W drodze na pola

Nocami chodzę na spacery: na marsze, jak wolę to nazywać. Parę kilometrów, sześć, czasem siedem, z kijkami, godzina, lub trochę więcej. Szybko, kijki pomagają utrzymać dobre tempo, wychodzę po jedenastej, idę pustą ulicą, tylko na rozstajach pod krzyżem stoi kilku nastolatków, opierają się o maskę starej vectry, palą papierosy i mówią mi „dobry wieczór”, trochę zmieszani. Z asfaltu schodzę na szutrową drogę i idę polami, ciągnącymi się między Pilchowicami a Stanicą. Przed północą docieram do altany, przy której w ciągu dnia zatrzymują się zmęczeni upałem rowerzyści. Przede mną zapalają się i gasną trzema rzędami czerwone światła na odległych o kilkanaście kilometrów, trzystumetrowych kominach rybnickiej elektrowni. Pod tymi pomalowanymi w czerwono-białe pasy wieżami na początku lat dziewięćdziesiątych uczyłem się żeglować.
Patrzę na północny wschód, na horyzoncie drgają pomarańczowo rozmazane i gęste światła miast, równie daleko jak rybnickie kominy, dalej, niczym wielki świetlik, zielenią żarzy się neon stacji benzynowej na przedmieściach, ledwie widoczny, a nad nim, na niebie nocnym i jasnym wyrasta wielka chmura, cumulonimbus o stopie jak małż. Jest matowo pomarańczowy, oświetlony latarnianym blaskiem skraju trzymilionowej konurbacji, tak jak reszta chmur na tym bladym, jasnym niebie – bo to miejskie niebo, chociaż wokół mnie tylko pole i las i idąc spłoszyłem sarny, zerwały się i po szalonym, krótkim cwale zapadły w zaroślach. Spod chmury idzie wiatr i wzmaga się, czuję go na skórze ramion i na karku, a wcześniej porusza nerwowym szmerem liście cysterskiego lasu, który za mną ciągnie się przez dwadzieścia kilometrów na zachód, aż pod Racibórz. Szmer narasta, las brzmi jak strumień. Odwracam się. Nad drzewami chmury pełzną po niebie, połykając gwiazdy. Tylko nad kominami Rybnika świeci jeszcze Syriusz. Wieje coraz mocniej.

Szum wiatru przedziera się przez słuchawki. Lektor, z zaangażowaniem moduluje niepokojący głos, odgrywając raczej, niż czytając kwestie Chłopca i Mężczyzny, jego angielszczyzna jest zaskakująco wyraźna, świetnie wyartykułowana. Czytałem wcześniej „Drogę” Cormaca McCarthy’ego w świetnym, polskim tłumaczeniu Roberta Sudoła. Teraz słucham angielskiego oryginału i wydaje mi się mocniejszy, angielski z jego prostszą strukturą gramatyczną brzmi lepiej w krótkich zdaniach McCarthy’ego. Książka gra oczywiście na najpierwotniejszych emocjach, czy nawet na instynktach, ale dlaczego to miałoby odbierać jej wartość? Literatura powinna dotykać tego, co najważniejsze i McCarthy, pisząc o ojcu i jego dziecku, idących przez świat po Apokalipsie, właśnie o najważniejszym pisze: o człowieczeństwie bezwarunkowym, o zwątpieniu, o tchórzostwie, śmierci i miłości, i o woli przeżycia. I jednocześnie jest tym, czym powinna być literatura: opowieścią, która słuchana nocą przeraża. Każe mi co jakiś czas idiotycznie zerkać do tyłu, przez ramię, kiedy podeszwy butów zgrzytają na żwirze, a lektor czyta o piwnicy, którą kanibale zmienili w spiżarnię pełną ludzi.

Parę godzin wcześniej, mój synek zasypiał mi na kolanach. Małe ciałko obleczone ubrankiem w kolorowe paski, główka w zgięciu mojego łokcia, mała rączka ściska moje palce. Leży spokojnie i tylko co jakiś czas szarpie się nagle, kiedy do jego raczkującej świadomości dociera ból z przerzynanych wzrastającymi zębami dziąseł. Płacze wtedy przez chwilę, wypręża się i milknie. Ma duże stopy o wysokim podbiciu i krótkich palcach, jak moje.

A ja myślę o nim teraz, sam na polach o północy, słuchając głosu lektora i patrząc na światła na horyzoncie i na jasne niebo nocne. Myślę o moim dziecku, o tym, w jaki świat wyjdzie z mojego domu, bo łatwo może być to świat o wiele gorszy niż ziemia popiołu, przez którą idą bohaterowie „Drogi” McCarthy’ego.

Twarze bezpieki

Dzisiaj, przejazdem w Cieszynie. Na rynku wystawa „Twarze bezpieki. Bielsko-Biała, Cieszyn, Żywiec”. Wywieszeni twarzy esbeków na widok publiczny to rzecz chwalebna, chociaż chciałoby się więcej, ale taka już widać polska tradycja, aby zamiast zdrajców, wieszać ich portrety.

Rzecz obejmuje naczelników wydziałów – i tutaj właśnie zauważam pewną zasadniczą słabość, taką samą jak na analogicznej wystawie katowickiej. Otóż, przyglądając się datom urodzenia wywieszonych funkcjonariuszy, można zauważyć, że większość z nich należy do pokolenia urodzonych w okolicach roku 1920. Kilku później i paru dosłownie z pierwszych lat po wojnie. Najmłodszy urodzony w roku 1950. Jest to zrozumiałe – aby dochrapać się stanowiska naczelnika, trzeba było swoje w resorcie odsłużyć. I tak naprawdę, ważność całej wystawy zasadza się niestety tylko na tych paru, urodzonych w drugiej połowie lat czterdziestych. Wywieszenie osiemdziesięcioletnich i dziewięćdziesięcioletnich starców ma sens, oczywiście, jest to akt jakiejś historycznej sprawiedliwości. Sprawa ważna dla wspólnoty, ważna ze względu na wspólnotową tożsamość, jednak są sprawy ważniejsze – a ważniejszą sprawą jest obecność byłych funkcjonariuszy SB w życiu społecznym, politycznym i gospodarczym dzisiejszej Polski.

To nie pamiętający jeszcze heroiczne czasy „walk z bandami” leśni dziadkowie, dogorywający na swoich sutych emeryturach, są dziś najgroźniejsi – to będący dziś w sile wieku, sześćdziesięcio-, pięćdziesięcio- i szczególnie czterdziestoparoletni esbecy, którzy swoją karierę w resorcie rozpoczynali w latach osiemdziesiątych. Resort wiedział już wtedy o transformacji i się do tej transformacji intensywnie przygotowywał (vide np. ogromny rozrost siatki informatorów w samej końcówce lat osiemdziesiątych, siatki budowanej pod kątem nowej rzeczywistości) i ludzie, rekrutowani do pracy w latach osiemdziesiątych bez wątpienia musieli być już rekrutowani z myślą o nowych wyzwaniach i szkoleni tak, aby nowym wyzwaniom sprostali.
I bez wątpienia im się udało – po 1990 roku, wykorzystując swoje siatki, przeniknęli bez trudu do wszystkich aspektów życia w „wolnej Polsce” – do służb specjalnych, do biznesu, do mediów, do różnego rodzaju przykościelnych organizacji i fundacji (vide Stella Maris i dziesiątki podobnych przykładów z całej Polski) i to oni dziś stanowią grupę, której publiczna demaskacja byłaby Polsce najbardziej potrzebna.

Po co żyć?

Pocałunki mojej żony, uśmiech mojego synka i jego spokojne, powolne i uparte „dadaedidoedededidaode”. Ich spokojne oddechy, kiedy zasypiam.
Czytanie takich książek, przy których czuje sie zazdrość, że się ich samemu nie napisało, uczucie ogromnej, obezwładniającej ulgi kiedy pisze się „KONIEC” i próżna euforia, kiedy na konto wpływa jakieś smutne honorarium. Jezu jak się cieszę, z tych króciutkich wskrzeszeń, kiedy pełną kieszeń znowu mam, znowu mogę myśleć trochę jakby ściślej i wymyślam wtedy nowy plan.
Zapach i smak pierwszego łyka wina, szum w głowie przy drugiej butelce.
Nie do pomylenia z niczym chwile po kilkunastu godzinach marszu z ciężkim plecakiem, kiedy się siada na zimnym wybrzeżu z kubkiem słodkiej herbaty i właśnie skręconym papierosem, się patrzy na polarne morze po horyzont, obok siedzi najlepszy kumpel i się razem milczy i się słucha miliona mew, i się jest, jak na obrazie Caspara Davida Friedricha i nawet morze i niebo mają taki kolor jakby były z farby olejnej, pod słońcem niezachodzącym.
Szum opon na dobrej i dalekiej drodze, nocą, z rękami na kierownicy i muzyką,i to cudowne uczucie mocy pod prawą stopą, kiedy wystarczy lekko tylko popchnąć gaz i alfa wyrywa się od dziewięćdziesiąt do sto pięćdziesiąt, szybko jak mgnienie oka, a mogłaby jeszcze dużo szybciej, gdyby stopę wepchnąć głębiej, w prawej szybie migają koła wyprzedzanej ciężarówki.
Kiedyś, pijane noce z klubie, z dłońmi na biodrach żony, w tym samym klubie, w którym tańczyliśmy dziesięć i dwanaście lat temu, włoskie jedzenie i wino wieczorem, w ogródku restauracji, z małymi latarenkami między stolikami i parasolami.
Gorąca lufa strzelby po rozstrzelaniu w powietrzu kilkunastu rzutków bez pudła, smużka niebieskiego dymu z resztek dopalającego się na jej ściankach prochu.
Zapięcie guzika w nowym, pięknym garniturze, pod palcami bezładny zwój materiału zamienia się w węzeł, z którego wypływa i rozwija się struga błyszczącego jedwabiu, nogawki załamują się na butach jedną, zdecydowaną fałdą.
Szybki jacht i równa, spokojna czwórka, pełne szmaty, dobra załoga, przechył niezbyt duży, byle szybciej iść, pełny półwiatr i kawał jeziora przed sobą, prosty kilwater, przecięty zwrotem, trzaśniętym jak na regatach, z warczeniem kabestanów i hukiem sztywnego dacronu żagli wypełniających się wiatrem już na drugiej burcie. Sztorm na Bałtyku, na bukszprycie okrakiem bez lajfpatentu, bo nie było czasu założyć i zbieranie foka, rzucającego jak oszalały kilogramową szeklą przy rogu szotowym. Białe wyspy na Morzu Śródziemnym.
Uścisk dłoni taty i jego „Z Panem Bogiem”, kiedy wyjeżdżam.
I wysiąść z samochodu na sercu świata, na twardej jak beton pustyni, płaskiej i równej jak stół wycięty pełnym kołem horyzontu, i po horyzont nic, tylko ziemia spękana niczym dno wyschłej kałuży, możesz patrzeć w każdą stronę, tylko samochód, na środku tej zakreślonej krzywizną planety krainy jak morze, i ty, i ci, którzy z tobą tym samochodem jadą.
Spacer letnią po nocą po rozgrzanym całym dniem upału mieście i słuchanie, jak kamień, cegła, asfalt i beton oddają powietrzu swoje ciepło.
Kawa ciężkim porankiem. Radiohead w stereo, tak głośno, że drżą szyby w drzwiczkach kredensu.
Oszroniony kufel piwa wypity duszkiem po całym dniu marszu w upale, kiedy język przysycha do podniebienia a pot cichym strumieniem spływa między łopatkami.
Spotkanie dawno niewidzianego przyjaciela. Burza wściekła i jej zapach.
Taniec z odzianą w letnią sukienkę dziewczyną, która daje się prowadzić tak, że zaczyna się niesłusznie wierzyć we własne, taneczne talenty.
Czytanie „Dzienników” Máraiego po raz pięćdziesiąty, ale zawsze jak po raz pierwszy. I Jünger. Przewrócenie dziesięciu poperów z jedną zmianą magazynka najszybciej jak się da i szybciej, niż ostatnim razem.
Niedzielny obiad u dziadków, z całą rodziną. Film, z którego wychodzi się w milczeniu.
Absolutna cisza na jeziorze lekko jeszcze rozhuśtanym wczorajszą falą, bardzo wczesnym rankiem, z puklami mgły nad wodą i chłodem, przenikającym pod polar. I papieros przed śniadaniem, zanim jeszcze wszyscy wstaną.
Lodowate jabłka, ciemnoczerwone i bardzo dojrzałe, zebrane z drzewa o poranku po pierwszych chłodnych nocach, w początkach października.

Flashback

Przypomniałem sobie dzisiaj, nagle, specjalną porę dnia. Trzeba spać pod gołym niebem i obudzić się bardzo wcześnie, daleko od miast, późnym latem, w sierpniu lub w początkach września, kiedy noce są zimne. Słońce już świeci, dzień jest prawie w pełni, ale powietrze jest jeszcze chłodne. Światło ma wtedy ostrą, białą barwę. Jest bezwietrznie, tafla wody jest gładka, lecz odrobinę rozchwiana wczorajszą falą, woda nie ma jeszcze zapachu stęchłej zupy, jak po całym dniu parnej flauty. W górach, na śpiworze zbiera się rosa. Z polan spopielonych unosi się strużka dymu.

Wstaję, często z bólem głowy, patrzę na zegarek, jest piąta, albo wpół do szóstej, patrzę na świat tak dziwny – uśpiony za dnia. W jeziorze Chubsuguł słaby przybój kołysze biało-szarym dywanem – kiedy podchodzę bliżej, widzę, że to martwe ćmy, grube jak kciuk, w wodzie ich skrzydła rozkładają się szeroko.

Melancholia

Zostawiamy w domu zmęczoną żonę i mamę, niech wreszcie odeśpi poszarpane noce, odwiedziliśmy pradziadków Franka i jedziemy, przed siebie, po prostu – styczniowym światem, z którego nagle uciekła zima. Wycieraczki zrzucają z szyby deszcz ze śniegiem, który wsiąka w odmarzającą ziemię, diesel mruczy i szumią zimowe opony, gniotąc nierówny asfalt, mój mały bodhi śpi obok mnie, w foteliku, przypięty pasami i zagrzebany w pulchnych kołderkach. Jedziemy powoli, osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę, alfa wdzięcznie składa się w zakrętach, w głośnikach cichutko grają skrzypce, tak cicho, żeby nie przerwać Frankowi zapominania tego, co musi zapomnieć, zanim zrozumie, że istnieje. Patrzę na drogę i na świat, czasem zerkam tylko na małego, kiedy przekręca się w swoim foteliku, lub wzdycha. Może właśnie zapomina coś szczególnie ważnego.

Bezwiednie wybieram moją ulubioną drogę, z Pilchowic jedziemy na południowy zachód, skrajem lasów rudzkich. Na zeschłych łąkach leży jeszcze śnieg, pamiątka paru mroźnych dni, lecz już się przetarł, jak wyświecone na kolanach spodnie. Wystaje spod niego ruda trawa, nagie drzewa błyszczą smutno, mokre od deszczu, mokry jest asfalt i rozmiękający lód na taflach rybnych stawów. Mokra jest kapota i czapka starego pijaka, który, gardząc niedzielą, świętem porządnymi ludźmi, wytacza się z brzydkiego, burego baraku, ustrojonego w tablicę z napisem „Karczma”.

Przemoczona jest też gruba, watowana kurtka smutnego, może dziesięcioletniego chłopca, siedzącego na betonowej barierce, przy torowisku. Ma brudną twarz, gryzie jakieś cukierki, nogi trzyma na ramie taniego roweru. Patrzymy na siebie, kiedy powoli przejeżdżam po przecinających drogę torach, między podniesionymi szlabanami i obaj wiemy, że nie powinno go tu być, bo jest przecież niedziela, niedawno minęło południe i na Śląsku każdy wrócił już z sumy do domu i siada do obiadu, na białym obrusie stoi waza z rosołem, kluski, rolady i modro kapusta. Ja zjadłem swoje kluski i kurczaka u dziadków. Powinienem teraz siadać do kawy i kouoča, ale zamiast tego jadę przed siebie. A przy pustych drogach, biegnących ku Bramie Morawskiej przez wyrastające wśród lasów wsie, stoją tylko pijak i smutny chłopiec, który uciekł z domu przed kłótnią rodziców, a może wyrzucił go zły ojczym, albo gach matki, dał dwa złote na cukierki i kazał spierdalać.

I jeszcze starsza pani, smętnie i z trudem naciskająca na pedały przyrdzewiałego rometa, nienaturalnie wyprostowana na siodełku. Ma misternie ułożone, siwe włosy, charakterystyczny dla starszych Ślązaczek bubikopf – szyk z późnych lat trzydziestych. Osłoniła fryzurę przed deszczem, chustką z folii zawiązaną pod brodą i otaczającą głowę jak wielki, przejrzysty hełm dawnego nurka. Moknie, mokry śnieg oblepia jej plecy, osłonięte fioletową kurteczką z ortalionu, lecz jedzie przed siebie, powoli, wpatrzona w przestrzeń szeroko otwartymi oczami, które widzę nawet z samochodu, zza jej dużych okularów. Właśnie mija ostatni dom we wsi i wjeżdża w las, droga biegnie mocno pod górę, bo za wsią Nędza delikatne fałdy śląskiej wyżyny stają się nieco krótsze i wyższe.

Zawracam zaraz za rogatkami Raciborza, jadę z powrotem tą samą drogą, chcę jeszcze raz patrzeć na ten sam, melancholijny pejzaż. Mijam znowu pedałującą pod górę starszą panią, tym razem z naprzeciwka. Nie ujechała wiele, nagle wiem już, dlaczego wydała mi się znajoma; jest w niej coś, co Helen Mirren dała sztuce, grając królową Elżbietę II w filmie Stephena Frearsa. Kobieta na rowerze również jest melancholijna, jak pejzaż, jak pijak i jak smutny chłopiec na przejeździe kolejowym, lecz jej melancholia jest dumna.

Przypominam sobie przygnębiające wrażenie, jakie wywierają na mnie rozpięte między horyzontami równiny, przez które prowadzi droga z Warszawy na Mazury. Gdzieś w okolicach Łomży i dalej, ziemia płaska jak stół, pocięta polami i rzędami drzew smutnych nawet latem, wsie i miasteczka rozchodzące się w szwach – jednak zaraz uzmysławiam sobie, że to coś innego, mazowieckie pejzaże nie są melancholijne, lecz depresyjne. Nie wywołują smutku, lecz myśli samobójcze, każda lipa zaprasza mnie swoją gościnną gałęzią, jak szubienica. Nie mógłbym żyć na równinach. Przykryty rozmiękłym śniegiem krajobraz południowego Śląska jest smutny, ale to spokojny, nawet trochę uśmiechnięty smutek. Lasy, jary i stawy, łąki z kępami rudych traw, wsie, w których zostało nieuchwytne, historyczne coś, efekt starań i zabiegów kilkudziesięciu pokoleń, podczas kiedy we wsiach mazowieckich widzę tylko kilkadziesiąt pokoleń marazmu.
Mijam cysterskie Rudy, w nich stare domy – murowane, bo przecież Bismarck albo ktoś tam jeszcze wcześniej zabronił budować nowe domy z drewna w całych Prusach – ale niektóre zachowały jeszcze starą formę: wysokie, spadziste dachy, niskie fasady, centralne wejścia i małe okienka. Mijam klasztor i ogołocone korony egzotycznych drzew w parku.

Mijam Stanicę, w której stoi kościół o dwadzieścia lat i jedną epokę architektoniczną starszy od pilchowickiego i gdzie droga wije się przez wieś w płytkim wąwozie, wjeżdżam do Pilchowic. Przy krzyżu na rozstajach widziałem niedawno chłopaka – bardzo podobnego do tego, który dzisiaj siedział na betonowej barierce, miał nawet podobnie bezkształtną, szarą kurtkę. Był ranek, jechałem po gazetę i bułki, a chłopiec stał pod krzyżem i wpatrywał się w Ukrzyżowanego, zadzierał głowę, bo krzyż jest wysoki i bez zażenowania wzniósł na wysokość twarzy złożone do modlitwy dłonie. Nie wiem o co się modlił, miał na plecach tornister, więc może prosił Boga o powodzenie na klasówce, mógł też błagać, by tata już wrócił z Rajchu, albo o to, żeby mama nie umarła. Pomyślałem sobie wtedy, że żyję na dziwnej wyspie, na której trzecioklasiści o siódmej rano składają ręce i modlą się na rozstajach.

Dzisiaj pod krzyżem jest pusto, tylko na jednym z ramion siedzi kilka zmokłych gawronów, bez ruchu, a woda kapie im z dziobów, prosto na sztuczne kwiatki i wypalone znicze na betonowym fundamencie.

Parkuję pod domem, wnoszę fotelik z Frankiem do sypialni. Mały otwiera oczka i natychmiast zaczyna strasznie płakać. Może właśnie jego dusza zapomniała coś bardzo ważnego i płacze teraz za tą stratą – a on całe życie będzie się mozolił, aby odnaleźć to, co dziś w nim zostało zakryte.

Rosja za szybą

Krajobrazy to różna treść zapisana w różnych alfabetach; niektóre czyta się instynktownie, to krajobraz najbliższej ojczyzny, Heimat, jak mówią Niemcy, czy důmowiny, jak mawia się u nas. Można czytać krajobrazy z samochodu – wtedy mogę skręcić w każdą z bocznych dróg, tak, jakbym wybierał wiersz z tomiku, można też z pociągu, skąd oglądam wyświetlające się na brudnej szybie obrazy – siedzę w pospiesznym pociągu z Gliwic do Poznania. Odchodzi o 15:50, przed dziewiątą mam być w stolicy Wielkopolski.

Kiedy tylko skład mija Kędzierzyn-Koźle, zapisywany szybami i kominami krajobraz Śląska industrialnego, ustępuje miejsca literom płaskich pól, sosnowych lasów i wsi Opolszczyzny. Potem, za Opolem, za wysoko wezbraną i rozlaną na polach Odrą, następuje taki moment, w którym nagle świat za oknem staje się nieczytelny, jak wyryty przed kilkoma stuleciami napis na łatwo wietrzejącym piaskowcu. Więc wytężam wzrok – jakbym paznokciem wyskrobywał zaschnięte porosty z płytkich linii barokowych liter – odczytuję wreszcie martwy krajobraz Dolnego Śląska, możliwy do odczytania, chociaż zapisany już w innym alfabecie. Po wielkim pędzeniu ludów w Europie, nie przyjął jeszcze swoich nowych mieszkańców, wypluwa ich, odwraca się od nich ciągle, tak samo, jak ściany wołyńskich pałaców i dworków z pogardą odwracają się od domów dziecka, przedszkoli i urzędów, które się w nich zagnieździły, jeśli ich nie spalono. Ile lat trzeba, by ludzie wrośli w ziemię? Ile czasu zajęło to Chorwatom, kiedy wyruszyli z małopolskich równin i zatrzymali się w oddychającym Rzymem świecie porosłym makią, nad wybrzeżem Adriatyku?

Projekcja dolnośląskiego świata na okna pociągu przypomina mi inny krajobraz, wyświetlany na oknach innego pociągu, parę lat temu, w Rosji.
W podróż Koleją Transsyberyjską rusza się z Dworca Kazańskiego, jednego z trzech wielkich dworców Moskwy. Peron, jeszcze przed przyjazdem pociągu, wypełniają Rosjanie, czekający zupełnie inaczej niż Polacy.

W licealnych i studenckich czasach jeździłem „Pogorią” na Mazury, jedynym bezpośrednim pociągiem z Rybnika do Giżycka, w sezonie żeglarskim do granic możliwości zatłoczonym śląską młodzieżą. W samym pociągu panowała przyjemna, chociaż ciężka od piwa i papierosów, wakacyjna atmosfera. Urągający wszelkim normom tłok łączył nas, pijanych i zmęczonych studentów, licealistów i – dzięki Ci, Boże! – licealistki przyjemnym poczuciem wspólnoty. Ale dopiero w pociągu – ci sami ludzie, z którymi potem fałszowaliśmy kiczowate mazurskie ballady, na peronie stali w nerwowym podnieceniu. Dziewczyny pilnowały bagaży, chłopcy wypinali kogucie piersi, rozciągali mięśnie, przestępując z nogi na nogę, rozgrzewali mięśnie karku, jak przed walką, niespokojni, bo wiedzieli, że zaraz – kiedy pociąg wjedzie na peron, zatrzyma się ze zgrzytem i kalekim ruchem konduktorzy otworzą drzwi do wagonów – będą musieli dowodzić swojej męskiej wartości, zdobywając dwa siedzące miejsca. I kiedy nadchodzi godzina próby, ruszają, samotnie, nieobciążeni bagażem, w morderczym tłoku t-shirtów, szortów i trampek pchają się ku drzwiom, wciskają w wąskie korytarze wagonów, dopadają wolnego przedziału i bojowo blokują drzwi, wrzeszcząc najniższym głosem, na jaki ich stać: „zajęte!”. Wtedy, rodzina przez okno podaje bagaże i dziewczęta, zapłonione i dumne, przepychają się do swoich dzielnych żeglarzy, przez bierny już, upchnięty tłum. Odwdzięczą się im potem, na jachtowych kojach, na karimatach w namiotach i przy ogniskach.
Tak czekają Polacy – niecierpliwie, bojowo, zadziornie.

Rosjanie czekają zupełnie inaczej. Siedzą spokojnie na swoich ogromnych, kraciastych torbach, a kiedy wjeżdża szerokokołowy pociąg, ustawiają się w karnym ogonku do odpowiedniego wagonu. W drzwiach stoi prowadnica – szefowa wagonu – i wpuszcza dopiero po przestudiowaniu biletu i wewnętrznego paszportu.

My stajemy w tej samej kolejce, nasze paszporty zostają przestudiowane ze szczególną starannością – te dziwne zdjęcia z półprofilu zawsze wzbudzały sensację wśród rosyjskich urzędników. I po chwili zajmujemy wąskie, pokryte bordową dermą koje, które przysługują nam, bo zakupiliśmy bilety – plackarty. Gdybyśmy kupili obszczij, to wypadałoby nas po trzech na dwie leżanki, jak na okręcie podwodnym, dwóch siedzi na koi dolnej, podczas kiedy jeden śpi na górnej, na zmianę. Są jeszcze bilety z kategorii kupiejny, kilkadziesiąt procent droższe od plackarty, po zakupieniu których podróżuje się w wygodnych, czteroosobowych, zamkniętych przedziałach sypialnych, podczas kiedy plackarta uprawnia do podróży w wagonie podzielonym na prostopadłe, otwarte boksy, w których zawieszone są po cztery wąskie koje, uzupełniona dwiema kojami po drugiej stronie korytarzyka, równoległe do osi wagonu. Nieuniknioną konsekwencją takiego ułożenia leżanek i korytarza w plackarcie, jest ocieranie się twarzą o wystające z górnych koi stopy co roślejszych pasażerów, kiedy przychodzi się przez wagon. Potem pojedziemy jeszcze wygodnym kupiejnym, ale zawsze z zazdrością spoglądać będziemy na eleganckie wagony „Ekspress Rassija”, gdzie podróżuje się w atmosferze luksusowej, z mrożoną wódką, blinami z kawiorem i szampańskoje igriskoje. Jednak bilet na „Rosję” jest droższy, niż bilet lotniczy, jedziemy więc naszą plackartą.

W Moskwie spaliśmy na ostatnim piętrze kilkunastopiętrowego schroniska młodzieżowego. Z jednej strony widzieliśmy światła wielkiego miasta, z drugiej – ciemnozielony, iglasty las aż po horyzont. Teraz wjechaliśmy w ten las i nie wyjedziemy zeń przez najbliższe cztery doby, po których wysiądziemy na dworcu w Irkucku. Przez pierwsze parę godzin w pociągu jedziemy nieco spięci – jesteśmy pierwszy raz w Rosji (jeśli mowa o roku 2002) i spodziewamy się wszystkiego. Prześladują mnie wizje dzikich, pijanych bolszewików w tieleniaszkach i gymnastiorkach, grających na harmoszkach i rozczulających się nad nalaną z meniskiem szklanką wódki. Brakuje jeszcze tylko brudnych dłoni zaciskających się na rękojeściach naganów i mauzerów – wyobraźnia to przekleństwo. Szybko przekonujemy się, na szczęście, że rzeczywistość wygląda inaczej, niż utrzymane nieodmiennie w poetyce „korespondencji z dzikiego kraju” relacje polskich dziennikarzy, które to relacje są przecież odpowiedzialne za straszne obrazy, jakie podsuwała mi imaginacja.

Towarzyszy nam, na leżance równoległej do osi pociągu, Buriatka w średnim wieku, obdarzona przez naturę olbrzymią głową. Wielką czaszkę wypełnia zapewne nie byle jaki mózg – pani Buriatka jest neurochirurgiem. A Rosjanie rozpakowali już swoje zapasy, rozłożyli suszoną rybę, gotowane kartofelki posypane koprem i okraszone masłem, jajka, kanapki, wędliny i herbatę, i zaczęli jeść. A kiedy zjedli – to siedzą, patrząc ironicznie na dziwaków, którzy nie potrafią podróżować – czyli na nas, którzy miotamy się, przerażeni perspektywą podróży dłuższej niż najdłuższa w życiu, usiłujemy zabijać czas czytając książki, grając w gry planszowe i towarzyskie, dyskutując –odkrywamy też uroki położonego siedem wagonów dalej wagonu restauracyjnego, którego szybko stajemy się najlepszymi klientami, pustosząc zapasy piwa Baltika i suszonych kalmarów na przekąskę. A kiedy w końcu, zmęczeni zabijaniem czasu i nudy, siadamy na swoich leżankach, wtedy patrzę przez okno i próbuję czytać Rosję.

Na szybie wyświetla się krajobraz, jak pismo znużonego kaligrafa, w ścieśnianiu zawijasów, belek i kresek zdążające w kierunku linii, lekko tylko zakłóconej krzywiznami tam, gdzie miałyby znajdować się litery. Najpierw myślę, że jest zapisany w alfabecie, którego zwyczajnie nie znam, tak jak nie znam alfabetu, w którym zapisano Pekin. Lecz po tysięcznym i dwutysięcznym kilometrze pokrytej modrzewiami równiny, po kolejnym milionowym mieście, wyrastającym w środku tajgi betonowymi blokami, nad zakolami rzek, przy których Dunaj i Ren wydają się strugami, rzek potwornych, kiedy przyrównać je do europejskiej skali, nagle rozumiem: tutaj nie ma alfabetu. Jest pusta karta.

Można oczywiście powtarzać za Konecznym zaklęcia o turańszczyźnie Rosji; istotnie, jest w Rosjanach coś z ludów Wielkiego Stepu. Nie tylko w tych, którym z twarzy łatwo można wyczytać genetyczne skutki żądz, którym między udami szerokobiodrych Słowianek upust dawali pustoszący Ruś Mongołowie, tureccy Pieczyngowie, Kumanowie i Kazachowie, skośnoocy – jeszcze wtedy – Węgrzy. Zresztą, równie dobrze mogą być to efekty namiętności, którym z kobietami ujgurskimi, jakuckimi, turkmeńskimi, mansyjskimi – i ze stu innych skośnookich ludów Imperium – oddawali się jasnowłosi i niebieskoocy, normańscy Słowianie z Nowogrodu, znad rzek, którymi spływali Waregowie, lub synowie Pomorców, zasiedlających powoli wybrzeża Morza Białego i Kozacy, kolonizujący powoli Syberię, ci piesi, konni i rzeczni Kolumbowie, Pizzarowie i Cortezowie Północy.

Jednak nie tylko ci niskoczoli, z oczami szeroko rozstawionymi i ukrytymi pod mongolską fałdą, z wydatnymi i wysokimi kośćmi policzków, mają coś z jeźdźców wielkiego stepu. Wszyscy w pociągu, Buriaci czy Wielkorusy, ulegają azjatyckiemu letargowi, który jest objawem azjatyckiego fatalizmu.

Fatalizm jest cechą charakterologiczną o znaczeniu zbyt doniosłym, aby mogła stanowić składnik charakteru narodowego – fatalizm jest cechą wyższego rzędu, charakteryzującą cywilizacje, nie narody. Bo też Rosjanie nie są narodem, są światem. Ich tożsamość nie funduje się na charakterze narodowym – lecz w cywilizacyjnym dziedzictwie braku tożsamości.
Vladimir Volkoff w „Carskich sierotach” oszukiwał swoich bohaterów – a może samego siebie – rosyjskim tricolorem nad dawną radziecką ambasadą w Paryżu. Dawny carski kadet, widząc dwugłowego orła zamiast sierpa i młota uznał, że Antyrosja komunistów odeszła do przeszłości i powróciła Rosja – jeśli nie carska, to przynajmniej Rosja Kiereńskiego, Kołczaka i Dienikina. Ten sposób myślenia sugeruje, że tożsamość Rosji to stan duszy rosyjskiej w roku 1918, zgwałcony przez rewolucję – rewolucję antyrosyjską. Tym żyli rosyjscy biali emigranci, przekonując samych siebie, że przetaczająca się przez Europę Armia Czerwona to raczej Antyrosjanie. Tworzyli więc w Jugosławii swoje armie, zgodnie z zasadą historycznego mimetyzmu powtarzające wzór armii emigranckich, w których służył sto pięćdziesiąt lat wcześniej chociażby Chateaubriand – kompanie z porucznikami w roli szeregowych, pułkownikami w roli poruczników i generałami w roli kapitanów i majorów. Czym jednak była ta rosyjska tożsamość, którą miała zgwałcić rewolucja?

Czyż nie wprowadził jej przemocą Piotr I, dwieście lat wcześniej, krwawo zdzierając bojarom brody z policzków? Nagle, w ciągu stu lat, kultura rosyjska, wcześniej niezauważalna, wdarła się na europejskie salony, wraz z Puszkinem i Lermontowem – pokoleniowo rzecz biorąc, prawnukami brodatych bojarów. I chociaż jeszcze w czasach wojen z Napoleonem generałów musieli Rosjanie importować z Zachodu, to poetów mieli już swoich. Może więc to już Rosja Piotra stała się Antyrosją? Czyżby cała wielka rosyjska literatura – jedyny składnik rosyjskiej tożsamości będący jednocześnie składnikiem kultury europejskiej – była w rzeczywistości literaturą antyrosyjską, albo może rosyjskojęzyczną literaturą europejską? A może szukać jeszcze dalej i prawdziwą Rosją była tylko Ruś Kijowska, zaś wszystko, co niesie ze sobą dziedzictwo Złotej Ordy uznać można za turańską Antyrosję?
Czy więc ostatnimi prawdziwymi Rosjanami byli Waregowie?

Odpowiedź na serię powyższych pytań, które sobie z retorycznym uniesieniem brwi zadałem, znajduje się w ciągłości. To ciągłość właśnie stanowi centralną cechę rosyjskiej tożsamości. Ciągłość skłonni bylibyśmy uznać za „meta-cechę”, jako że odnosi się raczej do nieprzerwanego trwania jakiś właściwości, składających się na charakter narodowy – jednak w Rosji jest inaczej, to ciągłość jest istotą, ciągłość dla ciągłości, ciągłość bezprzedmiotowa. Ruryka i Mikołaja II nie łączy nic – poza ciągłością. Ciągłość to Putin, Stalin, Lenin i Rasputin, ciągłości najwyraźniejszym znakiem współcześnie jest rozmyślne i aktywne inkorporowania do rosyjskiej tożsamości zarówno tożsamości imperialnej – przez symbole państwowe, dbałość o materialne dziedzictwo Imperium, przez gesty, polegające na sprowadzaniu do Petersburga martwych Romanowów – jak i tożsamości radzieckiej. Pierwsza była aktywnie niszczona przez pierwsze lata Rosji Radzieckiej, potem ignorowana – chociaż może przywracając korpus oficerski, epolety i niby-wolność kultu, Stalin wskazał Putinowi drogę – druga zaś, radziecka, zagrożona się nie wydaje, ale tylko na niej Putin ma możliwość fundowania imperialnej dumy narodowej Rosjan.
Być może dlatego Rosjanie tak bardzo kojarzą mi się z Polakami, zamieszkującymi Ziemie Zachodnie, przez które jedzie mój pociąg z Gliwic do Poznania. Wzdłuż torów Kolei Transsyberyjskiej również widziałem ludzi, których wypluła własna ziemia. Jednak, Polacy wrastają w ziemie wokół Wrocławia i Zielonej Góry, powoli, ale wystarczy jeszcze pokolenie, albo dwa, a wrosną zupełnie, jak Węgrzy wrośli w Panonię. Rosjanie natomiast, pozostają obcy w swoim kraju. Polska to idea, cielesno-duchowa łączność ziemi, tożsamości, krwi i ludu – Rosja to tylko ziemia i ciągłość. Kraj, imperium i jego poddani, nieokreślonego ethnosu, beznarodowi, związanie jedynie luźnymi więzami cywilizacji, przez to karni, wrażliwi i inteligentni – lecz bierni i jednocześnie dzicy. Stąd, z tożsamości cywilizacyjnej luźniejszej niż narodowa z samej swej istoty, a do tego jeszcze pozbawionej innych cech niż ciągłość, wywodzi się wzniosła wielkość rosyjskiej literatury – z boleśniejszego przeżywania świata, czy będzie to bolesność Dostojewskiego, czy Wieniedikta Jerofiejewa. Stąd też wywodzi się ich barbarzyńska niewolniczość, objawiająca się nawet w tym, jak piją wódkę. Wbrew panującym w Polsce przesądom, nikt w Rosji nie pije na ulicy, nie afiszuje się z upojeniem – taka otwartość to dziedzictwo sarmatyzmu. W Rosji pijaków nie widać, w Rosji pije się skrycie, wśród zaufanych kompanów, nigdy publicznie. W pociągu relacji Moskwa – Irkuck tylko my wypijamy po osiem Baltik jedna po drugiej. Nawet zadziorny żołnierzyk-Kazach, który zdaje się nie rozumieć słowa „wypierdalaj”, wyrzuconego pijackim bełkotem, ale rozumie wspólne nam i Rosjanom „idź w chuj!” – nawet on jest prawie trzeźwy i nasza wyzywająca postawa względem jego zaczepek powoduje, że natychmiast trzeźwieje zupełnie, odpuszcza, odchodzi. Kazach – jeden z rabów tego kraju, państwa, Imperium.

15 marca.

A jednak.
Cokolwiek by się ze mną działo – nigdy nic mnie nie porusza z wyjątkiem być może obecności Muzykantowej.
W tym sensie nawiązuję do najlepszych tradycji.
Mój pradziad zwariował.
Dziadek przeżegnał drżącymi palcami wycelowane w niego lufy sowieckich karabinów.
Ojciec zachłysnął się 96-procentowym denaturatem.
A ja po dawnemu – Wieniedikt.
I na wieczność już takim pozostanę.

Wieniedikt Jerofiejew, „Zapiski psychopaty”

Szczepan Twardoch
Fronda nr 42

Laguna w Longyearbyen

Nieziemska obcość. Właśnie – nieziemska. Wiatr, zimno, obca i zimna przyroda. Zimne wybrzeże – zimne nie tylko chłodnym powietrzem, ale zimne nagimi, brunatno-zielonymi górami, przystrojonymi czapami śniegu jak brytyjscy prawnicy perukami. A śnieg brudny, bo czerwcowy, zwiesza się w żlebach i roztapia na stokach, nie biały, lecz przyjmujący pełne spektrum szarości, aż do czerni.

Małe, po dantejsku zamarłe piekło.

Continue reading