Ludzie na Plantach

Bardzo ciepłe, wrześniowe popołudnie. Ubogi człowiek śpi na ławce na Plantach, przykryty wzorem z liściastych cieni. Trochę jeszcze punk: kolorowe sznurówki w glanach, pod ławką schludnie spakowany plecak na aluminiowym stelażu, podwinięte dżinsy ze spłowiałą naszywką. Ale bardziej już kloszard: brudna kurtka, cztery warstwy ubrań mimo upału, ta tajemnicza mądrość bezdomnych. Straszne strupy na twarzy i szyi. Śpi z szeroko otwartymi ustami: brak mu górnych jedynek i dwójek, nagie, miękkie dziąsło, a w nim wampirze kły. Śpi, podłożywszy pod policzek obie dłonie w geście niewinnej, sennej modlitwy, w geście tak dziecięcym, że przechodząc obok niego przełykam ślinę raz za razem, aby się nie rozpłakać – mój syn sypia w ten sposób. Potem brzydzę się sobą, za tę czułostkowość, która w rzeczywistości jest przecież pancerzem, od którego odbija się nieszczęście obcego człowieka.

Potem dwoje flamandzkich Belgów, znowu z plecakami, dziewczyna i chłopak, pytają mnie o drogę: nie znam ulicy, o którą pytają, ale rozmowa z nimi sprawia mi dziwną przyjemność, może dlatego, że cały dzień milczałem, nie rozmawiałem z nikim o niczym, więc bardzo staram się im pomóc, szukam ulicy na mapie w komórce. Oboje bardzo ładni, chociaż bynajmniej nie piękni, bardzo odlegli od piękna: zdrowi, zamożni, dobrze zbudowani, ostre linie szczęk, jasne oczy i włosy. Chłopiec jest mojego wzrostu, lecz bardzo szczupły, dziewczyna jest rosła, ma duże piersi i szerokie biodra. Podobają mi się razem. W końcu znalazłem tę ulicę: dziękują mi wylewnie i idą w swoją stronę, ulotna, płytka i intensywna serdeczność backpackerskich zażyłości. A może teraz już nikt nie używa tego słowa? Nie wiem. Nie sądzę, bym mógł jeszcze kiedyś zanocować w hostelu z „prawdziwą, backpacerską atmosferą”: nie zniósłbym chyba tego modelu relacji dłużej niż przez kilka minut. Nie chcę już poznawać ludzi.

Co słychać?

Wiele słychać w sprawach takich, jakimi nie chcę się dzielić nawet z gronem tak elitarnym jak nieliczni P.T. Czytelnicy mojego bloga, więc o nich tutaj zmilczę, wystarczy, że zamęczam nimi bliskich.

Poza tym piszę powieść. A to znaczy, że tylko trochę należę teraz do świata tego. Jak chrześcijański pustelnik, jedną nogą na ziemi, a jedną już w Niebie, na wpół rozpuszczony w Bogu, tak ja: jedną, mocną, konkretną nogą na ziemi, a drugą – no właśnie, gdzie? W piekle własnej wyobraźni, w niebie własnej nadwrażliwości, w czyśćcach własnych neuroz, sam nie wiem gdzie. KN napisał na swoim blogu, że czytanie „Tak jest dobrze” to jak sól na rany. A pisanie – nie wiem, jak wrząca solanka w bebechy? A może jak z dobrych, kobiecych rąk zimny okład na skołataną, rozgorączkowaną głowę. Nie wiem. Niewiele wiem, w ogóle.

Gliwickie spotkanie z KN właśnie, odwirtualizowanie znajomości, dla mnie bardzo ciekawe. Jak dwa różne światy, bardzo odległe, a jednocześnie z nielicznymi punktami stycznymi. Żadnego sporu, chociaż byłoby się przecież o co spierać, ale nie kiedy zaczyna się spotkanie od miejsca, w którym się już dawno rozumie, że w pewnym sensie spór sensu nie ma. Dużo grzebania w rodzinnych historiach i w sumie – ku obustronnemu chyba zaskoczenia – zgoda na to, że byt kształtuje świadomość. W jakiś niemarksistowski sposób, ale z tego punktu widzenia właśnie jakaś wzajemna (chyba) zgoda na własne, całkowicie odmienne perspektywy spojrzenia na świat. Nie wiem – sybaryty-mizantropa i ascety-społecznika? Nie, jednak nie, to zbytnie uproszczenie, jednak jakoś zupełnie inaczej.

Sympatyczna rozmowa na gg z PJ, o dekadę z haczykiem młodszym kolegą, któremu na łamach tegoż blogaska wieszczyłem już kiedyś przyszłość świetlaną, a teraz tenże mówi mi, pisze mi, że w moich odkopanych u bukinistów tekstach sprzed dekady odnajduje samego siebie. Co mnie nie zaskakuje, bo również odczuwam to przesunięte w czasie pokrewieństwo. Jakbym rozmawiał ze sobą samym z przeszłości. W końcu te jedenaście, dwanaście lat temu również byłem żarliwym, długowłosym młodzieńcem z bardzo platonicznymi skłonnościami ku rewolucyjnej przemocy. O KN pisze PJ bardzo ładnie, że tenże jest lewicowy w rzadko spotykanym już typie „lewicy chrystusowej”.

Mantry i modlitwy: oby nie zamienić się kiedyś w człowieka tak nieskończenie śmiesznego jak dziennikowy Iwaszkiewicz, który np. nie czując się dość doceniony „Rodzinną Europą” wyrzuca „Czesiowi”: a kto do mnie pisał „Najdroższy Jarosławie”, a za czyjeś pieniądze pojechał do Francji, a kto cię przygarnął, etc.

Celebrowanie przyjaźni: picie i jedzenie, WS i ŁO potrzebni i kochani, różni jakby do różnych gatunków ludzkich należeli, pięknie komplementarni, ŁO dionizyjski i WS apolliński, a ja sam nie wiem jaki.

W Paryżu, którego ledwie liznąłem, którego nie rozumiem i nie potrzebuję rozumieć, nie mój świat, niewiele mnie interesuje. Nie to co Budapeszt, Wiedeń czy Warszawa, którego do mojego świata należą. Przy bulwarze Saint Germain piłem białe wino, jadłem sałatę i czytałem Eliota zakupionego wcześniej w kanadyjskiej księgarni (swoją drogą „kanadyjska księgarnia” brzmi jak „szwedzka winnica”, „śląska błyskotliwość”, „rosyjska riwiera” czy „polskie lato” – niby coś takiego jest, tudzież bywa, ale zawsze jakoś nie bardzo). Wino i jedzenie podawała mi bez pośpiechu bardzo smutna kelnerka o lewantyńskiej urodzie. Zawsze robiły na mnie wrażenie smutne piękności i ponieważ odchodziłem z ogródka restauracji z graniczącym z pewnością przekonaniem, iż nigdy więcej owej ciemnowłosej dziewczyny nie spotkam (samolot wczesnym świtem następnego dnia), to uznałem, że mogę sobie pozwolić na pewną poufałość: obok napiwku zostawiłem wydartą z notesu kartkę, na której nabazgrałem parę miłych słów bez podpisu, z nadzieją że ta bezinteresowna życzliwość jakoś rozjaśni jej dzień. Koniec historii, jedno z miliona spotkań, zapamiętane bez powodu, a może z kabotyńskiego nadęcia.

Wcześniej: ciekawy, miły wieczór w Księgarni Polskiej, wino i rozmowy, potem kolacja i więcej chyba słuchałem niż mówiłem (co zdarza mi się niezwykle rzadko, kto zna, ten wie) – dziwny, tajemniczy, obcy świat emigrantów. Zrozumiałem, że jestem antynomią emigranta, moje życie wrośnięte w hajmat jak grzybnia w glebę jest absolutną antynomią emigracji. Płynę, ślepy, podziemnymi strumieniami, one płyną we mnie, bez nich uschnąłbym.

Potem trochę pospiesznego zwiedzania Paryża, włóczenie się bez celu i mapy, jak nogi poniosą. Do Luwru kolejka za długa. Straszna wizyta w Notre-Dame, otoczony i potrącany przez Rosjan i Amerykanów, we wnętrzu martwego kościoła jakbym przeciskał się między żebrami wielorybiego truchła, jak spóźniony Jonasz. W opozycji do martwej katedry jasny, żywy Panteon, w nim wahadło Foucaulta, pod nim laicka krypta z brzydkimi grobami Woltera i Rousseau, a dookoła wahadła retorzy i generałowie pierwszej republiki i Restauracji, napoleońscy generałowie i nawet zamyślony Chateaubriand w roli raczej politycznej niż literackiej i augumented reality – ludzie chodzą z ipadami i oglądają Panteon okiem ipada, z nadzieją, że zobaczą coś więcej.

Takie tam

A zatem znowu w zatłoczonym pociągu z W-wy do domu.

Chciałem napisać coś o Paryżu, w którym było bardzo miło, ale jakoś mi się nie ułożyło, więc o Paryżu innym razem. Najbardziej chciałbym napisać o tym, jak to pojechałem na Spitsbergen i włóczyłem się samotnie surowymi brzegami fiordów, potykając się o krabie pancerzyki, wielorybie kości i pnie syberyjskich modrzewii, tyle, że na Spitsbergen znowu nie pojechałem i nawet nie mogę się z tego powodu nadmiernie użalać, bo mi się zwyczajnie ten Spitsbergen w tym roku nie należał.

A zatem – wracam z Warszawy, z jej bujnych puszczy i sawann, z jej przepastnych, oceanicznych głębii i żyznych den kanionów szklanych, wracam do mojej zacisznej, dusznej jaskini coś tam upolowawszy, ale przecież byłem, było spotkanie premierowe z okazji premiery „Tak jest dobrze”, przyszli przyjaciele, znajomi i nieznajomi i było bardziej niż sympatycznie, potem było ogłoszenie nominacji do Zajdla i „Wieczny Grunwald” nominowano (i do Mackiewicza też!) i było sympatycznie, potem się upiłem odrobinę w świetnym towarzystwie, były poważne rozmowy nieco licealne (jak słusznie post factum zauważył AK), były grube żarty, celebrowanie przyjaźni było, więc czego chcieć więcej? Sam nie wiem. Albo i wiem. Niemożliwego, zapewne.

Potem dzięki uprzejmości K i RK nocowałem w ślicznym pokoju z balkonem i z widokiem na Kolumnę Zygmunta i okolice, potem szedłem w dół Krakowskiego Przedmieścia i małej epifanii przyszło mi doświadczyć: oto najpierw okoliczny koncert dotarł mi do ucha i zakrzyknął, że „mówię ci – że – jedyne wyjście – obudzić się”, potem stratowali mnie bardzo wąsaci krajanie w biało-czerwonych ornacikach regionu śląsko-dąbrowskiego NSZZ Solidarność i w sercu Polski i stolicy słuchałem swoiskich „to sōm ale ciule zatracōne, chopie, jerōna!”, a potem natknąłem się na reklamę Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, reklamującą, a jakże, filozofię – „Ważne pytanie. Niepokojące opowiedzi. Studiuj filozofię.” – czy jakoś tak, nie pamiętam, szukał w googlu nie będę.
Dobry Boże.

Potem zaś przesiedzieliśmy poranek z ŁO przy stoliku na Nowym Świecie i patrzyliśmy trochę na ludzi, dobrze życzyliśmy przyjaciołom i złorzeczyliśmy wrogom trochę, zapewnialiśmy się gorąco nawzajem o niebosiężności naszych literackich talentów, i cóż, i cóż? Pogadaliśmy o popkulturze i o kobietach pogadaliśmy, tacy smutni nieco i trochę weseli, zmęczeni mali chłopcy po trzydziestce. Zbyt zmęczeni na psoty.

I pożaliliśmy się odrobinę na los, dla przyzwoitości jednak nie zapominając o tym, jak łaskawym ten los jest dla nas w istocie, przecież nasi bliscy, przyjaciele i połowa ludzkości w ogóle siedzi teraz, Hospody pomyłuj, w pracy. Co jawi mi się jako potworność ultymatywna. A my siedzimy sobie, skacowani wspólnie zdobytym kacem, gapimy się nie bez przyjemności na płynącą Nowym Światem paradę żeńskiej próżności, jest czwartek, godzina jedenasta i czas płynie dla nas powoli i nigdzie nam się nie spieszy. Ktoś, z jakiś tajemniczych powodów płaci nam za naszą literacką niby-pracę tak, że jakoś tam wystarczy na wino i na dżemik do chlebka, czyż nie jest to nasza mała belle époque?

A próbowałem też przypomnieć sobie, czy kiedyś zaznałem prawdziwego zła od ludzi i nie przypomniałem sobie. A dobra tak wiele od tak wielu. Są tacy, których uważam za wrogów – i pamiętem, że wrogów wybierać sobie należy równie starannie jak przyjaciół, bo w równym stopniu nas określają – ale, na Boga, czy ktoś mnie kiedykolwiek skrzywdził?

Pewnie mogę być w niewielkim stopniu sam sobie za to wdzięczny, bo też nigdy się przesadnie skrzywdzić nie pozwoliłem, skrzywdzić mnie niełatwo, mam grubą skórę, twardą dupę i pięści też mam, metaforyczne i niemetaforyczne, ale bez wątpienia cześć wdzięczności moim wrogom również się należy, czy to za ich nieudolnosć w wyrządzaniu mi zła, może chcieliby, ale nie potrafią, czy może za to, że im nie zależy, a może zwyczajnie, po prostu nie chcą?

Może zresztą skrzywdzono mnie jakoś potwornie, a ja tego nie wiem, może skonfederowani moi wrogowie w ostatnim momencie zapobiegli przyznaniu mi Nike i Nobla i Grammy i Pulitzera i Pucharu Ameryki i Medalu z Kartofla w jednym roku, może nadludzkim wysiłkiem przechwycili propozycję scenariuszowej współpracy i czek od Davida Finchera albo wyrazy gorącej sympatii i bilet do Nowego Jorku od Charliego Kaufmana, może zdołali zapobiec mianowania mnie ambasadorem kultury czy innej bzdury w jakims ciepłym, nadmorskim mieście z dobrą tradycją winiarską i sutą pensją, ale póki nie objawią mi tych odebranych mi szans, to ich triumf niepełny, bo mi nie doskwiera, nie boli – a skoro nie doskwiera i nie boli, to skrzywdzony nie jestem.

A w przedziale dyrektorski kolejarz albo kolejarski dyrektor, w każdym razie w bezkształtnej białej koszuli z krótkim rękawem i w krawacie potwornym jak wymiocina krwawa, wrzeszczy w swój telefon, przekrzykuje się z wylaszczoną prawniczką, która w swój telefon również wrzeszczy i tak siedzą naprzeciwko siebie, każde w swojej walce, w swoim klinczu, odbiory i ponaglenia, odmowy i odwołania i apelacje każde wrzeszczy w telefon coraz głośniej a ja przeklinam bardzo wulgarnie w duchu, gdzie mają sobie te telefony i apelacje wetknąć i poważnie rozważam, czy im tych telefonów nie wyrwać i nie wyrzucić za okno i odważnie skonfrontować się z konsekwencjami. Ale okno się nie otwiera, a oni na pewno mają telefony zapasowe, po kilkanaście zapasowych komórek, gdybym wyrwał i wyrzucił, pewnie spokojnie sięgneliby po kolejny telefon i wrzeszczeli dalej, przyzwyczajeni, więc po prostu wychodzę na korytarz, mały tchórz.

W księgarniach zaś „Tak jest dobrze”, nowy zbiorek moich smutnych i strasznych opowiadań. Się polecam uwadze Szanownym, etc., etc.

I chciałem coś jeszcze napisać, ale nie napiszę, niech jakiś kawałek mojego życia zachowam dla siebie, nie cały muszę się przelać tutaj, czy na papierowe łamy. Chociaż nie wiem, dlaczego właściwie tak, dlaczego się jednak w całości nie wylać, nie wywrócić na nice. Może ze strachu, że niewiele tego byłoby – i co wtedy?

I nic.

Varia

Cioran, „Zeszyty 1957 – 1972″. Dziwna rzecz. Wydanie z 2004 roku kupiłem na allegro za trzysta złotych prawie i wcale nie przepłaciłem jakoś boleśnie, bo po tyle właśnie chodzą. A rzecz dziwna – bo książka jest używana. I to widać. I nie jest zniszczona, ale ma trochę plamek świadczących, że jej poprzedni czytelnik czytał przy jedzeniu tudzież piciu, co mi się podoba, bo książka to nie fetysz i czytania przy jedzeniu i winie nadaje się znakomicie, jeśli tylko się wygodnie otwiera.
Ale – kiedy ją poprzedni, anonimowy dla mnie czytelnik czytał, to podkreślał podkreśleniem prostym i wężykiem, komentował na marginesach, stawiał plusy i minusy. I gdybym pożyczył tę książkę od przyjaciela, albo kogoś, kogo zdanie na temat Ciorana mnie interesuje, to przyjmowałbym te podkreślenia i komentarze z wdzięcznością i radością, odnajdując w nich człowieka, którego odnajdywać chcę. A tutaj – nie wiem. Podoba mi się historia tej książki, cudze życie, której z niej się w tych plamach po jedzeniu i piciu i podkreśleniach wylewa. Ale przeszkadzają mi te podkreślenia w lekturze. Bo organizują mi lekturę nie tak, jakbym sam ją sobie zorganizował. A przecież gumował nie będę…! I trochę zamiast czytać Ciorana, zastanawiam się, czy idiotą był ten, który był przede mną, czy tylko mi się wydaje (te naiwne uwagi o buddyzmie na marginesach…), a potem znowu nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jednak podoba mi się wybór, jakiego jej poprzedni, anonimowy czytelnik dokonał, więc może jednak to nie idiota…? Taka książka jest trochę jak kobieta.

A sam Cioran…? „Rozpacz nadprzyrodzona.”

Zastanawiam się, dlaczego nie lubi Ciorana W.S., skoro polecił mi Tkaczyszyna-Dyckiego i jestem mu za to wskazanie niesłychanie wdzieczny, bo trzeba rekomendacji kogoś bliskiego, kogo gust cenię, abym sięgnął po polską, współczesną poezję. A Tkaczyszyn-Dycki i kompletny zbiór „Oddam wiersze w dobre ręce”… Nie znam poezji, która bardziej by mną szarpała, co oczywiście bez wątpienia jest pochodną mojej poetyckiej ignorancji, bo cóż to jest – Pound, Eliot, trochę Herberta, trochę Miłosza, trochę Cummingsa i Broniewskiego, Emily Dickinson, Sylvia Plath, ostatnio Kawafis i więcej naprawdę poezji nie czytam i nie czytałem. I nie próbowałbym oczywiście rozsądzić, uszeregować, bo jestem poetyckim dyletantem, ale nie jestem dyletatnem jeśli chodzi o rozpoznawanie tego, co mną wstrząsa, a Tkaczyszyn-Dycki wstrząsa, odmienia. W ogóle – jakoś jawi mi blisko Kawafisa, nie wiem czy to przez homoerotyczność, czy jakoś przez brzmienie tego, czym u Kawafisa jest ciągłość greckiej cywilizacji, a u Tkaczyszyna-Dyckiego kresowa genealogia i obyczajowość polsko-rusińska. Ale oczywiście różnica jest zasadnicza, fundamentalna, bo Kawafis jest spokojny, ukojony, melancholijny, poezja Kawafisa jest poezją kosmosu – a Tkaczyszyn-Dycki jest rozedrgany, szalony, Tkaczyszyn-Dycki wyje, jest poetą chaosu. I dlatego dziwię się jakoś niechęci W.S. do Ciorana, bo przecież grają Cioran z Tkaczyszynem-Dyckim na tych samych diapazonach, ale nie jest to prozelickie zdziwienie, nikogo do czytania Ciorana nie namawiam, bo to byłoby jak ciągnąć kumpla do burdelu, albo namawiać do jeżdżenia autem po pijaku. Zresztą może wcale się tej niechęci nie dziwię. Może każdemu bym tej niechęci życzył, byle nie takiej, o jakiej Cioran bodajże (przebaczcie, nie chce mi się szukać cytatu) pisze w odniesieniu do La Rochefoucauld – iż głupcy mawiali, że być może przeszłość (ich przeszłość) odpowiada temu, co książę pisał, ale teraźniejszość, czy też przyszłość zada mu kłam.

Oprócz tego – „Sprawa pułkownika Miasojedowa”. Ostatnia powieść Mackiewicza, jaka mi do przeczytania została i jaką przeczytałem. Więcej już nie ma. I oddalając się od lektury coraz częściej myślę, że chyba największa z jego powieści i jednocześnie może największa polska powieść XX wieku. Jeszcze nie umiem nic o niej napisać, potrzebuję czasu.

Dalej, filmy. Prawie nic, gdyby nie „Melancholia” von Triera. Prawdopodobnie jeden z wybitniejszych filmów ostatnich lat, przynajmniej z tych, które widziałem, a, na Boga, funkcjonalnie rzecz biorąc widziałem wszystkie, poza dziełami z ligi „Kac Vegas” (który też widziałem).

A przecież nie lubiłem von Triera wcześniej. A tutaj – arcydzieło. Studium pustki, studium rozpaczy, romantyczna wizja człowieka skonfrontowanego z sublime absolutnym, „Mnich nad brzegiem morza” Friedricha podniesiony do potęgi, bo to konfrontacja z naturą całej ludzkości, i to nie z naturą która straszy zza muru plaży, lecz z naturą, która spala na dotyk, wypełnia niebo i jakże cudowne jest to, że nie ma w „Melancholii” uciekających przed błękitną planetą tłumów, a są jedynie samotne kobiety, przestraszony chłopiec i tchórzliwy mężczyzna. Terror metafizyczny, tym straszniejszy, że w przeciwieństwie do horrorów ludowych, dotyka strachem prawdziwym, zamraża duszę.

Zastanawiam się zupełnie nie à propos, dlaczego kiedy ktoś pyta mnie o moje najważniejsze lektury, zawsze zapominam o Czechach? Którzy są przecież tacy dla mnie ważni – i nawet niekoniecznie wielka trójca Kundera – Hašek – Hrabal, chociaż przecież wszystkich trzech cenię ( Haška najmniej, z Kundery przede wszystkim wczesne powieści, szczególnie „Żart„). Ale dalej – dwóch Otów (tak to odmieniać), od nazwiskach jak imiona, Ota Pavel i Ota Filip. Na liście najważniejszych powieści w moim życiu „Śmierć pięknych saren” i „Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy” znalazłby się bez wątpienia. Coś jest niepozornego w tej wielkiej prozie, że jakoś mi się w wyobraźni zasłania różnymi Mannami i Steinbeckami, a przecież są dla mnie równie ważni.

Wczoraj dzień w bardzo przyjemnej, gliwickiej kawiarni Kafo, w której już drugi tydzień sobie pracuję. Ale czasem wyjmuję z uszu słuchawki.

Adwokacik i czwórka kobiet mówiących na zmianę po polsku i rumuńsku. Zdaje się, że Cyganki, ale nie wiem. Siedzą pół metra ode mnie, nie krępują się wcale. Papuga przez telefon załatwiał jakieś kaucje, zwolnienia, zwroty, nie postawiono zarzutów, ktoś tam wychodzi, kobiety obficie ozłocone deliberowały zas ile papuga ma lat, ni to zalotnie, ni to lekceważąco, przyznał w końcu, że trzydzieści i dwie młodsze zaczęły wdzięczyć się ku niemu matrymonialnie i uroczo. Papuga więc zaczął powtarzać jak mantrę „no, to ja będę leciał”, ale siedział dalej, a potem jeszcze były negocjacje o wynagrodzeniu, że zegarek, że ma być jakiś tam za piętnaście tysięcy, ale koniecznie niekradziony i to ostatnie było kwestią sporną. Odgrodziłem się w końcu muzyką, nieco tą balladą apaszowską znudzony, chociaż jednak wstrząśnięty konfrontacją ze światem, jakiego nie znam.

Póżniej: dwie licealistki. Jedna klaruje drugiej, że romans z księdzem katechetą to nie jest zbyt dobry pomysł. Ku tej drugiej zmartwieniu. I że jednak trzeba to skończyć. I że już parę osób ich razem widziało. I znowu – czy ja jestem przeźroczysty? Oprócz mnie w kawiarni nie ma nikogo. Dziewczęta się nie krępują.

Dalej. Dziewczynki jeszcze młodsze, uczą się biologii i przy okazji jakiegoś zagadnienia chichoczą wesoło i głośno na temat swoich cipek, proszę mi wybaczyć dosadność.

Dalej. Dwóch panów rozmawia po śląsku o aborcji w Hiszpanii i dlaczego Starbucks jest do dupy, oraz że mają dosyć swoich żon.

I, na Boga, nie podsłuchuję przecież, tylko słyszę, trafiają te słowa do mnie, kiedy mam już dość muzyki zapętlonej i pozbywam się słuchawek.

W związku z tym przyszło mi do głowy, że przy moim stoliczku przy oknie jestem naprawdę niewidzialny i wcale się tym nie zmartwiłem. A może się zmartwiłem, że spojrzenia przelatują przeze mnie jak przez powietrze, odbijają się od ściany, nie krępuja się goście kawiarni rozmawiać przy mnie tak, jakby mnie nie było?

A poza tym, to jadę do Paryża i jeśli mój dzienniczek czyta ktoś z tego całkowicie obcego mi miasta, to zapraszam na spotkania autorskie dwa, na których nie wiem jak inni, ale ja na pewno nie będę mówił po francusku. 18 czerwca w Księgarni Polskiej (123 bd St-Germain, Paris VIe), w godzinach od 17:00 do 20:00, 19 czerwca – od 14:00 do 19:00, Espace Champerret, porte de Champerret, Paris XVIIe, na stoisku Éditions Bellicum.

Na wieży

Najgorzej jest słyszeć własne myśli. Nie myśleć je – lecz słyszeć, jak się myślą. Potrzeba oczywiście dystansu do samego siebie, bez tego osuwamy się w piekło śmieszności, lecz uciekając od tego piekła zbyt wysoko, w dystans absolutny, oglądając samego siebie jak szympansa w zoo, wzlatujemy w niebo szaleństwa.

Najgłośniej słyszę własne myśli w murach dziwnego mieszkania nad Plantami, obijają się w środku, uciec na zewnątrz nie mogą, bo na stuletnie okna z zewnątrz napiera cały gwar miasta, do którego jestem tak nienawykłym: tramwaje, gołębie, przechodnie dzienni, słowiki, huczący przechodnie nocni i zaranni i tramwaje nocne, rzecz tajemnicza, pełne dudniącej muzyki i ludzi, którzy – widziałem z wysoka! – wylewają się z tych tramwajów oknami na bruk, jakby ktoś ich wyciskał strasznym tłokiem.

Pisała mi się w tym mieszkaniu „Morfina”, z jej obsesyjnym rytmem i gęstością i przedwojennymi przymiotnikami w narzędniku przylepionymi do rzeczownikowego mianownika i dzieje się w nim moje małe życie i zawsze powracam zeń zmienionym, raz mniej, raz bardziej, a czasem zupełnie, prawie wywróconym na nice, szwy bezwstydnie obnażone i w tych szwach się rozłażę.

Pierwszego dnia o szóstej rano spróbowałem mojej zwykłej, pięciokilometrowej przebieżki, chciałem sobie pobiec między drzewami dookoła zalanego werniksem miasta, ale dobiegłem tylko pod zamek pełen martwych króli i miałem dość, ledwie mi siły starczyło aby biegiem wrócić z powrotem, wleźć w cudną obfitość warzyw i serów Starego Kleparza i pokrzepionym wrócić na wieżę z siatami pełnymi majowego buncu. Nie moje powietrze, więc mi go to miasto skąpi. Biegał będę dalej u siebie, polami i lasem, bieganiem się ogłuszę. W Krakowie po tej nieudanej próbie aktywność sportową ograniczyłem do wspinaczki po schodach i codziennego spaceru do Bunkra na paulanera, albo i na dwa, a kiedy przyjechał Ł.O., dziś tak jak ja – gość, chociaż w swoim dawnym domu, to wtedy i na więcej niż dwa i pięknie nam się potem wieczór rozwinął, ale i tak prawie codziennie pod betonową ścianą i w dzikim gwarze czasem znajdowałem na parę godzin inną ciszę niż hucząca tępo cisza wieży.

Na wieży piłem zaś nocami pachnący wszystkim Ó vörös od Tamása Dúzsiego, a potem już nie piłem, bo stłukłem jedyny kieliszek, za co przepraszam wszystkich, którzy zamieszkają tam po mnie i obiecuję przywieźć tam następnym razem komplet kieliszków przyzwoitych aby literacka nadbudowa rzeczonego mieszkania znalazła znowu solidną bazę.

Ale może i tak nie będę tam już w stanie pojechać, może się tych murów przestraszę, tego, jak się w nich obijam jak zeschnięty groch w grzechotce i przestraszę się dobrych duchów, które siadują tam na okiennym parapecie i patrzą na mnie wielkimi, strasznymi oczami pustych nocy.

I jeszcze jedno pamiętam: okutaną w pięćset chust babinę, która przed ołtarzem w Bramie Floriańskiej żegnała się zamaszyście, kraulem, cały czas, jak żywy młynek modlitewny, przerywając jedynie po to, aby to przytwierdzonej tam puszki wrzucić pieniążek, potem znowu szerokie łuki w imię Ojca i Syna i znowu pieniążek, chyba wcześniej nieopodal wyżebrany i nie zapamiętałbym tej kobieciny w ogóle spod chust niewidocznej, gdyby nie to, że przechodząc obok bardzo wyraźnie słyszałem jak płacze i widziałem jak szlochy wstrząsają jej niskimi, spadzistymi ramionami i myślałem wiele potem, nad czym płacze: czy nad swoimi grzechami, czy raczej płacze tak, jak starzec Kawafisa zasypia w kawiarni, żałując tego wszystkiego, czego nie uczynił.

A może płacze nade mną, który ją mijam obojętny.

Varia

Otwarłem butelkę bardzo przyzwoitego, fioletowego saperavi, i zaprawdę rację ma W.S., kiedy twierdzi, że jakoś istotowo różni się ono od wszystkich innych czerwonych win. To moje z gruzińskiego wina ma tylko szczep i najszerzej pojęty terroir, winifikowane jest po europejsku i mniej ma charakteru niż takie fermentowane po gruzińsku, mętne, z glinianej kvevry – charakteru mniej, ale za to jest przyjemniejsze, z ludźmi też tak czasem bywa, więc możemy się polubić, ale się nie zaprzyjaźnimy. A otwarłem, bo pomyślałem, że może napiszę coś o Gruzji, ale tak naprawdę, cóż mnie obchodzi Gruzja, skoro nic o niej nie wiem, bo ile się można dowiedzieć tłukąc się terenówką po jej bezdrożach? Wiele lub nic, a ja wybrałem, że nie dowiem się niczego. Wypluł mnie tamten kraj, nie chciał mnie. Więc nie będę pisał o Gruzji, nie dziś.

Zastanawiam się, dlaczego z ważnych dla mnie pisarzy najbliższy jest mi Márai. Nie wiem, czy najważniejszy, ale na pewno najbliższy. I pewnie jednak najważniejszy. Może to przez to, że Jünger był żołnierzem, Lampedusa arystokratą a Cioran szaleńcem, zaś Márai był po prostu zawodowym pisarzem i tyle. Może to przez Europę Środkową: świat Máraiego nie jest moim światem, ale jest dla mnie czytelny, a cóż mogę wiedzieć o okopach, Sycylii albo byciu synem popa?
Ale może to dlatego, że Márai czytał Jüngera i Lampedusę (nie wiem jak z Cioranem), a nie sądzę, aby Jünger czy Lampedusa czytali Máraiego. Chociaż może i czytali, piękne jest to zdjęcie, gdzie ściskają sobie dłonie Márai z Mannem. Ale nie sądzę,
A może dlatego, że za każdym razem, kiedy wracam do „Dziennika” zadaję sobie to głupie przecież pytanie: po co mi czytać inne książki, skoro z żadną inną tak naprawdę nie mam ochoty obcować, nawet z „Promieniowaniami”, skoro „Dziennik” to jedyna książka, przy której mógłbym płakać, gdybym sobie na to pozwolił. I skoro nigdzie indziej nie znajduję ukojenia: chociaż nie w wizji przecież, nie w spojrzeniu na świat oczami tego smutnego świadka entropii, ale w świadomości, że tak wspaniale można być człowiekiem, tak wzniośle można być pisarzem, tak pogardliwie można być znikąd (bo z Kassy) i zewsząd (bo na emigracji) jednocześnie i można tym człowiekiem pozostać do samego dumnego, wściekłego końca. I ten starczy noetyczny wgląd: „Możliwe, że w istnieniu jest jakieś szaleństwo.” Był mądrzejszy od Ciorana, bo mniej efektowny.

A na drugim biegunie, a może na całkiem innej planecie: Iwaszkiewicz, którego dzienniki od roku czytam w zasadzie cały czas, nieustannie, bardzo małymi dawkami (inaczej się nie da), jednocześnie z odrazą i fascynacją. Z odrazą, bo to jednak żałosny megaloman – te „skromne” referowanie listów, w których piszą mu pochlebcy, że to skandal, że mu Nobla w tym a tym roku nie dali, tęsknienie do królowej belgiskiej per „Elżunia”. I to przecież jednak głupiec (te analizy polityczne, aż oczy szczypią!), kabotyn, ale kiedy czytam o wielkiej miłości do Jurka Błeszczyńskiego i tegoż umieraniu i pustce po śmierci, to wyziera z tego cała wspaniała wrażliwość pisarza obdarzonego ogromnym talentem, kto wie, czy nie większym, niż talent ściśle literacki Máraiego. Ale może jednak nie. Ale to nie przez swój talent, lecz przez swoją małość Iwaszkiewicz również wydaje mi się bliski, swojski: jak kumpel, spowiadający się przy wódce z małych grzeszków i śmieszności.

A czym jest w ogóle talent literacki? Chyba umiejętnością świadomego, skupionego przeżywania tego, co się właśnie przeżywa, skupieniem na tym, jak przyszłość staje się przeszłością; sądzę, że tylko z takiego doświadczenia rodzi się literatura.

Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów

Moją próżność mile zaskoczyło to, że w ciągu mojego z górą miesięcznego, internetowego milczenia znalazło się paru P.T. Czytelników, którzy w drodze korespondencyjnej lub werbalnej wyrazili swoje niezadowolenie z faktu, że nic tu nie piszę. Jest to oczywiście uczucie niskie i raczej podłe, ta przyjemność z bycia proszonym, ale cóż poradzić. Muszę na dodatek przyznać, że nie zapowiada się, abym mógł w najbliższym czasie wznowić regularne pisanie na moim dzienniczku. Z różnych powodów – spróbuję je pokrótce przedstawić, zgodnie z zasadą, że jak się nie ma nic do powiedzenia, to należy mówić o tym, dlaczego nie ma się nic do powiedzenia.

Po pierwsze więc, jestem zmęczony i zapracowany. I ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę po całym dniu klepania w klawiaturę jest klepanie w klawiaturę. Wieczorem wolę otworzyć wino, zrobić coś dobrego do jedzenia i obejrzeć kolejny odcinek „The Sopranos”. Albo poczytać. Z poczytania mogłoby się coś wykluć, ponieważ książki czasem jeszcze wyzwalają we mnie potrzebę ekspresji. A czytałem ostatnio sporo książek z różnych powodów dobrych i ważnych: „Szepty” i „Tragedię narodu” Figesa, „Morderców” Kazana, „Kawior i popiół” Marci Shore, „Endurance” – świetną książkę Caroline Alexander o wyprawie Shackeltona, „Wielką ucieczkę” Thorwalda, „Ducha Liturgii” Wiadomo Kogo, J.D. pożyczył mi Tiplera i Kurzweila i jeszcze więcej książek sobie kupiłem i odłożyłem do późniejszej lektury, a w te które już przeczytałem powklejałem karteczki, zaznaczając sobie co bardziej interesujące momenty, co znacznie ułatwia późniejsze przelewanie refleksji na klawiaturę. I tak o „Tragedii narodu” Figesa chciało mi się pisać przez porównywanie go do Gaxotte’a, bo też sam Figes się o to prosi, ale jakoś straciłem serce. O „Endurance” chciało mi się coś napisać, bo to wspaniała historia, świetnie napisana, bardzo conradowska – ale jakoś odpuściłem, wolałem przemilczeć. O „Wielkiej ucieczce” też chciało mi się pisać, szczególnie w biorąc pod uwagę „sprawę śląską” – ale dałem sobie spokój. Chciałem napisać coś o „Synecdoche, New York” Kaufmana, bo to jeden z najważniejszych filmów, jakie widziałem w życiu, ale jakoś zabrało mi słów.
Podobnie rzecz się ma z tzw. „wydarzeniami” – a to Michalski w pokutnym worku napisze, że redakcja „KP” zostawia mu nawet pewną autonomię, za co Kinga Dunin dała mu placet, Piątek wypluł zatrutą hostię kłamstwa, a Orliński jak zwykle niczego nie zrozumiał, a to Braun i Kaczmarek nie tylko zrobią świetny film o Jaruzelskim, ale jeszcze puszczą go w TVP, żeby Żakowski z Mazowieckim mogli się zapisać do moczarowców, a Kuczyński z właściwym sobie wdziękiem mógł oświadczyć, że film ów nie wywołał w nim żadnego zastanowienia nad życiorysem generała Jaruzelskiego. Nie żeby ktokolwiek spodziewał się zastanowienia po Kuczyńskim. Jak już kiedyś pisałem, pan Waldemar to klasyczny półinteligent – posiada tę połowę inteligenta odpowiedzialną za intelektualne i społeczne aspiracje, nie posiada zaś tej połowy, która pozwalałaby te aspiracje realizować. No i właśnie: po cholerę mam to pisać, skoro już to kiedyś napisałem? Więc nie piszę. To znaczy w tej chwili piszę o tym, że nie piszę, ale to na jedno wychodzi.

Po drugie. Po drugie mam wrażenie, że moja ogólna postawa, stosunek do świata i bliźnich, jest postawą bardzo mało chrześcijańską. Raczej cioranowsko-maraiowską, toutes proportions gardées, oczywiście. Z czego jakoś nie jestem już ostatnio specjalnie dumny. Tym bardziej, że w życiu prywatnym i zawodowym nic mi nie dolega, a wręcz przeciwnie, z tajemniczych powodów życie jest mi nadzwyczaj przychylne. Z tej postawy, z odrazy do wszelkiego entuzjazmu (a szczególnie do entuzjastów, niezależnie czego ich entuzjazm miałby dotyczyć), do ludzkiego optymizmu, werwy, energii, chęci do działania, do junackości, dziarskości i przebojowości, a więc z wymieszania melancholii, czy może raczej acedii z mizantropią (chociaż oczywiście Ł.O. twierdzi, że mizantropem to można być przyglądając się światu z okien bentleya, ja zaś jestem co najwyżej zgorzkniałym skurczybykiem) i tak wynika już gros mojej publicystycznej i literackiej twórczości. Po co więc mam jeszcze zarażać innych tą postawą via www.dziennik.twardoch.pl? Nic dobrego z tego chyba nie wynika. Gdybym się czymś zachwycił – to od razu napiszę, obiecuję.
No dobrze, zachwyciłem się ostatnio przykrytą śniegiem monochromatyczną Polską, widzianą z okien pociągu, bo ciągle gdzieś się ostatnio pociągami tłukę. Ale zaraz potem pomyślałem, że podoba mi się tylko dlatego, że jej nie widać, że to jak zachwycić się kobietą tylko dlatego, że przykryła się prześcieradłem i nie widać chwilowo, że jest szpetna. Więc trochę lipny był ten zachwyt. Poza tym nienawidzę zimy. Autentycznie zachwyciłem się zaś krótką, pieszą pielgrzymką do sanktuarium w Rudach, ślicznym, zimowym marszem przez dawne cysterskie folwarki, lasy i pola i pustym, ciemnym, gotyckim kościołem, w którym światło paliło się tylko przy obrazie. Ale byłem zbyt zmęczony, żeby o tym napisać.

Po trzecie. Jak już koniecznie muszę coś napisać, to skrobię sobie piórem w notesiku. Dzięki temu nie wylewa się to od razu w świat, tylko sobie leży na papierze i dojrzewa. Za rok to przejrzę i może znajdę tam coś, co będzie się nadawało do podzielenia się z P.T. Czytelnikami. A poza tym, to piszę książki, opowiadania i publicystykę, i jeszcze inne rzeczy, redaguję książki już napisane i robię tysiąc innych rzeczy, które pisarze robią, a o których nie wiedziałem, póki nie zostałem pisarzem zawodowym.

Informacyjnie jeszcze: ukazują się właśnie nowe „Czwórki” w których P.T. Czytelnicy znajdą moje opowiadanie o Poli, które napisałem kiedyś na zamówienie NCK, ukazują się nowe „Arcana” nr 91, gdzie tradycyjnie wypisy z mojego dzienniczka i przedruk „Aksolotla narodów” z CzF. Się polecam życzliwej uwadze.

Cytat na dziś III

Po południu jeszcze raz w dolinie Teberdy, chociaż trochę padało. (…) Przede wszystkim chciałem raz jeszcze nacieszyć się widokiem starych drzew; to, że one wymierają na ziemi, jest wśród wszystkich złych znaków najbardziej niepokojące. Są przecież nie tylko najpotężniejszymi symbolami nietkniętej siły Ziemi, lecz również ducha przodków, tkwiącego w drewnie kołysek, łóżek i trumien. W nich jak w relikwiarzach przebywa uświęcone życie, które z chwilą ich upadki człowiek traci. Tu jednak stały jeszcze prosto: potężne jodły, do których pni gałęzie tuliły się jak obcisła suknia, buki w srebrnym blasku, strupiaste puszczańskie dęby, szara grusza leśna. Żegnałem się z tymi olbrzymami jak Guliwer, zanim uda się do krainy Liliputów, u których ogrom powstaje dzięki konstrukcji, nie przez swobodne rośnięcie. Wszystko to ukazało mi się tak przelotnie jak we śnie, jak bożonarodzeniowe cuda oglądane w dzieciństwie przez dziurkę od klucza – ale w pamięci pozostaje miarą. Trzeba przecież wiedzieć, co świat ma do zaoferowania, żeby nie skapitulować zbyt tanio.

Tyle Ernst Jünger. Do mnie nie mówią drzewa, mówi do mnie za to krajobraz dalekowschodnich stepów i polarnych pustyń. To inna rozmowa z krajobrazem – nie intymny szept, jak mantra miękkich obrazów hajmatu, które szepczą do mnie tak, jak ja sam szepczę kołysanki, modlitwy i zaklęcia do ucha mojego synka.

Wysokie góry o nagich, niezalesionych szczytach, stepy i tundra Zimnych Wybrzeży mówią inaczej: krzyczą dalekim horyzontem, śpiewają, kiedy ocean szlifuje czarne plaże. Nie nawiązuje się z nimi dialogu, surowość i sublime takich krajobrazów sprawia, że człowiek jest tylko niemym słuchaczem. I usłyszeć może prehistorie z dewonu, karbonu i permu ten, który potrafi czytać miękkie pismo zgniecionych w synkliny i antykliny węglowych skał, odnaleźć może dramat w zgrzycie lodowców, żłobiących powoli swe szerokie, chylące się ku oceanowi łoża.

Kto inny usłyszy tylko wrzask setek tysięcy ptaków nad fiordem, albo dojrzy tajemnicę w dziwacznym zgromadzeniu kilkunastu orłosępów – czy może sępów kasztanowatych, nie pamiętam już – na środku ledwie trawą porosłego stepu. Nie nad padliną, po prostu siedzą na ziemi, z głowami wtulonymi między ptasie ramiona i patrzą w jednym kierunku.

Jeszcze kto inny słyszał będzie jęk i trzask dębowych desek poszycia wielorybniczego żaglowca, wyrzuconego na przybrzeżne skały. Ciche umieranie rozbitków, polarną nocą: z głodu, na szkorbut lub z zatrucia niedźwiedzią wątrobą: jedna zawiera śmiertelną dla człowieka dawkę retinolu. Albo umieranie głośne, w szczelinach lodowców, w niedźwiedzich szczękach, w lodowatej wodzie, albo od noża lub kuli. Albo śmierć w huku końskich kopyt, kiedy na grzbietach niskich, grubych mori step przemierzają zbrojni, konni łucznicy tureccy, mongolscy i indo-europejscy, ludy Xiognu, Mongołowie, Kazachowie i Kozacy, zdobywcy Pekinu i Moskwy, komuniści, muzułmanie, buddyści, prawosławni i ci, którzy wierzą w dusze zwierząt i w szamańskie kamłanie. Czyngis Chan i Ferdynand Ossendowski, Attyla, Arpad i Fiodor Romanowicz Ungern baron von Sternberg, Suche Bator i Gieorgij Konstantynowicz Żukow, zdobywający tytuł Bohatera Związku Radzieckiego po raz pierwszy, za rozbicie Armie Kwantuńskiej pod Chałchin-Goł, wszyscy w jednej hordzie, ich pot i mocz zmieszany z moczem i potem koni i krew, wsiąkająca w suchą ziemię. I nawet kiedy patrzy się na step zupełnie pusty, na cichą taflę jeziora Chubsuguł, nawet wtedy słychać ich konie, tak jak słychać jeszcze na Spitsbergenie szum w słuchawkach niemieckich radiotelegrafistów, nadających w czasie II Wojny Światowej zaszyfrowane prognozy pogody z ukrytych między lodowcami stacji meteorologicznych, tej potężnej broni wojny powietrznej nad Europą.

W krajobrazie zobaczyć można też osobne, tajemnicze życie, osobne jak życie na innych planetach: życie zimujących na Svalbardzie reniferów, pardw i pieśców, życie pokorne, ciche, przyczajone, życie niewolników zimy i nocy, uniżenie schowanych w dolinach, gdzie huraganowy wiatr przydusza ich kościste ciała do ziemi lub podążających strachliwie po zamarzniętym morzu za białym królem północy, aby z jego uczty uszczknąć ochłap.

Aby doczekać słońca, aby doczekać dnia, kiedy śnieg odkryje ucztę traw i porostów.

Życie pełznących po ziemi drzew tundry, polarnych wierzb i karłowatych brzóz, salix polaris i betula nana, tak samo do ziemi przygniecionych, między trawami układających swe pnie, gałęzie i mięsiste liście, zasypywanych śniegiem i w zmarzlinę zapuszczających wątłe korzenie, a jednak żywych.