Hierofanie: dlaczego chodzę na wybory?

Głosowanie w wyborach nie wydaje mi się być aktem politycznym. Demokratyczna narracja o „obywatelskim obowiązku”, sięgająca ku obrazom agory, ku republikańskim wizjom polityki jako powszechnej dbałości o „dobro wspólne” to tylko mit założycielski, opowieść fundacyjna. Przez to oczywiście jest prawdziwa i ważna: jest to jednak ważność mitu, ważność opowieści o Romulusie i Remulusie, nie zaś opis faktycznej rzeczywistości społecznej.

Wybory demokratyczne to misterium organizujące symboliczne struktury życia społecznego. Wartość jednego głosu jest tak mała, że spokojnie można uznać ją za pomijalną. Wbrew temu, co głoszą kampanie zachęcające do głosowania, jeden głos wcale się nie liczy. Liczy się milion głosów, ale milion głosów nie istnieje jako podmiot. Podmiotem polityki jest „wola ludu”, ale ta z kolei jest tutaj niepotrzebną hipostazą: naprawdę istnieją tylko pojedyncze krzyżyki w kratkach, pojawia się również wynik wyborów, którego znaczenie jest fundamentalne, jak wynik auspicjów przeprowadzanych przez augura, albo jak chińskie wróżby z pękającej w ogniu skorupy żółwia. Z jednym głosem, który związany jest z podmiotowością głosującego, wynik ten nie ma jednak żadnego związku.

Co za tym idzie, głos jednego wyborcy ma znaczenie wyłącznie osobiste, dla tegoż wyborcy. Akt głosowania to misterium udziału we władzy. Prawdziwy, bo symboliczny. Jak na spektaklu „Ifigenia w A…” Gardzienic: uczestnicząc w misterium teatru jesteśmy nie tylko widzami, lecz w pewien sposób stajemy się greckimi żeglarzami, którzy żądają od Agamemnona ofiary z jego córki, Ifigenii – bo nie wieje. Stajemy się nimi prawdziwie, bo symbolicznie. Uczestniczymy w dramacie.

Głosowanie to jednocześnie apogeum karnawału kampanii wyborczej. Oto władcy upokarzają się przed władanymi, łaszą się do władanych, zalecają się do nich, kuszą, próbują się władanym przypodobać, aby potem spokojnie pogardzać nimi przez cztery lata, aż cykl się zamknie. Takie karnawałowe odwrócenie ról jest jednym z klasycznych archetypów naszej cywilizacji, ma wielkie znaczenie dla antropologii władzy. Chłop królem; król chłopem. Książę na moment zamieniony w sługę (i w Chrystusa jednocześnie) umywa nogi żebrakom. Żacy na czas juwenaliów otrzymują klucze do bram miasta. Średniowieczne Święto Głupców.

Służy te misterium precyzyjnemu rozgraniczeniu władających od władanych, jak również ich integracji, służy podtrzymaniu symbolicznej definicji ról społecznych, przez ich chwilową zamianę rozjaśnia ich granicę, definiuje je ściślej. Jest sakramentalium demokracji, aktem odnowienia transcendentej legitymacji władzy. Cyklicznym odnowieniem mitu.

Apogeum karnawału jest więc akt głosowania: po festiwalu pokornych zalotów, władani dokonują symbolicznego aktu rządzenia; a jednocześnie władcy są poddawani rzeczywistemu skrutynium. Niczym germański kuning poddający swoją władzę ślepemu losowi, ordaliom sądu bożego (np. w walce na miecze) a więc odwołujący się do transcendentalnej sankcji swojej władzy. Jak rzymski konsul, który przed bitwą pyta bogów, mówiących lotem drapieżnych ptaków, o to, czy dziś na stoczenie tej bitwy pozwalają.

Władający w demokracji odwołują się do losu, do transcendencji, która sankcjonuje ich władzę, do ślepej i głuchej woli ludu, a więc do woli wszystkich i nikogo, do woli bezosobowej jak panteistyczne bóstwo, które jednocześnie jest, bo jest we wszystkim i go nie ma, bo nie ma go osobno. Jest to więc transcendentna sankcja władzy, przez swoją masowość ponadludzka i pozaludzka. Funkcjonalnie jest to sankcja boska, tak samo jak funkcjonalnie boską sankcję miała władza średniowiecznego monarchy.

Jeśli tych mitologicznych struktur nie dostrzegamy, albo uważamy je za istniejące w sposób odmienny od mitologicznych struktur przeszłej władzy, to dlatego, że są to mity żywe – tak samo jak żywi byli Mars z Jowiszem, wzbraniający zebrać się Senatowi i jak żywą figurą Chrystusa był średniowieczny król, w całym jego królewskim kapłaństwie.

Akt głosowania nie jest dla mnie więc działaniem politycznym. Dokonanie wyboru, na podstawie przesłanek tak przecież skąpych i wątpliwych, nie jest aktem racjonalnym, lecz czymś w rodzaju duchowego ćwiczenia. Zagłosowałem jakbym wiwatował na placu przed Luwrem, wołając „umarł król, niech żyje król”. Mój okrzyk nie ma znaczenia, lecz gdyby nikt nie krzyczał, nowy król nie stałby się królem.

Nie pozwalam sobie na pełne obrzydzenia zdystansowanie się od polityki, aby nie pozwolić sobie na zapomnienie, że przed Lewiatanem nie ma ucieczki. Jestem politikon zoon, jak każdy. Wewnętrzna emigracja, wewnętrzna pustelnia to ułudy, to oszukiwanie samego siebie, a, jak wiemy od La Rochefoucauld, nikomu tak łatwo nie pozwolamy się oszukać, jak sobie samym – na własne kłamstwa trzeba więc uważać szczególnie.

Z pewnym smutkiem stwierdzam, że de Maistre ma rację: człowiek był, jest i będzie rządzony. Wolałbym, aby było inaczej, chciałbym móc wierzyć, że możliwe jest objęcie zakresem człowieczej wolności również sfery politycznej, ale, niestety, tutaj akurat nie potrafię sam siebie okłamać. Nie wierzę zatem Thoreau i całemu łańcuchowi myślicieli po nim, dla których demokracja liberalna jest ostatecznym wyzwoleniem człowieka spod rządów, rozrzedzeniem władzy i zespoleniem rządzących i rządzonych w jedno. Podobnie zakładają chyba konserwatyści i reakcjoniści, z tą jedynie różnicą, że się im to nie podoba – jednak razem z miłośnikami demokracji wierzą w jej całkowicie odmienny od uprzednich form rządu charakter i znaczenie, uznając ją za „anty-porządek” i „anty-władzę” i „anty-państwo”.

Mnie zaś dziś demokracja liberalna wydaje się po prostu kolejnym ze wcieleń podstawowego archetypu, zakorzenionego w ludzkiej naturze, w samej istocie człowieka. Ma swoje mity i bóstwa, ciągle jeszcze żywe. Jest Lewiatanem, przed którym nie ma ucieczki.

Cytat na dziś XI – żadnych marzeń, panowie

Francesco Sforza stał się z prywatnego człowieka księciem Mediolanu, bo był człowiekiem oręża, a jego synowie wskutek unikania trudów i niewygód oręża zeszli z książąt na ludzi prywatnych. Albowiem oprócz innych przyczyn zła, jakie ściąga na siebie twa bezbronność, jest i ta, że stajesz się lekceważonym, co jest jedną z tych infamii, jakich książę musi unikać, jak o tym powie się poniżej. Albowiem mąż zbrojny nie może się równać z bezbronnym, a nie zgadza się z rozumem, aby uzbrojony dobrowolnie słuchał bezbronnego i aby bezbronny przebywał bezpiecznie między uzbrojonymi sługami; albowiem gdy jedna strona ma tylko wzgardę, a druga podejrzenie, niepodobna, by razem zgodnie działały.

To z czternastego rozdziału „Księcia”. Podkreślenie moje. Zasada opisana przez Machiavellego jest aktualna na kilku poziomach. Po pierwsze, ciągle obowiązuje w polityce, ale to raczej oczywiste. Obowiązuje jednak również w życiu społecznym: możliwość lekceważenia bezbronnych jest, moim zdaniem, zasadniczym powodem, dla którego pogrobowcy Krwawego Feliksa nie dopuszczają myśli o odebraniu im (tj. poli-milicji) uprawnień w zakresie reglamentacji dostępu do broni palnej. Nie tylko dlatego, że nie chcą jej dawać tzw. „zwykłym obywatelom”, których lekceważą – również po to, by mogli, niczym feudalny władca przywilejem, obdarować bronią palną tych, których nie lekceważą – gangsterów.

To tak na marginesie wypowiedzi Grzegorza Schetyny i Donalda Tuska, które ucinają płonne nadzieje środowisk strzeleckich, że projekt ustawy złożony w komisji Palikota może coś zmienić. Charakterystyczna jest zwłaszcza postawa Grzegorza Schetyny, pozwolę sobie tutaj zacytować za onet.pl:

Zdaniem b. szefa MSWiA ułatwienie dostępu do broni to zły kierunek. Schetyna nazwał absurdem pomysł, by zezwolenia na broń nie były już wydawane przez policję, lecz przez samorządy. – Nie będzie akceptacji dla takich zapisów – zapewnił.

Co, u Schetyny szczególnie, nie dziwi ani trochę.  Także: żadnych marzeń, panowie.

Bo to mezalians byłby dla psa

W pewnym sensie, dzisiejszy dzień przywitałem z ulgą – akt republikańskiej transcendencji zakończony. Polityczność, tak wezbrana w czasie dokonywania się tego skrutynium, nieco osłabnie, pozwoli skoncentrować się intelektualnie na innych kwestiach.

Przegrałem zakład z K., myliłem się, Tusk zapewne zostanie premierem nie tylko na billboardzie. Nie zmieniam jednak zdania na temat jego braku właściwości i sądzę, że przekonamy się o nim prędzej, niż się komuś może wydawać.
Nie zmieniam zdania również na temat potencjalnej historycznej wielkości Jarosława Kaczyńskiego – chociaż żubr się zadyszał, to Kaczyński swojej szansy na wielkość nie stracił. Polska nie wypuszcza go ze swych objęć.

O czym jeszcze warto przypominać, kiedy przychodzi odprężenie po wyborczym spazmie: nie zapominajmy o polityczności, nie folgujmy lenistwu iluzjami konsensusu, porozumienia ponad podziałami, jedności opartej nie na idei Polski, lecz na beztożsamości.
Należy mieć odwagę i powiedzieć zwycięskim wrogom to, co powiedział im Jarosław Marek Rymkiewicz dwanaście lat temu. Jeśli nad dosadność i celność przedkładamy maniery, to możemy porzucić pierwsze zdanie życzeń Rymkiewicza i przypomnieć zapomnianą końcówkę tego bonmotu: „I nie myślcie sobie, że jesteście Polsce potrzebni. Polska was nie potrzebuje.” Nawet jeśli jest was więcej, to i tak nie jesteście Polsce potrzebni.
To właśnie jest polityczność.

Polska nie potrzebuje zgody, nie potrzebuje konsensusu, nijakiej jedności. Polska potrzebuje politycznej wojny. Nie szukajmy płaszczyzny porozumienia, szukajmy raczej słabych punktów. Jedność – tylko przez zwycięstwo.
Tylko gnany politycznym sporem na śmierć i życie żubr nie zatrzyma się w biegu.

Gajusz Terencjusz Tusk

Muszę ze wstydem przyznać, że jestem zwolennikiem Donalda Tuska i gorącym wielbicielem jego talentu politycznego.

Oczywiście, Donald Tusk należy do gatunku polityków bez właściwości, politycznych hollow men, jeśli mogę spostponować Eliota tą najniższą z możliwych interpretacji „Wydrążonych ludzi”.
Takimi politykami wydrążonymi, którzy równie dobrze jak występować osobiście mogliby być reprezentowani przez wykonane z papier-maché fantomy, są Kwaśniewski, Marcinkiewicz, spora część drugiej linii polityków PiSu (tyle, że ci na dodatek są politykami wydrążonymi drugiego gatunku, zamiast gładkich buź dysponującymi tylko nalanymi gębami), większość polityków PO i oczywiście – Donald Tusk, z jego nieodpartym wdziękiem poczciwej normalności.

Jestem przekonany, że taki brak wyrazu, tożsamości, poglądów i właściwości jest zabójczy dla polityki i głęboko szkodliwy dla Polski. Polityczność, rozumiana jako republikanizm, oparty na zasadzie męskiej (nie kobiecej, jak dążąca do kompromisu i konsensusu polska miękka demokracja), na sporze, na światopoglądowej i jednocześnie patriotycznej tożsamości, wymaga jasnych tożsamości, wymaga charakterów, których politycy wydrążeni pozbawieni są całkowicie.

Dlaczego więc jestem, jak zadeklarowałem powyżej, gorącym zwolennikiem Donalda Tuska?
Dlatego, że Donald Tusk bardzo pilnie stara się zmarginalizować partię, która ostatnio w największym stopniu reprezentuje tę polityczną beztożsamość. Chodzi oczywiście o partię, której przewodzi, o Platformę Obywatelską. Czyni to chyba nieświadomie; tym niemniej, skutecznie.

Jak wiadomo, szeroka rzesza zwolenników PO jest dość mocno spolaryzowana – ci, którym serce bije po lewej stronie, głosują na PO przeciwko PiSowi, na rzecz koalicji z LiD. Druga grupa, dziś nieco mniejsza, głosuje na PO licząc, że umiarkowane PO w koalicji utemperuje nieco pisowskich radykałów i pójdą razem w kierunku, na jaki liczono przed dwoma laty. Te dwie grupy w zasadzie niewiele łączy, ich polityczne oczekiwania względem PO są sprzeczne, nie do pogodzenia. Można było ten podział rozgrywać sprawnie i do tej pory liderzy PO jakoś sobie z tym radzili, starannie unikając jasnych deklaracji co do powyborczych koalicji, pozwalając wyborcom hodować swoje nadzieje. Oczywiście, takie deklaracje nie mają przełożenia na faktyczny kształt przyszłych sojuszy, gdyż o tych zdecyduje dopiero nowy układ sił po wyborach – funkcją owych deklaracji jest profilowanie wizerunku partii, orientowanie jej – na potrzeby wyborców – na scenie politycznej, bez zmiany miejsca zajmowanego w spektrum prawica-lewica, partię można zwrócić, wokół własnej osi, w lewo lub w prawo.

Dziś rano Donald Tusk jednak przeszedł sam siebie; podkreślając swój brak tożsamości, ogłosił, iż PO jest gotowe zarówno na koalicję z LiD, jak i na koalicję z PiS. Tym samym, szerszej grupie zwolenników PO zorientowanym zdecydowanie przeciwko aktualnemu rządowi, Donald Tusk wysłał sygnał, aby zagłosowali raczej na LiD, jeśli chcą mieć pewność, że koalicji z PiS nie będzie. Zwolennikom PO-PiSu, którzy lewicą mogą się brzydzić, Donald Tusk doradził poparcie raczej PiSu, aby szanse na tę „post-solidarnościową” koalicję były większe.
Chapeau bas, monsieur Tusk.
Szef PO zapewne wyobraża sobie, że w ten sposób przeciwstawił się manewrowi Jarosława Kaczyńskiego, grającemu od paru dni na osłabienie PO kosztem słabej lewicy. Zdaje się, że Donald Tusk jest osobą o solidnej erudycji historycznej, więc osoba mu życzliwa mogłaby skomentować, iż jest to posunięcie w swej błyskotliwości porównywalne do taktyki Gajusza Terencjusza Warrona, którą tenże zastosował w bitwie pod Kannami. Warron, nacierając radośnie na cofające cię centrum armii kartagińskiej zapewne również nie przypuszczał, że robi dokładnie to, czego oczekuje odeń Hannibal. Skończyło się rzezią, ponieważ wielki Kartagińczyk cały czas panował nad polem bitwy.
Historia zna zresztą wielu wodzów, których zmysł taktyczny ograniczał się do umiejętności „podręcznikowego” reagowania na manewry przeciwnika – stratedzy tego sortu, nawet z przewagą i w ofensywie, nie są zdolni do strategicznej inicjatywy, a jako, że ich reakcje są przewidywalne, to zdolny dowódca przeciwnika w pewnym sensie panuje nie tylko nad swoimi żołnierzami, ale również nad wojskami przeciwnika.

Dlatego właśnie jestem gorącym zwolennikiem Donalda Tuska. Nikt lepiej niż on nie przegrywa potyczek, bitew i wojen, gwarantując, że ludzie wydrążeni ciągle pozostają na marginesie polskiej polityki, rozumianej jako walka o władzę i sprawowanie jej. Czasem znajdują się w centrum polityki rozumianej jako show – ciągle jednak pozostając tylko wykonawcami woli polityków autentycznych. Tusk jest tutaj w pewnym sensie wyjątkiem, jest człowiekiem wydrążonym, lecz samosterownym, w przeciwieństwie do Kwaśniewskiego, który był awatarem Michnika, czy Marcinkiewicza, będącego za czasów swojego premierostwa awatarem Kaczyńskiego. Na szczęście, właśnie ta jego samosterowność pozwala mi wierzyć, że „Prezydent Tusk”, czy nawet premier Tusk wydarzyć się może tylko na billboardzie.

Wzruszony Michalski o Kaczyńskim

Cezary Michalski pisze o końcu polityki historycznej w dzisiejszym „Dzienniku”. Zgadzam się z częścią zarzutów Michalskiego, zupełnie niepotrzebnie Komendant angażuje ludzi skompromitowanych zbyt aktywnym udziałem w strukturach satelickiego PRL. Nie jest to oczywiście poziom tego procederu, jaki praktykował Adam Michnik, który do swej piersi przytulał generałów, podczas kiedy Kaczyński rzuca ochłap kapralom, ale i tak jest niesmaczne.

Jednak, zupełnie nie rozumiem, jak można czynić zarzut Kaczyńskiemu z tego, że próbuje osłabić swojego najsilniejszego przeciwnika, PO, wzmacniając LiD.
Czyżby Michalski również rozumiał politykę jako sztukę gestów, nie sztukę realizacji celów? Zagranie na wzmocnienie słabego przeciwnika kosztem groźniejszego jest przecież elementarną częścią każdej strategii, wojennej, politycznej, biznesowej czy jeszcze innej, w sytuacji, w której występuje więcej niż jeden gracz.
Wzmacniając pozycję LiD, kosztem PO, Kaczyński zmniejsza szanse na powstanie po wyborach koalicji PO-LiD, zmniejszając tym samym szanse na dojście lewicy do władzy. Czy powinien takiego działania zaniechać z powodu moralnego obrzydzenia względem Kwaśniewskiego (który, oczywiście, obrzydliwy jest) , którego to obrzydzenia jednak zdają się nie podzielać Tusk czy Komorowski i pozwolić aby ten moralnie obrzydliwy Kwaśniewski został premierem?
Wrażliwość moralna Michalskiego zdaje się być wewnętrznie sprzeczna.

Michalski jest oburzony, że Kaczyński rozgrywa Kwaśniewskiego przeciwko Tuskowi, uważając to za niegodne, za „odejście od ideałów sierpnia” nie oburza zaś go oczywista po zwycięstwie PO koalicja Tuska z Kwaśniewskim. Mnie nie oburza ani jedno, ani drugie, bom do oburzeń niezbyt skłonny, ale skoro Cezary Michalski jest tak moralnie pobudzony, to mógłby posiadać wrażliwość jednak bardziej uniwersalną albo większą przenikliwość.

Dalej Michalski wzrusza się i zasmuca, że gra Kaczyńskiego nie ma już dziś nic wspólnego z emocjami stanu wojennego. Witamy na ziemi, panie redaktorze! Dopiero teraz się pan redaktor połapał, że Rosjanie już raczej nie wejdą a Jaruzelski jest na emeryturze? Stan wojenny wydarzył się ćwierć wieku temu z kawałkiem i polityk, kierujący się dziś emocjami sprzed dwudziestu sześciu lat nie wystawiałby swojemu intelektowi zbyt dobrego świadectwa. Czy zgodzi się pan redaktor, że emocje z bitwy pod Mątwami również się nieco już przeterminowały?

Na koniec, Michalski wytacza swe najcięższe działo. Kaczyński „emocjami stanu wojennego” gra na zimno. Tutaj pan redaktor przekroczył granice groteski. Czyżby chciał, aby politycy wierzyli we własną propagandę? Myślę, że nawet w tej zasadniczo upośledzonej intelektualnie grupie społecznej, jaką są politycy, takich idiotów jest niewielu. Michalski jest wielbicielem demokracji i liberalnego konsensusu – jakim cudem może więc zarzucać komuś, że sprawnie i racjonalnie posługuje się jednym na podstawowych narzędzi demokratycznej polityki?

A że Komendant gada bzdury, gadając o tym, że koalicja PO i LiD będzie jak stan wojenny? Oczywiście, że to bzdury, równie dobrze ktoś mógłby mówić, że koalicja PSL i PiS będzie jak rozbicie dzielnicowe, a koalicja PO i PiS jak henrykowskie pacta conventa, potop szwedzki albo śmierć króla Władysława pod Warną. Czy jakieś inne wydarzenie historyczne.
Jednak semantyczną bzdurą jest w zasadzie każde działanie propagandowe. Hasła nic nie znaczą, nic nie znaczą hasła PO o „spokoju” i „budowaniu”, hasła nie odwołują się przecież do inteligencji adresata, lecz mają działać na emocje. Hasła wyborcze ocenia się pod względem ich skuteczności, nie sensu. Z tego punktu widzenia, wygłoszenie bzdury o koalicji stanu wojennego nie jest zagraniem genialnym, ani nawet szczególnie mądrym, ale też nie jest jakimś strasznym kiksem. Nie jest szczególnie skuteczne, ale na pewno nie jest przeciwskuteczne.
Na brak skuteczności Komendant jednak nie narzeka. Od 1989 roku żaden polityk z taką łatwością nie kontrolował całego politycznego spektaklu w Polsce.

Jarosław, Cat Jarosława

Jarosław Marek Rymkiewicz udzielił bardzo interesującego wywiadu „Rzeczpospolitej”, reprezentowanej przez bezradną trochę wobec osobowości poety Joannę Lichocką.

Lektura sprawiła mi ogromną frajdę. Rymkiewicz robi coś niesłychanego: intelektualista pierwszej ligi, mówi, że „wszystko co robi Jarosław Kaczyński, jest dobre dla Polski, włączając w to nawet jego błędy”.

Nie jest to postawa serwilistyczna, jak u chociażby, toutes proportions gardées, Rosiewicza, który, odrzucony przez artystyczne salony i saloniki, robi z siebie idiotę na scenie, śpiewając dla PiSu jakieś potworne, propagandowe szlagiery. Czy jak – aby dodać dla odpowiedniej symetrii, całego legionu artystów, zakładających, że w chórze moralnie oburzonych ostrzegaczy przed totalitaryzmem ich głosu zabraknąć nie może. Czy tych, którzy pięćdziesiąt lat temu pisali o „nowego człowieczeństwa Adamach”, co nie tylko pomogło w karierze za peerelu, ale utorowało również drogę na salony najwyższe, międzynarodowe.

Rymkiewiczowi Jarosław Kaczyński nie jest do niczego potrzebny. Nie może dać mu niczego, czego Rymkiewicz już by nie posiadał, ani odebrać tego, co Rymkiewicz już ma.
Określając Kaczyńskiego mianem największego polskiego polityka od śmierci Piłsudskiego, Rymkiewicz dokonuje zaś aktu wielokrotnie odgrywanego w historii – bezinteresownego zawierzenia artysty względem wielkiej, politycznej osobowości. Nie – polityka, lecz właśnie osobowości.
Takich przykładów w historii europejskiej kultury jest bardzo wiele, chociaż oczywiście o wiele mniej, niż przykładów artystycznego serwilizmu, pełnionego z nadzieją na stypendium lub grant.
Najlepiej jednak odwołać się do przykładu, który z postawą Rymkiewicza kojarzy mi się najbliżej: to hołd, jaki Stanisław „Cat” Mackiewicz złożył Józefowi Piłsudskiemu, namaszczając go po swojemu na kandydata do korony polskiej. Bezinteresowności intencji Mackiewicza łatwo dowieść, przypominając jego wizytę w Berezie Kartuskiej – umiłowanie dla Piłsudskiego nie przekładała się u Cata na atencję dla piłsudczyków, którzy zaliczali się raczej, poza paroma świetnymi wyjątkami, do ludzi nieciekawego formatu. Rymkiewicz tego nie mówi, ale trudno mi uwierzyć, aby mógł darzyć atencją ten zastęp beznadziejnych kreatur, robiących w telewizji za tzw. „twarze PiSu”, albo nawet drugiego – nijakiego, niezdarnego i nieudanego brata.

Rymkiewiczowi obcy jest panujący w szeregach ćwierćinteligentów wstręt wobec polityki. Najlepszą metodą na przypisanie się do gatunku ludzi lepszych jest dziś deklarowanie obrzydzenia do polityczności jako takiej, do walki o władzę, które to deklarowane obrzydzenie ma w założeniu kreować widoczną, moralną wyższość obrzydzonego, a w rzeczywistości świadczy wyłącznie o jego naiwności. Jedyną wizją Polski, na jaką stać idoli przeciętnego wykształciucha, jest jakaś wizja burżuazyjnej zasobności, z polityką zredukowaną do funkcji zarządzania redystrybucją niezbyt wysokich i niezbyt niskich podatków. Pokochał taką niską wizję Polski nawet Cezary Michalski, ze swoją obsesją centrum i liberalnego minimum, tymczasem Polska potrzebuje głębokiej polityczności, aby trwać. Polska albo będzie wielka, albo nie będzie jej wcale, zostanie tylko dystrykt polskojęzyczny, uwięziony między autostradami, supermarketami i pomnikami Jana Pawła II. Bez politycznej walki na śmierć i życie, bez politycznej krwi, Polska straci tę niewielką szansą, jaką jeszcze posiada, na bycie czymś więcej niż tylko zapyziałą prowincją, ciułającą swoje grosiki na drodze do raju mieszczańskiej, tandetnej zamożności.

Warto dodać, że Rymkiewicza uwielbienie dla Jarosława Kaczyńskiego nie ma charakteru ideologicznego. Rymkiewicz nie wielbi Kaczyńskiego za to, że ten ma jakieś wyjątkowo celne i bardzo określone poglądy, w domyśle prawicowe. Kaczyński poglądów prawicowych raczej nie posiada, lokując się w jakimś wygodnym i raczej nieokreślonym centrum, z wyraźną afirmacją wartości post-rewolucyjnych. Światopogląd Kaczyńskiego ma jednak, w ogóle, znaczenie drugorzędne. Poglądem Jarosława Kaczyńskiego jest Polska i dlatego Kaczyński jest mężem stanu.
Polityczny charakter Kaczyńskiego nie jest zdefiniowany ideologią, lecz racją stanu – i dlatego, w istocie, projekt IV RP nie jest projektem „Polski prawicowej”, czy „Polski katolickiej” – jest projektem „Polski w ogóle”, zamiast „Polski na niby”. Tutaj Kaczyński również powtarza drogę Marszałka.

Pytanie brzmi, czy Kaczyński podoła odpowiedzialności, jaką na jego barki wkłada Rymkiewicz? Czy okaże się godzien tego wspaniałego, literackiego hołdu, jaki mu Rymkiewicz w swoim średniowiecznym geście składa?

Tego nie wiemy i nie dowiemy się, póki nie obróci się karta w książce Historii.
Marszałek Piłsudski, sam, osobiście, bez wątpienia uratowałby Polskę przed wyborem najgorszego z wszystkich możliwych rozwiązań konfliktu z Niemcami lub Rosją, nieuniknionego, bo wynikającego z geopolitycznej nierównowagi. Jednak, w 1939 Marszałek już nie żył, a za swojego życia nie zdołał wychować następcy i w Polsce w roku 1939 nie było u władzy nikogo, kto potrafiłby Polskę przeprowadzić przez nadchodzący tumult.

Bez wątpienia, o czym sam Rymkiewicz mówi, Kaczyński popełnia wiele błędów. Ale to właśnie ta wielkość, o której pisze Rymkiewicz, zdecydowała, że zdecydował się ogłosić moje wyraźne votum separatum w momencie odejścia Marka Jurka, chociaż uważam, że w kwestii meritum sporu, rację miał ten ostatni a środowisko skupione wokół Marka Jurka jest mi w ogóle światopoglądowo bardzo bliskie. Jednak Polska to coś więcej.