Dziennik 2006-2010
Strona autorska Szczepana Twardocha
GŁÓWNALITERATURANAGRODYO AUTORZEPUBLICYSTYKAKANAŁ RSS
Wrocław
Wpisane 11:11, 15 Maj 2009 przez Szczepan Twardoch

Jadę dziś (piątek, 15 maja) na Dni Fantastyki do Wrocławia. Spotkanie ze mną – o 21 w Ceentrum Kultury Zamek w Leśnicy, poprowadzi Łukasz Orbitowski. Zapraszam.

Wpisane w Informacyjne | Brak Komentarzy Więcej »
Wpis chaotyczny
Wpisane 10:38, 13 Maj 2009 przez Szczepan Twardoch

Różne rzeczy ostatnio piszę, jednego pisać nie umiem: nie-prozy. Tzn, koresponduję obficie w sprawach przeróżnej wagi, piszę opowiadania, o których za chwilę, powieść piszę, a nawet dwie, nie potrafię napisać jednak przyzwoitego eseju, nie mówiąc już o wpisie w moim drogim dzienniczku. Pomogła mi jednak lektura, chenin blanc i coś w końcu jednak piszę, przynajmniej tutaj.

Może powinienem pisywać takie cotygodniowe relacje, jak Orbitowski? Bardzo zgrabnie mu to wychodzi. Ale ja mam inny tryb dziania się życia, niż Łukasz. Tzn, bardzo niewiele mi sie przydarza podczas zwykłych tygodni, a potem życie wybucha barwami, kiedy samolot ląduje gdzieś bardzo, bardzo daleko. Orbitowski nie ma wybuchów, ma za to wyższy poziom dziania się powszedniego.

Łukasz pisze u siebie o granicach literackiej kompetencji; zgadzam się z jego uwagami, zresztą wiele razy rozmawialiśmy na ten temat. Mówiąc w skrócie: granicę swojej własnej literackiej kompetencji znaleźć jest trudno, a przekraczać jej nie wolno, pod groźbą kary dla pisarza strasznej – śmieszności.
O tym jednak, jak trudno ją znaleźć niech zaświadczy taka dość banalna anegdotka: otóż, napisałem ostatnio dwa opowiadania, z jednym, pod tytułem „Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka” P.T. Czytelnicy będą mieli okazję się zaprzyjaźnić w czerwcowej „Nowej Fantastyce”, o losie drugiego jeszcze nie zdecydowałem. Wysłałem oba opowiadania do trzech panów, których krytyczno-literacka kompetencja i dobry, literacki gust są niekwestionowane. Liczyłem, na krytyczne uwagi, których się doczekałem. Wszystkie recenzje zdradzały, że ci pierwsi czytelnicy – którym niniejszym dziękuję – poprawnie odkodowali przekaz, w opowiadaniach zawarty. Z wszystkimi uwagami – czytając je – mógłbym się zgodzić. Wszystkie były w jakimś stopniu dla moich tekstów pochlebne i wszystkie również wskazywały na pewne tych tekstów słabości – tyle, że uwagi moich zaprzyjaźnionych recenzentów były całkowicie sprzeczne. Tam, gdzie ktoś dostrzegał wyraźne inspiracje pewną książką, ktoś inny ujrzał wybitną oryginalność. Jednemu z moich przyjaciół jedno z opowiadań wydały się sprawnym, wyłącznie rozrywkowym horrorem, bez głębszego tła, jeszcze ktoś inny dostrzegł w tym samym tekście głęboką analizę kondycji współczesnego człowieka. I tak dalej.
To oczywiście banał, ale konstytutywny dla doli pisarza, bo ugruntowujący tę nieoznaczoność, która towarzyszy literatowi – i w ogóle całej branży – od pomysłu do księgarni. To chyba ostatnia branża w której pieniądze inwestuje się zupełnie według wyczucia redaktorów, prezesów i innych dysponentów, ale zawsze, ciągle – według subiektywnego wyczucia. Bez badań rynku, bez analiz. Oczywiście – u nas, w Polsce, to nie są w sumie żadne pieniądze, zważywszy nakłady, ale i tam, gdzie te pieniądze są już naprawdę poważne, sprawy mają się tak samo. Zadie Smith, wtedy zupełnie anonimowa, za swoją pierwszą powieść dostała zaliczkę, za którą mogłaby żyć przez dwadzieścia lat, gdyby żyła skromnie. W tym przypadku nos redaktora się nie mylił. W ilu przypadkach redaktorowi, wypłacającemu setki tysięcy funtów, nos się zapchał?

Ale być może dzięki temu właśnie to wszystko ma jeszcze jakiś sens. Niechże wrócę znowu do powracającego w tym wpisie Orbitowskiego: napisał tenże Orbitowski piękną powieść pt. „Święty Wrocław”, do lektury której P.T. Czytelników zachęcam, bo to książka wcale nie o Wrocławiu, jak imaginuje się spragnionym lokalnych vratislavianów redaktorom tamtejszej prasy. W każdym razie, czytałem ową powieść, jak to się mówi, w szczotkach, tzn. dokładnie z pliku wyświetlanego na czytniku Sony Reader i efektem tejże lektury była obfita dosyć korespondencja z autorem, której fragment, ku uciesze P.T. Czytelników mojego dzienniczka, a za pozwoleniem adresata, pozwolę sobie zamieścić.

Piszę ja:

(…)I wreszcie ostateczna, końcowa uwaga.  Być może powinienem przeczytać książkę jeszcze raz, bo nie jestem pewien, czy ja wszystko zrozumiałem. Nie wiem, czy zrozumiałem czym naprawdę jest Święty Wrocław, czy dobrze odkodowałem.
Przemienieni świętowrocławianie piękni i krwiożerczy – OK. Cudownie przerażająca scena, tak w ogóle. Czy to jakaś wariacja na temat katolickiego pojęcia ciała chwalebnego?
I sam koniec świata – piękny. Naprawdę, okrutny i bezwzględny, smutny i piękny.
Ale: nie rozumiem, ogólnie, o co chodzi. Tzn, powiedzmy, próbuję: najpierw są znaki, mecenas Firgała jest świadkiem narodzin czarnego dziecka, jakby to była chwila, w której ŚW się rodzi, tak? Cegła maluje obrazy, ok. Ale o co chodzi, z tym zejściem w historię Tomasza, pod ŚW? Najpierw Niemcy i rycerze, potem nefilimy, smok, którego w ogóle nie rozumiem (Smok, w sensie Węża? Szatan?), a potem Palec. O co chodzi? Święty Wrocław to Bóg i koniec świata? Taki model Paruzji, gdzie Firgała to trzej królowie, Cegła to prorocy, a Adam to Jan Chrzciciel? Czy może coś co przedbosko-przeddiabelskie? W tym mieszczą się również ci przemienieni świętowrocławianie, jak karykatura Zbawienia, i trwanie Tomasza-narratora, jako karykatura Potępienia? 

Na co odpowiada Łukasz:

Cudowne, stary! Naprawdę. Jest coś takiego, że piszesz książkę z określoną intencją, a potem ktoś rozbiera to logicznie wedle innych założeń. Mi chodziło o zestawienie świat codzienny, realny, zwykły i skończony, a tutaj pojawia się rzeczywistość mityczna, archetpowa. całe zejście ma wiele z Junga, a przecież bohater, schodząc w dół, zagłębia się w świat archetypów. Kojarzonych z historią, ale tą opowiedzianą przez mity, stąd wojna, królowie, rycerze, potem giganci i smoki, a potem palec czegoś, zapewne jakiegoś starego boga, ale to już musi pozostać niepoznane, tak jak niepoznany pozostał święty Wrocław. Święty chyba w sensie przedchrześcijańskim.

Myślę, że Orbitowski się myli, niewiele ma przecież do gadania w sprawie interpretacji własnej powieści. Może więc Jacek Dukaj miał kiedyś rację, kiedy zignorował zupełnie wątki rewolucyjne, wątki tworzenia się nowoczesnego pojęcia narodu, wątki odgrywania tych samych rewolucji w różnych kostiumach – socjalistycznych, narodowo-socjalistycznych, bonapartystowskich, etc. – i uznał mojego „Sternberga” za powieść o mitologii IV RP, chociaż taka interpretacja była jak najdalsza od moich zamiarów. Ale może taki był Zeitgeist - podobnie jak w przypadku jednego z opowiadań, o których pisałem wcześniej, gdzie mój zaprzyjaźniony recenzent zauważył wyraźną inspiracją dość głośną książką, której jednak nie znałem, pisząc rzeczone opowiadanko. Przeczytałem ją później – i musiałem się zgodzić, wyraźna są te inspiracje, musiały przesiąknąć jakoś, osmotycznie.

Wpisane w Inne | 6 Komentarzy Więcej »
Varia
Wpisane 12:05, 10 Styczeń 2009 przez Szczepan Twardoch

1. Nowe książki. Zakończona jest już redakcja, skład i korekta „Zimnych wybrzeży”, które ukażą się wczesną wiosną tego roku. Bardzo możliwe, że jeszcze przed „Zimnymi wybrzeżami” wyjdzie zbiór moich tekstów o broni – felietonów i dłuższych artykułów, pod tytułem „Zabawy z bronią”. Będzie to jednocześnie mój debiut, jeśli chodzi o książki nieliterackie.

2. Wyjdzie również na dniach „Święty Wrocław” Łukasza Orbitowskiego, który chwali się już na swojej stronie okładką. Książkę skończyłem czytać niedawno – z wnikliwą recenzją poczekam, aż rzecz się ukaże, ale już teraz mogę powiedzieć, że jest to wspaniała powieść, bardzo orbitowska, oryginalna i straszna.

3. Ziemkiewicz napisał dość interesujący tekst pt. „Pusta trumna Romana Dmowskiego” w którym, że tak nieskromnie zauważę, powtarza główne tezy i nawet określenia z mojej notki sprzed półtora roku. Przeczytałem też Ziemkiewicza „Żywinę” i uczucia mam mieszane. Z jednej strony widać wyraźnie, że wykształcił się już gatunek „powieści publicystycznej” (Michalski, Horubała, Wildstein, Ziemkiewicz – podobno też, z drugiej strony, Anderman, ale nie czytałem), po której nie należy spodziewać się zbyt rozbudowanej fabuły – i to nie jest zarzut, nikt nie oczekuje też nagłych zwrotów akcji od świetnych przecież powieści eseistycznych Sándora Máraiego, takie są po prostu reguły gatunku. W ramach powieści publicystycznej, suchy, bezpłciowy nieco język Ziemkiewicza sprawdza się lepiej, niż niepoparte adekwatnym warsztatem stylistyczne pretensje ciekawszej być może powieści Wildsteina, i nie przeszkadza mi tutaj tego języka przeźroczystość. Brakuje mi jednak jednak jakiegoś rozmachu wizji, bo w zasadzie opisanie rządzących swoimi terytoriami klik po wodzą byłych esbeków to nie jest odkrycie rzeczywistości nieznanej dla kogoś, kto nie urodził się wczoraj. Wygłupiać się może na antenie Ćwiąkalski (wczoraj słyszałem go w Trójce i wyłączyłem radio kiedy pieprzyć o nieskalanej niezawisłości polskich sądów) mogli się kiedyś zgrywać Kwaśniewski z kolegami, ludzie pokroju i poziomu Orlińskiego czy Lisa mogą nawet autentycznie wierzyć, że póki złe Kaczory wszystkiego nie popsuły, w Polsce wszystko wyglądało dokładnie tak, jak ułożono to w konstytucjach i ustawach – ale poza nimi, to ottym, że Polska jest państwem w swej tkance mafijnym wie naprawdę każdy. A bardzo wielu doświadczyło tego w ogóle na własnej skórze.
Więc czy warto poświęcać temu aż powieść? Skoro świadomość tej mafijnej tożsamości polskiego państwa weszła już do common knowledge i powoli toruje sobie drogę na salony?
Przypominają mi się jednak w tym momencie tekst pt. „Iuro-kracja” Piotra Skórzyńskiego, opublikowany w „Arcanach” nr 83, już po jego samobójczej śmierci i krótkie zdaniez pożegnalnego listu, które cytuje Teresa Bochwic: „napisał, że nie godzi się na nikczemnienie świata. I już tylko tyle może zrobić, żeby w nim nie być.”
Więc chyba jednak warto.

4. Można wreszcie kupić „Ostatnie rozmowy z Philipem K. Dickiem”, wydane w imprincie „Editio”, należącym do Grupy Wydawniczej Helion. Wspominam o tym tutaj na blogu nie tylko dlatego, że książka jest świetna – świetnych książek ukazuje się wiele. Wspominam o tym, bo z tej jestem szczególnie dumny, jest jedną z ostatnich, jakie ściągnąłem do Polski pracując jako redaktor ds. praw zagranicznych w Helionie w latach 2004-2006. Tę konkretnie znalazłem na London Book Fair 2006 i zapoczątkowałem wtedy cały proces wydawniczy, który – jak widać – trochę trwał.

5. „Święty Wrocław” Łukasza dostałem, oczywiście w pliku – podobnie jak dziesiątki, jeśli nie setki innych książek, które otrzymuję w plikach do recenzji wewnętrznej, zewnętrzne czy do zapoznania się z nimi z różnych powodów. Czytanie 800-stronicowej książki z ekranu laptopa jest mordercze dla oczu, a niezbyt wygórowane honoraria za recenzje skurczyłyby się już zupełnie, gdybym miał sobie te książki drukować.
Dostałem jednak w prezencie urodzinowym od rodziców czytnik ebooków Sony Reader PRS-505, którego główną zaletą jest świetny wyświetlacz z e-papieru. Rzecz jest doskonała; polecam wszystkim, zawodowo zmuszonym do lektury długich publikacji elektronicznych takiego czy innego rodzaju. Ekran jest fantastyczny, nie męczy oczu bardziej niż zwykła, papierowa książka. Nie jest dokładnie biały: raczej b.ciemno szare litery na b. jasno szarym papierze, w kontraście porównywalnym lub lepszym niż w przeciętnej książce papierowej w miękkiej okładce. Odświeżanie ekranu zajmuje mniej więcej tyle czasu, co przewrócenie kartki.
Pewne kłopoty sprawa czytnikowi wyświetlanie plików pdf – tzn. obsługuje ten format, ale wyświetla stronę w całości na ekranie, przez co najczęściej litery są zbyt małe – po powiększeniu zaś nie zachowuje akapitów, etc. Z tym bardzo prosto sobie jednak można poradzić, używając programiku Book Designer – freeware made in Russia, który pozwala konwertować wszystkie pliki – .pdf, .doc, .rtf, .html, .lit, etc. do formatu .lrf, który czytnik obsługuje najlepiej i najszybciej. Za pomocą book designera otrzymuje się również polskie litery w tekstach – bo warto zauważć, że Sony Reader nie jest sprzedawany w Polsce, tylko -bodajże – w Wielkiej Brytanii i USA, skąd można go jednak bez problemu sprowadzić. Polskie menu, jeśli komuś to potrzebne, można uzyskać po niezbyt skomplikowanym sflashowaniu czytnika, czego nie robiłem – bo wystarczą mi polskie znaki w książkach.
Rzecz pomocna jest nie tylko w życiu zawodowym – ważąc czytnik w ręce przypominam sobie mój trzydziestokilogramowy plecak podczas naszego pierwszego trekkingu na Spitsbergenie, w którym nosiłem, oprócz koniecznego sprzętu, „Dzienniki” Máraiego, które same ważą dobry kilogram. A nie była to jedyna książka, jaką zabrałem wtedy ze sobą.

Wpisane w Inne | 4 Komentarzy Więcej »
Wieści
Wpisane 12:46, 24 Październik 2008 przez Szczepan Twardoch

26 października, w niedzielę o 16:00 w Empiku Manufaktura w Łodzi odbędzie się spotkanie, zorganizowane z okazji premiery mojej nowej książki, zbioru opowiadań pt. „Prawem wilka”. Zapraszam.

W księgarniach jest już albo będzie na dniach nowy „Czas Fantastyki” nr 4(17), a w środku między innymi ciekawie zapowiadający się tekst Orbitowskiego oraz zapis rozmowy, którą przeprowadził ze mną Krzysiek Głuch.

Wpisane w Informacyjne | 8 Komentarzy Więcej »
Nagroda Literacka im. Jerzego Żuławskiego
Wpisane 20:30, 21 Październik 2008 przez Szczepan Twardoch

Moja „Epifania wikarego Trzaski” otrzymała – jak doniósł mi obecny na uroczystym ogłoszeniu laureatów Krzysiek Głuch – Srebrne Wyróżnienie Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego.
Dziękuję!
Złote Wyróżnienie otrzymała świetna książka Łukasza Orbitowskiego, moim zdaniem jedna z najlepszych książek 2007 roku w ogóle – „Tracę ciepło”, natomiast Nagroda sama powędrowała do Jacka Dukaja, oczywiście za słusznie obsypany już zaszczytami „Lód”. Kolegom gratuluję zasłużonych laurów.

Więcej o Nagrodzie – tutaj.

Specjalne podziękowania należą się Andrzejowi Zimniakowi za pomysł, wolę i realizację koncepcji nagrody przyznawanej przez profesjonalistów.

Wpisane w Informacyjne | 6 Komentarzy Więcej »
Varia wojenno-filmowe
Wpisane 17:56, 13 Sierpień 2008 przez Szczepan Twardoch

1. Po raz pierwszy dzisiaj mam powód, aby być dumnym z prezydenta, na którego głosowałem. Oczywiście, nawet do tej pory Kaczyński i tak był najlepszym prezydentem po 1989 roku, ale umówmy się, średni to honor wygrać w tej konkurencji z sowieckim generałem Jaruzelskim, głupim jak but Wałęsą i postkomunistycznym aparatczykiem-alkoholikiem Kwaśniewskim. A wczoraj, w Gruzji, Lech Kaczyński po raz pierwszy od początku kadencji wyszedł z cienia swojego brata.
Po stronie Gruzji jest cała moja sympatia, ale przy tym nie zapominam, że Rosja jest po prostu i tylko wrogiem mojego kraju, niczym więcej – nie muszę czuć do Rosjan nienawiści ani pogardy. Rosja zagraża Polsce na wiele różnych sposobów, przede wszystkim przez niewątpliwą i głęboką agenturalną infiltrację wszystkich dziedzin polskiego życia społecznego, polityki, gospodarki, wojska i mediów. Ale to nie czyni Rosjan nie-ludźmi. Rzeczpospolita musi dołożyć wszystkich sił do zwalczania rosyjskich interesów, tam gdzie ma interesy swoje – ale do tego nie trzeba Rosjan nienawidzić. Ani nimi gardzić. Wydaje mi się, że nienawiść i pogarda mogą nawet przeszkadzać.

2. Postanowiłem zabawić się w snucie political fiction:
Wersja A) Administracja Busha podpuszcza Saakaszwilego, aby odebrał to, co mu się skądinąd słusznie należy, tj. Osetię. Wiedzą przy tym doskonale, że Rosjanie jednak się ruszą i że najpewniej wcale się w Osetii nie zatrzymają, ale Gruzinie tego nie wiedzą i radośnie wkraczają do Osetii. Rosja oczywiście reaguje – a Amerykanom właśnie o to chodziło – groźni Rosjanie pracują na rzecz McCaina, który chętnie posługuje się wojowniczą retoryką, osłabiając pozycję Obamy, tę amerykańską kopię Kwacha skrzyżowanego z Tuskiem, czyli porozumienie i miłość ponad podziałami.
Wersja B) Ruscy robią sobie w lipcu manewry na Kaukazie. Saakaszwili widzi co się święci, skoro nawet Michalski z „Der Dziennika” o tym słyszał. Szuka pomocy w USA, nie otrzymuje jej i zdesperowany, postanawia wykonać uderzenie wyprzedzające(na terytorium teoretycznie należące do Gruzji, lecz praktycznie pozostające poza jej suwerennością) , licząc, że to zapewni mu lepszą pozycję wyjściową w nieuniknionym konflikcie militarnym. Militarnie nie wiedzie mu się najlepiej, jednak dyplomatycznie udaje mu się całkowicie zniwelować ewentualne skutki naruszenia nieformalnego rozejmu „olimpiadowego” i Rosja zostaje jednoznacznie uznana za agresora. Skądinąd słusznie, lecz po gruzińskiej próbie podporządkowania sobie zbuntowanej prowincji, nie było to wcale takie pewne.

2. Batman. To już czwarta, udana adaptacja komiksu, jaką widziałem w kinie – po „Hellboyu”, „Sin City” i może „300″. Tym trudniejsza, że jednak niełatwo jest zrobić nieobciachowy film o facecie przebierającym się za nietoperza, o wiele trudniej niż np. zekranizować „Sin City”.
Nolanowi jednak bez wątpienia się udało. Lubię wszystkie filmy tego reżysera, od świetnego „Memento”, przez mniej może wybitną, ale zręczną i mocną „Bezsenność”, aż po świetny, oryginalny i odkrywczy „Prestiż”. Rację ma jednak Łukasz Orbitowski, że bez wątpienia nie jest to „najlepszy film w historii kina”. Bez przesady. Rola Heatha Ledgera jest wspaniała, jego Joker jest sto razy bardziej przerażający, niż Joker Nicholsona, jest przy tym również dowodem na wielką artystyczną elastyczność tragicznie zmarłego aktora, który potrafił zagrać role tak różne, jak Joker właśnie, czy kowboj-pederasta w świetnie zagranym i pięknie sfilmowanym „Brokeback Mountain”, który poza tym był filmem wyjątkowo, dzięki kiepskiemu scenariuszowi, słabym. Ale poza tym – Bale, który przecież jest wielkim aktorem, nie daje z siebie zbyt wiele, chociaż trudno też spodziewać się, żeby dało się zrobić aktorski koncert z roli faceta przebranego za nietoperza. Oldman – niestety, ledwie miga w tle. Maggie Gyllenhaal, Eckhart – jakby wyciosani z drewna, nudni, nieciekawi. Eckhart, swoją drogą, położył swoją drewnianą obecnością świetną skądinąd „Czarną Dalię”.

3. Bale, chociaż, mam wrażenie, rozmienia się trochę na drobne, grając „Batmana” czy Johna Connora w „Terminatorze”, ciągle potrafi pokazać wielki aktorski kunszt. Obejrzeliśmy niedawno film „Harsh Times”, gdzie Bale wciela się w rolę niestabilnego psychicznie weterana. I jest to wspaniała rola – Bale jest przekonywujący, momentami brawurowy, rola dużo lepsza niż w Batmanie. I w ogóle, na pierwszy rzut oka wygląda rzecz na dobry film.
Jednak, powiela niestety kliszę, obecną w kulturze masowej od dobrych czterdziestu lat – iż wojna zmienia żołnierzy w psychopatów. Jest to opinia obecna w kulturze tak mocno, że aż czasem nikomu nie przychodzi do głowy, aby ją zweryfikować. Mogę jeszcze zrozumieć, że dali się do niej przekonać Amerykanie – chociaż, zdaje się, że w kulturze masowej cezurą wojen, od których zostaje się psychopata, jest Wietnam, trudno znaleźć nawet we współczesnych filmach wojennych postaci, które zostałyby psychopatami po udziale w II wojnie światowej.
Oczywiście, wojny zostawiają w ludziach straszne ślady. Nie trzeba tego tłumaczyć chyba nikomu, kto rozmawiał kiedyś z weteranami z pokolenia mojego dziadka, urodzonego w 1920 roku. Hegel twierdził, że wojna polaryzuje charaktery, Jünger (ten drugi, o ile dobrze pamiętam) pisał, że długą wojnę niewielu zniesie bez szkód na duszy. Lecz dodawał również, że długiego pokoju bez szkód na duszy nie zniesie nikt – to tak na marginesie. Tak czy inaczej – te szkody na duszy nie oznaczają jeszcze całkowitej erozji norm moralnych i utraty wszelkiej stabilności psychicznej, co możemy łatwo sprawdzić, bo chyba większość P.T. Czytelników tego bloga zna weterana jakiejś wojny. Mało tego – wielu przecież jest takich, których te straszne, wojskowe doświadczenia, walka z bronią w ręku uszlachetniły, zamiast zdegenerować.
Dobrze pisze o tym Max Hastings w swojej zawodowej autobiografii „Going to the Wars” – pisze o tym, że pracując jako korespondent wojenny w Wietnamie, w Izraelu, na Falklandach i podczas wielu innych wojen, spotkał bardzo wielu żołnierzy różnych armii – i byli różni, lecz znakomita większość spośród tych żołnierzy była przyzwoitymi, szlachetnymi ludźmi, skoncentrowanymi na pełnionej służbie. To ożywczy głos, kiedy ciągle ogląda się na ekranie psychopatów.
Czasem mam nawet wrażeni, że poddani wpływowi tego popkulturowego toposu żołnierze, nawet ci, wracający z misji mniej niebezpiecznych niż praca dzielnicowego w małym mieście, czują sie niejako zobowiązani do posiadania wyrw w psychice.
Nawet jeśli przez całą swoją turę przekładali papiery w kancelarii.

Wpisane w Inne | 6 Komentarzy Więcej »
Rozmowy o „Epifanii…”
Wpisane 10:50, 16 Styczeń 2008 przez Szczepan Twardoch

Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski i Wit Szostak postanowili porozmawiać o mojej książce.
Zapis rozmowy ukazał się na onet.pl, do przeczytania tutaj.

Inna, również interesująca, rozmowa o „Epifanii…” ukazała się w ostatnim numerze sieciowego periodyku „Creatio Fantastica”. Do przeczytania tutaj.

Wpisane w Informacyjne | 2 Komentarzy Więcej »
Nautilus dla „Ronda…”
Wpisane 07:44, 1 Wrzesień 2007 przez Szczepan Twardoch

Wczoraj wieczorem zadzwonił do mnie z Warszawy Orbitowski, donosząc, że moje opowiadanie pt. „Rondo na maszynę do pisania, papier i ołówek” zostało nagrodzone „Nautilusem„.
Na mój tekst głosowało 174 uczestników plebiscytu, przyznając mi w sumie 1089 punktów.
Wszystkim bardzo dziękuję za lekturę i głosy.

„Rondo…” prawdopodobnie ukaże się w wersji książkowej, wraz z „Exodusem” i niepublikowanym opowiadaniem pt. „Maniera tenebrosa”.

„[...] Sala balowa mieściła się gdzieś na górnym pokładzie, szliśmy przez chwilę ciemnymi korytarzami. Przystanęliśmy przed jednymi z identycznych, niewielkich drzwi, pchnąłem je – i z ogarniających nas ciemności wstąpiliśmy w jasność. Sala bankietowa była wielka, otwierała się przed nami jak przestworza, po klaustrofobicznych przestrzeniach kabin i korytarzy tutaj sufit nagle ulatywał daleko w górę, srebrząc się lustrzanymi dekoracjami kasetonów. Ciężkie żyrandole pałały kryształowym blaskiem, odbijając się po tysiąckroć w zawieszonych na ścianach lustrach, w srebrnej zastawie i noszonych przez damy diamentowych koliach. Wszyscy goście stali nieruchomo, jakby padł na nich jakiś czar – i nagle pianista wzniósł i opuścił dłonie i po pierwszym takcie melodii wypełniający parkiet tancerze zafalowali, po czym rozpierzchli się w quickstepie, porwani zawodzeniami puzonu i saksofonów, dyktowanym przez kontrabas rytmem i eleganckim szumem pieszczących perkusję miotełek. Muzycy siedzieli ze swymi instrumentami na podium, wszyscy odziani w czarne smokingi. Tylko jeden z nich, młody Murzyn, nosił smoking w kolorze złamanej, kościanej bieli. Stał teraz tyłem do publiczności, bezgłośnie wystukując rytm na lewym udzie. Trzema palcami prawej dłoni trzymał trąbkę. Po kilkudziesięciu taktach czuł już muzykę, kiwał się delikatnie do rytmu, jego palce delikatnie pieściły zawory niemej jeszcze trąbki – nagle podniósł ją do ust i odezwał się, burząc rytmiczny nastrój frenetycznym skowytem, który zaraz w szalonym glissando ześlizgnął się do falującego trelu. Trębacz przechylił sie do tyłu, celując trąbką w sufit, po czym odwrócił się na pięcie, zwracając się do sali. Grał z zamkniętymi oczami, policzki wydymały się, jak kowalskie miechy i tłoczyły w mosiężne rurki powietrze, które uciekało rozedrgane w tercjach, harmoniach i kontrapunktach. Ci, którzy nie tańczyli nagrodzili to brawurowe wejście rzęsistymi oklaskami, po chwili Murzyn grał już spokojniej, delikatnie, na pół długości wysuwając się przed resztę orkiestry, subtelnie przewodząc i prowadząc improwizację jakby mimochodem, lecz zdecydowanie. Tancerze krążyli po parkiecie w szybkim rytmie quickstepa, urozmaiconym przeróżnymi, na bieżąco chyba opracowywanymi figurami.
Pełne cekinów suknie, czarne, męskie ubrania z śnieżnobiałymi gorsami koszul, błyszcząca biżuteria z brylantów i zaczesane na brylantynie włosy, gładką linią opisujące czaszki mężczyzn, stukot wysokich obcasów i elegancko skrzypiące skórzane podeszwy lakierek, kryształowy brzęk kieliszków, perliste śmiechy i basy, bawiące towarzystwo anegdotami. Wszystko to wypełniało bankietową salę i mieszało się w powietrzu kolorowymi smugami luksusu, szampana, szyku i stylu. [...]”

Wpisane w Informacyjne, Inne | 11 Komentarzy Więcej »
Nominacja do Nautilusa i inne sprawy
Wpisane 11:01, 10 Sierpień 2007 przez Szczepan Twardoch

Moje opowiadanie „Rondo na maszynę do pisania, papier i ołówek”, opublikowane w SFFH w listopadzie 2006 nominowane zostało do nagrody Nautilusa.
Jest mi bardzo miło i dziękuję wszystkim, którzy na mnie głosowali, acz i tak pewnie wygrają Orbitowski&Urbaniuk albo Grzędowicz.
„Rondo…” prawdopodobnie ukaże się prędzej czy później, może w 2008 roku, w wersji książkowej, wraz z „Exodusem” i niepublikowanym do tej pory, długim opowiadaniem pt. „Maniera tenebrosa”.

Właśnie mi się przypomniało, że kiedy moje debiutanckie opowiadanie „Obłęd rotmistrza von Egern” zostało nominowane w pierwszej bodajże edycji Nautilusa, to na ogłoszeniu nagród (wygrał chyba Ziemiański wtedy, ale nie pamiętam) poznaliśmy się osobiście z Łukaszem Orbitowskima, znając się wcześniej tylko z tekstów. Literacki początek literackiej przyjaźni.

A w sierpniowym „SFFH” ukaże się opowiadanie moje pt. „Bodhisattwa”. Tak się złożyło, że prawie w tym samym czasie w „NF” ukaże się genialny (proszę mi wierzyć, nie jestem skłonny do nadużywania tego przymiotnika) tekst Orbitowskiego pt. „Popiel – Armeńczyk”. Oba opowiadania są w pewnym sensie zbieżne klimatem i do pewnego stopnia tematyką, chociaż powstały zupełnie niezależnie.

Wpisane w Informacyjne | 2 Komentarzy Więcej »
Nowy Czas Fantastyki
Wpisane 19:39, 26 Kwiecień 2007 przez Szczepan Twardoch

CzF Nowy „Czas Fantastyki” już dostępny w Empikach, a w środku, obok wielu smakowitości (Dukaj, Orbitowski), również mój szkic pt. Pusty stryczek. O „Wieszaniu” Rymkiewicza.
Polecam się uwadze P.T. Czytelników.

Wpisane w Czas Fantastyki, Informacyjne | 4 Komentarzy Więcej »
  • Wstecz
  • Najnowsze wpisy

    • Święci
    • Historiozofia dla trzylatków
    • Cytat na dziś XIII
    • Różności, zapowiedzi
    • Krótko mówiąc IV
  • Najnowsze komentarze

    • Szczepan Twardoch o Cytat na dziś XIII
    • Szczepan Twardoch o Historiozofia dla trzylatków
    • Szczepan Twardoch o Święci
    • Il Federale o Święci
    • Studyta o Historiozofia dla trzylatków
    • WP o Historiozofia dla trzylatków
    • Piotr o Cytat na dziś XIII
    • Ignac o Historiozofia dla trzylatków
  • Tagi

    Śląsk Ślůnsk ślůnsko godka Arcana broń Broń i Amunicja Chateaubriand Christianitas chrześcijaństwo Cioran Czas Fantastyki dukaj Ernst Jünger felieton fiderkiewicz film Fronda Jünger język śląski kaczyński kino kościół konkurs literatura lustracja Márai Mackiewicz Michalski michnik Militaria opowiadanie orbitowski podróże polityka powieść Przemienienie Rosja Sándor Márai Spitsbergen spotkanie sternberg Tocqueville twardoch zabawy z bronią zimne wybrzeża
  • Kategorie

    • Arcana (4)
    • Broń i Amunicja (15)
    • Christianitas (5)
    • Cytat na dziś (12)
    • Czas Fantastyki (6)
    • FA-Art (1)
    • Fronda (6)
    • Gazeta Polska (2)
    • Informacyjne (73)
    • Inne (148)
    • Krótko mówiąc (3)
    • ś.p. Życie (1)
    • Militaria (13)
    • Niepublikowane (11)
    • onet.pl (2)
    • Opcje (4)
    • Pů našymu (6)
    • Wszystko jest literaturą (21)
    • Z papieru (2)
  • Archiwa

    • Wrzesień 2010 (1)
    • Sierpień 2010 (2)
    • Lipiec 2010 (3)
    • Czerwiec 2010 (5)
    • Maj 2010 (6)
    • Kwiecień 2010 (2)
    • Marzec 2010 (1)
    • Luty 2010 (1)
    • Grudzień 2009 (2)
    • Listopad 2009 (3)
    • Październik 2009 (4)
    • Wrzesień 2009 (5)
    • Sierpień 2009 (1)
    • Lipiec 2009 (6)
    • Czerwiec 2009 (3)
    • Maj 2009 (9)
    • Kwiecień 2009 (3)
    • Marzec 2009 (9)
    • Luty 2009 (5)
    • Styczeń 2009 (3)
    • Grudzień 2008 (3)
    • Listopad 2008 (5)
    • Październik 2008 (6)
    • Wrzesień 2008 (3)
    • Sierpień 2008 (5)
    • Lipiec 2008 (6)
    • Czerwiec 2008 (5)
    • Maj 2008 (4)
    • Kwiecień 2008 (6)
    • Marzec 2008 (7)
    • Luty 2008 (2)
    • Styczeń 2008 (4)
    • Grudzień 2007 (1)
    • Listopad 2007 (3)
    • Październik 2007 (7)
    • Wrzesień 2007 (11)
    • Sierpień 2007 (12)
    • Lipiec 2007 (10)
    • Czerwiec 2007 (10)
    • Maj 2007 (8)
    • Kwiecień 2007 (13)
    • Marzec 2007 (13)
    • Luty 2007 (8)
    • Styczeń 2007 (15)
    • Grudzień 2006 (11)
    • Listopad 2006 (9)
    • Październik 2006 (23)
    • Wrzesień 2006 (24)
  • Kalendarz

    Wrzesień 2010
    P W Ś C P S N
    « sie    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    27282930  
  • Translator

    Polish flagEnglish flagGerman flagFrench flagRussian flagCzech flagHungarian flag 
  • Na facebooku

  • Książki



  • Tak

  • Czytam

    • A. & Ł. Oleksakowie
    • Alfy, Lancie i ciężarówki
    • Anarcha, czyli Dante
    • Andrzej Solak
    • Esthel
    • Felietony Krzyśka Łęckiego
    • Funky Dieter
    • Jacek Dukaj
    • Koty Orbitowskiego
    • Kronika Novus Ordo
    • Ślůnzok ze Aldrajchu
    • Łukasz Orbitowski
    • M&M Kryjakowie – fotografia
    • Maciej Gnyszka
    • Miłośnik Ezry Pounda
    • Okiem Studyty
    • Paweł Milcarek
    • Przemek Bociąga
    • S.Michalkiewicz
    • Slavoi – Próbki
    • Tomasz Gabiś
    • Urbaniuk robi zdjęcia
    • Wojtek Wencel
    • x. Isakowicz-Zaleski
  • Łamy

    • 44
    • Arcana
    • Broń i Amunicja
    • Christianitas
    • Czas Fantastyki
    • FA-Art
    • fronda.pl
    • lampa
    • Nowa Fantastyka
    • Opcje
    • SFFH
  • Teksty

    • Babilon i mimesis
    • Jak nie zostałem Polakiem – narodowość jako akt woli.
    • Konserwatyzm jako klęska
    • Lampart na marmurowej skale
    • Pusty stryczek. O „Wieszaniu” Rymkiewicza.
    • Rozpacz, chrześcijaństwo i konserwatyzm
    • Umieranie Sándora Máraiego
  • twardoch.pl

    • Agata, żona
    • Dziennik 2004-2005
    • Ewa, siostra – w Maroku
    • Fechtunek
    • Podróże małe i duże
  • Meta

    • Zaloguj się
    • Kanał RSS z wpisami
    • Kanał RSS z komentarzami
    • WordPress.org
  • Spam Blocked

    3 282 komentarzy będących spamem odrzucone przez
    Akismeta
  • Wishful thinking


    My blog is worth $12,984.42.
    How much is your blog worth?

Copyright © by Szczepan Twardoch 2010. Strona chodzi na Wordpressie. Skórka: AskGraphics.