Moją próżność mile zaskoczyło to, że w ciągu mojego z górą miesięcznego, internetowego milczenia znalazło się paru P.T. Czytelników, którzy w drodze korespondencyjnej lub werbalnej wyrazili swoje niezadowolenie z faktu, że nic tu nie piszę. Jest to oczywiście uczucie niskie i raczej podłe, ta przyjemność z bycia proszonym, ale cóż poradzić. Muszę na dodatek przyznać, że nie zapowiada się, abym mógł w najbliższym czasie wznowić regularne pisanie na moim dzienniczku. Z różnych powodów – spróbuję je pokrótce przedstawić, zgodnie z zasadą, że jak się nie ma nic do powiedzenia, to należy mówić o tym, dlaczego nie ma się nic do powiedzenia.
Po pierwsze więc, jestem zmęczony i zapracowany. I ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę po całym dniu klepania w klawiaturę jest klepanie w klawiaturę. Wieczorem wolę otworzyć wino, zrobić coś dobrego do jedzenia i obejrzeć kolejny odcinek “The Sopranos”. Albo poczytać. Z poczytania mogłoby się coś wykluć, ponieważ książki czasem jeszcze wyzwalają we mnie potrzebę ekspresji. A czytałem ostatnio sporo książek z różnych powodów dobrych i ważnych: “Szepty” i “Tragedię narodu” Figesa, “Morderców” Kazana, “Kawior i popiół” Marci Shore, “Endurance” – świetną książkę Caroline Alexander o wyprawie Shackeltona, “Wielką ucieczkę” Thorwalda, “Ducha Liturgii” Wiadomo Kogo, J.D. pożyczył mi Tiplera i Kurzweila i jeszcze więcej książek sobie kupiłem i odłożyłem do późniejszej lektury, a w te które już przeczytałem powklejałem karteczki, zaznaczając sobie co bardziej interesujące momenty, co znacznie ułatwia późniejsze przelewanie refleksji na klawiaturę. I tak o “Tragedii narodu” Figesa chciało mi się pisać przez porównywanie go do Gaxotte’a, bo też sam Figes się o to prosi, ale jakoś straciłem serce. O “Endurance” chciało mi się coś napisać, bo to wspaniała historia, świetnie napisana, bardzo conradowska – ale jakoś odpuściłem, wolałem przemilczeć. O “Wielkiej ucieczce” też chciało mi się pisać, szczególnie w biorąc pod uwagę “sprawę śląską” – ale dałem sobie spokój. Chciałem napisać coś o “Synecdoche, New York” Kaufmana, bo to jeden z najważniejszych filmów, jakie widziałem w życiu, ale jakoś zabrało mi słów.
Podobnie rzecz się ma z tzw. “wydarzeniami” – a to Michalski w pokutnym worku napisze, że redakcja “KP” zostawia mu nawet pewną autonomię, za co Kinga Dunin dała mu placet, Piątek wypluł zatrutą hostię kłamstwa, a Orliński jak zwykle niczego nie zrozumiał, a to Braun i Kaczmarek nie tylko zrobią świetny film o Jaruzelskim, ale jeszcze puszczą go w TVP, żeby Żakowski z Mazowieckim mogli się zapisać do moczarowców, a Kuczyński z właściwym sobie wdziękiem mógł oświadczyć, że film ów nie wywołał w nim żadnego zastanowienia nad życiorysem generała Jaruzelskiego. Nie żeby ktokolwiek spodziewał się zastanowienia po Kuczyńskim. Jak już kiedyś pisałem, pan Waldemar to klasyczny półinteligent – posiada tę połowę inteligenta odpowiedzialną za intelektualne i społeczne aspiracje, nie posiada zaś tej połowy, która pozwalałaby te aspiracje realizować. No i właśnie: po cholerę mam to pisać, skoro już to kiedyś napisałem? Więc nie piszę. To znaczy w tej chwili piszę o tym, że nie piszę, ale to na jedno wychodzi.
Po drugie. Po drugie mam wrażenie, że moja ogólna postawa, stosunek do świata i bliźnich, jest postawą bardzo mało chrześcijańską. Raczej cioranowsko-maraiowską, toutes proportions gardées, oczywiście. Z czego jakoś nie jestem już ostatnio specjalnie dumny. Tym bardziej, że w życiu prywatnym i zawodowym nic mi nie dolega, a wręcz przeciwnie, z tajemniczych powodów życie jest mi nadzwyczaj przychylne. Z tej postawy, z odrazy do wszelkiego entuzjazmu (a szczególnie do entuzjastów, niezależnie czego ich entuzjazm miałby dotyczyć), do ludzkiego optymizmu, werwy, energii, chęci do działania, do junackości, dziarskości i przebojowości, a więc z wymieszania melancholii, czy może raczej acedii z mizantropią (chociaż oczywiście Ł.O. twierdzi, że mizantropem to można być przyglądając się światu z okien bentleya, ja zaś jestem co najwyżej zgorzkniałym skurczybykiem) i tak wynika już gros mojej publicystycznej i literackiej twórczości. Po co więc mam jeszcze zarażać innych tą postawą via www.dziennik.twardoch.pl? Nic dobrego z tego chyba nie wynika. Gdybym się czymś zachwycił – to od razu napiszę, obiecuję.
No dobrze, zachwyciłem się ostatnio przykrytą śniegiem monochromatyczną Polską, widzianą z okien pociągu, bo ciągle gdzieś się ostatnio pociągami tłukę. Ale zaraz potem pomyślałem, że podoba mi się tylko dlatego, że jej nie widać, że to jak zachwycić się kobietą tylko dlatego, że przykryła się prześcieradłem i nie widać chwilowo, że jest szpetna. Więc trochę lipny był ten zachwyt. Poza tym nienawidzę zimy. Autentycznie zachwyciłem się zaś krótką, pieszą pielgrzymką do sanktuarium w Rudach, ślicznym, zimowym marszem przez dawne cysterskie folwarki, lasy i pola i pustym, ciemnym, gotyckim kościołem, w którym światło paliło się tylko przy obrazie. Ale byłem zbyt zmęczony, żeby o tym napisać.
Po trzecie. Jak już koniecznie muszę coś napisać, to skrobię sobie piórem w notesiku. Dzięki temu nie wylewa się to od razu w świat, tylko sobie leży na papierze i dojrzewa. Za rok to przejrzę i może znajdę tam coś, co będzie się nadawało do podzielenia się z P.T. Czytelnikami. A poza tym, to piszę książki, opowiadania i publicystykę, i jeszcze inne rzeczy, redaguję książki już napisane i robię tysiąc innych rzeczy, które pisarze robią, a o których nie wiedziałem, póki nie zostałem pisarzem zawodowym.
Informacyjnie jeszcze: ukazują się właśnie nowe “Czwórki” w których P.T. Czytelnicy znajdą moje opowiadanie o Poli, które napisałem kiedyś na zamówienie NCK, ukazują się nowe “Arcana” nr 91, gdzie tradycyjnie wypisy z mojego dzienniczka i przedruk “Aksolotla narodów” z CzF. Się polecam życzliwej uwadze.
Po południu jeszcze raz w dolinie Teberdy, chociaż trochę padało. (…) Przede wszystkim chciałem raz jeszcze nacieszyć się widokiem starych drzew; to, że one wymierają na ziemi, jest wśród wszystkich złych znaków najbardziej niepokojące. Są przecież nie tylko najpotężniejszymi symbolami nietkniętej siły Ziemi, lecz również ducha przodków, tkwiącego w drewnie kołysek, łóżek i trumien. W nich jak w relikwiarzach przebywa uświęcone życie, które z chwilą ich upadki człowiek traci. Tu jednak stały jeszcze prosto: potężne jodły, do których pni gałęzie tuliły się jak obcisła suknia, buki w srebrnym blasku, strupiaste puszczańskie dęby, szara grusza leśna. Żegnałem się z tymi olbrzymami jak Guliwer, zanim uda się do krainy Liliputów, u których ogrom powstaje dzięki konstrukcji, nie przez swobodne rośnięcie. Wszystko to ukazało mi się tak przelotnie jak we śnie, jak bożonarodzeniowe cuda oglądane w dzieciństwie przez dziurkę od klucza – ale w pamięci pozostaje miarą. Trzeba przecież wiedzieć, co świat ma do zaoferowania, żeby nie skapitulować zbyt tanio.
Tyle Ernst Jünger. Do mnie nie mówią drzewa, mówi do mnie za to krajobraz dalekowschodnich stepów i polarnych pustyń. To inna rozmowa z krajobrazem – nie intymny szept, jak mantra miękkich obrazów hajmatu, które szepczą do mnie tak, jak ja sam szepczę kołysanki, modlitwy i zaklęcia do ucha mojego synka.
Wysokie góry o nagich, niezalesionych szczytach, stepy i tundra Zimnych Wybrzeży mówią inaczej: krzyczą dalekim horyzontem, śpiewają, kiedy ocean szlifuje czarne plaże. Nie nawiązuje się z nimi dialogu, surowość i sublime takich krajobrazów sprawia, że człowiek jest tylko niemym słuchaczem. I usłyszeć może prehistorie z dewonu, karbonu i permu ten, który potrafi czytać miękkie pismo zgniecionych w synkliny i antykliny węglowych skał, odnaleźć może dramat w zgrzycie lodowców, żłobiących powoli swe szerokie, chylące się ku oceanowi łoża.
Kto inny usłyszy tylko wrzask setek tysięcy ptaków nad fiordem, albo dojrzy tajemnicę w dziwacznym zgromadzeniu kilkunastu orłosępów – czy może sępów kasztanowatych, nie pamiętam już – na środku ledwie trawą porosłego stepu. Nie nad padliną, po prostu siedzą na ziemi, z głowami wtulonymi między ptasie ramiona i patrzą w jednym kierunku.
Jeszcze kto inny słyszał będzie jęk i trzask dębowych desek poszycia wielorybniczego żaglowca, wyrzuconego na przybrzeżne skały. Ciche umieranie rozbitków, polarną nocą: z głodu, na szkorbut lub z zatrucia niedźwiedzią wątrobą: jedna zawiera śmiertelną dla człowieka dawkę retinolu. Albo umieranie głośne, w szczelinach lodowców, w niedźwiedzich szczękach, w lodowatej wodzie, albo od noża lub kuli. Albo śmierć w huku końskich kopyt, kiedy na grzbietach niskich, grubych mori step przemierzają zbrojni, konni łucznicy tureccy, mongolscy i indo-europejscy, ludy Xiognu, Mongołowie, Kazachowie i Kozacy, zdobywcy Pekinu i Moskwy, komuniści, muzułmanie, buddyści, prawosławni i ci, którzy wierzą w dusze zwierząt i w szamańskie kamłanie. Czyngis Chan i Ferdynand Ossendowski, Attyla, Arpad i Fiodor Romanowicz Ungern baron von Sternberg, Suche Bator i Gieorgij Konstantynowicz Żukow, zdobywający tytuł Bohatera Związku Radzieckiego po raz pierwszy, za rozbicie Armie Kwantuńskiej pod Chałchin-Goł, wszyscy w jednej hordzie, ich pot i mocz zmieszany z moczem i potem koni i krew, wsiąkająca w suchą ziemię. I nawet kiedy patrzy się na step zupełnie pusty, na cichą taflę jeziora Chubsuguł, nawet wtedy słychać ich konie, tak jak słychać jeszcze na Spitsbergenie szum w słuchawkach niemieckich radiotelegrafistów, nadających w czasie II Wojny Światowej zaszyfrowane prognozy pogody z ukrytych między lodowcami stacji meteorologicznych, tej potężnej broni wojny powietrznej nad Europą.
W krajobrazie zobaczyć można też osobne, tajemnicze życie, osobne jak życie na innych planetach: życie zimujących na Svalbardzie reniferów, pardw i pieśców, życie pokorne, ciche, przyczajone, życie niewolników zimy i nocy, uniżenie schowanych w dolinach, gdzie huraganowy wiatr przydusza ich kościste ciała do ziemi lub podążających strachliwie po zamarzniętym morzu za białym królem północy, aby z jego uczty uszczknąć ochłap.
Aby doczekać słońca, aby doczekać dnia, kiedy śnieg odkryje ucztę traw i porostów.
Życie pełznących po ziemi drzew tundry, polarnych wierzb i karłowatych brzóz, salix polaris i betula nana, tak samo do ziemi przygniecionych, między trawami układających swe pnie, gałęzie i mięsiste liście, zasypywanych śniegiem i w zmarzlinę zapuszczających wątłe korzenie, a jednak żywych.
Warto szukać odpowiedzi na pytania o Rosję. Nie dla zasady „know your enemy”, chociaż oczywiście polskiej racji stanu nie obciążona idiosynkrazjami znajomość Rosji przysłuży się lepiej niż zbiór kompleksów, uprzedzeń, pogardy i prostej, uzasadnionej historycznie nienawiści. Ale warto szukać odpowiedzi na pytania o Rosję, bo rosyjskie paradoksy są pasjonujące same przez się, bez względu na potrzeby bieżącej polityki.
Naturalnymi sposobami znalezienia odpowiedzi na te pytania są podróże. Nie z wszystkich podróży coś wynika, z większości nie wynika nic, bo też nie każdy może być markizem de Custine, tak jak nie każdy korespondent z Waszyngtonu jest Tocquevillem.
Pytanie więc, jak należy podróżować? Bronisław Malinowski rozpoczynając „Argonautów zachodniego Pacyfiku” informuje nas, że są dwa rodzaje poznania obcego kulturowo świata, jeden możliwy jeśli pobyt w danym kraju nie jest zbyt długi, kiedy nadmiar szczegółów nie zasłania nam ogółu, drugi dopiero po tym, jak wsiąknie się w kulturę na dobre i kiedy z na zebranych obserwacjach można dokonać wiarygodnej syntezy.
Przyjmując tę zasadę, zrozumiałem jakiś czas temu, że mimo niegasnącej fascynacji, lektur i wizyt, niewiele mam do powiedzenia na temat Rosji jako takiej. Łatwo mogę falsyfikować głupawe, a częste u polskich dziennikarzy, mętne banialuki o „strasznym imperium” tudzież o „wiecznie pijanych Rosjanach z harmoszkami”, mogę śmiać się z leczenia polskich kompleksów przez budowanie poczucia cywilizacyjnej wyższości nad „ruskimi kałmukami”, o czym dobry tekst opublikował kiedyś w Rzeczpospolitej Piotr Skwieciński. Ale kiedy miałbym spróbować Rosję wyjaśnić, nie mam nic do powiedzenia. Mógłbym zsyntetyzować wspomnienia z podróży, z tego jednak czytelnik mógłby się czegoś dowiedzieć o mnie, ale o Rosji nic zgoła, bo byłem tam, wracając do Malinowskiego, jednocześnie zbyt długo i zbyt krótko. Bo jaką odpowiedzią jest Rosja z okien transsybu?
Kawiarenka internetowa pod pomnikiem Lenina w Irkucku. Rozkosz opalanej drewnem bani po trzech z okładem dobach w pociągu, z wodą z syberyjskiego strumienia, pachnącej brzozowym dymem i tanim mydłem. Luksusowe, japońskie samochody z kierownicą po prawej stronie, których nad Bajkałem jest więcej, niż dostosowanych do prawostronnego ruchu ład, wołg i uazów. Kreml, kawiarnia na Arbacie, pomnik Puszkina, Żukowa na Placu Czerwonym. Zakutane w chusty i kabaty babuleńki sprzedające gorące kartoszki w foliowych torebkach na syberyjskich stacyjkach, gdzie transsyb zatrzymuje się na parę minut tylko, wrzątek w samowarze w każdym wagonie, prowadnica, reprezentująca w tymże wagonie powagę władzy. To tylko klisze, to Rosja odzwierciedlona, nie prawdziwa, to Rosja jaką chciałby widzieć polski czytelnik, niemal jak z zabawnych reklam telefonii komórkowej.
I kiedy szukałem odpowiedzi na to prywatne, własne pytanie o Rosję, znalazłem tylko jedną odpowiedź. Niedoskonałą, nie wyczerpującą tematu i trudną do oddania w tekście, bo zasadzającą się na osobistym i ulotnym doświadczeniu – ale sądzę, że nawet taka odpowiedź jest lepsza, niż powtarzanie banałów. Odpowiedź bez syntezy, impresję zaledwie – ale to i tak więcej, niż zrozumiałem podczas wszystkich moich podróży po Rosji.
Znalazłem ją daleko za kołem podbiegunowym, na siedemdziesiątym ósmym równoleżniku, na dodatek na terytorium norweskim, z norweską suwerennością ograniczoną traktatem paryskim – czyli na Spitsbergenie, zwanym przez Norwegów Svalbardem. Traktat, podpisany w latach dwudziestych, przyznał ten polarny, acz ogrzewany Golfsztromem i dlatego do pewnego stopnia wolny od lodu archipelag Norwegii, z zastrzeżeniem, że wszystkie inne państwa-sygnatariusze traktatu, mają prawo prowadzić na Svalbardzie dowolną działalność gospodarczą. Z prawa tego korzystają w zasadzie tylko Rosjanie, utrzymując górniczą osadę Barentsburg – i to w Barenstburgu znalazłem jakiś okruch prawdy o Rosji.
Nie historia tej polarnej osady jest tutaj ważna, bo zupełnie nie odpowiada historii Rosji – Barentsburg zakładali Amerykanie i Holendrzy, w latach dwudziestych zręby osady wykupił sowiecki Trust Arktikugol, w latach trzydziestych rozpoczęto wydobycie węgla, potem na ewakuowaną osadę spadły pociski z dział pancernika Tirpitz a po wojnie odbudowano ją w takiej postaci, w jakiej można ją dziś oglądać. W apogeum sowieckiej obecności na Spitsbergenie w Barentsburgu była wielka szklarnia, służąca z jednej strony jako źródło świeżych warzyw, z drugiej jako miejsce, w którym sowieccy górnicy – Rosjanie i Ukraińcy z Doniecka – mogli odpocząć od surowego krajobrazu tundry. Były obory, chlewy i kurniki, piekarnia, duży ośrodek sportowy z boiskiem i basenem. Bloki mieszkalne z żółtawej, dziwnej cegły. Ten stary Barentsburg oglądam przez obiektyw sowieckiego fotografika, który w 1979 roku wydał Moskwie album pod tytułem „Szpicbergen: strana ostrich gor”. Jeszcze sprzed apogeum świetności, jeszcze na wznoszącej fali – widać rozpoczęte budowy, najbardziej spektakularne budynki dopiero wyrastają, po odśnieżonych uliczkach przechadzają się szczupli, weseli mężczyźni w jaskrawych kurtkach lub szarych płaszczach, w kosmatych czapkach z syberyjskiego psa na głowie. Mój ojciec miał kiedyś taką samą czapkę, pamiętam, zdjęcia z albumu robiono jeszcze przed moimi narodzinami, chociaż niedługo przed, rok może. Dziś już jej nie nosi. A mężczyźni na zdjęciach noszą polarnicze brody lub wąsy, włosy mają przydługie, dzieci zaś wszystkie, naprawdę wszystkie, są pyzate, rumiane i zdrowe. I tutaj trudno doszukać się propagandowego fałszerstwa, bo jest tych dzieci na zdjęciach mnóstwo, tak wiele, że ze szczupłej, barentsburskiej dziecięcej populacji nie mógł fotograf po prostu wybrać dzieci najładniejszych. Może to polarny klimat tak służył tym płowowłosym chłopcom i dziewczynkom z warkoczykami ujętymi w wielkie, czarne kokardy.
Nasza trasa do Barentsburga dzisiejszego wiodła stokami Nordhallet, po dawnej drodze, którą pięćdziesiąt lat temu samochody gaz-69 jeździły aż do przystani promowej, skąd, przecinając promem Colesbuktę, można było dostać się do portu w tejże zatoce, który z kolei obsługiwał kopalnię w Grumantbyen. Nie używana od pół wieku droga jest już tylko śladem na tundrze, którego warto się trzymać, aby pewnie omijać najgłębsze, strumieniami żłobione wąwozy – ale żaden samochód nie mógłby już po niej przejechać, wieczna zmarzlina uczyniła swoje. Mosty, przeciągnięte nad spływającymi do fiordu strugami dawno się pozawalały. Tam, gdzie droga wiodła urwiskiem nad plażą – zniknęła, morze zabrało.
Szliśmy na lekko, tylko małe plecaki, w nich zapasowe kurtki, trochę prowiantu, mała butla z palnikiem, wodery do przekraczania rzek. Na plecach karabin i aparat fotograficzny, oba na wypadek spotkania z niedźwiedziem, w kieszeniach naboje, lornetka i czekolada. Jeszcze kijki, bez których trudno się obejść w tym wielkim, polarnym bagnie. Reszta naszych trzydziestokilogramowych plecaków została w obozie, szliśmy na jednodniową wycieczkę, trzydzieści parę kilometrów. Były to już ostatnie dni naszej wędrówki, przetykanej kilkudniowymi popasami, już za dwa dni przypłynie po nas półsztywna łódź marki Polarcirkel, zaokrętujemy się obok murszejącej kei w Colesbukta i pójdziemy po spokojnym fiordzie aż do Longyear, z prędkością czterdziestu węzłów, w godzinę pokonując trasę, po której powolutku maszerowaliśmy przez dwa tygodnie.
Zaś tego dnia, kiedy szliśmy do Barentsburga, była piękna pogoda, pod podeszwami bulgotała tundra podmokła i zbrązowiała na znak nadchodzącej jesieni, niebo było niebieskie, a na drugim brzegu Isfjordu do arktycznego oceanu spływały lodowce, żmudnie, wiek po wieku, żłobiąc swoje doliny. Wysokie na kilkadziesiąt metrów ich czoła z naszej brzegu widać jako wąskie, szaroniebieskie kreski. Szliśmy szybko, bo idzie się łatwo, to nie to, co powolne gramolenie się przez błotnistą morenę czołową, wspinanie się na rozsypujący się klif po żlebie, czy brodzenie w delcie rozlanej jak rozsypane warkocze rzeki, w końcu idziemy wspomnieniem drogi.
I w końcu doszliśmy, po sześciu chyba godzinach – najpierw budynki gospodarcze, radziecka plątanina rur i kabli, potem lądowisko dla helikopterów z hangarem, o które to helikoptery praktyczni Rosjanie spierają się z ekologicznie nastrojonymi Norwegami. Jeden śmigłowiec minął nas po drodze, pochylony, wielki i niezgrabny Mi-8. Dalej droga już bita, cmentarz, ale nie tak malowniczy jak poletko białych krzyży w norweskim Longyearbyen, stolicy Svalbardu, ani nie tak dramatyczny jak ten w Colesbukta, z lat pięćdziesiątych, z grobem rocznej dziewczynki, rówieśniczki mojej mamy. Narodziła się w maju 1951 roku, miała tatarskie patronimik i nazwisko: Dora Minisłamowna Farizowa. Imię mogło brzmieć inaczej, na nagrobku jest prawie całkiem zatarte, ale na pewno zaczynało się na „de” i było krótkie. Przeżyła arktyczne lato, ciemności nocy polarnej, razem z odejściem śniegów nauczyła się chodzić po czym zmarła, a jej rodzice, ojciec Tatar i nieznana nam matka, kiedy już sporządzili nagrobną tabliczkę ze zdjęciem obleczonej w czepek małej, dziecięcej główki, musieli pogrążyć się w rozpaczy, bo na śmierć dziecka kojącej odpowiedzi przynajmniej na początku nie da ani Allach, ani chrześcijański Bóg, a już na pewno nie Marks z Leninem, o czym jestem przekonany, bo mój synek teraz właśnie ma tyle miesięcy, ile miała ta maleńka, polarna Tatarka, kiedy umarła.
Minęliśmy więc cmentarz, z nagrobkami seryjnie odlewanymi z betonu. Kiedy w końcu doszliśmy do tablicy z cyrylicą wypisaną nazwą osady, przez chwilę miasto wyglądałoby na opuszczone, gdyby nie wątła strużka dymu z komina odległej elektrociepłowni.
Można by pomyśleć, że i tutaj wydarzyła się taka historia jak w odległych o sto kilometrów Pyramiden, gdzie w 1998 roku rosyjscy i ukraińscy górnicy na próżno wyglądali statku z zaopatrzeniem, który miał przypłynąć do nich z Murmańska. Żaden nie przypłynął. W Rosji skończyły się pieniądze, urzędnicy nie dostawali pensji, ktoś uznał, że skoro trójbarwna Rosja mu nie płaci, to on nie będzie siedział przy biurku. Ktoś nie podpisał jakiejś bumagi, ktoś wzruszył ramionami, ktoś rozłożył bezradnie ręce. Z portu, w polarną noc nie wypłynął żaden statek – ani z zaopatrzeniem, ani taki, który mógłby mieszkańców osady pod górą Piramidą ewakuować. Był dziesiąty stycznia, trzy dni po prawosławnym Bożym Narodzeniu, i na Spitsbergenie panowały wtedy absolutne ciemności, przez całą dobę. Horyzontu nie rozświetlał nawet ślad brzasku, skończyło się jedzenie, był tylko węgiel, w końcu sami wydzierali go zmarzlinie, ale węgla nie da się zjeść. W piekarni nie było już mąki, a w szklarni dawno nie było już pomidorów i kapusty. Zjedli już świnie i kury, chlewy i kurniki stały puste. Mieli tylko prąd, elektrociepłownia działała doskonale, w barakach było ciepło, przyprószone śniegiem popiersie Lenina przed ciemnością chronił snop pomarańczowego światła z latarni, telewizory, podłączone do satelitarnych anten grały program z Moskwy, nieliczne dzieci były bardzo głodne i wszyscy mieszkańcy polarnej, górniczej osady rozumieli dobrze, czym jest smuta.
I wtedy właśnie do portu wpłynął statek. To Norwegowie z odległego o kilkadziesiąt kilometrów Longyearbyen uznali, że nie mogą przecież pozwolić aby pod koniec dwudziestego wieku, na ich oczach prawie, a już na pewno w zasięgu ich radiostacji, tysiąc Rosjan zmarło z głodu w dobrze ogrzanych i oświetlonych barakach.
Statek opuścił motorową szalupę – wszystko w świetle rozcinających polarny mrok reflektorów, w huku kry, trącej o pancerny kadłub, z szalupy wysiedli spitsbergeńscy oficjele, może nawet sama pani sysselmann, Ann-Kristin Olsen, siwowłosa, czterdziestoletnia, szczupła i nordycka, w granatowym mundurze, lub raczej w ciepłej kurtce z kapturem obszytym futrem. Sysselmann to stary, nordycki tytuł, trochę jak nasz wojewoda, albo angielski sheriff czy bailiff, tyle, że stylistycznie bardziej archaiczny, w czasach festiwalu norweskiego odrodzenia narodowego odkopany w jakiejś zakurzonej księdze. Dobiła więc szalupa z panią sysselmann lub bez niej do nabrzeża, uścisnęli Norwegowie dłonie dyrektorom z bankrutującego Arktikugola, zawyła syrena i tysiąc Rosjan i Ukraińców porzuciło swoje zajęcia, matki otuliły głodne dzieci kurtkami i szalikami, a potem, stłoczeni w kabinach statku, jedli proste i ciepłe jedzenie, upokorzone, lecz szczęśliwe sługi imperium niegdyś potężnego.
I tak Pyramiden zostało przez Norwegów ewakuowane, tysiąc rosyjskich i ukraińskich górników, kobiet z obsługi, inżynierów, dyrektorów i dzieci zostało zawiezione do Murmańska, tam wysiedli na nabrzeżu wielkiego kraju, który istniał wtedy tylko na mapie i nikt zapewne się nimi nie zainteresował, bo jeszcze dwa lata musiały minąć, zanim Włodzimierz Włodzimierzowicz Putin przywrócił Rosji państwo – tak przynajmniej pisze profesor Stürmer w swojej biografii prezydenta-kagiebisty. A w Pyramiden zostały książki na stołach w czytelni, z zakładkami wetkniętymi między strony. Szklanki w barze, niewyprane skarpetki obok łóżka, list niedokończony i szachownica z partią szachów, która zatrzymała się na czwartym posunięciu otwarcia.
I to jest akurat prawda – opuszczone miasto, te szklanki, listy i szachownica. Ale cała reszta jednak niekoniecznie. Historia jest dobra, taką od pewnego polarnego wiarusa słyszałem, dwa lata temu w Longyearbyen – tyle, że wszystko wskazuje na to, że jest fałszywa. Może były jakieś niedobory w zaopatrzeniu, owszem – ale głodnych dzieci jednak nie było, i nie było raczej norweskich statków, bo Rosjanie – chociaż w wielkim pośpiechu – ewakuowali się sami. Została mała grupka, mieli buldożery, materiały wybuchowe i rozwalali, co im się akurat w tym świeżym trupie miasta rozwalić podobało.
To jak w „Nie trzeba głośno mówić” Józefa Mackiewicza, kiedy główny bohater, wzruszony, opowiada historię, której był świadkiem – widział, jak niemiecki kierowca czołgu zatrzymał swoją maszynę, ze zgrzytem gąsienic na bruku, aby nie przejechać wiewiórki, która wbiegła na jezdnię. I słuchacze tej historii, polscy patrioci, upominają, że tak opowiadać nie wypada, niechże to będzie czołg polski, amerykański lub w ostateczności sowiecki, ale to nie może przecie być czołg niemiecki. Główny bohater, dziwi się swoim rozmówcom jak Pers Monteskiusza i nieśmiało zauważa, że był tego zdarzenia naocznym świadkiem i nic nie poradzi na to, że czołg był niemiecki. I zostaje skarcony: taka jest może prawda jednostkowa, wycinkowa, subiektywna, prawda obiektywna jest jednak inna.
I taką właśnie, po heglowsku obiektywnie zgodną z duchem czasu jest prawda historii z głodującymi dziećmi i norweską ewakuacją. Taka właśnie historia powinna się wydarzyć w czasach jelcynowskiej smuty, aby ducha czasów dobrze wyrażać – tyle, że ktoś, zdaje się, o tym zapomniał, i naprawdę wydarzyła się historia również dramatyczna, czego dowodem był widoczny pośpiech, z jakim Pyramiden opuszczano, lecz jednak nie tak spektakularna.
A jednak, wchodząc do Barentsburga, nie sposób o tych opuszczonych Pyramiden nie myśleć, zwłaszcza jeśli w ciągu ostatnich kilku dni regularnie mijało się ruiny rosyjskich zabudowań porzuconych jeszcze wcześniej – acz bez tego pośpiechu czasów smuty. Tam, w Zatoce Colesa, w Grumantbyen, Rosjanie, czy raczej Sowieci, swoje zabudowania porzucili w wyniku ekonomicznego rachunku – wyczerpały się łatwo dostępne złoża węgla, zdemontowali więc to, co można było zdemontować, część budynków wysadzili w powietrze i przenieśli się dalej, gdzie węgiel kopało się łatwiej, pozostawiając po sobie strumienie czerwonawe od rdzewiejącego w wysokim ich biegu złomu.
Minęliśmy więc tablicę z napisem „Баренцбург”, rozładowałem karabin i otwarłem zamek, zgodnie ze zwyczajem, aby każdy z mieszkańców widział, że broń jest bezpieczna. Nie było jednak nikogo, szliśmy długo czymś, co przypominało industrialne przedmieścia – pomiędzy otwartymi, niszczejącymi hangarami, w których zmieściłaby się eskadra helikopterów, między opuszczonymi barakami niewiadomego przeznaczenia i między stertami śmieci, tak małych jak pogięte gwoździe i wielkich jak pół domu, zardzewiałych, lub betonowych, ze sterczącymi prętami zbrojenia. Minęliśmy opuszczoną szklarnię. Na drzwiach wiele lat temu ktoś przykleił kartkę w języku angielskim, informującą turystów, że in the greenhouse nikt nie mówi po angielsku ani norwesku, więc jeśli ktoś chce greenhouse zwiedzać, to powinien udać się do hotelu i poprosić o przewodnika. Dziś te drzwi zabite są deskami, okna i szklany dach są porozbijane, a przez nie widać, że w środku, na nietkniętych palikach skręcają się zeschnięte na wiór resztki pomidorowych krzaków, a na rozpiętych między szklanym dachem sznurkach wiszą przemrożone trupy pnącz, jak szarobrązowe liny. Dalej puste kurniki i chlewy. Nawet piekarnia już nie działa, całą żywność, tak samo jak w norweskim Longyearbyen, przywozi się z kontynentu – bo po co się starać, skoro codziennie, albo i częściej, ląduje w Longyearbyen samolot. Dalej łuszczące się murale z łaciatą krową, inne z łanami zbóż gdzieś na wielkorosyjskich równinach, jeszcze inne z pniami brzozowego lasu. I wszystko puste, opuszczone – lecz w pewnym miejscu, na opatulonym wełną mineralną i deskami przewodzie ciepłowniczym dostrzegamy kota. Norwegowie zakazali posiadania kotów na całym Svalbardzie, bo podobno wyżerają ptakom pisklęta. Ten kocur, szary i gruby, na pewno zeżarł wiele piskląt i nie wydaje się przejmować ukazem, wydanym przez samego sysselmanna. Bez ludzi nie przeżyłby zimy, więc zapewne również opiekujący się nim Rosjanie lub Ukraińcy również wzruszają z pogardą ramionami na myśl o urzędniku, któremu wydaje się, że opublikowanym w jakimś dzienniku ustaw zakazem może odebrać kocie towarzystwo skazanym na polarną noc ludziom – i to dla czegoś tak trywialnego, jak ptasie pisklęta. A dla mew, rybitw, fulmarów, alek i alczyków, których w sezonie setki tysięcy krążą nad klifami robiąc rejwach niepodobny do niczego innego na świecie, na pewno spistbergeńscy górnicy nie żywią uczuć cieplejszych niż do tego szarego kocura, który lubi się nocą polarną wygrzewać na czyichś kolanach.
I wreszcie spotykamy dwie Rosjanki. Dziwnie wyglądają, idą pod rękę w swoich czółenkach i wykończonych futerkiem eleganckich kurteczkach – a my, w ciężkich, zabłoconych butach, w goretexach i softshellach, z kijkami w rękach i bronią na plecach. I śmieją się panie, jedna starsza, druga młodsza, z tych kijków, którymi podpieramy się idąc. Kto wam ukradł narty? – pytają. Śmiejemy się z nimi, idziemy dalej.
W hotelu ceny norweskie, obsługa rosyjska, pijemy colę i piwo, jemy niezbyt smaczne pielmieni, bez borszczu nawet, w wielkim telewizorze dziewczęta półnagie, a na pewno noszące więcej biżuterii niż ubrań, śpiewają i wypinają tyłki w srebrnych porsche, ferrari i lamborghini, toczących się dostojnie ulicami Moskwy. Ciepło.
A niedaleko hotelu, stoi dawny, radziecki konsulat. Na zdjęciu w moim starym albumie jest zielony, wypieszczony, socrealistycznie klasyczny, w oknach firaneczki, wygląda tak, że gdyby miał chociaż odrobinę wdzięku więcej i gdyby na dachu nie powiewała czerwona flaga z sierpem i młotem, to mógłby być niepozorną ambasadą małego państwa, gdzieś w cichej dzielnicy Wiednia lub Warszawy. Teraz jednak wszystko się zmieniło – budynek jest opuszczony, rozwalone są schody prowadzące do reprezentacyjnego miejsca. Straszą puste szkielety okien, okiennice wiszą na zerwanych zawiasach, drzwi zabito deskami.
Lecz za opuszczonym konsulatem sowieckim, stoi nowy konsulat rosyjski. Zdaje się, że to jedyny budynek zbudowany tutaj po upadku Związku Sowieckiego. Z wyjątkiem cerkiewki, o której za chwilę, bo też stoi kawałek dalej. Płot z zaostrzonymi prętami, jakby stawać pod nim miały dorożki, na płocie złote orły dwugłowe, a sam budynek nowoczesny. Moja żona-architekt twierdzi, że to całkiem przyzwoita architektura, jeśli chodzi o formę, podobnie jak kilka innych, podobnych budynków o zaokrąglonych narożnikach, budowanych zapewne gdzieś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Ale na jeden budynek użytkowany przypadają trzy opuszczone, straszą powybijanymi szybami – bo też zbudowano to miasto dla trzech tysięcy ludzi, a mieszka w nim teraz zaledwie sześćset.
To przetrwalnik, ich jedynym zadaniem jest utrzymać ciągłość rosyjskiej obecności na Spitsbergenie. Kopalnia podobno nie działa, zadaniem górników jest jedynie konserwować urządzenia, budynki i maszyny. Cerkiewka jest ośmioboczna jak molenny Pomorców-staroobrzędowców, którzy na Grumant – jak nazywali Svalbard – pływali już w XVII wieku, polować na morsy, niedźwiedzie i lisy. Ten maleńki kościółek w rzeczywistości nie jest jednak budynkiem sakralnym, tylko pomnikiem dla ofiar wypadku lotniczego z 1996 roku. Prawosławny ksiądz przyjeżdża czasem do Barentsburga, ale nabożeństwa odprawia gdzie indziej, nie w tej niby-cerkwi.
I tyle. Wychodzimy z hotelu – to śmieszne, bo chociaż minęło tylko kilkanaście dni, to już tęskni się do takich cywilizacyjnych osiągnięć jak sedes w toalecie, cola w puszce i piwo. Zabieram parę puszek dla przyjaciół, którzy zostali, chorzy, w obozie, płacimy straszny rachunek, Ukrainka w barze patrzy na nas z rozbawieniem i pogardą. Uzasadnione są jej uczucia, jej płacą, aby mieszkała w tym strasznym miejscu, my zapłaciliśmy, aby tu przyjechać i jeszcze przyszliśmy całą drogę z Longyear na piechotę, marzli w namiotach, białą nocą wartowali przy ognisku ze strachu przez niedźwiedziem, coś, co się pani za barem słusznie nie mieści w głowie, bo w istocie jest to rodzajem dekadenckiej perwersji, co piszę tutaj całkiem na serio, wcale się nie krygując. Bo to przecież nie asceza, za drogo to wszystko kosztuje, aby było ascezą.
I tyle. Nie wyciągnę wniosków, wniosków nie ma. Konceptualizacja rzeczywistości społecznej, czy ludzkiej w ogóle, jest zawsze tej rzeczywistości wymyślaniem, a ja wymyślać nie chcę. Za tym co widziałem, nic się nie kryje, nie ma znaków czasu, jest tylko rozległe uniwersum niepoznawalnego.
I tyle. Wracamy. W spitsbergeńskiej gazecie – Svalbard Posten, redagowany na miejscu, ale drukowany w Tromsø i przywożony na miejsce samolotem – piszą dużo o Rosjanach z Barentsburga. A to, że helikoptery wynajmują do komercyjnych przedsięwzięć, co jest ściśle zakazane, bo się ptaki płoszy. A to, że zbiory barentsburskiego Muzeum Pomorców zawieziono do Longyearbyen aby wyeksponować na czas jakiś w muzeum norweskim. A wcześniej w Barentsburgu odbył się festiwal filmowy, puszczali norweskiego „Ellinga”, strasznie to zabawne.
I tyle. Myślę o rosyjsko-tatarskiej dziewczynce, która żyła trzynaście miesięcy na Svalbardzie i leży teraz w wiecznej zmarzlinie jej maleńkie, smutne ciało.
Arcana, nr 86-87, kwiecień 2009
Nie będzie Spitsbergenu w tym roku. Przez kilka miesięcy bawiłem się myślą, że może jednak jakoś uda się skompresować czas i nadąć saldo, ale przyszedł czas, aby jasno powiedzieć, że udać się nie może.
Teraz szukam wspomnień, ale już spokojniej niż po pierwszym razie, kiedy bałem się, że już nigdy na Zimne Wybrzeża nie wrócę, tak jak mimo składanych sobie obietnic i przysiąg – że w Ułan Bator kupimy konie i pojedziemy na parę tygodni w step, tylko konno, już bez samochodu, że pojedziemy na północny zachód, w stronę Kosogołu, samotni i niewidzialni – nie wróciłem do Mongolii, chociaż minęło już siedem lat. A na Spitsbergen wróciłem i kiedy po raz drugi wyszedłem z lotniska i po mokrej tundrze schodzić zacząłem ku brzegom laguny, pełnym rybitw, fulmarów i mew, tam, gdzie przy czerwonej mesie stoją namioty – byłem spokojny, bo już wiedziałem, że nic mnie nie powstrzyma , aby wracać. Pewien Norweg, który pomógł mi przy researchu do “Zimnych wybrzeży”, po raz pierwszy na Svalbard pojechał w 1957, do pracy, spędził potem zimę w polskiej bazie w Hornsundzie – i kiedy korespondowałem z nim w zeszłym roku, na parę tygodni przerwać musiał wymianę maili – bo poleciał na Spitsbergen. Znowu, po z górą pięćdziesięciu latach – bo czarne, bazaltowe plaże, ostre szczyty, zwietrzałe piargi, lodowce, podmokła tundra i ciężkie chmury tego surowego archipelagu wiążą ludzi, chociaż nie wszystkich.
W tej chwili więc spokojnie szukam wspomnień strasznych, niskich chmur, huraganowego wiatru, zmęczenia, zapachu morza, mokrej skóry, liofilizatów i oleju do czyszczenia broni, mętnego smaku wody wytopionej ze śniegu – spokojnie, bo wiem, że już za rok, najdalej za dwa, znowu wysiądę z samolotu na lotnisku w Longyear tak, jakbym wysiadał z życia, ze świata, na dwa albo trzy tygodnie brał urlop od wszystkiego, wstępował w miejsce prostych czynności, prostych powinności i prostych odpowiedzialności.
A w tym roku, jeśli znajdzie się jednak chociaż trochę czasu i środków płatniczych, będzie dobry moment, aby przypomnieć sobie dawne, trochę juz zakurzone, proste przyjemności: czterdzieści metrów kwadratowych żagli nad głową albo węgierskie winiarnie, wykute w wulkanicznym tufie.
Byliśmy w Jaworzynce, niedaleko od nas, ale na innym, obcym, cieszyńskim Śląsku. Byliśmy u M., w domu, z którego sam już nie wiem ile razy szliśmy do Hrčavy, niespiesznym krokiem na pražený syr z hranolkami i kuflem radegasta. Spacer był krótki, pół godziny w jedną stronę, nie więcej, ale piękny, bo do pachnących już wiosną Beskidów nagle postanowiła powrócić zima, z nieba leciał śnieg jak płaty popiołu z Krakatau, oblepiał drzewa, spływał mi po softshellu i rozbawiał mojego synka, który podróżował w nosiłkach na moich plecach. Potem, kiedy wracaliśmy, śnieg stał się śnieżycą, zniknął horyzont i kiedy wyszliśmy z lasu, zniknęliśmy w bieli, nie było nieba, ani ziemii, tylko ślad drogi pod nogami i biała ciemność dookoła. Franek łapał płatki i wystawiał do spadającego śniegu buzię, zachwycony i szczęśliwy.
Co do radegasta, niestety, w brzydkiej Hospodzie pod Javorem była tylko dziesiątka – do Hospůdki Na Vyhlídce, gdzie leją złotego bażanta, M. iść nie chciał, podobno często u nich ostatnio kuchnia nieczynna – za to zasugerował do piwa jakąś czeską nalewkę słodko-wiśniową, którą następnie sobie do tego piwa wlał. Ja nie wlałem, bo się brzydzę piwa z cukrem, ale jako piwa osobne towarzystwo smakowała wybornie. A raczej smakowałaby, bo tylko parę łyczków upiłem, zanim latorośl pierworodna nie wylała mi wiśniówki na spodnie. Dobrze, że spodnie czarne i takie, do których mało jestem przywiązany.
Wracając, pojechaliśmy przez Jasnowice, przez Czechy, bo drogi lepsze niż na Kubalonce dziurawej jak po bombardowaniu, a ja przy okazji zaopatrzyłem się w czesko-cieszyńskim tesco w kilka butelek wina z południowych Moraw, którego nieobecność w Polsce jest, moim zdaniem, absolutnym skandalem, bo morawski tramin červený jest rewelacyjny, ciekawszy nawet niż odmianą tramina będące gewürztraminery, w Polsce dostępne tylko za absurdalne zupełnie pieniądze, które tylko głupim snobom nie popsułyby przyjemności z wina. Bardzo przyjemny jest również ryzlink vlašský (który nic wspólnego nie ma z rieslingiem niemieckim, na Węgrzech znany jest jako olaszrizling i cudownie upijaliśmy się nim nieraz w piwnicach Budapesztu i Egeru, w pięknych czasach), warto spróbować morawskiego müller thurgau i – szczególnie – czerwonych frankovki i svatovavřineckiego. Nie potrafię pojąć, z jakiego tajemniczego powodu półki w polskich sklepach z winem wypełniają jakieś francuskie szato de szmato (albo, dla odmiany, w lepszych sklepach, dobre francuskie wina w głupich cenach – w głupich, bo wino ma być dionizyjskie, a picie wina za trzycyfrową cenę nie jest dionizyjskie, tylko dekadenckie i perwersyjne), jest sporo dobrych win włoskich, są moje ulubione wina z Chile i Argentyny, bywają nawet czasem wina węgierskie (chociaż akurat najczęściej najgorsze z tego, co węgierskie winnice mają do zaoferowania), a nie ma win morawskich. Win z krainy winiarskiej o starożytnej tradycji, win naprawdę ciekawych, win za sensowne pieniądze, nawet przy uwzględnieniu aktualnego kursu korony.
Miał to być tylko wstęp, ale trochę się rozrósł. Tak naprawdę chciałem napisać o “Sindbad powraca do domu” Máraiego i o “Przy śniadaniu” Rylskiego, które wydają mi się książkami do siebie podobnymi. Jednakowoż, włączając komputer otwarłem sobie butelkę tramina, więc o książkach napiszę następnym razem.