Żyję

Przedwczoraj i wczoraj na kilkanaście godzin Warszawa, a grudzień jak w Mediolanie. Rankiem, z balkonu ŁO zrobiłem zdjęcie skyline’u, ostatni raz, bo ŁO wybiera się iwaszkiewiczyć w kraju znanym z brzydkich kobiet ale to pewnie nieprawda, i z tego znanym, że hasał w nim Pasek co z Czarneckim rzucił się przez morze.
Lubię Warszawę.

Wcześniej spałem z pewną czarną bohaterką literacką, która ma już wszczepiony chip, a potem przyszedł również Prezes i zawieszona w powietrzu ich obecność, a głownie sierść, na którą jestem uczulony wygnały mnie na ten balkon, żeby na chwilę chociaż wiatr owiał oczy załzawione i mordę spuchniętą.

Oczywiście, opuchlizna miała również coś wspólnego z wypitą poprzedniej nocy żołądkową i innymi napojami, co potwierdzały znaczące spojrzenia kelnerek, kiedy rano piliśmy kawę w tym samym lokalu, co poprzedniego wieczora, co było, przyznaję, trochę nieprzyzwoite.

A potem szedłem sobie tym grudniowym Mediolanem, słuchając CNQ, tak głośno, że zza fortepianu nie było słychać nawet tramwajów i pomyślałem sobie, że nie mam żadnej mądrości, którą mógłbym przekazać światu. Chciałbym mieć taką mądrość, ale nie mam.

Uśmiechnęła się do mnie dziewczyna w czerwonej sukience i jasnym płaszczu, rozpiętym w pełnej optymizmu prefiguracji kwietnia, szła szybko, stukając obcasami szpilek.
W tramwaju uklęknęła Cyganka z kilkuletnim dzieckiem na ręku i śpiewała po rumuńsku piękną piosenkę, śpiewała żebrząc, mocnym, jasnym głosem. Mężczyzna, nad którym stałem odwrócił się do okna i płakał. Ja nie płakałem.
Na dworcu, będąc nieco roztargnionym próbowałem wyciągnąć pieniądze z wpłatomatu, nie rozumiejąc, dlaczego maszyna odmawia mi tej prostej czynności i nie rozumiejąc, dlaczego żąda, bym wpisywał numer konta. Śmiało się ze mnie dwóch nastolatków, świadków mojej kompromitacji; popatrzyłem na nich groźnie, ale wcale się mnie nie przelękli. Za stary, za gruby, żeby nas dogonić, myśleli, mogą śmiać się bezkarnie.
Kupiłem gazetę, ale jej wcale nie czytałem, po co miałbym czytać gazetę?
Kupiłem bilet.
Stałem na peronie, ludzie czekają nerwowo, jakby Eurocity Sobieski był ostatnim pociągiem z oblężonego miasta, z którego chcą uwieść siebie, rodziny i dobytek.
Siadłem w pociągu. Pociąg ruszył, ja z nim, bo taki jest rzeczy porządek, pamiętaj o tym, błaźnie, zachorujesz na zdrowy rozsądek, ozdrowiejesz na chorą wyobraźnię.
Z zazdrością myślałem o „Ręce Flauberta” Renaty Lis. Słuchałem muzyki. Myślałem o tym, że nie mam żadnej mądrości.

W Warsie chciałem zjeść obiad i napić się piwa (kurczaka na kuskusie, znośny i mają takie całkiem dobre Dawne), ale jakiś dżentelmen starej daty zapytał się zdawkowo „czy można”, mnie zatkało, a on nie czekając na mój protest natychmiast zasiadł naprzeciwko, przy malutkim, dwuosobowym stoliczku. A garnitur miał potworny, trzyczęściowy, jak z kotary uszyty. Być może dżentelmeni starej daty uważają, że takie jest decorum pożywiania się w wagonach restauracyjnych. I tak moglibyśmy sobie intymnie jeść razem, spoglądając sobie czule w oczy i w talerze, ale dżentelmen pachniał intensywnie oldspajsem i nastroszonymi wąsami, w których posiadał jeszcze resztki poprzedniego posiłku, a ja, kiedy już odzyskałem panowanie nad ciałem, wstałem i odszedłem jak niepyszny, jak piesek od miski przez buldoga odegnany, żadnej przemocy, tylko krótkie warknięcie, ogon pod siebie i do budy, wróciłem na swoje miejsce głodny i spragniony i wróciłem do lektury szczotek świetnej powieści, o której nie mogę powiedzieć ani słowa, więc nie mówię.
Patrzyłem za okno. Równina.
Patrzyłem za okno. Miasto.
Patrzyłem w sufit. Światła.

Poszedłem na koniec pociągu, przycisnąłem telefon do szyby i nagrałem minutę uciekających w przeszłość torów w jakości HD, często tak robię, sam nie wiem po co, mam już dużo takich minutowych filmów, fascynują mnie uciekające w przeszłość tory, słupy i nasypy, ich dramatyczna perspektywa malarska i eschatologiczna i biograficzna. A kiedy przycisnąć telefon do szyby, to obraz jest stabilny. Nigdy potem tego nie oglądam, bo po co oglądać minutowy film z uciekającymi w przeszłość torami, ale jednak ciągle nagrywam. Żeby coś ocalić.

Przez chwilę chciało mi się papierosa, ale jak dojechaliśmy do Katowic, to już mi się nie chciało.
Mój przyjaciel ma bardzo, bardzo chorą córeczkę.
W Katowicach również ciepło, znowu szedłem i muzyka.
Myślałem o maleńkim ciele tej dziewczynki, tak małym, że mieści się w dłoniach. Ma na imię Ania.
Jakiś chłopiec grał na gitarze w podziemiach dworca, nie dałem mu ani grosza. Bo był daleko. Gdyby był blisko to może bym dał, chociaż i tak miałem słuchawki w uszach, więc to nie byłby grosz uczciwie dany.
Nie mam żadnej mądrości.

Szedłem i nienawidziłem banków, które przesiąkają miasto jak grzybnia pastelowych kolorów, wzruszających billboardów pełnych optymistycznych obietnic, świecących nocami reklam, przesiąkają, rozpierają się tłustymi zadami babilońskich kurew, wylewają się z okien i witryn i wypierają z miast wszystko inne, wszędzie banki, tylko banki, ich oddziały jak wrogie sztandary nad zdobytymi twierdzami. Ale to też nie jest mądrość.

Mój przyjaciel ma dużo mądrości i ma bardzo, bardzo chorą córeczkę, której ciałko mieści się w dłoniach.

Ja nie mam żadnej mądrości, mam za to paru przyjaciół i trochę zaprzyjaźnionych książek.
Żyję, sobą i w sobie i w innych ludziach, w tym, co we mnie zmieniają i w tym, co w nich sobą zmieniam nieodwracalnie i już pozostawiam zmienionym, w bliskich i dalekich, żyję w tym mężczyźnie, co płakał w tramwaju i w przyjaźniach i nawet we wrogach moich żyję. Żyję.

Rano zapaliłem papierosa przed śniadaniem, mroźną drogą po bułki. Smakował. Nie jestem mądry. Żyję.

Zapiski podróżne

Podróż pociągiem zawsze skłania mnie do pisania, co nie jest dobre, gdyż pisarz powinien w pociągu raczej słuchać ludzi. Ja jednak nie lubię przekraczających podstawową uprzejmość rozmów z przypadkowymi towarzyszami podróży, nad czym ubolewam, gdyż mądrzej byłoby w pociągu słuchać innych, niż samego siebie, bo w takich ciepłych czasach jak nasze, życie własne to za mało dla literatury, trzeba jeszcze wchłonąć i przetrawić życia cudze. A jednak nie potrafię, zbyt długo wprawiałem się w mizantropii i takie są skutki uboczne. Więc odgradzam się od świata słuchawkami i książką lub ekranem komputera. I czasem udaje mi się rzeczywiście czytać lub pracować, jednak głównie chodzi o to, aby zbudować przed sobą mur.

Z pociągu można też przyglądać się zimowym polom śnieżnym, na których wiatr rysuje swoje mandale i myślę, że w tych wzorach kryje się wieczność, bo rysował je wiatr kiedy ani jeden człowiek nie stąpał po ziemi i rysował je wiatr kiedy żadne kopyto, rać ani żadna łapa nie niszczyła tych wzorów i będzie spokojnie dalej rysował wiatr te wzory kiedy w proch i pył zwietrzeją kości ostatniego dziecka, któremu ten sam wiatr wyciskał rumieńce na policzkach, gdy płozy sanek niszczyły swoimi śladami wiatrową harmonię bieli na białym tle, nie tak doskonałą jak u Malewicza, bo z kontrapunktami rudej trawy.

Od Ciorana wiem, kiedy powinienem przestać pisać: kiedy nie będę miał już niczego do ukrycia. Pisać umiem tylko sobą, a J.D. pyta mnie ostatnio, czy staram się jakoś świadomie panować na swoim literackim ekshibicjonizmem, nie ze względu na literaturę, której ekshibicjonizm pewien służy niewątpliwie, tylko ze względu na duchową równowagę, w końcu tylu utonęło już w lodowatych wodach rzek, w krwi z głów przestrzelonych, w wódce i w lepkiej, pachnącej oszałamiająco melasie rozpusty. Ale ja się nie obawiam: bo kiedy piszę to, czego nie ośmieliłbym się wyznać nikomu, to piszę by ukryć wyznanie w sposób absolutny, schować jak źdźbło w stogu siana, schować samego siebie między okładkami, tam, gdzie nie dosięgnie mnie świat i życie. To, co znalazło się w tekście zostaje obłaskawione, tego nie muszę się już obawiać.

Poza tym odkrywam po małym kawałeczku dziwną wspólnotę z tymi nielicznymi, których śmiem nazywać przyjaciółmi, ale nie tylko z nimi. I nie jest to wspólnota światopoglądów, gdyż tych szcześliwie wyrzekłem się tak samo, jak wyrzekłem się spodni bojówek tudzież t-shirtów z nadrukiem – są to rzeczy wygodne, ale przystoją tylko w pewnym wieku, potem z światopoglądem wygląda się groteskowo albo głupio, jak mężczyzna przebierający się za nastolatka. Poza tym światopoglądy są mało eleganckie, kiczowate, a od świata należy się elegancją odgradzać. Na czym więc polega ta wspólnota? Prawdopodobnie jest to wspólnota ludzi pogodnych, chociaż odrobinę gorzkich, tych, którzy wyzbyli się entuzjazmu i wszelkiej dziarskości, tych, którzy znają ważność melancholii i goryczy. Taka postawa jako jedyna pozwala, jak mi się wydaje, zachować zdrowe zmysły w tym świecie smutnym, głupim i pięknym.