Jadę dziś (piątek, 15 maja) na Dni Fantastyki do Wrocławia. Spotkanie ze mną – o 21 w Ceentrum Kultury Zamek w Leśnicy, poprowadzi Łukasz Orbitowski. Zapraszam.
Różne rzeczy ostatnio piszę, jednego pisać nie umiem: nie-prozy. Tzn, koresponduję obficie w sprawach przeróżnej wagi, piszę opowiadania, o których za chwilę, powieść piszę, a nawet dwie, nie potrafię napisać jednak przyzwoitego eseju, nie mówiąc już o wpisie w moim drogim dzienniczku. Pomogła mi jednak lektura, chenin blanc i coś w końcu jednak piszę, przynajmniej tutaj.
Może powinienem pisywać takie cotygodniowe relacje, jak Orbitowski? Bardzo zgrabnie mu to wychodzi. Ale ja mam inny tryb dziania się życia, niż Łukasz. Tzn, bardzo niewiele mi sie przydarza podczas zwykłych tygodni, a potem życie wybucha barwami, kiedy samolot ląduje gdzieś bardzo, bardzo daleko. Orbitowski nie ma wybuchów, ma za to wyższy poziom dziania się powszedniego.
Łukasz pisze u siebie o granicach literackiej kompetencji; zgadzam się z jego uwagami, zresztą wiele razy rozmawialiśmy na ten temat. Mówiąc w skrócie: granicę swojej własnej literackiej kompetencji znaleźć jest trudno, a przekraczać jej nie wolno, pod groźbą kary dla pisarza strasznej – śmieszności.
O tym jednak, jak trudno ją znaleźć niech zaświadczy taka dość banalna anegdotka: otóż, napisałem ostatnio dwa opowiadania, z jednym, pod tytułem “Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka” P.T. Czytelnicy będą mieli okazję się zaprzyjaźnić w czerwcowej “Nowej Fantastyce”, o losie drugiego jeszcze nie zdecydowałem. Wysłałem oba opowiadania do trzech panów, których krytyczno-literacka kompetencja i dobry, literacki gust są niekwestionowane. Liczyłem, na krytyczne uwagi, których się doczekałem. Wszystkie recenzje zdradzały, że ci pierwsi czytelnicy – którym niniejszym dziękuję – poprawnie odkodowali przekaz, w opowiadaniach zawarty. Z wszystkimi uwagami – czytając je – mógłbym się zgodzić. Wszystkie były w jakimś stopniu dla moich tekstów pochlebne i wszystkie również wskazywały na pewne tych tekstów słabości – tyle, że uwagi moich zaprzyjaźnionych recenzentów były całkowicie sprzeczne. Tam, gdzie ktoś dostrzegał wyraźne inspiracje pewną książką, ktoś inny ujrzał wybitną oryginalność. Jednemu z moich przyjaciół jedno z opowiadań wydały się sprawnym, wyłącznie rozrywkowym horrorem, bez głębszego tła, jeszcze ktoś inny dostrzegł w tym samym tekście głęboką analizę kondycji współczesnego człowieka. I tak dalej.
To oczywiście banał, ale konstytutywny dla doli pisarza, bo ugruntowujący tę nieoznaczoność, która towarzyszy literatowi – i w ogóle całej branży – od pomysłu do księgarni. To chyba ostatnia branża w której pieniądze inwestuje się zupełnie według wyczucia redaktorów, prezesów i innych dysponentów, ale zawsze, ciągle – według subiektywnego wyczucia. Bez badań rynku, bez analiz. Oczywiście – u nas, w Polsce, to nie są w sumie żadne pieniądze, zważywszy nakłady, ale i tam, gdzie te pieniądze są już naprawdę poważne, sprawy mają się tak samo. Zadie Smith, wtedy zupełnie anonimowa, za swoją pierwszą powieść dostała zaliczkę, za którą mogłaby żyć przez dwadzieścia lat, gdyby żyła skromnie. W tym przypadku nos redaktora się nie mylił. W ilu przypadkach redaktorowi, wypłacającemu setki tysięcy funtów, nos się zapchał?
Ale być może dzięki temu właśnie to wszystko ma jeszcze jakiś sens. Niechże wrócę znowu do powracającego w tym wpisie Orbitowskiego: napisał tenże Orbitowski piękną powieść pt. “Święty Wrocław”, do lektury której P.T. Czytelników zachęcam, bo to książka wcale nie o Wrocławiu, jak imaginuje się spragnionym lokalnych vratislavianów redaktorom tamtejszej prasy. W każdym razie, czytałem ową powieść, jak to się mówi, w szczotkach, tzn. dokładnie z pliku wyświetlanego na czytniku Sony Reader i efektem tejże lektury była obfita dosyć korespondencja z autorem, której fragment, ku uciesze P.T. Czytelników mojego dzienniczka, a za pozwoleniem adresata, pozwolę sobie zamieścić.
Piszę ja:
(…)I wreszcie ostateczna, końcowa uwaga. Być może powinienem przeczytać książkę jeszcze raz, bo nie jestem pewien, czy ja wszystko zrozumiałem. Nie wiem, czy zrozumiałem czym naprawdę jest Święty Wrocław, czy dobrze odkodowałem.
Przemienieni świętowrocławianie piękni i krwiożerczy – OK. Cudownie przerażająca scena, tak w ogóle. Czy to jakaś wariacja na temat katolickiego pojęcia ciała chwalebnego?
I sam koniec świata – piękny. Naprawdę, okrutny i bezwzględny, smutny i piękny.
Ale: nie rozumiem, ogólnie, o co chodzi. Tzn, powiedzmy, próbuję: najpierw są znaki, mecenas Firgała jest świadkiem narodzin czarnego dziecka, jakby to była chwila, w której ŚW się rodzi, tak? Cegła maluje obrazy, ok. Ale o co chodzi, z tym zejściem w historię Tomasza, pod ŚW? Najpierw Niemcy i rycerze, potem nefilimy, smok, którego w ogóle nie rozumiem (Smok, w sensie Węża? Szatan?), a potem Palec. O co chodzi? Święty Wrocław to Bóg i koniec świata? Taki model Paruzji, gdzie Firgała to trzej królowie, Cegła to prorocy, a Adam to Jan Chrzciciel? Czy może coś co przedbosko-przeddiabelskie? W tym mieszczą się również ci przemienieni świętowrocławianie, jak karykatura Zbawienia, i trwanie Tomasza-narratora, jako karykatura Potępienia?
Na co odpowiada Łukasz:
Cudowne, stary! Naprawdę. Jest coś takiego, że piszesz książkę z określoną intencją, a potem ktoś rozbiera to logicznie wedle innych założeń. Mi chodziło o zestawienie świat codzienny, realny, zwykły i skończony, a tutaj pojawia się rzeczywistość mityczna, archetpowa. całe zejście ma wiele z Junga, a przecież bohater, schodząc w dół, zagłębia się w świat archetypów. Kojarzonych z historią, ale tą opowiedzianą przez mity, stąd wojna, królowie, rycerze, potem giganci i smoki, a potem palec czegoś, zapewne jakiegoś starego boga, ale to już musi pozostać niepoznane, tak jak niepoznany pozostał święty Wrocław. Święty chyba w sensie przedchrześcijańskim.
Myślę, że Orbitowski się myli, niewiele ma przecież do gadania w sprawie interpretacji własnej powieści. Może więc Jacek Dukaj miał kiedyś rację, kiedy zignorował zupełnie wątki rewolucyjne, wątki tworzenia się nowoczesnego pojęcia narodu, wątki odgrywania tych samych rewolucji w różnych kostiumach – socjalistycznych, narodowo-socjalistycznych, bonapartystowskich, etc. – i uznał mojego “Sternberga” za powieść o mitologii IV RP, chociaż taka interpretacja była jak najdalsza od moich zamiarów. Ale może taki był Zeitgeist - podobnie jak w przypadku jednego z opowiadań, o których pisałem wcześniej, gdzie mój zaprzyjaźniony recenzent zauważył wyraźną inspiracją dość głośną książką, której jednak nie znałem, pisząc rzeczone opowiadanko. Przeczytałem ją później – i musiałem się zgodzić, wyraźna są te inspiracje, musiały przesiąknąć jakoś, osmotycznie.
1. Nowe książki. Zakończona jest już redakcja, skład i korekta “Zimnych wybrzeży”, które ukażą się wczesną wiosną tego roku. Bardzo możliwe, że jeszcze przed “Zimnymi wybrzeżami” wyjdzie zbiór moich tekstów o broni – felietonów i dłuższych artykułów, pod tytułem “Zabawy z bronią”. Będzie to jednocześnie mój debiut, jeśli chodzi o książki nieliterackie.
2. Wyjdzie również na dniach “Święty Wrocław” Łukasza Orbitowskiego, który chwali się już na swojej stronie okładką. Książkę skończyłem czytać niedawno – z wnikliwą recenzją poczekam, aż rzecz się ukaże, ale już teraz mogę powiedzieć, że jest to wspaniała powieść, bardzo orbitowska, oryginalna i straszna.
3. Ziemkiewicz napisał dość interesujący tekst pt. “Pusta trumna Romana Dmowskiego” w którym, że tak nieskromnie zauważę, powtarza główne tezy i nawet określenia z mojej notki sprzed półtora roku. Przeczytałem też Ziemkiewicza “Żywinę” i uczucia mam mieszane. Z jednej strony widać wyraźnie, że wykształcił się już gatunek “powieści publicystycznej” (Michalski, Horubała, Wildstein, Ziemkiewicz – podobno też, z drugiej strony, Anderman, ale nie czytałem), po której nie należy spodziewać się zbyt rozbudowanej fabuły – i to nie jest zarzut, nikt nie oczekuje też nagłych zwrotów akcji od świetnych przecież powieści eseistycznych Sándora Máraiego, takie są po prostu reguły gatunku. W ramach powieści publicystycznej, suchy, bezpłciowy nieco język Ziemkiewicza sprawdza się lepiej, niż niepoparte adekwatnym warsztatem stylistyczne pretensje ciekawszej być może powieści Wildsteina, i nie przeszkadza mi tutaj tego języka przeźroczystość. Brakuje mi jednak jednak jakiegoś rozmachu wizji, bo w zasadzie opisanie rządzących swoimi terytoriami klik po wodzą byłych esbeków to nie jest odkrycie rzeczywistości nieznanej dla kogoś, kto nie urodził się wczoraj. Wygłupiać się może na antenie Ćwiąkalski (wczoraj słyszałem go w Trójce i wyłączyłem radio kiedy pieprzyć o nieskalanej niezawisłości polskich sądów) mogli się kiedyś zgrywać Kwaśniewski z kolegami, ludzie pokroju i poziomu Orlińskiego czy Lisa mogą nawet autentycznie wierzyć, że póki złe Kaczory wszystkiego nie popsuły, w Polsce wszystko wyglądało dokładnie tak, jak ułożono to w konstytucjach i ustawach – ale poza nimi, to ottym, że Polska jest państwem w swej tkance mafijnym wie naprawdę każdy. A bardzo wielu doświadczyło tego w ogóle na własnej skórze.
Więc czy warto poświęcać temu aż powieść? Skoro świadomość tej mafijnej tożsamości polskiego państwa weszła już do common knowledge i powoli toruje sobie drogę na salony?
Przypominają mi się jednak w tym momencie tekst pt. “Iuro-kracja” Piotra Skórzyńskiego, opublikowany w “Arcanach” nr 83, już po jego samobójczej śmierci i krótkie zdaniez pożegnalnego listu, które cytuje Teresa Bochwic: “napisał, że nie godzi się na nikczemnienie świata. I już tylko tyle może zrobić, żeby w nim nie być.”
Więc chyba jednak warto.
4. Można wreszcie kupić “Ostatnie rozmowy z Philipem K. Dickiem”, wydane w imprincie “Editio”, należącym do Grupy Wydawniczej Helion. Wspominam o tym tutaj na blogu nie tylko dlatego, że książka jest świetna – świetnych książek ukazuje się wiele. Wspominam o tym, bo z tej jestem szczególnie dumny, jest jedną z ostatnich, jakie ściągnąłem do Polski pracując jako redaktor ds. praw zagranicznych w Helionie w latach 2004-2006. Tę konkretnie znalazłem na London Book Fair 2006 i zapoczątkowałem wtedy cały proces wydawniczy, który – jak widać – trochę trwał.
5. “Święty Wrocław” Łukasza dostałem, oczywiście w pliku – podobnie jak dziesiątki, jeśli nie setki innych książek, które otrzymuję w plikach do recenzji wewnętrznej, zewnętrzne czy do zapoznania się z nimi z różnych powodów. Czytanie 800-stronicowej książki z ekranu laptopa jest mordercze dla oczu, a niezbyt wygórowane honoraria za recenzje skurczyłyby się już zupełnie, gdybym miał sobie te książki drukować.
Dostałem jednak w prezencie urodzinowym od rodziców czytnik ebooków Sony Reader PRS-505, którego główną zaletą jest świetny wyświetlacz z e-papieru. Rzecz jest doskonała; polecam wszystkim, zawodowo zmuszonym do lektury długich publikacji elektronicznych takiego czy innego rodzaju. Ekran jest fantastyczny, nie męczy oczu bardziej niż zwykła, papierowa książka. Nie jest dokładnie biały: raczej b.ciemno szare litery na b. jasno szarym papierze, w kontraście porównywalnym lub lepszym niż w przeciętnej książce papierowej w miękkiej okładce. Odświeżanie ekranu zajmuje mniej więcej tyle czasu, co przewrócenie kartki.
Pewne kłopoty sprawa czytnikowi wyświetlanie plików pdf – tzn. obsługuje ten format, ale wyświetla stronę w całości na ekranie, przez co najczęściej litery są zbyt małe – po powiększeniu zaś nie zachowuje akapitów, etc. Z tym bardzo prosto sobie jednak można poradzić, używając programiku Book Designer – freeware made in Russia, który pozwala konwertować wszystkie pliki – .pdf, .doc, .rtf, .html, .lit, etc. do formatu .lrf, który czytnik obsługuje najlepiej i najszybciej. Za pomocą book designera otrzymuje się również polskie litery w tekstach – bo warto zauważć, że Sony Reader nie jest sprzedawany w Polsce, tylko -bodajże – w Wielkiej Brytanii i USA, skąd można go jednak bez problemu sprowadzić. Polskie menu, jeśli komuś to potrzebne, można uzyskać po niezbyt skomplikowanym sflashowaniu czytnika, czego nie robiłem – bo wystarczą mi polskie znaki w książkach.
Rzecz pomocna jest nie tylko w życiu zawodowym – ważąc czytnik w ręce przypominam sobie mój trzydziestokilogramowy plecak podczas naszego pierwszego trekkingu na Spitsbergenie, w którym nosiłem, oprócz koniecznego sprzętu, “Dzienniki” Máraiego, które same ważą dobry kilogram. A nie była to jedyna książka, jaką zabrałem wtedy ze sobą.
26 października, w niedzielę o 16:00 w Empiku Manufaktura w Łodzi odbędzie się spotkanie, zorganizowane z okazji premiery mojej nowej książki, zbioru opowiadań pt. “Prawem wilka”. Zapraszam.
W księgarniach jest już albo będzie na dniach nowy “Czas Fantastyki” nr 4(17), a w środku między innymi ciekawie zapowiadający się tekst Orbitowskiego oraz zapis rozmowy, którą przeprowadził ze mną Krzysiek Głuch.
Moja “Epifania wikarego Trzaski” otrzymała – jak doniósł mi obecny na uroczystym ogłoszeniu laureatów Krzysiek Głuch – Srebrne Wyróżnienie Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego.
Dziękuję!
Złote Wyróżnienie otrzymała świetna książka Łukasza Orbitowskiego, moim zdaniem jedna z najlepszych książek 2007 roku w ogóle – “Tracę ciepło”, natomiast Nagroda sama powędrowała do Jacka Dukaja, oczywiście za słusznie obsypany już zaszczytami “Lód”. Kolegom gratuluję zasłużonych laurów.
Więcej o Nagrodzie – tutaj.
Specjalne podziękowania należą się Andrzejowi Zimniakowi za pomysł, wolę i realizację koncepcji nagrody przyznawanej przez profesjonalistów.