Mała Rosja w krainie ostrych gór. Zapiski spitsbergeńskie.

Warto szukać odpowiedzi na pytania o Rosję. Nie dla zasady „know your enemy”, chociaż oczywiście polskiej racji stanu nie obciążona idiosynkrazjami znajomość Rosji przysłuży się lepiej niż zbiór kompleksów, uprzedzeń, pogardy i prostej, uzasadnionej historycznie nienawiści. Ale warto szukać odpowiedzi na pytania o Rosję, bo rosyjskie paradoksy są pasjonujące same przez się, bez względu na potrzeby bieżącej polityki.
Naturalnymi sposobami znalezienia odpowiedzi na te pytania są podróże. Nie z wszystkich podróży coś wynika, z większości nie wynika nic, bo też nie każdy może być markizem de Custine, tak jak nie każdy korespondent z Waszyngtonu jest Tocquevillem.

Pytanie więc, jak należy podróżować? Bronisław Malinowski rozpoczynając „Argonautów zachodniego Pacyfiku” informuje nas, że są dwa rodzaje poznania obcego kulturowo świata, jeden możliwy jeśli pobyt w danym kraju nie jest zbyt długi, kiedy nadmiar szczegółów nie zasłania nam ogółu, drugi dopiero po tym, jak wsiąknie się w kulturę na dobre i kiedy z na zebranych obserwacjach można dokonać wiarygodnej syntezy.

Przyjmując tę zasadę, zrozumiałem jakiś czas temu, że mimo niegasnącej fascynacji, lektur i wizyt, niewiele mam do powiedzenia na temat Rosji jako takiej. Łatwo mogę falsyfikować głupawe, a częste u polskich dziennikarzy, mętne banialuki o „strasznym imperium” tudzież o „wiecznie pijanych Rosjanach z harmoszkami”, mogę śmiać się z leczenia polskich kompleksów przez budowanie poczucia cywilizacyjnej wyższości nad „ruskimi kałmukami”, o czym dobry tekst opublikował kiedyś w Rzeczpospolitej Piotr Skwieciński. Ale kiedy miałbym spróbować Rosję wyjaśnić, nie mam nic do powiedzenia. Mógłbym zsyntetyzować wspomnienia z podróży, z tego jednak czytelnik mógłby się czegoś dowiedzieć o mnie, ale o Rosji nic zgoła, bo byłem tam, wracając do Malinowskiego, jednocześnie zbyt długo i zbyt krótko. Bo jaką odpowiedzią jest Rosja z okien transsybu?

Kawiarenka internetowa pod pomnikiem Lenina w Irkucku. Rozkosz opalanej drewnem bani po trzech z okładem dobach w pociągu, z wodą z syberyjskiego strumienia, pachnącej brzozowym dymem i tanim mydłem. Luksusowe, japońskie samochody z kierownicą po prawej stronie, których nad Bajkałem jest więcej, niż dostosowanych do prawostronnego ruchu ład, wołg i uazów. Kreml, kawiarnia na Arbacie, pomnik Puszkina, Żukowa na Placu Czerwonym. Zakutane w chusty i kabaty babuleńki sprzedające gorące kartoszki w foliowych torebkach na syberyjskich stacyjkach, gdzie transsyb zatrzymuje się na parę minut tylko, wrzątek w samowarze w każdym wagonie, prowadnica, reprezentująca w tymże wagonie powagę władzy. To tylko klisze, to Rosja odzwierciedlona, nie prawdziwa, to Rosja jaką chciałby widzieć polski czytelnik, niemal jak z zabawnych reklam telefonii komórkowej.
I kiedy szukałem odpowiedzi na to prywatne, własne pytanie o Rosję, znalazłem tylko jedną odpowiedź. Niedoskonałą, nie wyczerpującą tematu i trudną do oddania w tekście, bo zasadzającą się na osobistym i ulotnym doświadczeniu – ale sądzę, że nawet taka odpowiedź jest lepsza, niż powtarzanie banałów. Odpowiedź bez syntezy, impresję zaledwie – ale to i tak więcej, niż zrozumiałem podczas wszystkich moich podróży po Rosji.

Znalazłem ją daleko za kołem podbiegunowym, na siedemdziesiątym ósmym równoleżniku, na dodatek na terytorium norweskim, z norweską suwerennością ograniczoną traktatem paryskim – czyli na Spitsbergenie, zwanym przez Norwegów Svalbardem. Traktat, podpisany w latach dwudziestych, przyznał ten polarny, acz ogrzewany Golfsztromem i dlatego do pewnego stopnia wolny od lodu archipelag Norwegii, z zastrzeżeniem, że wszystkie inne państwa-sygnatariusze traktatu, mają prawo prowadzić na Svalbardzie dowolną działalność gospodarczą. Z prawa tego korzystają w zasadzie tylko Rosjanie, utrzymując górniczą osadę Barentsburg – i to w Barenstburgu znalazłem jakiś okruch prawdy o Rosji.

Nie historia tej polarnej osady jest tutaj ważna, bo zupełnie nie odpowiada historii Rosji – Barentsburg zakładali Amerykanie i Holendrzy, w latach dwudziestych zręby osady wykupił sowiecki Trust Arktikugol, w latach trzydziestych rozpoczęto wydobycie węgla, potem na ewakuowaną osadę spadły pociski z dział pancernika Tirpitz a po wojnie odbudowano ją w takiej postaci, w jakiej można ją dziś oglądać. W apogeum sowieckiej obecności na Spitsbergenie w Barentsburgu była wielka szklarnia, służąca z jednej strony jako źródło świeżych warzyw, z drugiej jako miejsce, w którym sowieccy górnicy – Rosjanie i Ukraińcy z Doniecka – mogli odpocząć od surowego krajobrazu tundry. Były obory, chlewy i kurniki, piekarnia, duży ośrodek sportowy z boiskiem i basenem. Bloki mieszkalne z żółtawej, dziwnej cegły. Ten stary Barentsburg oglądam przez obiektyw sowieckiego fotografika, który w 1979 roku wydał Moskwie album pod tytułem „Szpicbergen: strana ostrich gor”. Jeszcze sprzed apogeum świetności, jeszcze na wznoszącej fali – widać rozpoczęte budowy, najbardziej spektakularne budynki dopiero wyrastają, po odśnieżonych uliczkach przechadzają się szczupli, weseli mężczyźni w jaskrawych kurtkach lub szarych płaszczach, w kosmatych czapkach z syberyjskiego psa na głowie. Mój ojciec miał kiedyś taką samą czapkę, pamiętam, zdjęcia z albumu robiono jeszcze przed moimi narodzinami, chociaż niedługo przed, rok może. Dziś już jej nie nosi. A mężczyźni na zdjęciach noszą polarnicze brody lub wąsy, włosy mają przydługie, dzieci zaś wszystkie, naprawdę wszystkie, są pyzate, rumiane i zdrowe. I tutaj trudno doszukać się propagandowego fałszerstwa, bo jest tych dzieci na zdjęciach mnóstwo, tak wiele, że ze szczupłej, barentsburskiej dziecięcej populacji nie mógł fotograf po prostu wybrać dzieci najładniejszych. Może to polarny klimat tak służył tym płowowłosym chłopcom i dziewczynkom z warkoczykami ujętymi w wielkie, czarne kokardy.

Nasza trasa do Barentsburga dzisiejszego wiodła stokami Nordhallet, po dawnej drodze, którą pięćdziesiąt lat temu samochody gaz-69 jeździły aż do przystani promowej, skąd, przecinając promem Colesbuktę, można było dostać się do portu w tejże zatoce, który z kolei obsługiwał kopalnię w Grumantbyen. Nie używana od pół wieku droga jest już tylko śladem na tundrze, którego warto się trzymać, aby pewnie omijać najgłębsze, strumieniami żłobione wąwozy – ale żaden samochód nie mógłby już po niej przejechać, wieczna zmarzlina uczyniła swoje. Mosty, przeciągnięte nad spływającymi do fiordu strugami dawno się pozawalały. Tam, gdzie droga wiodła urwiskiem nad plażą – zniknęła, morze zabrało.

Szliśmy na lekko, tylko małe plecaki, w nich zapasowe kurtki, trochę prowiantu, mała butla z palnikiem, wodery do przekraczania rzek. Na plecach karabin i aparat fotograficzny, oba na wypadek spotkania z niedźwiedziem, w kieszeniach naboje, lornetka i czekolada. Jeszcze kijki, bez których trudno się obejść w tym wielkim, polarnym bagnie. Reszta naszych trzydziestokilogramowych plecaków została w obozie, szliśmy na jednodniową wycieczkę, trzydzieści parę kilometrów. Były to już ostatnie dni naszej wędrówki, przetykanej kilkudniowymi popasami, już za dwa dni przypłynie po nas półsztywna łódź marki Polarcirkel, zaokrętujemy się obok murszejącej kei w Colesbukta i pójdziemy po spokojnym fiordzie aż do Longyear, z prędkością czterdziestu węzłów, w godzinę pokonując trasę, po której powolutku maszerowaliśmy przez dwa tygodnie.

Zaś tego dnia, kiedy szliśmy do Barentsburga, była piękna pogoda, pod podeszwami bulgotała tundra podmokła i zbrązowiała na znak nadchodzącej jesieni, niebo było niebieskie, a na drugim brzegu Isfjordu do arktycznego oceanu spływały lodowce, żmudnie, wiek po wieku, żłobiąc swoje doliny. Wysokie na kilkadziesiąt metrów ich czoła z naszej brzegu widać jako wąskie, szaroniebieskie kreski. Szliśmy szybko, bo idzie się łatwo, to nie to, co powolne gramolenie się przez błotnistą morenę czołową, wspinanie się na rozsypujący się klif po żlebie, czy brodzenie w delcie rozlanej jak rozsypane warkocze rzeki, w końcu idziemy wspomnieniem drogi.

I w końcu doszliśmy, po sześciu chyba godzinach – najpierw budynki gospodarcze, radziecka plątanina rur i kabli, potem lądowisko dla helikopterów z hangarem, o które to helikoptery praktyczni Rosjanie spierają się z ekologicznie nastrojonymi Norwegami. Jeden śmigłowiec minął nas po drodze, pochylony, wielki i niezgrabny Mi-8. Dalej droga już bita, cmentarz, ale nie tak malowniczy jak poletko białych krzyży w norweskim Longyearbyen, stolicy Svalbardu, ani nie tak dramatyczny jak ten w Colesbukta, z lat pięćdziesiątych, z grobem rocznej dziewczynki, rówieśniczki mojej mamy. Narodziła się w maju 1951 roku, miała tatarskie patronimik i nazwisko: Dora Minisłamowna Farizowa. Imię mogło brzmieć inaczej, na nagrobku jest prawie całkiem zatarte, ale na pewno zaczynało się na „de” i było krótkie. Przeżyła arktyczne lato, ciemności nocy polarnej, razem z odejściem śniegów nauczyła się chodzić po czym zmarła, a jej rodzice, ojciec Tatar i nieznana nam matka, kiedy już sporządzili nagrobną tabliczkę ze zdjęciem obleczonej w czepek małej, dziecięcej główki, musieli pogrążyć się w rozpaczy, bo na śmierć dziecka kojącej odpowiedzi przynajmniej na początku nie da ani Allach, ani chrześcijański Bóg, a już na pewno nie Marks z Leninem, o czym jestem przekonany, bo mój synek teraz właśnie ma tyle miesięcy, ile miała ta maleńka, polarna Tatarka, kiedy umarła.
Minęliśmy więc cmentarz, z nagrobkami seryjnie odlewanymi z betonu. Kiedy w końcu doszliśmy do tablicy z cyrylicą wypisaną nazwą osady, przez chwilę miasto wyglądałoby na opuszczone, gdyby nie wątła strużka dymu z komina odległej elektrociepłowni.

Można by pomyśleć, że i tutaj wydarzyła się taka historia jak w odległych o sto kilometrów Pyramiden, gdzie w 1998 roku rosyjscy i ukraińscy górnicy na próżno wyglądali statku z zaopatrzeniem, który miał przypłynąć do nich z Murmańska. Żaden nie przypłynął. W Rosji skończyły się pieniądze, urzędnicy nie dostawali pensji, ktoś uznał, że skoro trójbarwna Rosja mu nie płaci, to on nie będzie siedział przy biurku. Ktoś nie podpisał jakiejś bumagi, ktoś wzruszył ramionami, ktoś rozłożył bezradnie ręce. Z portu, w polarną noc nie wypłynął żaden statek – ani z zaopatrzeniem, ani taki, który mógłby mieszkańców osady pod górą Piramidą ewakuować. Był dziesiąty stycznia, trzy dni po prawosławnym Bożym Narodzeniu, i na Spitsbergenie panowały wtedy absolutne ciemności, przez całą dobę. Horyzontu nie rozświetlał nawet ślad brzasku, skończyło się jedzenie, był tylko węgiel, w końcu sami wydzierali go zmarzlinie, ale węgla nie da się zjeść. W piekarni nie było już mąki, a w szklarni dawno nie było już pomidorów i kapusty. Zjedli już świnie i kury, chlewy i kurniki stały puste. Mieli tylko prąd, elektrociepłownia działała doskonale, w barakach było ciepło, przyprószone śniegiem popiersie Lenina przed ciemnością chronił snop pomarańczowego światła z latarni, telewizory, podłączone do satelitarnych anten grały program z Moskwy, nieliczne dzieci były bardzo głodne i wszyscy mieszkańcy polarnej, górniczej osady rozumieli dobrze, czym jest smuta.

I wtedy właśnie do portu wpłynął statek. To Norwegowie z odległego o kilkadziesiąt kilometrów Longyearbyen uznali, że nie mogą przecież pozwolić aby pod koniec dwudziestego wieku, na ich oczach prawie, a już na pewno w zasięgu ich radiostacji, tysiąc Rosjan zmarło z głodu w dobrze ogrzanych i oświetlonych barakach.

Statek opuścił motorową szalupę – wszystko w świetle rozcinających polarny mrok reflektorów, w huku kry, trącej o pancerny kadłub, z szalupy wysiedli spitsbergeńscy oficjele, może nawet sama pani sysselmann, Ann-Kristin Olsen, siwowłosa, czterdziestoletnia, szczupła i nordycka, w granatowym mundurze, lub raczej w ciepłej kurtce z kapturem obszytym futrem. Sysselmann to stary, nordycki tytuł, trochę jak nasz wojewoda, albo angielski sheriff czy bailiff, tyle, że stylistycznie bardziej archaiczny, w czasach festiwalu norweskiego odrodzenia narodowego odkopany w jakiejś zakurzonej księdze. Dobiła więc szalupa z panią sysselmann lub bez niej do nabrzeża, uścisnęli Norwegowie dłonie dyrektorom z bankrutującego Arktikugola, zawyła syrena i tysiąc Rosjan i Ukraińców porzuciło swoje zajęcia, matki otuliły głodne dzieci kurtkami i szalikami, a potem, stłoczeni w kabinach statku, jedli proste i ciepłe jedzenie, upokorzone, lecz szczęśliwe sługi imperium niegdyś potężnego.

I tak Pyramiden zostało przez Norwegów ewakuowane, tysiąc rosyjskich i ukraińskich górników, kobiet z obsługi, inżynierów, dyrektorów i dzieci zostało zawiezione do Murmańska, tam wysiedli na nabrzeżu wielkiego kraju, który istniał wtedy tylko na mapie i nikt zapewne się nimi nie zainteresował, bo jeszcze dwa lata musiały minąć, zanim Włodzimierz Włodzimierzowicz Putin przywrócił Rosji państwo – tak przynajmniej pisze profesor Stürmer w swojej biografii prezydenta-kagiebisty. A w Pyramiden zostały książki na stołach w czytelni, z zakładkami wetkniętymi między strony. Szklanki w barze, niewyprane skarpetki obok łóżka, list niedokończony i szachownica z partią szachów, która zatrzymała się na czwartym posunięciu otwarcia.

I to jest akurat prawda – opuszczone miasto, te szklanki, listy i szachownica. Ale cała reszta jednak niekoniecznie. Historia jest dobra, taką od pewnego polarnego wiarusa słyszałem, dwa lata temu w Longyearbyen – tyle, że wszystko wskazuje na to, że jest fałszywa. Może były jakieś niedobory w zaopatrzeniu, owszem – ale głodnych dzieci jednak nie było, i nie było raczej norweskich statków, bo Rosjanie – chociaż w wielkim pośpiechu – ewakuowali się sami. Została mała grupka, mieli buldożery, materiały wybuchowe i rozwalali, co im się akurat w tym świeżym trupie miasta rozwalić podobało.

To jak w „Nie trzeba głośno mówić” Józefa Mackiewicza, kiedy główny bohater, wzruszony, opowiada historię, której był świadkiem – widział, jak niemiecki kierowca czołgu zatrzymał swoją maszynę, ze zgrzytem gąsienic na bruku, aby nie przejechać wiewiórki, która wbiegła na jezdnię. I słuchacze tej historii, polscy patrioci, upominają, że tak opowiadać nie wypada, niechże to będzie czołg polski, amerykański lub w ostateczności sowiecki, ale to nie może przecie być czołg niemiecki. Główny bohater, dziwi się swoim rozmówcom jak Pers Monteskiusza i nieśmiało zauważa, że był tego zdarzenia naocznym świadkiem i nic nie poradzi na to, że czołg był niemiecki. I zostaje skarcony: taka jest może prawda jednostkowa, wycinkowa, subiektywna, prawda obiektywna jest jednak inna.

I taką właśnie, po heglowsku obiektywnie zgodną z duchem czasu jest prawda historii z głodującymi dziećmi i norweską ewakuacją. Taka właśnie historia powinna się wydarzyć w czasach jelcynowskiej smuty, aby ducha czasów dobrze wyrażać – tyle, że ktoś, zdaje się, o tym zapomniał, i naprawdę wydarzyła się historia również dramatyczna, czego dowodem był widoczny pośpiech, z jakim Pyramiden opuszczano, lecz jednak nie tak spektakularna.
A jednak, wchodząc do Barentsburga, nie sposób o tych opuszczonych Pyramiden nie myśleć, zwłaszcza jeśli w ciągu ostatnich kilku dni regularnie mijało się ruiny rosyjskich zabudowań porzuconych jeszcze wcześniej – acz bez tego pośpiechu czasów smuty. Tam, w Zatoce Colesa, w Grumantbyen, Rosjanie, czy raczej Sowieci, swoje zabudowania porzucili w wyniku ekonomicznego rachunku – wyczerpały się łatwo dostępne złoża węgla, zdemontowali więc to, co można było zdemontować, część budynków wysadzili w powietrze i przenieśli się dalej, gdzie węgiel kopało się łatwiej, pozostawiając po sobie strumienie czerwonawe od rdzewiejącego w wysokim ich biegu złomu.

Minęliśmy więc tablicę z napisem „Баренцбург”, rozładowałem karabin i otwarłem zamek, zgodnie ze zwyczajem, aby każdy z mieszkańców widział, że broń jest bezpieczna. Nie było jednak nikogo, szliśmy długo czymś, co przypominało industrialne przedmieścia – pomiędzy otwartymi, niszczejącymi hangarami, w których zmieściłaby się eskadra helikopterów, między opuszczonymi barakami niewiadomego przeznaczenia i między stertami śmieci, tak małych jak pogięte gwoździe i wielkich jak pół domu, zardzewiałych, lub betonowych, ze sterczącymi prętami zbrojenia. Minęliśmy opuszczoną szklarnię. Na drzwiach wiele lat temu ktoś przykleił kartkę w języku angielskim, informującą turystów, że in the greenhouse nikt nie mówi po angielsku ani norwesku, więc jeśli ktoś chce greenhouse zwiedzać, to powinien udać się do hotelu i poprosić o przewodnika. Dziś te drzwi zabite są deskami, okna i szklany dach są porozbijane, a przez nie widać, że w środku, na nietkniętych palikach skręcają się zeschnięte na wiór resztki pomidorowych krzaków, a na rozpiętych między szklanym dachem sznurkach wiszą przemrożone trupy pnącz, jak szarobrązowe liny. Dalej puste kurniki i chlewy. Nawet piekarnia już nie działa, całą żywność, tak samo jak w norweskim Longyearbyen, przywozi się z kontynentu – bo po co się starać, skoro codziennie, albo i częściej, ląduje w Longyearbyen samolot. Dalej łuszczące się murale z łaciatą krową, inne z łanami zbóż gdzieś na wielkorosyjskich równinach, jeszcze inne z pniami brzozowego lasu. I wszystko puste, opuszczone – lecz w pewnym miejscu, na opatulonym wełną mineralną i deskami przewodzie ciepłowniczym dostrzegamy kota. Norwegowie zakazali posiadania kotów na całym Svalbardzie, bo podobno wyżerają ptakom pisklęta. Ten kocur, szary i gruby, na pewno zeżarł wiele piskląt i nie wydaje się przejmować ukazem, wydanym przez samego sysselmanna. Bez ludzi nie przeżyłby zimy, więc zapewne również opiekujący się nim Rosjanie lub Ukraińcy również wzruszają z pogardą ramionami na myśl o urzędniku, któremu wydaje się, że opublikowanym w jakimś dzienniku ustaw zakazem może odebrać kocie towarzystwo skazanym na polarną noc ludziom – i to dla czegoś tak trywialnego, jak ptasie pisklęta. A dla mew, rybitw, fulmarów, alek i alczyków, których w sezonie setki tysięcy krążą nad klifami robiąc rejwach niepodobny do niczego innego na świecie, na pewno spistbergeńscy górnicy nie żywią uczuć cieplejszych niż do tego szarego kocura, który lubi się nocą polarną wygrzewać na czyichś kolanach.

I wreszcie spotykamy dwie Rosjanki. Dziwnie wyglądają, idą pod rękę w swoich czółenkach i wykończonych futerkiem eleganckich kurteczkach – a my, w ciężkich, zabłoconych butach, w goretexach i softshellach, z kijkami w rękach i bronią na plecach. I śmieją się panie, jedna starsza, druga młodsza, z tych kijków, którymi podpieramy się idąc. Kto wam ukradł narty? – pytają. Śmiejemy się z nimi, idziemy dalej.

W hotelu ceny norweskie, obsługa rosyjska, pijemy colę i piwo, jemy niezbyt smaczne pielmieni, bez borszczu nawet, w wielkim telewizorze dziewczęta półnagie, a na pewno noszące więcej biżuterii niż ubrań, śpiewają i wypinają tyłki w srebrnych porsche, ferrari i lamborghini, toczących się dostojnie ulicami Moskwy. Ciepło.

A niedaleko hotelu, stoi dawny, radziecki konsulat. Na zdjęciu w moim starym albumie jest zielony, wypieszczony, socrealistycznie klasyczny, w oknach firaneczki, wygląda tak, że gdyby miał chociaż odrobinę wdzięku więcej i gdyby na dachu nie powiewała czerwona flaga z sierpem i młotem, to mógłby być niepozorną ambasadą małego państwa, gdzieś w cichej dzielnicy Wiednia lub Warszawy. Teraz jednak wszystko się zmieniło – budynek jest opuszczony, rozwalone są schody prowadzące do reprezentacyjnego miejsca. Straszą puste szkielety okien, okiennice wiszą na zerwanych zawiasach, drzwi zabito deskami.

Lecz za opuszczonym konsulatem sowieckim, stoi nowy konsulat rosyjski. Zdaje się, że to jedyny budynek zbudowany tutaj po upadku Związku Sowieckiego. Z wyjątkiem cerkiewki, o której za chwilę, bo też stoi kawałek dalej. Płot z zaostrzonymi prętami, jakby stawać pod nim miały dorożki, na płocie złote orły dwugłowe, a sam budynek nowoczesny. Moja żona-architekt twierdzi, że to całkiem przyzwoita architektura, jeśli chodzi o formę, podobnie jak kilka innych, podobnych budynków o zaokrąglonych narożnikach, budowanych zapewne gdzieś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Ale na jeden budynek użytkowany przypadają trzy opuszczone, straszą powybijanymi szybami – bo też zbudowano to miasto dla trzech tysięcy ludzi, a mieszka w nim teraz zaledwie sześćset.

To przetrwalnik, ich jedynym zadaniem jest utrzymać ciągłość rosyjskiej obecności na Spitsbergenie. Kopalnia podobno nie działa, zadaniem górników jest jedynie konserwować urządzenia, budynki i maszyny. Cerkiewka jest ośmioboczna jak molenny Pomorców-staroobrzędowców, którzy na Grumant – jak nazywali Svalbard – pływali już w XVII wieku, polować na morsy, niedźwiedzie i lisy. Ten maleńki kościółek w rzeczywistości nie jest jednak budynkiem sakralnym, tylko pomnikiem dla ofiar wypadku lotniczego z 1996 roku. Prawosławny ksiądz przyjeżdża czasem do Barentsburga, ale nabożeństwa odprawia gdzie indziej, nie w tej niby-cerkwi.

I tyle. Wychodzimy z hotelu – to śmieszne, bo chociaż minęło tylko kilkanaście dni, to już tęskni się do takich cywilizacyjnych osiągnięć jak sedes w toalecie, cola w puszce i piwo. Zabieram parę puszek dla przyjaciół, którzy zostali, chorzy, w obozie, płacimy straszny rachunek, Ukrainka w barze patrzy na nas z rozbawieniem i pogardą. Uzasadnione są jej uczucia, jej płacą, aby mieszkała w tym strasznym miejscu, my zapłaciliśmy, aby tu przyjechać i jeszcze przyszliśmy całą drogę z Longyear na piechotę, marzli w namiotach, białą nocą wartowali przy ognisku ze strachu przez niedźwiedziem, coś, co się pani za barem słusznie nie mieści w głowie, bo w istocie jest to rodzajem dekadenckiej perwersji, co piszę tutaj całkiem na serio, wcale się nie krygując. Bo to przecież nie asceza, za drogo to wszystko kosztuje, aby było ascezą.

I tyle. Nie wyciągnę wniosków, wniosków nie ma. Konceptualizacja rzeczywistości społecznej, czy ludzkiej w ogóle, jest zawsze tej rzeczywistości wymyślaniem, a ja wymyślać nie chcę. Za tym co widziałem, nic się nie kryje, nie ma znaków czasu, jest tylko rozległe uniwersum niepoznawalnego.

I tyle. Wracamy. W spitsbergeńskiej gazecie – Svalbard Posten, redagowany na miejscu, ale drukowany w Tromsø i przywożony na miejsce samolotem – piszą dużo o Rosjanach z Barentsburga. A to, że helikoptery wynajmują do komercyjnych przedsięwzięć, co jest ściśle zakazane, bo się ptaki płoszy. A to, że zbiory barentsburskiego Muzeum Pomorców zawieziono do Longyearbyen aby wyeksponować na czas jakiś w muzeum norweskim. A wcześniej w Barentsburgu odbył się festiwal filmowy, puszczali norweskiego „Ellinga”, strasznie to zabawne.

I tyle. Myślę o rosyjsko-tatarskiej dziewczynce, która żyła trzynaście miesięcy na Svalbardzie i leży teraz w wiecznej zmarzlinie jej maleńkie, smutne ciało.

Arcana, nr 86-87, kwiecień 2009


Galeria:  Spistbergen 2006

Galeria:  Spistbergen 2008

Отличный русский перевод Вы можете найти здесь.

Spitsbergen, którego nie ma

Nie będzie Spitsbergenu w tym roku. Przez kilka miesięcy bawiłem się myślą, że może jednak jakoś uda się skompresować czas i nadąć saldo, ale przyszedł czas, aby jasno powiedzieć, że udać się nie może.

Teraz szukam wspomnień, ale już spokojniej niż po pierwszym razie, kiedy bałem się, że już nigdy na Zimne Wybrzeża nie wrócę, tak jak mimo składanych sobie obietnic i przysiąg – że w Ułan Bator kupimy konie i pojedziemy na parę tygodni w step, tylko konno, już bez samochodu, że pojedziemy na północny zachód, w stronę Kosogołu, samotni i niewidzialni – nie wróciłem do Mongolii, chociaż minęło już siedem lat. A na Spitsbergen wróciłem i kiedy po raz drugi wyszedłem z lotniska i po mokrej tundrze schodzić zacząłem ku brzegom laguny, pełnym rybitw, fulmarów i mew, tam, gdzie przy czerwonej mesie stoją namioty – byłem spokojny, bo już wiedziałem, że nic mnie nie powstrzyma , aby wracać. Pewien Norweg, który pomógł mi przy researchu do „Zimnych wybrzeży”, po raz pierwszy na Svalbard pojechał w 1957, do pracy, spędził potem zimę w polskiej bazie w Hornsundzie – i kiedy korespondowałem z nim w zeszłym roku, na parę tygodni przerwać musiał wymianę maili – bo poleciał na Spitsbergen. Znowu, po z górą pięćdziesięciu latach – bo czarne, bazaltowe plaże, ostre szczyty, zwietrzałe piargi, lodowce, podmokła tundra i ciężkie chmury tego surowego archipelagu wiążą ludzi, chociaż nie wszystkich.

W tej chwili więc spokojnie szukam wspomnień strasznych, niskich chmur, huraganowego wiatru, zmęczenia, zapachu morza, mokrej skóry, liofilizatów i oleju do czyszczenia broni, mętnego smaku wody wytopionej ze śniegu – spokojnie, bo wiem, że już za rok, najdalej za dwa, znowu wysiądę z samolotu na lotnisku w Longyear tak, jakbym wysiadał z życia, ze świata, na dwa albo trzy tygodnie brał urlop od wszystkiego, wstępował w miejsce prostych czynności, prostych powinności i prostych odpowiedzialności.

A w tym roku, jeśli znajdzie się jednak chociaż trochę czasu i środków płatniczych, będzie dobry moment, aby przypomnieć sobie dawne, trochę juz zakurzone, proste przyjemności: czterdzieści metrów kwadratowych żagli nad głową albo węgierskie winiarnie, wykute w wulkanicznym tufie.

Varia

Byliśmy w Jaworzynce, niedaleko od nas, ale na innym, obcym, cieszyńskim Śląsku. Byliśmy u M., w domu, z którego sam już nie wiem ile razy szliśmy do Hrčavy, niespiesznym krokiem na pražený syr z hranolkami i kuflem radegasta. Spacer był krótki, pół godziny w jedną stronę, nie więcej, ale piękny, bo do pachnących już wiosną Beskidów nagle postanowiła powrócić zima, z nieba leciał śnieg jak płaty popiołu z Krakatau, oblepiał drzewa, spływał mi po softshellu i rozbawiał mojego synka, który podróżował w nosiłkach na moich plecach. Potem, kiedy wracaliśmy, śnieg stał się śnieżycą, zniknął horyzont i kiedy wyszliśmy z lasu, zniknęliśmy w bieli, nie było nieba, ani ziemii, tylko ślad drogi pod nogami i biała ciemność dookoła. Franek łapał płatki i wystawiał do spadającego śniegu buzię, zachwycony i szczęśliwy.

Co do radegasta, niestety, w brzydkiej Hospodzie pod Javorem była tylko dziesiątka – do Hospůdki Na Vyhlídce, gdzie leją złotego bażanta, M. iść nie chciał, podobno często u nich ostatnio kuchnia nieczynna – za to zasugerował do piwa jakąś czeską nalewkę słodko-wiśniową, którą następnie sobie do tego piwa wlał. Ja nie wlałem, bo się brzydzę piwa z cukrem, ale jako piwa osobne towarzystwo smakowała wybornie. A raczej smakowałaby, bo tylko parę łyczków upiłem, zanim latorośl pierworodna nie wylała mi wiśniówki na spodnie. Dobrze, że spodnie czarne i takie, do których mało jestem przywiązany.

Wracając, pojechaliśmy przez Jasnowice, przez Czechy, bo drogi lepsze niż na Kubalonce dziurawej jak po bombardowaniu, a ja przy okazji zaopatrzyłem się w czesko-cieszyńskim tesco w kilka butelek wina z południowych Moraw, którego nieobecność w Polsce jest, moim zdaniem, absolutnym skandalem, bo morawski tramin červený jest rewelacyjny, ciekawszy nawet niż odmianą tramina będące gewürztraminery, w Polsce dostępne tylko za absurdalne zupełnie pieniądze, które tylko głupim snobom nie popsułyby przyjemności z wina. Bardzo przyjemny jest również ryzlink vlašský (który nic wspólnego nie ma z rieslingiem niemieckim, na Węgrzech znany jest jako olaszrizling i cudownie upijaliśmy się nim nieraz w piwnicach Budapesztu i Egeru, w pięknych czasach), warto spróbować morawskiego müller thurgau i – szczególnie – czerwonych frankovki i svatovavřineckiego. Nie potrafię pojąć, z jakiego tajemniczego powodu półki w polskich sklepach z winem wypełniają jakieś francuskie szato de szmato (albo, dla odmiany, w lepszych sklepach, dobre francuskie wina w głupich cenach – w głupich, bo wino ma być dionizyjskie, a picie wina za trzycyfrową cenę nie jest dionizyjskie, tylko dekadenckie i perwersyjne), jest sporo dobrych win włoskich, są moje ulubione wina z Chile i Argentyny, bywają nawet czasem wina węgierskie (chociaż akurat najczęściej najgorsze z tego, co węgierskie winnice mają do zaoferowania), a nie ma win morawskich. Win z krainy winiarskiej o starożytnej tradycji, win naprawdę ciekawych, win za sensowne pieniądze, nawet przy uwzględnieniu aktualnego kursu korony.

Miał to być tylko wstęp, ale trochę się rozrósł. Tak naprawdę chciałem napisać o „Sindbad powraca do domu” Máraiego i o „Przy śniadaniu” Rylskiego, które wydają mi się książkami do siebie podobnymi. Jednakowoż, włączając komputer otwarłem sobie butelkę tramina, więc o książkach napiszę następnym razem.

Drogi na Warszawę

Spotykam ich na stacjach benzynowych, w mcdonaldach, zgiętych nad lurowatą kawą. Siedzą jeszcze nad jakimiś dokumentami, czasem przy otwartych laptopach dopracowują ostatnie slajdy prezentacji, a ci, którzy stracili już nadzieję i wiarę, patrzą po prostu przez szyby witryn w ciemność, w śmierć.
Siorbią tę kawę, zostawiającą na zębach brązowy osad. Z oczami przekrwionymi starają się z tekturowych kubków wyssać trochę życia, energię jakąś, która pozwoli im dotrwać za kierownicą, aż dojadą do swojego celu: do Warszawy.
Tam w samochodach wiążą brzydkie krawaty wokół przepoconych kołnierzyków koszul zszarzałych, wciągają na grzbiet tanie marynarki, zabierają służbowe telefony i służbowe palmtopy i przezornie chowają prywatne dżipiesy do schowków, obawiając się złodziei. Przeglądają się w lusterkach wstecznych, poprawiają włosy i idą na zebrania, szkolenia, podsumowania roku, albo na audiencje u prezesów w złotych okularach, w fotelach szerokich i skórzanych, za wielkimi biurkami i pod strażą cycatych sekretareczek, które mierzą wzrokiem gości z prowincji i z pogardą pytają czego się pan napije. Kawę, jeśli można. Można, kawę zawsze można.
I wracają potem do swoich brudnych, białych focusów, często oklejonych i zawsze służbowych, odpalają dychawiczne diesle, włączają nawigacje, aby szczęśliwie wygrzebać się na zewnątrz z wrogich, betonowo-szklanych kanionów stolicy, pełnych lexusów, mercedesów klasy es i bmw siódemek, z których ludzie ze świata innego patrzą na nich ze wspaniałomyślnym pobłażaniem. I jadą w swoją powrotną podróż służbową, słuchają radia i piją ciepłą colę z butelek, wracają nocami do żon, i do dzieci w łóżeczkach ze szczebelkami. Zasypiają, myśląc o kredytach hipotecznych i o udręce weekendowych wyjazdów integracyjnych, przeganiają albo pieszczą grzeszne nadzieje na łączącą się z integracją okazję do konsumpcji wątpliwej cnoty więdnących powoli koleżanek z firmy, zanim będzie za późno.
Bliźni moi, bracia moi.

Anaberg

Wyszliśmy nocą, o czwartej trzydzieści, i szliśmy znajomym lasem, w ciemnościach, brnąc po błotnistych i zalanych wodą ścieżkach nad brzegami Bierawki, a jej nazwa starsza jest niż historia indoeuropejskiej obecności tutaj, co jest rzeczą zupełnie niesłychaną, kiedy w słowach pozostaje okruch po mieszkańcach tej ziemi, którzy, dzieląc z nami współrzędne geograficzne i człowieczeństwo, nie mieli poza tym z nami nic wspólnego, odlegli jak Majowie, a jednak zostawili nam te skamieniałe toponimy.

Kiedy świta, wychodzimy na łąki pod Trachami, idziemy śpiącą wsią, potem dalej, Sośnicowice i kawałek szosą, potem znowu wchodzimy w las, i pójdziemy już tym lasem następne dwadzieścia parę kilometrów, mijając Rachowice i Łączę, lasy wypalone w wielkim pożarze z 1992 roku którego dymy oglądałem z siódmego piętra gliwickiego bloku przy ulicy Pszczyńskiej, miałem trzynaście lat i ciężkie, czarne dymy przysłaniające pół nieba wydawały mi się czymś sensacyjnie interesującym.

Idzie się cudownie, chociaż jest połowa listopada, to jest ciepło jak we wrześniu. Kładziemy się w zżółkłej trawie, leżymy na słońcu, jemy kanapki, pijemy herbatę i pokrzepiamy się jamesonem z płaskiej butelki. Idzie się cudownie, idziemy szybko, rozmawiamy, żartujemy, ciało rozgrzane piątą i szóstą godziną marszu pompuje do mózgu jakieś świństwa, które sprawiają, że wyjątkowo chce się żyć. Kurtka z softshellu jest idealna na taką pogodę, nie jest ani za ciepło, ani za zimno.
I w końcu wychodzimy z lasów, w Ujeździe, trochę zboczyliśmy z zakładanej trasy, musimy nadłożyć kilka kilometrów. Mamy ich za sobą trzydzieści parę, w Sławięcicach siadamy na pół godziny w ogródku przy jakimś barze i ruszamy dalej. Już, niestety, szosą. Już się nie idzie tak dobrze, B. i K. ciągną do przodu. I nie jest już tak pięknie, powoli robi się ciemno, nie rozmawiamy, bo się nie da, idziemy po szosie gęsiego, a pył, podnoszony przez przejeżdżające samochody, zgrzyta nam następnie między zębami. W Zalesiu Śląskim kolejny, krótki przystanek, dochodzimy następnie do wsi Lichynia. Dziwne są te opolskie wioski, dziwna i wzniosła jest przekora ich mieszkańców: w republice weimarskiej i w III Rzeszy mówiący słowiańskim narzeczem uważali się za Polaków i w 1945 roku znakomita większość została, ale starczyło im, że za PRLu trochę Polaków poznali i już zaczęli uważać się za Niemców – oczywiście tylko ci, których brak przynależności narodowej jakoś wybitnie uwiera.

W Lichyni zaczyna się moja prywatna część pokutna tej jednodniowej pielgrzymki. Půnći na Anaberg, ganc taki samyj, jak chodźiyli starziki naszych starzików.
Jest już ciemno. Niepotrzebnie założyłem lżejsze, stare alpinusy, których miękka podeszwa wydawała mi się bardziej odpowiednia na taki marsz, niż moje spitsbergeńskie, sztywne trezety – i chociaż goretex w nich ciągle działa, nie przemokły w kałużach nadbierawczańskich, to moje stopy od nich odwykły i obtarły mnie te stare, wierne alpinusy, w których przejechałem pół świata i które nie obtarły mnie nigdy wcześniej, nawet na murze chińskim, ani w mongolskich Sajanach, ani nad Bajkałem, ani nigdzie indziej – tylko po to, żeby obetrzeć mnie tutaj, czterdzieści kilometrów od domu. Idę na zewnętrznej krawędzi stopy i po chwili straszliwie bolą mnie kolana. B. i K. też zwalniają trochę, do mojego tempa.
Przypominam sobie stare, grube, śląskie omy, które widywałem kiedyś, dawno temu, na pielgrzymkach do Częstochowy, jak idą na swoich krzywych nogach, kolebią się jak pingwiny, stopy opuchnięte obute mają w jakieś szmaciane trampeczki. Dokonują czegoś o wiele większego, niż dokonały kiedykolwiek dziennikarki z plastiku, wnoszone przez Szerpów na Mount Everest i pokazywane w dramatycznych, telewizyjnych korespondencjach.

Droga dłuży się niemiłosiernie, światła Anabergu widać na horyzoncie i ani kawałka bliżej, drażni mnie ten święty, wygasły wulkan swoimi światłami, które wcale nie wydają się przybliżać. W końcu mijamy Leśnicę, są już drogowskazy, i dalej szosą. Idę i chociaż wiem, że za dwie godziny będziemy na miejscu, to perspektywa ta wydaje mi się niewiarygodnie odległa. Kilkanaście tysięcy bolesnych kroków jeszcze.

Mijamy Muzeum Czynu Powstańczego, które, razem z tego czynu pomnikiem, w sensie moralnym powstać mogło dopiero po zburzeniu niemieckiego mauzoleum, zbudowanego dla walczących tutaj z Polakami bawarskich oberlandczyków, bo bohaterstwo niemieckie i bohaterstwo polskie należą do światów odrębnych, nie są w stanie znieść swojego sąsiedztwa nawet kamienne tego bohaterstwa pomniki. Strasznie się tu mordowali podczas trzeciego powstania, tu, w Leśnicy, Lichyni, na Łąkach Kozielskich – a ja nie czuję się dziedzicem tradycji żadnej ze stron. Rozumiem Ślązaków, którzy wstępowali do Selbschutzu albo do POWu, bo chcieli wreszcie być kimś konkretnym, a nie pogranicznymi mischlingami, jeszcze bardziej rozumiem tych, których na ochotnika wcielano pod groźbą rozstrzelaniu, rozumiem nawet freikorpserów z Bawarii i starych peowiaków z Kongresówki, którzy przyjeżdżali się tutaj o Śląsk bić, niesłusznie zakładając, że Ślązaków nie stać na pograniczną nienawiść. Wszystkich rozumiem, ale mi wystarcza ziemia i kości długiego szeregu moich przodków w tej ziemi pochowanych.

Za muzeum K. wskazuje drogę, schodzimy z szosy i ruszamy pod górę, brodząc po kostki w brązowych liściach. Podejście jest zaskakująco ostre, albo raczej to ja mam już naprawdę dość, po pięćdziesięciu kilometrach marszu. Potem jeszcze kawałek, schody, po których wspinamy się z trudem i wchodzimy na dziedziniec sanktuarium.

Otwieramy ciężkie drzwi.

Kościół jest pusty, tylko w pierwszej ławce siedzi samotny, młody księżyk w sutannie i czarnym goreteksie north face. Siedzi i modli się z brewiarza.
Kościół jest pusty, oświetlony rzęsiście i barokowy. Jasne ściany, ołtarz złocony, światło i cisza, tylko drzwi przeciągle skrzypią, kiedy je domykam. Księżyk nie odwraca głowy, kiedy wchodzimy, dobrze to o nim świadczy. Zrzucam z ramion plecak, odkładam kijki, B. i K. już klęczą w ławce, ja siadam za nimi, zginam zesztywniałe kolana i zalewa mnie sacrum. To bez wątpienia odurzenie, jestem bardzo zmęczony, to bez wątpienia oszołomienie, kiedy z ciemności wszedłem do jasnego kościoła, więc klęczę tam, w ławce, patrzę na figurkę św. Anny Samotrzeciej, która ma pół tysiąca lat z okładem, a wcale na to nie wygląda, myślę o wszystkich pokoleniach chrześcijan i pogan, którzy przede mną przychodzili tu modlić się, na ten święty wulkan, do chramów i kościołów, ja jestem z ich krwi, z ich grobów. I wspominam zaraz moje intencje z którymi przyszedłem, a o których pisał tu nie będę. Polecam je Bogu, ze wstawiennictwem św. Anny.

I wszystko staje się nieważne. Polacy, Niemcy i Ślązacy, mauzolea i muzea, czyny powstańcze i bitwy, spalone lasy i pomniki poległych w wojnach światowych, moje zmęczenie i bolące stopy. Wydaje mi się, że w tym jasnym kościele nagle coś rozumiem, że nagle odsłania się przede mną porządek świata.

A potem drga komórka w kieszeni, wychodzę, umawiam się z Agatą, która nas stąd odbiera samochodem i odwozi do domu, wracam do kościoła i kręcą się po nim już franciszkanie w burych habitach, zasłaniają św. Annę na ołtarzu i pobrzękują kluczami, więc wstajemy z klęczek, zabieramy nasze rzeczy i wracamy.

Transsiberian

Film jest sztuką mimetyczną najdoskonalej. Obejrzeliśmy wczoraj z Agatą „Transsiberian„, niezły film oscylujący gdzieś między thrillerem a filmem noir. Rzecz zaczyna się wspaniale: para wsiada do pociągu z Pekinu do Moskwy.

Transsyb! Trzy razy, w 2002 i 2004, ta sama trasa, Moskwa – Irkuck. Spanie, książki, piwo w PECTOPAH, mycie w umywalce w kiblu, znowu spanie. 84 godziny w powolnym legato wagonów, z równym akompaniamentem krajobrazu: brzóz, modrzewi i niebieskich okien w drewnianych wioseczkach. Pysznych, carskich stacji, oblepionych secesyjnym ornamentem z przybitymi gwoździem gwiazdami. Z babuszkami, które nie wiedzieć jak żyją, ale sprzedają pielmieni i kartoszki gorące tak, że prawnie topnieje na nich foliowa torebka. I egalitarny wagon, plackartnyj, otwarte przedziały, kipiatok w samowarze i wagon restauracyjny, gdzie w skrzynkach stoją równe bataliony cienkiej baltiki.

Bohaterowie filmu nie jadą plackartą, mają wyższą klasę, kupiejnyj, czyli zamknięte przedziały z czterema leżankami w każdym. Cóż im jednak po tym, skoro pociąg, którym jadą, jest strasznym transsybem z Rosji odzwierciedlonej, nie prawdziwej. Śmiejemy się z Agatą z niezbędnych i fałszywych dekoracji: szczerbatych lub złotozębnych mężczyzn, grających na harmoszkach, wódki pitej na korytarzu i w restauranie szklankami. I gęby, jakich się w drogim kupiejnym naprawdę nie uświadczy, pasujące raczej do podmiejskiej kolejki albo obszczija na trasach dalekobieżnych.
Ale i tak oglądamy z przyjemnością.

Z jakiegoś tajemniczego powodu, lubię oglądać w filmach znajome miejsca, ale tylko niektóre wzbudzają we mnie jakieś szczególne emocje. Budapesztańskie metro w mrocznym, wspaniałym „Kontroll„, niezliczona ilość filmów na Moście Brooklyńskim i pod pomnikiem księdza Duffy’go na Times Square. Kreml i Arbat. I „Trassiberian” dał nam, mi i Agacie dużo tej śmiesznej, prostej radości: na przykład brzydki dworzec w Pekinie z pchającymi się do kas Chińczykami. Zabajkalsk, który uznaliśmy swojego czasu za najszpetniejsze miejsce na świecie. Piękny żelaznodorożnyj wagzał w Irkucku, już odnowiony (film jest nowy, z 2008 roku, my w Irkucku byliśmy po raz ostatni w 2004, kiedy na dworcu ciągle trwał remont), i rozpoznaję, w krótkim ujęciu, miejsce, gdzie przez pół nocy siedziałem w towarzystwie młodego Rosjanina, którego, jak sam twierdził, diewoczka wyrzuciła z mieszkania i teraz siedzi tutaj i czeka, aż przejdą jej humory. Rozmawialiśmy słowiańskim wolapikiem, graliśmy w szachy, mocno czuć go było wódką, potem dał mi kasetę z nagranym irkuckim punk-rockiem, której słuchałem tylko raz, ale którą mam do dziś, zagrzebaną gdzieś w szafie, i jeszcze żegnając się, wręczył mi w prezencie zawiniątko z cerkiewnym kadzidłem. Wyrzuciłem potem te żywiczne grudki, przed odjazdem, jak głupiec, bo strachliwie uznałem, że to na pewno haszysz, który chłopak ów wsunął mi w dłoń w ramach milicyjnej prowokacji. Może zresztą już o tym pisałem, nie pamiętam, pamiętam za to twarz tego chłopca, sprzed sześciu lat, pamiętam jego zabawne konfabulacje, chociaż często nie umiem przywołać w pamięci twarzy ludzi widzianych przed tygodniem.

I znajome wnętrze rosyjskich wagonów: kipiatok na drzewnym piecyku, przedział, w którym sypiają prowadnice. Bohaterka, która chce się pozbyć kompromitującego bagażu wpada do toalety, aby wyrzucić to, co wiezie, przez okno, a my z Agatą krzyczymy: ejże, dziewczyno, przecie okna w transsyberyjskich, kolejowych kiblach nigdy się nie otwierają! – i cieszymy się, kiedy grana przez Emily Mortimer postać odkrywa tę straszną dla niej prawdę. A wcześniej otwiera drzwi wagonu za pomocą dźwigni awaryjnego hamulca, ale wybaczamy reżyserowi tę pomyłkę.

W filmie Andersona rosyjska milicja jest przerażającą, brutalną instytucją – o ile polscy spadkobiercy towarzysza Dzierżyńskiego są raczej groteskowi, niż straszni, to rosyjskich milicjantów rzeczywiście bać się mogą innostrańcy. Cóż z tego, kiedy my pamiętamy inną historię – w 2002 roku nasz przyjaciel H. wyruszył razem z nami z moskiewskiego Dworca Kazańskiego w kierunku na Irkuck, niestety – jego plecak został na peronie i H. na podbój Syberii i Mongolii wyruszył w sandałkach, szortach i t-shircie. Na szczęście, miał ze sobą paszport i pieniądze. W pociągu uruchomiliśmy akcję ratunkową dla plecaka, ktoś dzwonił z pociągu na moskiewski dworzec, H. wysiadł w Kazaniu i tam zwinęła go milicja. H. nie mówił ani słowa po rosyjsku, ale zawsze potrafił dogadać się w każdym języku świata – i kazańscy milicjanci nakarmili go po uszy, napoili, przenocowali – bodajże w areszcie, ale już nie pamiętam, jak to było dokładnie – i rano wyprawili z powrotem do Moskwy, gdzie w kamerze chranienia plecak się znalazł, lżejszy tylko o to jedzenie, które mogło się zepsuć po drodze – ktoś, kto ten plecak przeszukał, nie tknął drogiego sprzętu turystycznego, ubrań ani dwustu dolarów, wyciągnął tylko i zjadł kanapki, które H. miał jeść w drodze do Irkucka. Dojechał H. nad Bajkał dobę po nas.

A w „Transsiberianie”, rosyjskie hotele – i przypomina nam się hotel Kosmos w Irkucku, który poza sezonem letnim był podobno akademikiem i gdzie spaliśmy, słuchając w ciemnościach chrzęstu pancerzyków łażącego po suficie robactwa.

Film jest poza tym wszystkim sprawnie zrobionym thrillerem, ze świetnymi rolami Mortimer i Kingsleya i obejrzeć go można z przyjemnością nawet jeśli nie podziela się naszego sentymentu do transsyberyjskiej linii.

Powroty

Wróciłem z Zimnych Wybrzeży i Ostrych Gór uspokojony. Może nawet zobojętniały – kiedy zamykam oczy, widzę palone przez dwie doby ognisko, przy którym siedzę białą nocą, sam, piję herbatę i patrzę na lustrzaną taflę fiordu, rozdzieraną przez kilwater, który pozostawia stado gęsi. Patrzę na balet chmur, które odważnie wypełzają nad zatokę z wyciętych przez lodowce dolin, jakby chciały zasłonić całe różowo-niebieskie niebo, schodzą nisko, zasłaniając wszystko, co powyżej stu metrów nad poziomem morza, po czym rozwiewają się jak niepyszne, kiedy tylko ich jęzory dotkną czarnych plaż.

Dzień wcześniej do naszego ognia podszedł wędrujący samotnie Norweg i powiedział, że niedaleko, w Russekeila, trzy dni wcześniej widział niedźwiedzia, starego samca, jak włamuje się do nadmorskiej chatki, zrobił mu nawet zdjęcia, które potem widzieliśmy w gazecie – co jakiś czas więc rozglądam się, trochę przestraszony, wgapiam się przez zepsutą lornetkę w załamujące się w odpływie fale, obok leży mauzer i rakietnica. Ale niedźwiedź nie przychodzi, na szczęście albo niestety, i jest tylko bezwietrzna cisza, przerywana czasem krzykami rybitw i poszczekiwaniem wydrzyka. Patrzę na walki powietrzne, kiedy szary pirat dopada mewę lub rybitwę i przewalają się w powietrzu jak spadający ze schodów człowiek, by po paru sekundach odlecieć, każde ptaszysko w swoją stronę, jak gdyby nic się nie stało.

Na jakiś czas wystarczy mi tej obojętności. Nasiąknięty polarnym krajobrazem i ciszą, jestem odporny na newsy, niezainteresowany polityką dużą i małą, nawet codzienność mnie nie dotyka, jakby oddzielona przez szybę. Kiedy zamykam oczy, widzę czerwone słońce, zachodzące powoli, po raz pierwszy od paru miesięcy, nad schodzącymi do Isfiordu lodowcami Ziemi Oskara II. Słońce zachodzi tylko na godzinę, potem na dwie i na niebie widać jednocześnie, rozdzielone wąskim paskiem błękitu, zmierzch i brzask, w różnych odcieniach czerwieni. Krajobraz tak powierzchownie tylko muśnięty przez człowieka, tak obojętny wobec jego zabiegów, uspokaja mnie swoją surowością: jesteśmy tylko mrówkami na obraz Boga, pochłonie naszą rasę przepaść czasu. Nad zmurszałą, dziś opuszczoną od czterdziestu lat przystanią radzieckiego promu dalej będzie krzyczał wydrzyk.

Wracam więc do domu, tęsknię już do codziennego znoju zdań, kiedy zasypiam, frazy układają mi się w głowie, mam nadzieję, że chociaż trochę surowsze.