1. W Poznaniu dwie noce przegadane nad koniakiem z Lechem Jęczmykiem, Maciejem Parowskim, Łukaszem Orbitowskim oraz Maćkiem Witkowiakiem, który zaprosił powyższych i oraz autora tychże słów na Pyrkon. Gorącym tematem pierwszej nocy było „Wieszanie” Rymkiewicza, co do którego Jęczmyk i Witkowiak przejawiali chrześcijańską rezerwę, utrzymując, że wartość narodowego charakteru Polaków zasadza się właśnie na znienawidzonej przeze mnie politycznej niewinności , na działaniach, nie mieszących się w ziemskiej logice polityki – dzięki którym to Polska w transcendenty sposób ma szansę stać się zarzewiem ponownej chrystianizacji Zachodu. Rzecz zgadza się z opinią Marka Horodniczego z „Frondy”, z którym o „Wieszaniu” rozmawiałem kilkanaście dni temu – ja jednak pozwalam sobie zachować przekonanie, że brak rozlewu krwi – wpisany niejako w założenia pierwszej Solidarności, oraz koncepcja „zgody narodowej”, na której ufundowano III RP, utwierdziły rozkład politycznej tożsamości Polaków. Problem rozwinął się w dyskusji z Maćkiem Witkowiakiem, w której, podpierając się postacią św. Stefana i Mostem Mulwijskim, broniłem – jako postulatu dla chrześcijańskiego władcy – ziemskiego porządku polityki i pewnego makiawelizmu politycznego, Maciek zaś podkreślał ważność chrześcijańskiej niezgody na świat, tego wzniosłego, chrześcijańskiego szaleństwa – opierając się na postawie m.in. św. Franciszka.
Pyrkon skończył się bardzo fajnym panelem o rewolucji, na którym to panelu- ku mojemu zdziwieniu – Jęczmyk i ja znaleźliśmy wspólny język z Marcinem Przybyłkiem. Oprócz tego, długa seria pysznych opowieści i anegdot Jęczmyka i Parowskiego, których jednak – niestety – nie wypada cytować, bo to, w końcu, nie moje.
Przy okazji, warto wspomnieć – Jęczmyk powraca do pisania „Nowego Średniowiecza”. Tym razem, felietony z tego cyklu będą ukazywały się w „Christianitas”. Pierwszy tekst, o sensie spowiedzi w kontekście lustracyjnym – już w następnym numerze.
2. Wracając z Pyrkonu, przegadaliśmy 5 godzin z Orbitowskim w w pociągu Poznań – Kraków (ja wysiadłem w Gliwicach), omawiając szczegółowo sytuację w branży, obgadując kolegów po piórze, wydawców, redaktorów, wrogów i przyjaciół. W przedziale, oprócz nas, siedział starszy mężczyzna, który pogrążony w stuporze gapił się w okno, rozwiązywał krzyżówkę, lub chrapał. Kiedy wysiadłem w Gliwicach, po kwadransie zadzwonił Łukasz z rewelacją, że ów niemy do tej pory słuchacz naszej rozmowy okazał się być autorem jakiegoś bestsellera dla dzieci z początku lat dziewięćdziesiątych i po moim wyjściu podzielił się z Łukaszem serią mądrości i rad, zamykających się, w skrócie, w stwierdzeniu, że świat jest zły i nie warto być pisarzem, bo skutkuje to biedą. Too bad.
3. „Spanienkreuz” Sapkowskiego z ostatniej „Nowej Fantastyki” dowodzi, że hiszpańska wojna domowa jest ciągle żywym mitem założycielskim współczesnej lewicy. Shorcik Sapkowskiego jest zgrabnie skomponowany, acz nie wychodzi poza zużyte, sztampowe, lewicowe szlochy nad niedobrym Legionem Condor, który zbombardował Guernicę. Masowo mordowani przez republikanów księża i zakonnice nigdy nie wzbudzali w lewakach współczucia – no, ale im się należało przecież, za Inkwizycję, która spaliła na stosach pięćset miliardów ludzi na stu kontynentach. Poza sztampę Sapkowski wychodzi jedynie popełniając kilka błędów rzeczowych, z których pierwszy pojawia się już w drugim zdaniu – Krzyż Żelazny I klasy noszony był na piersi. Na szyi noszono Ritterkreuz des Eisernen Kreuzes, Krzyż Rycerski orderu Krzyża Żelaznego.
Swoją drogą, ci, którzy zarzucali Parowskiemu, że promuje wyłącznie „prawicową” fantastykę, powinni ostatni numer „NF” zeżreć bez popijania. O ile mogliby uznać, że Sapkowskiego Parowski drukuje ze względu na nazwisko – i nieodmienną literacką zręczność, która cechuje również „Spanienkreuz”, to publikując opowiadanie Orlińskiego, oparte na zabawnym pomyśle, ale nudne, źle skomponowane, napisane niezdarnym, bezbarwnym językiem pozbawionym zupełnie cech stylowych, Parowski dowiódł otwartości nadzwyczajnej.
Orliński po Parowskim jeździł wielokrotnie, za to, że ten opublikował taki czy inny tekst – przy czym, nie chodziło oczywiście o jakość literacką, tylko o ideologiczną niewłaściwość, bodajże w przypadku całkiem fajnego neopoganina Regalicy. Nie przeszkodziło to jednak naszemu dzielnemu lewakowi w przesyłaniu niedobremu redaktorowi-faszyście swoich tekstów, konsekwencja godna podziwu! Styl to człowiek, nie da się ukryć.
Mnie jednak bardzo cieszy Parowskiego otwartość na literaturę autorów reprezentujących różne poglądy, nawet dla takiej menażerii.