowania swych morderczych instynktów nie zastąpi katany szablą po dziadku-kawalerzyście – bo jeśli uliczny bandzior rzeczywiście nosił katanę (w co, jak mówiłem, niespecjalnie wierzę) to nie robił tego dla zaspokojenia swojego destrudo, ale po to, by groźnie się prezentować, tak groźnie jak bohaterowie kina akcji. Zaś z szablą po dziadku nie prezentowałby się groźnie, lecz groteskowo.
Kulturowe rozróżnienie na bron i nie-broń nie koresponduje więc w jakiś szczególny sposób z autentyczną wartością bojową broni. Zgodnie ze wspomianym prawem Lanchestera, cztery czołgi PzKpfw IV przwyższały siłę bojową jednego Tigera II, kosztując niemieckiego podatnika tyle samo, lub mniej – nie towarzyszy im jednak żadna legenda. Szablą można chlasnąć równie dobrze jak kataną. Noga od krzesła w roli pały sprawdzi się tak samo jak tzw. „bejzbol”, jednak to „bejzbol” trafił na billboardy i dorobił się czarnej legendy. Swoją drogą, a propos billboardów, to „bejzbol” rzeczywiście nie służy do zabijania, tylko do bicia – gdyby celem bandziorów było zabijanie, użyliby siekiery albo noża, równie dostępnnych, a bardziej zabójczych. Sensu tamtej kampanii społecznej nie zrozumiałem do dziś.
Chciałoby się więc zaryzykować tezę, iż o tym, co jest kulturowo identyfikowane jako broń, a co nie, decyduje powszechność zbrojnego użycia danego przedmiotu – szable i miecze już nie są bronią, bo nikt nikogo nimi nie siecze, zaś bejzbol owszem, bo ktoś kogoś nim tłucze – jednak przypadek siekiery, która wśród ludu polskiego jest częstym narzędziem zbrodni i groźby, a jednak postrzegana jest jako narzędzie i nie trzeba jej rejestrować w powiatowej komendzie policji, obala taką koncepcję.
Nie ulega jednak wątpliwości – obiektywnie istnieją jedynie kawałki metalu i drewna, połączone ze sobą w skomplikowany sposób. To, czy dany stalowy odważnik na patyku jest młotkiem, narzędziem do wbijania gwoździ, czy bronią, narzędziem do rozbijania głów, jest już tylko interpretacją tego obiektywnego faktu.
Szczepan Twardoch
Broń i Amunicja, nr 01/2008
Jeden z moich ulubionych mężów stanu, Otto von Bismarck, powiedział, iż polityka jest sztuką możliwego. Na polityce Żelazny Kanclerz znał się jak mało kto, więc możemy mu w tej kwestii zaufać. Przywołałem tutaj tę maksymę nie bez powodu, gdyż w tym felietonie zajmę się kwestią polityczną, bo kwestią polityki jest sprawa reglamentacji broni w Polsce.
Temat ten zdecydowałem się poruszyć ze względu na zmianę konfiguracji politycznej po ostatnich wyborach. Wygrana PO sprawiła, że szansa na zmianę dotychczasowej polityki względem strzelców i strzelectwa wzrosła z poziomu minimalnego do, powiedzmy, niewielkiego. A to już coś, chociaż tylko troszeczkę.
W świecie szerokim, zwolenników łatwego dostępu do broni palnej najczęściej łączy się z prawicą, przeciwników zaś – z lewicą. Warto pamiętać, iż postawa taka nie jest odwieczna i pochodzi z USA, gdzie prawicowość – czy konserwatyzm – zawsze, z oczywistych powodów, miał demokratyczny charakter. W Europie bywało różnie. W Polsce zaś jest jeszcze bardziej różnie.
Najważniejszą sprawą, jaką należy sobie uzmysłowić, jest społeczna trzeciorzędność całego problemu. O ile right to bear arms jest jednym z centralnych tematów polityki amerykańskiej i w zasadzie każdy w USA ma jakieś zdanie na ten temat, to dostęp do broni w Polsce jest problemem społecznie nierozpoznanym. Mieliśmy do czynienia z narodowymi dyskusjami w kwestiach aborcji czy wejścia do UE. W tej ostatniej dyskusji, za pieniądze z podatków, przekonywano podatników, na którą opcję mają zagłosować. Słowem – niezależnie od poglądów, każdy, kupując benzynę czy wypełniając PIT dołożył się do euroentuzjastycznej propagandy. Przypominam o tej sprawie, ponieważ jest symptomatyczna dla modelu polskiej demokracji. Gdyby do społecznej debaty na temat dostępu do broni kiedykolwiek doszło (w co nie wierzę, nawet jeśli reglamentacja broni zelżeje, to wszystko odbędzie się chyłkiem i pies z kulawą nogą się kwestią nie zainteresuje), to można się spodziewać, że z budżetu sfinansowana zostanie kampania na rzecz słuszniejszej opcji.
Chociaż nie znam żadnych badań, które zajmowałyby się recepcją kwestii posiadania broni palnej przez obywateli w Polsce, to socjologiczna intuicja mówi mi, że zasadnicza część polskiego społeczeństwa, zupełnie niezainteresowana problemem, jeśli zostanie zmuszona do zajęcia stanowiska, to opowie się raczej przeciwko postawie, reprezentowanej zapewne przez większość czytelników BiA. Dlaczego? Przyczyn polskiej hoplofobii jest kilka, ale najistotniejszą jest nieobecność broni palnej w życiu przeciętnego Polaka. Typowy mężczyzna strzela dziesięć razy z kabekaesu w szkole średniej, zaś później, nieliczni, którzy załapią się na pobór, oddają może dwadzieścia strzałów podczas rocznej służby. W obu przypadkach samo wzięcie broni do ręki otoczone jest wielkim i podniosłym ceremoniałem, na końcu którego trudno bez drżenia chwycić kałasza. Wśród moich rówieśników zasadnicza większość nie miała nigdy broni palnej w rękach i całą wiedzę na jej temat kształtuje na podstawie filmów. Nic więc dziwnego, że pistolet czy karabin jawi się Kowalskiemu jako magiczny artefakt, obdarzony własną wolą i kapryśną naturą, objawiającą się tym, że raz do roku, nienabity, sam strzela. Dodać należy, że nie wszystkie środowiska strzeleckie popierają liberalizację dostępu do broni. Często można spotkać się z postpeerelowską mentalnością, podług której strzelba w domu to nieomal feudalny przywilej, którego, ma się rozumieć, należy zazdrośnie strzec.
Nie bez powodu rozpocząłem ten felieton od cytatu z Bismarcka. Polityka jest sztuką możliwego. Dlatego powyższej diagnozy nie należy odczytywać jako żalów na – jak pisze Rafał Ziemkiewicz – polactwo, że głupie. Sytuacja społeczna jest, jaka jest i skuteczna działalność polityczna w rzeczywistości demokratycznej wymaga jej świadomego rozeznania.
Konsekwencją społecznego klimatu są stanowiska partii politycznych w Polsce, które zdania na temat broni po prostu nie mają. Prawicowo-lewicowa dychotomia w tej kwestii nie istnieje, ponieważ nie jest to problem istotny. Próba doklejenia broni do zestawu tego, co w Polsce uważa się za prawicowe jest z góry skazana na niepowodzenie, gdyż rozróżnienie prawica-lewica nie jest wcale takie fundamentalne, jak się niektórym wydaje i w różnych krajach opiera się na różnych wyznacznikach. W Ameryce liczy się stosunek do broni i wolnego rynku, ale w Izraelu jedynie stosunek do Arabów, z którymi lewica chce się dogadywać, a prawica nie.
W Polsce kryteria są jeszcze inne. Nielicznych zwolenników zliberalizowania dostępu do broni można znaleźć w szeregach wszystkich liczących się partii, ale mało kto chce o tym mówić głośno, gdyż mało kogo rzecz obchodzi, a czas w telewizji wśród polityków jest dobrem pożądanym, które należy rozsądnie wykorzystać. Należy więc nastawiać się na współpracę nielicznych sprawiedliwych, bowiem próba uczynienia z broni postulatu walki politycznej – przy całej niepopularności tematu wśród społeczeństwa – może doprowadzić jedynie do tego, że nie chcąc zrazić wyborców, politycy wszystkich opcji łatwo zgodzą się, że trzeba tego zabronić. Ostatnie wybory pozwalają mieć pewną nadzieję, że coś się w Polsce zmieni nie dlatego, że wygrała akurat PO. W definicji cudu nie zawiera się broń dla ludu, chociaż w szeregach PO jest Bronisław Komorowski, któremu strzelcy czarnoprochowi zawdzięczają uwolnienie replik broni historycznej.
Niemożliwa jest więc nagła, raptowna zmiana charakteru narodowego Polaków. Polska nie stanie się drugą Szwajcarią, krajem, w którym rezerwiści przechowują swoją wojskową broń w szafie koło łóżka. Praca organiczna, u podstaw, na rzecz popularyzacji strzelectwa jako sportu lub rekreacji ma sens, jednak tylko wtedy kiedy obliczona jest na kilka dekad, bo trzeba pokoleń, aby charakter narodowy zmienić.
Jeśli zależy nam na zmianach jeszcze w ciągu naszego życia, to tym nadzieje należy wiązać z typowym dla pierwszych miesięcy każdego rządu pewnym chaosem decyzyjnym i ulatniająca się wraz z czasem chęć dokonania jakiejś zmiany. Rząd Tuska nie pójdzie na wojnę z establishmentem, nie będzie więc narażony na zmasowany atak ze strony mediów – w takim sprzyjającym klimacie, w ciągu najbliższych paru miesięcy coś może się udać. Szansa na to jest niewielka, bo zdecydować o całej sprawie mogą zupełne drobiazgi – ot, ważny polityk PO wstanie w złym humorze, spojrzy na projekt nowej ustawy i uzna, że notowania partii mogłyby spaść za sprawą tabloidowego nagłówka ostrzegającego przed nadchodzącymi czasami strzelanin na ulicach – i szlus, sprawa padła.
Z tego powodu, całą nadzieję należy pokładać w delikatnych, zakulisowych działaniach lobbingowych. Takie działania umożliwiły Polakom dostęp do broni czarnoprochowej – przecież gdyby ogłosić w narodzie referendum, to pasjonaci coltów navy swoje cacka mogliby sobie pooglądać przez szybkę w Muzeum Wojska Polskiego. Wszelkie akcje przekonywania społeczeństwa, że broń to narzędzie jak każde inne, nie mają większego sensu, może poza informacyjnym, obliczonym na dekady. Nie mamy swojego NRA, które mogłoby takie działania koordynować i finansować, a PZSS, jeśli reprezentuje kogokolwiek – poza działaczami, to na pewno nie strzelców, którym potrafi jedynie uprzykrzać życie. Poza tym, musiałby się jeszcze znaleźć ktoś, kto chciałby takiego przekazu słuchać, a kogo w Polsce obchodzą jakieś tam pistolety?
Dlatego nie należy się spodziewać, że broń w polskim sklepie będzie się nabywało równie łatwo jak w szwajcarskim. Wszystko na co możemy liczyć, to odebranie policji prawa do reglamentowania dostępu do broni (co jest kwestią najważniejszą!) i przeniesienie tego prawa na administrację cywilną (gdzieś w okolice urzędów wojewódzkich) oraz zniesienie urzędniczej uznaniowości w decyzji, czyli oparcie jej na łatwiejszych lub trudniejszych, acz jasnych kryteriach. Gdyby się jednak udało – na co, powtarzam, szanse są niewielkie – to byłoby to już i tak bardzo wiele. Bo polityka jest sztuką możliwego.
Szczepan Twardoch
Broń i Amunicja, nr 06/2008
PS. Felieton sprzed trzech miesięcy. Do marca 2008 żadnych ruchów politycznych w sprawie zmiany ustawy nie zauważyłem.
Pisałem jakiś czas temu na łamach „BiA” o szerokim spektrum bronioznawczej kompetencji pisarzy. Podzieliłem wtedy literatów na dwie grupy, na tych, którzy się znają na rzeczy, i na tych, którzy o broni palnej piszą bzdury. Siebie oczywiście , jako zarozumialec, zaliczam do grupy pierwszej, ale nie o sobie będę tutaj pisał, gdyż felieton ten będzie poświęcony tym, którzy piszą o broni, ponieważ jej używali.
Rzecz może być myląca. Uczęszczam przecież na strzelnicę, gdzie przepuszczam autorskie honoraria przez lufę. Słowem, strzelam często i regularnie, w ciągu roku odpalam być może więcej nabojów, niż Ernst Jünger miał okazję wystrzelić bojowo w czasie całej I Wojny Światowej, jako żołnierz linowy i potem oficer, dowodzący doborowymi oddziałami szturmowymi. A jednak, to on używał broni, ja jedynie się nią bawię. I niczego nie zmienia tutaj fakt, że mógłbym szczegółowo opisać mechanizm ryglowania nulachty, jak nazywano P08 na Śląsku. Mój pradziadek nie miał zapewne pojęcia o tym, że jakieś tam ryglowanie w ogóle w parabelce występuje, a jednak to on bronił tym pistoletem swojego domu i swojej rodziny. Jünger i miliony innych, w tym moi przodkowie i krewni na wszystkich frontach wojen środkowej Europy broni używali. Ja, dzięki Bogu, mogę się bronią bawić i pisać o tych zabawach felietony.
Bohaterem tego tekstu będzie więc pisarz, taki, o którym na łamach „BiA” jeszcze nie pisałem. Więź, łącząca pióro i broń zdaje się być tematem niewyczerpanym, rozpiętym gdzieś między biegunami Hemingwaya i Baczyńskiego. Pisarz, który wystąpi w tym felietonie miał jednak cechę, która odróżniała go od innych, którzy łączyli maszyny do pisania z maszynami do strzelania.
Jünger o spluwach pisze beznamiętnie i rzadko. Ot, upycha w kieszeni kurtki parabellum, z tyłu, w spodniach małego mausera, a na piersiach kiście granatów. Gdybym szukał bliskiej analogii, Jünger traktuje broń tak, jak myślimy dziś o komputerach, na których pracujemy. Są nam potrzebne, wybieramy je starannie, bo wolimy, aby nie zawiodły przez dwa czy trzy lata, ale przecież pozostają tylko narzędziem, przedmiotem – można swojego laptopa lubić, ale nie wiążą się z nim gorące emocje. Tak Książę Piechoty traktował pistolet. Vladimir Volkoff z kolei o broni pisze z pasją i emocjami, ale pistolety pojawiają się u niego w kontekście bardzo bezpiecznym. Strzelnica, wydzielane ostrożnie przez emerytowanego sierżanta naboje. Samo wyniesienie rewolweru ze strzelnicy jest aktem transgresji, aż czujemy, jak autorowi trzęsły się ręce, kiedy opisywał swojego bohatera, który zabiera nielegalnie broń. Dla Vokloffa broń jest czymś otoczonym nimbem niesamowitości, czymś tajemniczym, groźnym i pociągającym zarazem.
Sergiusz Piasecki, zaś, bo o nim opowiada ten felieton, nosił broń na co dzień, jako narzędzie swojej mrocznej pracy, a jednak nie traktował jej chłodno. Pistolet w garści dla Piaseckiego był nie tylko gwarantem najgłębszej, osobistej wolności, był też tej wolności symbolem.
Nie będę tutaj pisał kiedy i gdzie się urodził, bo zainteresowany P.T. Czytelnik sam to sobie łacno sprawdzi. Ważne, że był synem zruszczałego, polskiego szlachcica i Białorusinki. Wychowywał się zanurzony w sferze kontinuum dialektalnego, obejmującego swymi krańcami, z jednej strony, język rosyjski, z drugiej zaś polski, a wypełnionego szeregiem dialektów białoruskich. Rosyjski traktował jako język ojczysty. Rewolucję widział w Moskwie, tam nabawił się wstrętu do bolszewizmu, walczył potem z bolszewikami w szeregach białoruskiej partyzantki. Był związany z światem przestępczym Mińska. Później walczył z komunistami w Dywizji Litewsko-Białoruskiej u boku wojsk polskich, bronił Warszawy, i w efekcie, jak kiedyś pisał o nim Potocki na łamach „Życia” – „antybolszewizm zbliżył go do polskości”. Bo wojnie, zdemobilizowany, tułał się, ulegając swojej obsesji – poszukiwaniu mocnego życia. Fałszował czeki, otarł się o studio, w którym produkowano pornograficzne zdjęcia, aż w końcu wstąpił do wywiadu wojskowego, zwanego wtedy zakordonowym. Jego muttersprache był rosyjski, znał jednak również dialekty ruszczyzny i białoruszczyny od Mińska po Moskwę, miał ojca w sowieckim Mińsku, znał ludzi, obyczaje i drogi, a był przy tym szaleńczo, straceńczo odważny – idealny kandydat na szpiega. Chodził do Rosji Sowieckiej przez kilka lat, wracał, wszystko piechotą, przez granicę, z pistoletem i latarką w kieszeni. Lubił żyć szeroko, przepuszczał ogromne sumy pieniędzy, którymi gardził, a że wywiad płacił źle, to w końcu zaczął imać się przemytu, który kwitł wtedy na granicy. Został podporucznikiem i kokainistą. I za kokainę z wywiadu wyleciał i kokaina popchnęła go do jakichś szalonych napadów z bronią w ręku. Nikt nie zginął, ale Piasecki trafił do więzienia z wyrokiem piętnastu lat.
Dopiero w Świętym Krzyżu, najcięższym więzieniu w przedwojennej Rzeczpospolitej, nauczył się literackiej polszczyzny i zaraz w tej polszczyźnie napisał książkę o życiu przemytników, pod tytułem „Kochanek wielkiej niedźwiedzicy”. Książkę przeczytał Wańkowicz i za jego sprawą, Piaseckiego uwolniono z więzienia po jedenastu latach, w 1937. Rzucił się w wir życia literackiego, w dedykacji dla Witkiewicza podpisał się „Król granicy, bóg nocy, który stoczył się do poziomu literata polskiego”. Pisał dalej, szybko i dużo, książki o życiu w wywiadzie („Piąty etap” i „Bogom nocy równi”) i o mińskim półświatku, wszystko autobiograficzne. ale tylko dwa lata dane mu było sycić się życiem literata, bo przyszła II Wojna Światowa, i znów cenniejsze stało się celne strzelanie z pistoletu, niż trafny dobór słów. Piasecki został dowódcą grupy egzekucyjnej wileńskiego ZWZ, a potem AK, wykonywał wyroki śmierci, wydane przez podziemny sąd, ale nigdy nie złożył przysięgi, bo był na to zbyt niezależny. Uratował życie Józefowi Mackiewiczowi, niesłusznie oskarżanemu o współpracę z Niemcami, włamał się do siedziby gestapo i wyniósł stamtąd dokumenty dotyczące Katynia. Słowem, żył szeroko, a umarł na emigracji, dwadzieścia lat później – z Polski uciekł przed bolszewikami w 1945, do Włoch, osiadł w Londynie.
Książki Piaseckiego, tak jak jego życie, kręcą się dookoła broni. Pisze o niej ze znawstwem, ale jest to kompetencja praktyka. Nagan, parabellum, płaski brauning – „maszyny”, jak na rewolwery i pistolety mówi się na pograniczu. Nosi tych „maszyn” ze sobą imponującą liczbę, zawsze nagan jako „back-up”, ulubiona parabelka jako broń podstawowa, do niej dziesięć, dwanaście magazynków w kieszeniach. Często nosi trzy, cztery sztuki broni na raz. Do tego latarka do walk nocnych, w tym samym celu wiąże na lufach białe szmatki, aby widzieć je w ciemnościach, albo strzela, naciskając na spust środkowym palcem, ze wskazującym ułożonym wzdłuż lufy, bo, jak twierdzi, wtedy trafia się zupełnie instynktownie, bez celowania. Strzela się z pogranicznikami jako przemytnik, z czekistami jako szpieg, potem grozi bronią pasażerom kolejki podmiejskiej, aby w końcu pistoletem wykonywać wyroki na dziennikarzach gadzinowej prasy. Bóg nocy, na właściwym miejscu czuje się na bezdrożach, w ciemnościach, byle miał misję do wykonania, flaszkę z wódką, kokainę i kolbę w garści. Nie ma nocy zbyt czarnych, aby w nie pójść. O swojej P08 pisze jak o kobiecie. Wcale się nie zacina, nie wierzcie nieżyczliwym, wystarczy o nią dbać, a bije celnie, jak żadna. Na rewolwer i jego siedem pocisków, oficerski, z samowzwodem, zawsze można liczyć, ale to o parabelce i jej miękkich liniach pisze z miłością, bo to ona ratowała go z opresji, odbierała życie tym, którzy weszli mu w drogę i to ona była przy nim, blisko, w kieszeni.
Na najbardziej znanej fotografii, pisarz Piasecki to chudy brunet o pociągłej twarzy, opierający głowę na smukłych dłoniach. Żeby zobaczyć go naprawdę, trzeba wyobrazić go sobie w białoruskich zaroślach, nocą, z dłonią zaciśniętą na kolbie i z palcem na cynglu.
Był on bowiem człowiekiem zbrojnym.
Broń i Amunicja, nr 05/2007
Na marginesie dyskusji na Forum Frondy o moim eseju poświęconym “Wieszaniu”, pojawiła się interesująca kwestia – Woroszylskiego i Kołakowskiego, noszących broń w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, do których ja dorzuciłbym jeszcze obnoszącego się pistoletem Kuronia.
Warto przy tym jasno naświetlić kontekst tej zbrojnej inteligencji końca lat czterdziestych i początków pięćdziesiątych.
Hoplofobia współczesnej polskiej policji ma swoje źródło w bohaterskich czasach walk z “antykomunistycznymi bandami” lat czterdziestych i pięćdziesiątych – jestem świeżo po upojnej lekturze materiałów szkoleniowych SB z końca lat osiemdziesiątych i ten pionierski, kombatancki okres jest tam świadomie przedstawiany jako mit założycielski dzielnej milicji i całego “resortu”.
Milicja lat czterdziestych miała na punkcie broni obsesję, kiedy czyta się dokumenty z tamtych czasów, kwestia uzbrojenia partyzanta, miejsca ukrycia broni, zdania jej przy amnestii, czy nie zdania, ilości broni, pochodzenia, amuniji jest absolutnie pierwszoliniowa – co jest oczywiście zrozumiałe.
Udzielenie pozwolenia na broń było wtedy aktem najwyższego zaufania, było nie tylko czynnościa praktyczną – pozwalamy temu a taeu nosić parabelkę albo walthera – było aktem symbolicznym, swoistym”pasowaniem na swojego”. Dlatego ten rewolwer, z którym obnosił się Kuroń – ten element ostentacji jest bardzo ważny – wzbudzał swojego czasu takie emocje.
Efektem tego były, potem, w latach osiemdziesiątych, uporczywe starania SB o przypisanie zbrojnego charakteru Solidarności – i obligatoryjne zbrojenie “swoich” – o czym ciekawie pisał Urban.
Wypływające ostatnio fakty, którym się strasznie wszyscy ostatnio dziwią – dlaczego taki Stokłosa miał pozwolenie na broń, skoro leczył się psychiatrycznie, dlaczego legalną broń mieli różni gangsterzy, wielokrotnie karani, chociaż niekaralność jest rzekomo podstawowym kryterium, jakim policja się kieruje, decydując o udzieleniu pozwolenia – są prostą konsekwencją tamtej postawy, mentalność poli-milicyjniaków nie zmieniła się ani na jotę – broń dla nich jest symbolem przynależności, przywilejem zarezerwowanym dla “naszych”. I dlatego właśnie policja dziś rękami i nogami broni elementu uznaniowości, zawartego w ustawie o broni i amunicji – bo wszystko inne to nieistotne szczegóły, pic na wodę i fotomontaż, ważny jest tylko ten jeden, mały zapis, który twierdzi, że ostateczna decyzja w kwesti udzielenia pozowolenia zawsze należy do policji – a nie np. do cywilnych władz samorządowych, jak wszędzie indziej w cywilizowanych krajach Europy i świata.