Francesco Sforza stał się z prywatnego człowieka księciem Mediolanu, bo był człowiekiem oręża, a jego synowie wskutek unikania trudów i niewygód oręża zeszli z książąt na ludzi prywatnych. Albowiem oprócz innych przyczyn zła, jakie ściąga na siebie twa bezbronność, jest i ta, że stajesz się lekceważonym, co jest jedną z tych infamii, jakich książę musi unikać, jak o tym powie się poniżej. Albowiem mąż zbrojny nie może się równać z bezbronnym, a nie zgadza się z rozumem, aby uzbrojony dobrowolnie słuchał bezbronnego i aby bezbronny przebywał bezpiecznie między uzbrojonymi sługami; albowiem gdy jedna strona ma tylko wzgardę, a druga podejrzenie, niepodobna, by razem zgodnie działały.
To z czternastego rozdziału “Księcia”. Podkreślenie moje. Zasada opisana przez Machiavellego jest aktualna na kilku poziomach. Po pierwsze, ciągle obowiązuje w polityce, ale to raczej oczywiste. Obowiązuje jednak również w życiu społecznym: możliwość lekceważenia bezbronnych jest, moim zdaniem, zasadniczym powodem, dla którego pogrobowcy Krwawego Feliksa nie dopuszczają myśli o odebraniu im (tj. poli-milicji) uprawnień w zakresie reglamentacji dostępu do broni palnej. Nie tylko dlatego, że nie chcą jej dawać tzw. “zwykłym obywatelom”, których lekceważą – również po to, by mogli, niczym feudalny władca przywilejem, obdarować bronią palną tych, których nie lekceważą – gangsterów.
To tak na marginesie wypowiedzi Grzegorza Schetyny i Donalda Tuska, które ucinają płonne nadzieje środowisk strzeleckich, że projekt ustawy złożony w komisji Palikota może coś zmienić. Charakterystyczna jest zwłaszcza postawa Grzegorza Schetyny, pozwolę sobie tutaj zacytować za onet.pl:
Zdaniem b. szefa MSWiA ułatwienie dostępu do broni to zły kierunek. Schetyna nazwał absurdem pomysł, by zezwolenia na broń nie były już wydawane przez policję, lecz przez samorządy. – Nie będzie akceptacji dla takich zapisów – zapewnił.
Co, u Schetyny szczególnie, nie dziwi ani trochę. Także: żadnych marzeń, panowie.
Ukazał się nowy numer “Czasu Fantastyki”, a w nim mój esej, będący komentarzem do historii kontrfaktycznej, którą napisałem na zorganizowany przez Narodowe Centrum Kultury konkurs “Zwrotnice czasu“.
Cały tekst można przeczytać tutaj.
W pewnym sensie, dzisiejszy dzień przywitałem z ulgą – akt republikańskiej transcendencji zakończony. Polityczność, tak wezbrana w czasie dokonywania się tego skrutynium, nieco osłabnie, pozwoli skoncentrować się intelektualnie na innych kwestiach.
Przegrałem zakład z K., myliłem się, Tusk zapewne zostanie premierem nie tylko na billboardzie. Nie zmieniam jednak zdania na temat jego braku właściwości i sądzę, że przekonamy się o nim prędzej, niż się komuś może wydawać.
Nie zmieniam zdania również na temat potencjalnej historycznej wielkości Jarosława Kaczyńskiego – chociaż żubr się zadyszał, to Kaczyński swojej szansy na wielkość nie stracił. Polska nie wypuszcza go ze swych objęć.
O czym jeszcze warto przypominać, kiedy przychodzi odprężenie po wyborczym spazmie: nie zapominajmy o polityczności, nie folgujmy lenistwu iluzjami konsensusu, porozumienia ponad podziałami, jedności opartej nie na idei Polski, lecz na beztożsamości.
Należy mieć odwagę i powiedzieć zwycięskim wrogom to, co powiedział im Jarosław Marek Rymkiewicz dwanaście lat temu. Jeśli nad dosadność i celność przedkładamy maniery, to możemy porzucić pierwsze zdanie życzeń Rymkiewicza i przypomnieć zapomnianą końcówkę tego bonmotu: “I nie myślcie sobie, że jesteście Polsce potrzebni. Polska was nie potrzebuje.” Nawet jeśli jest was więcej, to i tak nie jesteście Polsce potrzebni.
To właśnie jest polityczność.
Polska nie potrzebuje zgody, nie potrzebuje konsensusu, nijakiej jedności. Polska potrzebuje politycznej wojny. Nie szukajmy płaszczyzny porozumienia, szukajmy raczej słabych punktów. Jedność – tylko przez zwycięstwo.
Tylko gnany politycznym sporem na śmierć i życie żubr nie zatrzyma się w biegu.
Muszę ze wstydem przyznać, że jestem zwolennikiem Donalda Tuska i gorącym wielbicielem jego talentu politycznego.
Oczywiście, Donald Tusk należy do gatunku polityków bez właściwości, politycznych hollow men, jeśli mogę spostponować Eliota tą najniższą z możliwych interpretacji “Wydrążonych ludzi”.
Takimi politykami wydrążonymi, którzy równie dobrze jak występować osobiście mogliby być reprezentowani przez wykonane z papier-maché fantomy, są Kwaśniewski, Marcinkiewicz, spora część drugiej linii polityków PiSu (tyle, że ci na dodatek są politykami wydrążonymi drugiego gatunku, zamiast gładkich buź dysponującymi tylko nalanymi gębami), większość polityków PO i oczywiście – Donald Tusk, z jego nieodpartym wdziękiem poczciwej normalności.
Jestem przekonany, że taki brak wyrazu, tożsamości, poglądów i właściwości jest zabójczy dla polityki i głęboko szkodliwy dla Polski. Polityczność, rozumiana jako republikanizm, oparty na zasadzie męskiej (nie kobiecej, jak dążąca do kompromisu i konsensusu polska miękka demokracja), na sporze, na światopoglądowej i jednocześnie patriotycznej tożsamości, wymaga jasnych tożsamości, wymaga charakterów, których politycy wydrążeni pozbawieni są całkowicie.
Dlaczego więc jestem, jak zadeklarowałem powyżej, gorącym zwolennikiem Donalda Tuska?
Dlatego, że Donald Tusk bardzo pilnie stara się zmarginalizować partię, która ostatnio w największym stopniu reprezentuje tę polityczną beztożsamość. Chodzi oczywiście o partię, której przewodzi, o Platformę Obywatelską. Czyni to chyba nieświadomie; tym niemniej, skutecznie.
Jak wiadomo, szeroka rzesza zwolenników PO jest dość mocno spolaryzowana – ci, którym serce bije po lewej stronie, głosują na PO przeciwko PiSowi, na rzecz koalicji z LiD. Druga grupa, dziś nieco mniejsza, głosuje na PO licząc, że umiarkowane PO w koalicji utemperuje nieco pisowskich radykałów i pójdą razem w kierunku, na jaki liczono przed dwoma laty. Te dwie grupy w zasadzie niewiele łączy, ich polityczne oczekiwania względem PO są sprzeczne, nie do pogodzenia. Można było ten podział rozgrywać sprawnie i do tej pory liderzy PO jakoś sobie z tym radzili, starannie unikając jasnych deklaracji co do powyborczych koalicji, pozwalając wyborcom hodować swoje nadzieje. Oczywiście, takie deklaracje nie mają przełożenia na faktyczny kształt przyszłych sojuszy, gdyż o tych zdecyduje dopiero nowy układ sił po wyborach – funkcją owych deklaracji jest profilowanie wizerunku partii, orientowanie jej – na potrzeby wyborców – na scenie politycznej, bez zmiany miejsca zajmowanego w spektrum prawica-lewica, partię można zwrócić, wokół własnej osi, w lewo lub w prawo.
Dziś rano Donald Tusk jednak przeszedł sam siebie; podkreślając swój brak tożsamości, ogłosił, iż PO jest gotowe zarówno na koalicję z LiD, jak i na koalicję z PiS. Tym samym, szerszej grupie zwolenników PO zorientowanym zdecydowanie przeciwko aktualnemu rządowi, Donald Tusk wysłał sygnał, aby zagłosowali raczej na LiD, jeśli chcą mieć pewność, że koalicji z PiS nie będzie. Zwolennikom PO-PiSu, którzy lewicą mogą się brzydzić, Donald Tusk doradził poparcie raczej PiSu, aby szanse na tę “post-solidarnościową” koalicję były większe.
Chapeau bas, monsieur Tusk.
Szef PO zapewne wyobraża sobie, że w ten sposób przeciwstawił się manewrowi Jarosława Kaczyńskiego, grającemu od paru dni na osłabienie PO kosztem słabej lewicy. Zdaje się, że Donald Tusk jest osobą o solidnej erudycji historycznej, więc osoba mu życzliwa mogłaby skomentować, iż jest to posunięcie w swej błyskotliwości porównywalne do taktyki Gajusza Terencjusza Warrona, którą tenże zastosował w bitwie pod Kannami. Warron, nacierając radośnie na cofające cię centrum armii kartagińskiej zapewne również nie przypuszczał, że robi dokładnie to, czego oczekuje odeń Hannibal. Skończyło się rzezią, ponieważ wielki Kartagińczyk cały czas panował nad polem bitwy.
Historia zna zresztą wielu wodzów, których zmysł taktyczny ograniczał się do umiejętności “podręcznikowego” reagowania na manewry przeciwnika – stratedzy tego sortu, nawet z przewagą i w ofensywie, nie są zdolni do strategicznej inicjatywy, a jako, że ich reakcje są przewidywalne, to zdolny dowódca przeciwnika w pewnym sensie panuje nie tylko nad swoimi żołnierzami, ale również nad wojskami przeciwnika.
Dlatego właśnie jestem gorącym zwolennikiem Donalda Tuska. Nikt lepiej niż on nie przegrywa potyczek, bitew i wojen, gwarantując, że ludzie wydrążeni ciągle pozostają na marginesie polskiej polityki, rozumianej jako walka o władzę i sprawowanie jej. Czasem znajdują się w centrum polityki rozumianej jako show – ciągle jednak pozostając tylko wykonawcami woli polityków autentycznych. Tusk jest tutaj w pewnym sensie wyjątkiem, jest człowiekiem wydrążonym, lecz samosterownym, w przeciwieństwie do Kwaśniewskiego, który był awatarem Michnika, czy Marcinkiewicza, będącego za czasów swojego premierostwa awatarem Kaczyńskiego. Na szczęście, właśnie ta jego samosterowność pozwala mi wierzyć, że “Prezydent Tusk”, czy nawet premier Tusk wydarzyć się może tylko na billboardzie.
Cezary Michalski pisze o końcu polityki historycznej w dzisiejszym “Dzienniku”. Zgadzam się z częścią zarzutów Michalskiego, zupełnie niepotrzebnie Komendant angażuje ludzi skompromitowanych zbyt aktywnym udziałem w strukturach satelickiego PRL. Nie jest to oczywiście poziom tego procederu, jaki praktykował Adam Michnik, który do swej piersi przytulał generałów, podczas kiedy Kaczyński rzuca ochłap kapralom, ale i tak jest niesmaczne.
Jednak, zupełnie nie rozumiem, jak można czynić zarzut Kaczyńskiemu z tego, że próbuje osłabić swojego najsilniejszego przeciwnika, PO, wzmacniając LiD.
Czyżby Michalski również rozumiał politykę jako sztukę gestów, nie sztukę realizacji celów? Zagranie na wzmocnienie słabego przeciwnika kosztem groźniejszego jest przecież elementarną częścią każdej strategii, wojennej, politycznej, biznesowej czy jeszcze innej, w sytuacji, w której występuje więcej niż jeden gracz.
Wzmacniając pozycję LiD, kosztem PO, Kaczyński zmniejsza szanse na powstanie po wyborach koalicji PO-LiD, zmniejszając tym samym szanse na dojście lewicy do władzy. Czy powinien takiego działania zaniechać z powodu moralnego obrzydzenia względem Kwaśniewskiego (który, oczywiście, obrzydliwy jest) , którego to obrzydzenia jednak zdają się nie podzielać Tusk czy Komorowski i pozwolić aby ten moralnie obrzydliwy Kwaśniewski został premierem?
Wrażliwość moralna Michalskiego zdaje się być wewnętrznie sprzeczna.
Michalski jest oburzony, że Kaczyński rozgrywa Kwaśniewskiego przeciwko Tuskowi, uważając to za niegodne, za “odejście od ideałów sierpnia” nie oburza zaś go oczywista po zwycięstwie PO koalicja Tuska z Kwaśniewskim. Mnie nie oburza ani jedno, ani drugie, bom do oburzeń niezbyt skłonny, ale skoro Cezary Michalski jest tak moralnie pobudzony, to mógłby posiadać wrażliwość jednak bardziej uniwersalną albo większą przenikliwość.
Dalej Michalski wzrusza się i zasmuca, że gra Kaczyńskiego nie ma już dziś nic wspólnego z emocjami stanu wojennego. Witamy na ziemi, panie redaktorze! Dopiero teraz się pan redaktor połapał, że Rosjanie już raczej nie wejdą a Jaruzelski jest na emeryturze? Stan wojenny wydarzył się ćwierć wieku temu z kawałkiem i polityk, kierujący się dziś emocjami sprzed dwudziestu sześciu lat nie wystawiałby swojemu intelektowi zbyt dobrego świadectwa. Czy zgodzi się pan redaktor, że emocje z bitwy pod Mątwami również się nieco już przeterminowały?
Na koniec, Michalski wytacza swe najcięższe działo. Kaczyński “emocjami stanu wojennego” gra na zimno. Tutaj pan redaktor przekroczył granice groteski. Czyżby chciał, aby politycy wierzyli we własną propagandę? Myślę, że nawet w tej zasadniczo upośledzonej intelektualnie grupie społecznej, jaką są politycy, takich idiotów jest niewielu. Michalski jest wielbicielem demokracji i liberalnego konsensusu – jakim cudem może więc zarzucać komuś, że sprawnie i racjonalnie posługuje się jednym na podstawowych narzędzi demokratycznej polityki?
A że Komendant gada bzdury, gadając o tym, że koalicja PO i LiD będzie jak stan wojenny? Oczywiście, że to bzdury, równie dobrze ktoś mógłby mówić, że koalicja PSL i PiS będzie jak rozbicie dzielnicowe, a koalicja PO i PiS jak henrykowskie pacta conventa, potop szwedzki albo śmierć króla Władysława pod Warną. Czy jakieś inne wydarzenie historyczne.
Jednak semantyczną bzdurą jest w zasadzie każde działanie propagandowe. Hasła nic nie znaczą, nic nie znaczą hasła PO o “spokoju” i “budowaniu”, hasła nie odwołują się przecież do inteligencji adresata, lecz mają działać na emocje. Hasła wyborcze ocenia się pod względem ich skuteczności, nie sensu. Z tego punktu widzenia, wygłoszenie bzdury o koalicji stanu wojennego nie jest zagraniem genialnym, ani nawet szczególnie mądrym, ale też nie jest jakimś strasznym kiksem. Nie jest szczególnie skuteczne, ale na pewno nie jest przeciwskuteczne.
Na brak skuteczności Komendant jednak nie narzeka. Od 1989 roku żaden polityk z taką łatwością nie kontrolował całego politycznego spektaklu w Polsce.