Ukazały się już jakiś czas temu nowe “Opcje”, a w nich m.in. mój tekst o “Życiu i losie” Grossmana, który prezentuję poniżej. A poza tym np. felieton Krzysztofa Łęckiego, z bardzo fajnym post-scriptum. Polecam.
Powieść o ludziach radzieckich. „Życie i los” Wassilija Grossmana.
Opcje nr 3/2009
Cóż to za dziwny świat: aby przydać wagi powieści Grossmana, przywołuje się często w recenzjach to, że inspirował się nią Littell, autor „Łaskawych”. A przecież nie jest to sytuacja jak z zależnością między „Siedmioma samurajami” Kurosawy a westernem „Siedmiu wspaniałych”, gdzie porównujemy zależność dwóch dzieł wybitnych. Tutaj jest inaczej: książka Littella to dobre, wakacyjne czytadło, taki historyczny Stephen King dla amatorów jatek i historii. Sprawnie napisana, obszerna tak, aby wystarczyła nawet na długi, leniwy urlop na plaży. Epatująca krwią, horrorem w sposób mocny a jednocześnie taki, w jaki sposób śmiercią epatuje horror typu gore – hałdy trupów u Littella trzeba wziąć w nawias konwencji, podobnie jak sceny erotycznych wybryków głównego bohatera. Zapewnia czytelnikowi Littell rozkoszne poczucie totalnej imersji, czujemy się jak nastolatek przy lekturze przygód Tomka Wilmowskiego, od książki nie można się oderwać, podążamy za losami doktora Aue z wypiekami na twarzy, ale przecież wiemy, że to wszystko nie jest na serio, że to taki nazistowski Indiana Jones dla nieco starszych dzieci – zamiast archeologii doktor Aue dowodzi nam swego wyrafinowania w zamiłowaniu do sztuki. Kiedy zamkniemy ostatnią stronę – nie pozostaje nic. Nie ma u Littella wielkiej literatury – jest świetne czytadło, które nie mówi nam o człowieku, o jego kondycji niczego, czego byśmy wcześniej nie słyszeli już tysiąc razy. Nie dotyka najważniejszych problemów ludzkiej egzystencji – zaledwie udaje, tak, jak film akcji udaje czasem, że boryka się z trudną tematyką np. rasizmu, po to tylko, by aktorzy mieli o czym mówić w wywiadach.
Oczywiście, nie każda powieść musi się zajmować najpoważniejszymi pytaniami, nie można przecież czytać wyłącznie dialogów Naphty i Settembriniego z „Czarodziejskiej góry” – rzecz w tym, że „Życie i los” Grossmana właśnie te pytania zadaje, . O człowieka tytułowe życie i o człowieczy tytułowy los, o człowiecze bycie grudką błota, która przykleja się do gąsienic czołgów, robiących historię, o to, jak niewiele znaczy człowiek, kiedy staje przed kolektywnymi ludźmi.
Oczywiście, słyszeliśmy już wiele razy te pytania i słyszeliśmy już wiele odpowiedzi – rzecz w tym, że Grossman zadaje je prawdziwie, prawdziwie w sensie literackiej uczciwości, rzetelności, zgodnie z surowym etosem rosyjskiego narodnika, eserowca, każdego z tych inteligentów sprzed stu lat, którzy nawet sobie nie wyobrażali gdzie doprowadzić mogłaby ich tołstojowska szlachetność, uczciwość i mądrość, gdyby tylko zerwano ciążące im carskie okowy. Porównywać tę książkę do „Łaskawych” – można, ale można też, zachowując proporcję, porównać ją do „Czterech pancernych i psa” Przymanowskiego. Nic z takich porównań nie wynika, nie wystawia się do wyścigów żaby i wróbla.
Rzecz nie w czynieniu rankingów – ale gdyby ktoś chciał, to bez wątpienia można Grossmana wymieniać jednym tchem z Sołżenicynem, Bułhakowem, Wieniediktem Jerofiejewem, z tymi, którzy rosyjską literaturę XX wieku uczynili wielką. I pamiętać można przy tym, że XX-to wieczna rosyjska literatura wcale nie zmalała od czasów Dostojewskiego i Tołstoja.
Warto szukać odpowiedzi na pytania o Rosję. Nie dla zasady „know your enemy”, chociaż oczywiście polskiej racji stanu nie obciążona idiosynkrazjami znajomość Rosji przysłuży się lepiej niż zbiór kompleksów, uprzedzeń, pogardy i prostej, uzasadnionej historycznie nienawiści. Ale warto szukać odpowiedzi na pytania o Rosję, bo rosyjskie paradoksy są pasjonujące same przez się, bez względu na potrzeby bieżącej polityki.
Naturalnymi sposobami znalezienia odpowiedzi na te pytania są podróże. Nie z wszystkich podróży coś wynika, z większości nie wynika nic, bo też nie każdy może być markizem de Custine, tak jak nie każdy korespondent z Waszyngtonu jest Tocquevillem.
Pytanie więc, jak należy podróżować? Bronisław Malinowski rozpoczynając „Argonautów zachodniego Pacyfiku” informuje nas, że są dwa rodzaje poznania obcego kulturowo świata, jeden możliwy jeśli pobyt w danym kraju nie jest zbyt długi, kiedy nadmiar szczegółów nie zasłania nam ogółu, drugi dopiero po tym, jak wsiąknie się w kulturę na dobre i kiedy z na zebranych obserwacjach można dokonać wiarygodnej syntezy.
Przyjmując tę zasadę, zrozumiałem jakiś czas temu, że mimo niegasnącej fascynacji, lektur i wizyt, niewiele mam do powiedzenia na temat Rosji jako takiej. Łatwo mogę falsyfikować głupawe, a częste u polskich dziennikarzy, mętne banialuki o „strasznym imperium” tudzież o „wiecznie pijanych Rosjanach z harmoszkami”, mogę śmiać się z leczenia polskich kompleksów przez budowanie poczucia cywilizacyjnej wyższości nad „ruskimi kałmukami”, o czym dobry tekst opublikował kiedyś w Rzeczpospolitej Piotr Skwieciński. Ale kiedy miałbym spróbować Rosję wyjaśnić, nie mam nic do powiedzenia. Mógłbym zsyntetyzować wspomnienia z podróży, z tego jednak czytelnik mógłby się czegoś dowiedzieć o mnie, ale o Rosji nic zgoła, bo byłem tam, wracając do Malinowskiego, jednocześnie zbyt długo i zbyt krótko. Bo jaką odpowiedzią jest Rosja z okien transsybu?
Kawiarenka internetowa pod pomnikiem Lenina w Irkucku. Rozkosz opalanej drewnem bani po trzech z okładem dobach w pociągu, z wodą z syberyjskiego strumienia, pachnącej brzozowym dymem i tanim mydłem. Luksusowe, japońskie samochody z kierownicą po prawej stronie, których nad Bajkałem jest więcej, niż dostosowanych do prawostronnego ruchu ład, wołg i uazów. Kreml, kawiarnia na Arbacie, pomnik Puszkina, Żukowa na Placu Czerwonym. Zakutane w chusty i kabaty babuleńki sprzedające gorące kartoszki w foliowych torebkach na syberyjskich stacyjkach, gdzie transsyb zatrzymuje się na parę minut tylko, wrzątek w samowarze w każdym wagonie, prowadnica, reprezentująca w tymże wagonie powagę władzy. To tylko klisze, to Rosja odzwierciedlona, nie prawdziwa, to Rosja jaką chciałby widzieć polski czytelnik, niemal jak z zabawnych reklam telefonii komórkowej.
I kiedy szukałem odpowiedzi na to prywatne, własne pytanie o Rosję, znalazłem tylko jedną odpowiedź. Niedoskonałą, nie wyczerpującą tematu i trudną do oddania w tekście, bo zasadzającą się na osobistym i ulotnym doświadczeniu – ale sądzę, że nawet taka odpowiedź jest lepsza, niż powtarzanie banałów. Odpowiedź bez syntezy, impresję zaledwie – ale to i tak więcej, niż zrozumiałem podczas wszystkich moich podróży po Rosji.
Znalazłem ją daleko za kołem podbiegunowym, na siedemdziesiątym ósmym równoleżniku, na dodatek na terytorium norweskim, z norweską suwerennością ograniczoną traktatem paryskim – czyli na Spitsbergenie, zwanym przez Norwegów Svalbardem. Traktat, podpisany w latach dwudziestych, przyznał ten polarny, acz ogrzewany Golfsztromem i dlatego do pewnego stopnia wolny od lodu archipelag Norwegii, z zastrzeżeniem, że wszystkie inne państwa-sygnatariusze traktatu, mają prawo prowadzić na Svalbardzie dowolną działalność gospodarczą. Z prawa tego korzystają w zasadzie tylko Rosjanie, utrzymując górniczą osadę Barentsburg – i to w Barenstburgu znalazłem jakiś okruch prawdy o Rosji.
Nie historia tej polarnej osady jest tutaj ważna, bo zupełnie nie odpowiada historii Rosji – Barentsburg zakładali Amerykanie i Holendrzy, w latach dwudziestych zręby osady wykupił sowiecki Trust Arktikugol, w latach trzydziestych rozpoczęto wydobycie węgla, potem na ewakuowaną osadę spadły pociski z dział pancernika Tirpitz a po wojnie odbudowano ją w takiej postaci, w jakiej można ją dziś oglądać. W apogeum sowieckiej obecności na Spitsbergenie w Barentsburgu była wielka szklarnia, służąca z jednej strony jako źródło świeżych warzyw, z drugiej jako miejsce, w którym sowieccy górnicy – Rosjanie i Ukraińcy z Doniecka – mogli odpocząć od surowego krajobrazu tundry. Były obory, chlewy i kurniki, piekarnia, duży ośrodek sportowy z boiskiem i basenem. Bloki mieszkalne z żółtawej, dziwnej cegły. Ten stary Barentsburg oglądam przez obiektyw sowieckiego fotografika, który w 1979 roku wydał Moskwie album pod tytułem „Szpicbergen: strana ostrich gor”. Jeszcze sprzed apogeum świetności, jeszcze na wznoszącej fali – widać rozpoczęte budowy, najbardziej spektakularne budynki dopiero wyrastają, po odśnieżonych uliczkach przechadzają się szczupli, weseli mężczyźni w jaskrawych kurtkach lub szarych płaszczach, w kosmatych czapkach z syberyjskiego psa na głowie. Mój ojciec miał kiedyś taką samą czapkę, pamiętam, zdjęcia z albumu robiono jeszcze przed moimi narodzinami, chociaż niedługo przed, rok może. Dziś już jej nie nosi. A mężczyźni na zdjęciach noszą polarnicze brody lub wąsy, włosy mają przydługie, dzieci zaś wszystkie, naprawdę wszystkie, są pyzate, rumiane i zdrowe. I tutaj trudno doszukać się propagandowego fałszerstwa, bo jest tych dzieci na zdjęciach mnóstwo, tak wiele, że ze szczupłej, barentsburskiej dziecięcej populacji nie mógł fotograf po prostu wybrać dzieci najładniejszych. Może to polarny klimat tak służył tym płowowłosym chłopcom i dziewczynkom z warkoczykami ujętymi w wielkie, czarne kokardy.
Nasza trasa do Barentsburga dzisiejszego wiodła stokami Nordhallet, po dawnej drodze, którą pięćdziesiąt lat temu samochody gaz-69 jeździły aż do przystani promowej, skąd, przecinając promem Colesbuktę, można było dostać się do portu w tejże zatoce, który z kolei obsługiwał kopalnię w Grumantbyen. Nie używana od pół wieku droga jest już tylko śladem na tundrze, którego warto się trzymać, aby pewnie omijać najgłębsze, strumieniami żłobione wąwozy – ale żaden samochód nie mógłby już po niej przejechać, wieczna zmarzlina uczyniła swoje. Mosty, przeciągnięte nad spływającymi do fiordu strugami dawno się pozawalały. Tam, gdzie droga wiodła urwiskiem nad plażą – zniknęła, morze zabrało.
Szliśmy na lekko, tylko małe plecaki, w nich zapasowe kurtki, trochę prowiantu, mała butla z palnikiem, wodery do przekraczania rzek. Na plecach karabin i aparat fotograficzny, oba na wypadek spotkania z niedźwiedziem, w kieszeniach naboje, lornetka i czekolada. Jeszcze kijki, bez których trudno się obejść w tym wielkim, polarnym bagnie. Reszta naszych trzydziestokilogramowych plecaków została w obozie, szliśmy na jednodniową wycieczkę, trzydzieści parę kilometrów. Były to już ostatnie dni naszej wędrówki, przetykanej kilkudniowymi popasami, już za dwa dni przypłynie po nas półsztywna łódź marki Polarcirkel, zaokrętujemy się obok murszejącej kei w Colesbukta i pójdziemy po spokojnym fiordzie aż do Longyear, z prędkością czterdziestu węzłów, w godzinę pokonując trasę, po której powolutku maszerowaliśmy przez dwa tygodnie.
Zaś tego dnia, kiedy szliśmy do Barentsburga, była piękna pogoda, pod podeszwami bulgotała tundra podmokła i zbrązowiała na znak nadchodzącej jesieni, niebo było niebieskie, a na drugim brzegu Isfjordu do arktycznego oceanu spływały lodowce, żmudnie, wiek po wieku, żłobiąc swoje doliny. Wysokie na kilkadziesiąt metrów ich czoła z naszej brzegu widać jako wąskie, szaroniebieskie kreski. Szliśmy szybko, bo idzie się łatwo, to nie to, co powolne gramolenie się przez błotnistą morenę czołową, wspinanie się na rozsypujący się klif po żlebie, czy brodzenie w delcie rozlanej jak rozsypane warkocze rzeki, w końcu idziemy wspomnieniem drogi.
I w końcu doszliśmy, po sześciu chyba godzinach – najpierw budynki gospodarcze, radziecka plątanina rur i kabli, potem lądowisko dla helikopterów z hangarem, o które to helikoptery praktyczni Rosjanie spierają się z ekologicznie nastrojonymi Norwegami. Jeden śmigłowiec minął nas po drodze, pochylony, wielki i niezgrabny Mi-8. Dalej droga już bita, cmentarz, ale nie tak malowniczy jak poletko białych krzyży w norweskim Longyearbyen, stolicy Svalbardu, ani nie tak dramatyczny jak ten w Colesbukta, z lat pięćdziesiątych, z grobem rocznej dziewczynki, rówieśniczki mojej mamy. Narodziła się w maju 1951 roku, miała tatarskie patronimik i nazwisko: Dora Minisłamowna Farizowa. Imię mogło brzmieć inaczej, na nagrobku jest prawie całkiem zatarte, ale na pewno zaczynało się na „de” i było krótkie. Przeżyła arktyczne lato, ciemności nocy polarnej, razem z odejściem śniegów nauczyła się chodzić po czym zmarła, a jej rodzice, ojciec Tatar i nieznana nam matka, kiedy już sporządzili nagrobną tabliczkę ze zdjęciem obleczonej w czepek małej, dziecięcej główki, musieli pogrążyć się w rozpaczy, bo na śmierć dziecka kojącej odpowiedzi przynajmniej na początku nie da ani Allach, ani chrześcijański Bóg, a już na pewno nie Marks z Leninem, o czym jestem przekonany, bo mój synek teraz właśnie ma tyle miesięcy, ile miała ta maleńka, polarna Tatarka, kiedy umarła.
Minęliśmy więc cmentarz, z nagrobkami seryjnie odlewanymi z betonu. Kiedy w końcu doszliśmy do tablicy z cyrylicą wypisaną nazwą osady, przez chwilę miasto wyglądałoby na opuszczone, gdyby nie wątła strużka dymu z komina odległej elektrociepłowni.
Można by pomyśleć, że i tutaj wydarzyła się taka historia jak w odległych o sto kilometrów Pyramiden, gdzie w 1998 roku rosyjscy i ukraińscy górnicy na próżno wyglądali statku z zaopatrzeniem, który miał przypłynąć do nich z Murmańska. Żaden nie przypłynął. W Rosji skończyły się pieniądze, urzędnicy nie dostawali pensji, ktoś uznał, że skoro trójbarwna Rosja mu nie płaci, to on nie będzie siedział przy biurku. Ktoś nie podpisał jakiejś bumagi, ktoś wzruszył ramionami, ktoś rozłożył bezradnie ręce. Z portu, w polarną noc nie wypłynął żaden statek – ani z zaopatrzeniem, ani taki, który mógłby mieszkańców osady pod górą Piramidą ewakuować. Był dziesiąty stycznia, trzy dni po prawosławnym Bożym Narodzeniu, i na Spitsbergenie panowały wtedy absolutne ciemności, przez całą dobę. Horyzontu nie rozświetlał nawet ślad brzasku, skończyło się jedzenie, był tylko węgiel, w końcu sami wydzierali go zmarzlinie, ale węgla nie da się zjeść. W piekarni nie było już mąki, a w szklarni dawno nie było już pomidorów i kapusty. Zjedli już świnie i kury, chlewy i kurniki stały puste. Mieli tylko prąd, elektrociepłownia działała doskonale, w barakach było ciepło, przyprószone śniegiem popiersie Lenina przed ciemnością chronił snop pomarańczowego światła z latarni, telewizory, podłączone do satelitarnych anten grały program z Moskwy, nieliczne dzieci były bardzo głodne i wszyscy mieszkańcy polarnej, górniczej osady rozumieli dobrze, czym jest smuta.
I wtedy właśnie do portu wpłynął statek. To Norwegowie z odległego o kilkadziesiąt kilometrów Longyearbyen uznali, że nie mogą przecież pozwolić aby pod koniec dwudziestego wieku, na ich oczach prawie, a już na pewno w zasięgu ich radiostacji, tysiąc Rosjan zmarło z głodu w dobrze ogrzanych i oświetlonych barakach.
Statek opuścił motorową szalupę – wszystko w świetle rozcinających polarny mrok reflektorów, w huku kry, trącej o pancerny kadłub, z szalupy wysiedli spitsbergeńscy oficjele, może nawet sama pani sysselmann, Ann-Kristin Olsen, siwowłosa, czterdziestoletnia, szczupła i nordycka, w granatowym mundurze, lub raczej w ciepłej kurtce z kapturem obszytym futrem. Sysselmann to stary, nordycki tytuł, trochę jak nasz wojewoda, albo angielski sheriff czy bailiff, tyle, że stylistycznie bardziej archaiczny, w czasach festiwalu norweskiego odrodzenia narodowego odkopany w jakiejś zakurzonej księdze. Dobiła więc szalupa z panią sysselmann lub bez niej do nabrzeża, uścisnęli Norwegowie dłonie dyrektorom z bankrutującego Arktikugola, zawyła syrena i tysiąc Rosjan i Ukraińców porzuciło swoje zajęcia, matki otuliły głodne dzieci kurtkami i szalikami, a potem, stłoczeni w kabinach statku, jedli proste i ciepłe jedzenie, upokorzone, lecz szczęśliwe sługi imperium niegdyś potężnego.
I tak Pyramiden zostało przez Norwegów ewakuowane, tysiąc rosyjskich i ukraińskich górników, kobiet z obsługi, inżynierów, dyrektorów i dzieci zostało zawiezione do Murmańska, tam wysiedli na nabrzeżu wielkiego kraju, który istniał wtedy tylko na mapie i nikt zapewne się nimi nie zainteresował, bo jeszcze dwa lata musiały minąć, zanim Włodzimierz Włodzimierzowicz Putin przywrócił Rosji państwo – tak przynajmniej pisze profesor Stürmer w swojej biografii prezydenta-kagiebisty. A w Pyramiden zostały książki na stołach w czytelni, z zakładkami wetkniętymi między strony. Szklanki w barze, niewyprane skarpetki obok łóżka, list niedokończony i szachownica z partią szachów, która zatrzymała się na czwartym posunięciu otwarcia.
I to jest akurat prawda – opuszczone miasto, te szklanki, listy i szachownica. Ale cała reszta jednak niekoniecznie. Historia jest dobra, taką od pewnego polarnego wiarusa słyszałem, dwa lata temu w Longyearbyen – tyle, że wszystko wskazuje na to, że jest fałszywa. Może były jakieś niedobory w zaopatrzeniu, owszem – ale głodnych dzieci jednak nie było, i nie było raczej norweskich statków, bo Rosjanie – chociaż w wielkim pośpiechu – ewakuowali się sami. Została mała grupka, mieli buldożery, materiały wybuchowe i rozwalali, co im się akurat w tym świeżym trupie miasta rozwalić podobało.
To jak w „Nie trzeba głośno mówić” Józefa Mackiewicza, kiedy główny bohater, wzruszony, opowiada historię, której był świadkiem – widział, jak niemiecki kierowca czołgu zatrzymał swoją maszynę, ze zgrzytem gąsienic na bruku, aby nie przejechać wiewiórki, która wbiegła na jezdnię. I słuchacze tej historii, polscy patrioci, upominają, że tak opowiadać nie wypada, niechże to będzie czołg polski, amerykański lub w ostateczności sowiecki, ale to nie może przecie być czołg niemiecki. Główny bohater, dziwi się swoim rozmówcom jak Pers Monteskiusza i nieśmiało zauważa, że był tego zdarzenia naocznym świadkiem i nic nie poradzi na to, że czołg był niemiecki. I zostaje skarcony: taka jest może prawda jednostkowa, wycinkowa, subiektywna, prawda obiektywna jest jednak inna.
I taką właśnie, po heglowsku obiektywnie zgodną z duchem czasu jest prawda historii z głodującymi dziećmi i norweską ewakuacją. Taka właśnie historia powinna się wydarzyć w czasach jelcynowskiej smuty, aby ducha czasów dobrze wyrażać – tyle, że ktoś, zdaje się, o tym zapomniał, i naprawdę wydarzyła się historia również dramatyczna, czego dowodem był widoczny pośpiech, z jakim Pyramiden opuszczano, lecz jednak nie tak spektakularna.
A jednak, wchodząc do Barentsburga, nie sposób o tych opuszczonych Pyramiden nie myśleć, zwłaszcza jeśli w ciągu ostatnich kilku dni regularnie mijało się ruiny rosyjskich zabudowań porzuconych jeszcze wcześniej – acz bez tego pośpiechu czasów smuty. Tam, w Zatoce Colesa, w Grumantbyen, Rosjanie, czy raczej Sowieci, swoje zabudowania porzucili w wyniku ekonomicznego rachunku – wyczerpały się łatwo dostępne złoża węgla, zdemontowali więc to, co można było zdemontować, część budynków wysadzili w powietrze i przenieśli się dalej, gdzie węgiel kopało się łatwiej, pozostawiając po sobie strumienie czerwonawe od rdzewiejącego w wysokim ich biegu złomu.
Minęliśmy więc tablicę z napisem „Баренцбург”, rozładowałem karabin i otwarłem zamek, zgodnie ze zwyczajem, aby każdy z mieszkańców widział, że broń jest bezpieczna. Nie było jednak nikogo, szliśmy długo czymś, co przypominało industrialne przedmieścia – pomiędzy otwartymi, niszczejącymi hangarami, w których zmieściłaby się eskadra helikopterów, między opuszczonymi barakami niewiadomego przeznaczenia i między stertami śmieci, tak małych jak pogięte gwoździe i wielkich jak pół domu, zardzewiałych, lub betonowych, ze sterczącymi prętami zbrojenia. Minęliśmy opuszczoną szklarnię. Na drzwiach wiele lat temu ktoś przykleił kartkę w języku angielskim, informującą turystów, że in the greenhouse nikt nie mówi po angielsku ani norwesku, więc jeśli ktoś chce greenhouse zwiedzać, to powinien udać się do hotelu i poprosić o przewodnika. Dziś te drzwi zabite są deskami, okna i szklany dach są porozbijane, a przez nie widać, że w środku, na nietkniętych palikach skręcają się zeschnięte na wiór resztki pomidorowych krzaków, a na rozpiętych między szklanym dachem sznurkach wiszą przemrożone trupy pnącz, jak szarobrązowe liny. Dalej puste kurniki i chlewy. Nawet piekarnia już nie działa, całą żywność, tak samo jak w norweskim Longyearbyen, przywozi się z kontynentu – bo po co się starać, skoro codziennie, albo i częściej, ląduje w Longyearbyen samolot. Dalej łuszczące się murale z łaciatą krową, inne z łanami zbóż gdzieś na wielkorosyjskich równinach, jeszcze inne z pniami brzozowego lasu. I wszystko puste, opuszczone – lecz w pewnym miejscu, na opatulonym wełną mineralną i deskami przewodzie ciepłowniczym dostrzegamy kota. Norwegowie zakazali posiadania kotów na całym Svalbardzie, bo podobno wyżerają ptakom pisklęta. Ten kocur, szary i gruby, na pewno zeżarł wiele piskląt i nie wydaje się przejmować ukazem, wydanym przez samego sysselmanna. Bez ludzi nie przeżyłby zimy, więc zapewne również opiekujący się nim Rosjanie lub Ukraińcy również wzruszają z pogardą ramionami na myśl o urzędniku, któremu wydaje się, że opublikowanym w jakimś dzienniku ustaw zakazem może odebrać kocie towarzystwo skazanym na polarną noc ludziom – i to dla czegoś tak trywialnego, jak ptasie pisklęta. A dla mew, rybitw, fulmarów, alek i alczyków, których w sezonie setki tysięcy krążą nad klifami robiąc rejwach niepodobny do niczego innego na świecie, na pewno spistbergeńscy górnicy nie żywią uczuć cieplejszych niż do tego szarego kocura, który lubi się nocą polarną wygrzewać na czyichś kolanach.
I wreszcie spotykamy dwie Rosjanki. Dziwnie wyglądają, idą pod rękę w swoich czółenkach i wykończonych futerkiem eleganckich kurteczkach – a my, w ciężkich, zabłoconych butach, w goretexach i softshellach, z kijkami w rękach i bronią na plecach. I śmieją się panie, jedna starsza, druga młodsza, z tych kijków, którymi podpieramy się idąc. Kto wam ukradł narty? – pytają. Śmiejemy się z nimi, idziemy dalej.
W hotelu ceny norweskie, obsługa rosyjska, pijemy colę i piwo, jemy niezbyt smaczne pielmieni, bez borszczu nawet, w wielkim telewizorze dziewczęta półnagie, a na pewno noszące więcej biżuterii niż ubrań, śpiewają i wypinają tyłki w srebrnych porsche, ferrari i lamborghini, toczących się dostojnie ulicami Moskwy. Ciepło.
A niedaleko hotelu, stoi dawny, radziecki konsulat. Na zdjęciu w moim starym albumie jest zielony, wypieszczony, socrealistycznie klasyczny, w oknach firaneczki, wygląda tak, że gdyby miał chociaż odrobinę wdzięku więcej i gdyby na dachu nie powiewała czerwona flaga z sierpem i młotem, to mógłby być niepozorną ambasadą małego państwa, gdzieś w cichej dzielnicy Wiednia lub Warszawy. Teraz jednak wszystko się zmieniło – budynek jest opuszczony, rozwalone są schody prowadzące do reprezentacyjnego miejsca. Straszą puste szkielety okien, okiennice wiszą na zerwanych zawiasach, drzwi zabito deskami.
Lecz za opuszczonym konsulatem sowieckim, stoi nowy konsulat rosyjski. Zdaje się, że to jedyny budynek zbudowany tutaj po upadku Związku Sowieckiego. Z wyjątkiem cerkiewki, o której za chwilę, bo też stoi kawałek dalej. Płot z zaostrzonymi prętami, jakby stawać pod nim miały dorożki, na płocie złote orły dwugłowe, a sam budynek nowoczesny. Moja żona-architekt twierdzi, że to całkiem przyzwoita architektura, jeśli chodzi o formę, podobnie jak kilka innych, podobnych budynków o zaokrąglonych narożnikach, budowanych zapewne gdzieś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Ale na jeden budynek użytkowany przypadają trzy opuszczone, straszą powybijanymi szybami – bo też zbudowano to miasto dla trzech tysięcy ludzi, a mieszka w nim teraz zaledwie sześćset.
To przetrwalnik, ich jedynym zadaniem jest utrzymać ciągłość rosyjskiej obecności na Spitsbergenie. Kopalnia podobno nie działa, zadaniem górników jest jedynie konserwować urządzenia, budynki i maszyny. Cerkiewka jest ośmioboczna jak molenny Pomorców-staroobrzędowców, którzy na Grumant – jak nazywali Svalbard – pływali już w XVII wieku, polować na morsy, niedźwiedzie i lisy. Ten maleńki kościółek w rzeczywistości nie jest jednak budynkiem sakralnym, tylko pomnikiem dla ofiar wypadku lotniczego z 1996 roku. Prawosławny ksiądz przyjeżdża czasem do Barentsburga, ale nabożeństwa odprawia gdzie indziej, nie w tej niby-cerkwi.
I tyle. Wychodzimy z hotelu – to śmieszne, bo chociaż minęło tylko kilkanaście dni, to już tęskni się do takich cywilizacyjnych osiągnięć jak sedes w toalecie, cola w puszce i piwo. Zabieram parę puszek dla przyjaciół, którzy zostali, chorzy, w obozie, płacimy straszny rachunek, Ukrainka w barze patrzy na nas z rozbawieniem i pogardą. Uzasadnione są jej uczucia, jej płacą, aby mieszkała w tym strasznym miejscu, my zapłaciliśmy, aby tu przyjechać i jeszcze przyszliśmy całą drogę z Longyear na piechotę, marzli w namiotach, białą nocą wartowali przy ognisku ze strachu przez niedźwiedziem, coś, co się pani za barem słusznie nie mieści w głowie, bo w istocie jest to rodzajem dekadenckiej perwersji, co piszę tutaj całkiem na serio, wcale się nie krygując. Bo to przecież nie asceza, za drogo to wszystko kosztuje, aby było ascezą.
I tyle. Nie wyciągnę wniosków, wniosków nie ma. Konceptualizacja rzeczywistości społecznej, czy ludzkiej w ogóle, jest zawsze tej rzeczywistości wymyślaniem, a ja wymyślać nie chcę. Za tym co widziałem, nic się nie kryje, nie ma znaków czasu, jest tylko rozległe uniwersum niepoznawalnego.
I tyle. Wracamy. W spitsbergeńskiej gazecie – Svalbard Posten, redagowany na miejscu, ale drukowany w Tromsø i przywożony na miejsce samolotem – piszą dużo o Rosjanach z Barentsburga. A to, że helikoptery wynajmują do komercyjnych przedsięwzięć, co jest ściśle zakazane, bo się ptaki płoszy. A to, że zbiory barentsburskiego Muzeum Pomorców zawieziono do Longyearbyen aby wyeksponować na czas jakiś w muzeum norweskim. A wcześniej w Barentsburgu odbył się festiwal filmowy, puszczali norweskiego „Ellinga”, strasznie to zabawne.
I tyle. Myślę o rosyjsko-tatarskiej dziewczynce, która żyła trzynaście miesięcy na Svalbardzie i leży teraz w wiecznej zmarzlinie jej maleńkie, smutne ciało.
Arcana, nr 86-87, kwiecień 2009
Film jest sztuką mimetyczną najdoskonalej. Obejrzeliśmy wczoraj z Agatą “Transsiberian“, niezły film oscylujący gdzieś między thrillerem a filmem noir. Rzecz zaczyna się wspaniale: para wsiada do pociągu z Pekinu do Moskwy.
Transsyb! Trzy razy, w 2002 i 2004, ta sama trasa, Moskwa – Irkuck. Spanie, książki, piwo w PECTOPAH, mycie w umywalce w kiblu, znowu spanie. 84 godziny w powolnym legato wagonów, z równym akompaniamentem krajobrazu: brzóz, modrzewi i niebieskich okien w drewnianych wioseczkach. Pysznych, carskich stacji, oblepionych secesyjnym ornamentem z przybitymi gwoździem gwiazdami. Z babuszkami, które nie wiedzieć jak żyją, ale sprzedają pielmieni i kartoszki gorące tak, że prawnie topnieje na nich foliowa torebka. I egalitarny wagon, plackartnyj, otwarte przedziały, kipiatok w samowarze i wagon restauracyjny, gdzie w skrzynkach stoją równe bataliony cienkiej baltiki.
Bohaterowie filmu nie jadą plackartą, mają wyższą klasę, kupiejnyj, czyli zamknięte przedziały z czterema leżankami w każdym. Cóż im jednak po tym, skoro pociąg, którym jadą, jest strasznym transsybem z Rosji odzwierciedlonej, nie prawdziwej. Śmiejemy się z Agatą z niezbędnych i fałszywych dekoracji: szczerbatych lub złotozębnych mężczyzn, grających na harmoszkach, wódki pitej na korytarzu i w restauranie szklankami. I gęby, jakich się w drogim kupiejnym naprawdę nie uświadczy, pasujące raczej do podmiejskiej kolejki albo obszczija na trasach dalekobieżnych.
Ale i tak oglądamy z przyjemnością.
Z jakiegoś tajemniczego powodu, lubię oglądać w filmach znajome miejsca, ale tylko niektóre wzbudzają we mnie jakieś szczególne emocje. Budapesztańskie metro w mrocznym, wspaniałym “Kontroll“, niezliczona ilość filmów na Moście Brooklyńskim i pod pomnikiem księdza Duffy’go na Times Square. Kreml i Arbat. I “Trassiberian” dał nam, mi i Agacie dużo tej śmiesznej, prostej radości: na przykład brzydki dworzec w Pekinie z pchającymi się do kas Chińczykami. Zabajkalsk, który uznaliśmy swojego czasu za najszpetniejsze miejsce na świecie. Piękny żelaznodorożnyj wagzał w Irkucku, już odnowiony (film jest nowy, z 2008 roku, my w Irkucku byliśmy po raz ostatni w 2004, kiedy na dworcu ciągle trwał remont), i rozpoznaję, w krótkim ujęciu, miejsce, gdzie przez pół nocy siedziałem w towarzystwie młodego Rosjanina, którego, jak sam twierdził, diewoczka wyrzuciła z mieszkania i teraz siedzi tutaj i czeka, aż przejdą jej humory. Rozmawialiśmy słowiańskim wolapikiem, graliśmy w szachy, mocno czuć go było wódką, potem dał mi kasetę z nagranym irkuckim punk-rockiem, której słuchałem tylko raz, ale którą mam do dziś, zagrzebaną gdzieś w szafie, i jeszcze żegnając się, wręczył mi w prezencie zawiniątko z cerkiewnym kadzidłem. Wyrzuciłem potem te żywiczne grudki, przed odjazdem, jak głupiec, bo strachliwie uznałem, że to na pewno haszysz, który chłopak ów wsunął mi w dłoń w ramach milicyjnej prowokacji. Może zresztą już o tym pisałem, nie pamiętam, pamiętam za to twarz tego chłopca, sprzed sześciu lat, pamiętam jego zabawne konfabulacje, chociaż często nie umiem przywołać w pamięci twarzy ludzi widzianych przed tygodniem.
I znajome wnętrze rosyjskich wagonów: kipiatok na drzewnym piecyku, przedział, w którym sypiają prowadnice. Bohaterka, która chce się pozbyć kompromitującego bagażu wpada do toalety, aby wyrzucić to, co wiezie, przez okno, a my z Agatą krzyczymy: ejże, dziewczyno, przecie okna w transsyberyjskich, kolejowych kiblach nigdy się nie otwierają! – i cieszymy się, kiedy grana przez Emily Mortimer postać odkrywa tę straszną dla niej prawdę. A wcześniej otwiera drzwi wagonu za pomocą dźwigni awaryjnego hamulca, ale wybaczamy reżyserowi tę pomyłkę.
W filmie Andersona rosyjska milicja jest przerażającą, brutalną instytucją – o ile polscy spadkobiercy towarzysza Dzierżyńskiego są raczej groteskowi, niż straszni, to rosyjskich milicjantów rzeczywiście bać się mogą innostrańcy. Cóż z tego, kiedy my pamiętamy inną historię – w 2002 roku nasz przyjaciel H. wyruszył razem z nami z moskiewskiego Dworca Kazańskiego w kierunku na Irkuck, niestety – jego plecak został na peronie i H. na podbój Syberii i Mongolii wyruszył w sandałkach, szortach i t-shircie. Na szczęście, miał ze sobą paszport i pieniądze. W pociągu uruchomiliśmy akcję ratunkową dla plecaka, ktoś dzwonił z pociągu na moskiewski dworzec, H. wysiadł w Kazaniu i tam zwinęła go milicja. H. nie mówił ani słowa po rosyjsku, ale zawsze potrafił dogadać się w każdym języku świata – i kazańscy milicjanci nakarmili go po uszy, napoili, przenocowali – bodajże w areszcie, ale już nie pamiętam, jak to było dokładnie – i rano wyprawili z powrotem do Moskwy, gdzie w kamerze chranienia plecak się znalazł, lżejszy tylko o to jedzenie, które mogło się zepsuć po drodze – ktoś, kto ten plecak przeszukał, nie tknął drogiego sprzętu turystycznego, ubrań ani dwustu dolarów, wyciągnął tylko i zjadł kanapki, które H. miał jeść w drodze do Irkucka. Dojechał H. nad Bajkał dobę po nas.
A w “Transsiberianie”, rosyjskie hotele – i przypomina nam się hotel Kosmos w Irkucku, który poza sezonem letnim był podobno akademikiem i gdzie spaliśmy, słuchając w ciemnościach chrzęstu pancerzyków łażącego po suficie robactwa.
Film jest poza tym wszystkim sprawnie zrobionym thrillerem, ze świetnymi rolami Mortimer i Kingsleya i obejrzeć go można z przyjemnością nawet jeśli nie podziela się naszego sentymentu do transsyberyjskiej linii.
Krajobrazy to różna treść zapisana w różnych alfabetach; niektóre czyta się instynktownie, to krajobraz najbliższej ojczyzny, Heimat, jak mówią Niemcy, czy důmowiny, jak mawia się u nas. Można czytać krajobrazy z samochodu – wtedy mogę skręcić w każdą z bocznych dróg, tak, jakbym wybierał wiersz z tomiku, można też z pociągu, skąd oglądam wyświetlające się na brudnej szybie obrazy – siedzę w pospiesznym pociągu z Gliwic do Poznania. Odchodzi o 15:50, przed dziewiątą mam być w stolicy Wielkopolski.
Kiedy tylko skład mija Kędzierzyn-Koźle, zapisywany szybami i kominami krajobraz Śląska industrialnego, ustępuje miejsca literom płaskich pól, sosnowych lasów i wsi Opolszczyzny. Potem, za Opolem, za wysoko wezbraną i rozlaną na polach Odrą, następuje taki moment, w którym nagle świat za oknem staje się nieczytelny, jak wyryty przed kilkoma stuleciami napis na łatwo wietrzejącym piaskowcu. Więc wytężam wzrok – jakbym paznokciem wyskrobywał zaschnięte porosty z płytkich linii barokowych liter – odczytuję wreszcie martwy krajobraz Dolnego Śląska, możliwy do odczytania, chociaż zapisany już w innym alfabecie. Po wielkim pędzeniu ludów w Europie, nie przyjął jeszcze swoich nowych mieszkańców, wypluwa ich, odwraca się od nich ciągle, tak samo, jak ściany wołyńskich pałaców i dworków z pogardą odwracają się od domów dziecka, przedszkoli i urzędów, które się w nich zagnieździły, jeśli ich nie spalono. Ile lat trzeba, by ludzie wrośli w ziemię? Ile czasu zajęło to Chorwatom, kiedy wyruszyli z małopolskich równin i zatrzymali się w oddychającym Rzymem świecie porosłym makią, nad wybrzeżem Adriatyku?
Projekcja dolnośląskiego świata na okna pociągu przypomina mi inny krajobraz, wyświetlany na oknach innego pociągu, parę lat temu, w Rosji.
W podróż Koleją Transsyberyjską rusza się z Dworca Kazańskiego, jednego z trzech wielkich dworców Moskwy. Peron, jeszcze przed przyjazdem pociągu, wypełniają Rosjanie, czekający zupełnie inaczej niż Polacy.
W licealnych i studenckich czasach jeździłem „Pogorią” na Mazury, jedynym bezpośrednim pociągiem z Rybnika do Giżycka, w sezonie żeglarskim do granic możliwości zatłoczonym śląską młodzieżą. W samym pociągu panowała przyjemna, chociaż ciężka od piwa i papierosów, wakacyjna atmosfera. Urągający wszelkim normom tłok łączył nas, pijanych i zmęczonych studentów, licealistów i – dzięki Ci, Boże! – licealistki przyjemnym poczuciem wspólnoty. Ale dopiero w pociągu – ci sami ludzie, z którymi potem fałszowaliśmy kiczowate mazurskie ballady, na peronie stali w nerwowym podnieceniu. Dziewczyny pilnowały bagaży, chłopcy wypinali kogucie piersi, rozciągali mięśnie, przestępując z nogi na nogę, rozgrzewali mięśnie karku, jak przed walką, niespokojni, bo wiedzieli, że zaraz – kiedy pociąg wjedzie na peron, zatrzyma się ze zgrzytem i kalekim ruchem konduktorzy otworzą drzwi do wagonów – będą musieli dowodzić swojej męskiej wartości, zdobywając dwa siedzące miejsca. I kiedy nadchodzi godzina próby, ruszają, samotnie, nieobciążeni bagażem, w morderczym tłoku t-shirtów, szortów i trampek pchają się ku drzwiom, wciskają w wąskie korytarze wagonów, dopadają wolnego przedziału i bojowo blokują drzwi, wrzeszcząc najniższym głosem, na jaki ich stać: „zajęte!”. Wtedy, rodzina przez okno podaje bagaże i dziewczęta, zapłonione i dumne, przepychają się do swoich dzielnych żeglarzy, przez bierny już, upchnięty tłum. Odwdzięczą się im potem, na jachtowych kojach, na karimatach w namiotach i przy ogniskach.
Tak czekają Polacy – niecierpliwie, bojowo, zadziornie.
Rosjanie czekają zupełnie inaczej. Siedzą spokojnie na swoich ogromnych, kraciastych torbach, a kiedy wjeżdża szerokokołowy pociąg, ustawiają się w karnym ogonku do odpowiedniego wagonu. W drzwiach stoi prowadnica – szefowa wagonu – i wpuszcza dopiero po przestudiowaniu biletu i wewnętrznego paszportu.
My stajemy w tej samej kolejce, nasze paszporty zostają przestudiowane ze szczególną starannością – te dziwne zdjęcia z półprofilu zawsze wzbudzały sensację wśród rosyjskich urzędników. I po chwili zajmujemy wąskie, pokryte bordową dermą koje, które przysługują nam, bo zakupiliśmy bilety – plackarty. Gdybyśmy kupili obszczij, to wypadałoby nas po trzech na dwie leżanki, jak na okręcie podwodnym, dwóch siedzi na koi dolnej, podczas kiedy jeden śpi na górnej, na zmianę. Są jeszcze bilety z kategorii kupiejny, kilkadziesiąt procent droższe od plackarty, po zakupieniu których podróżuje się w wygodnych, czteroosobowych, zamkniętych przedziałach sypialnych, podczas kiedy plackarta uprawnia do podróży w wagonie podzielonym na prostopadłe, otwarte boksy, w których zawieszone są po cztery wąskie koje, uzupełniona dwiema kojami po drugiej stronie korytarzyka, równoległe do osi wagonu. Nieuniknioną konsekwencją takiego ułożenia leżanek i korytarza w plackarcie, jest ocieranie się twarzą o wystające z górnych koi stopy co roślejszych pasażerów, kiedy przychodzi się przez wagon. Potem pojedziemy jeszcze wygodnym kupiejnym, ale zawsze z zazdrością spoglądać będziemy na eleganckie wagony „Ekspress Rassija”, gdzie podróżuje się w atmosferze luksusowej, z mrożoną wódką, blinami z kawiorem i szampańskoje igriskoje. Jednak bilet na „Rosję” jest droższy, niż bilet lotniczy, jedziemy więc naszą plackartą.
W Moskwie spaliśmy na ostatnim piętrze kilkunastopiętrowego schroniska młodzieżowego. Z jednej strony widzieliśmy światła wielkiego miasta, z drugiej – ciemnozielony, iglasty las aż po horyzont. Teraz wjechaliśmy w ten las i nie wyjedziemy zeń przez najbliższe cztery doby, po których wysiądziemy na dworcu w Irkucku. Przez pierwsze parę godzin w pociągu jedziemy nieco spięci – jesteśmy pierwszy raz w Rosji (jeśli mowa o roku 2002) i spodziewamy się wszystkiego. Prześladują mnie wizje dzikich, pijanych bolszewików w tieleniaszkach i gymnastiorkach, grających na harmoszkach i rozczulających się nad nalaną z meniskiem szklanką wódki. Brakuje jeszcze tylko brudnych dłoni zaciskających się na rękojeściach naganów i mauzerów – wyobraźnia to przekleństwo. Szybko przekonujemy się, na szczęście, że rzeczywistość wygląda inaczej, niż utrzymane nieodmiennie w poetyce „korespondencji z dzikiego kraju” relacje polskich dziennikarzy, które to relacje są przecież odpowiedzialne za straszne obrazy, jakie podsuwała mi imaginacja.
Towarzyszy nam, na leżance równoległej do osi pociągu, Buriatka w średnim wieku, obdarzona przez naturę olbrzymią głową. Wielką czaszkę wypełnia zapewne nie byle jaki mózg – pani Buriatka jest neurochirurgiem. A Rosjanie rozpakowali już swoje zapasy, rozłożyli suszoną rybę, gotowane kartofelki posypane koprem i okraszone masłem, jajka, kanapki, wędliny i herbatę, i zaczęli jeść. A kiedy zjedli – to siedzą, patrząc ironicznie na dziwaków, którzy nie potrafią podróżować – czyli na nas, którzy miotamy się, przerażeni perspektywą podróży dłuższej niż najdłuższa w życiu, usiłujemy zabijać czas czytając książki, grając w gry planszowe i towarzyskie, dyskutując –odkrywamy też uroki położonego siedem wagonów dalej wagonu restauracyjnego, którego szybko stajemy się najlepszymi klientami, pustosząc zapasy piwa Baltika i suszonych kalmarów na przekąskę. A kiedy w końcu, zmęczeni zabijaniem czasu i nudy, siadamy na swoich leżankach, wtedy patrzę przez okno i próbuję czytać Rosję.
Na szybie wyświetla się krajobraz, jak pismo znużonego kaligrafa, w ścieśnianiu zawijasów, belek i kresek zdążające w kierunku linii, lekko tylko zakłóconej krzywiznami tam, gdzie miałyby znajdować się litery. Najpierw myślę, że jest zapisany w alfabecie, którego zwyczajnie nie znam, tak jak nie znam alfabetu, w którym zapisano Pekin. Lecz po tysięcznym i dwutysięcznym kilometrze pokrytej modrzewiami równiny, po kolejnym milionowym mieście, wyrastającym w środku tajgi betonowymi blokami, nad zakolami rzek, przy których Dunaj i Ren wydają się strugami, rzek potwornych, kiedy przyrównać je do europejskiej skali, nagle rozumiem: tutaj nie ma alfabetu. Jest pusta karta.
Można oczywiście powtarzać za Konecznym zaklęcia o turańszczyźnie Rosji; istotnie, jest w Rosjanach coś z ludów Wielkiego Stepu. Nie tylko w tych, którym z twarzy łatwo można wyczytać genetyczne skutki żądz, którym między udami szerokobiodrych Słowianek upust dawali pustoszący Ruś Mongołowie, tureccy Pieczyngowie, Kumanowie i Kazachowie, skośnoocy – jeszcze wtedy – Węgrzy. Zresztą, równie dobrze mogą być to efekty namiętności, którym z kobietami ujgurskimi, jakuckimi, turkmeńskimi, mansyjskimi – i ze stu innych skośnookich ludów Imperium – oddawali się jasnowłosi i niebieskoocy, normańscy Słowianie z Nowogrodu, znad rzek, którymi spływali Waregowie, lub synowie Pomorców, zasiedlających powoli wybrzeża Morza Białego i Kozacy, kolonizujący powoli Syberię, ci piesi, konni i rzeczni Kolumbowie, Pizzarowie i Cortezowie Północy.
Jednak nie tylko ci niskoczoli, z oczami szeroko rozstawionymi i ukrytymi pod mongolską fałdą, z wydatnymi i wysokimi kośćmi policzków, mają coś z jeźdźców wielkiego stepu. Wszyscy w pociągu, Buriaci czy Wielkorusy, ulegają azjatyckiemu letargowi, który jest objawem azjatyckiego fatalizmu.
Fatalizm jest cechą charakterologiczną o znaczeniu zbyt doniosłym, aby mogła stanowić składnik charakteru narodowego – fatalizm jest cechą wyższego rzędu, charakteryzującą cywilizacje, nie narody. Bo też Rosjanie nie są narodem, są światem. Ich tożsamość nie funduje się na charakterze narodowym – lecz w cywilizacyjnym dziedzictwie braku tożsamości.
Vladimir Volkoff w „Carskich sierotach” oszukiwał swoich bohaterów – a może samego siebie – rosyjskim tricolorem nad dawną radziecką ambasadą w Paryżu. Dawny carski kadet, widząc dwugłowego orła zamiast sierpa i młota uznał, że Antyrosja komunistów odeszła do przeszłości i powróciła Rosja – jeśli nie carska, to przynajmniej Rosja Kiereńskiego, Kołczaka i Dienikina. Ten sposób myślenia sugeruje, że tożsamość Rosji to stan duszy rosyjskiej w roku 1918, zgwałcony przez rewolucję – rewolucję antyrosyjską. Tym żyli rosyjscy biali emigranci, przekonując samych siebie, że przetaczająca się przez Europę Armia Czerwona to raczej Antyrosjanie. Tworzyli więc w Jugosławii swoje armie, zgodnie z zasadą historycznego mimetyzmu powtarzające wzór armii emigranckich, w których służył sto pięćdziesiąt lat wcześniej chociażby Chateaubriand – kompanie z porucznikami w roli szeregowych, pułkownikami w roli poruczników i generałami w roli kapitanów i majorów. Czym jednak była ta rosyjska tożsamość, którą miała zgwałcić rewolucja?
Czyż nie wprowadził jej przemocą Piotr I, dwieście lat wcześniej, krwawo zdzierając bojarom brody z policzków? Nagle, w ciągu stu lat, kultura rosyjska, wcześniej niezauważalna, wdarła się na europejskie salony, wraz z Puszkinem i Lermontowem – pokoleniowo rzecz biorąc, prawnukami brodatych bojarów. I chociaż jeszcze w czasach wojen z Napoleonem generałów musieli Rosjanie importować z Zachodu, to poetów mieli już swoich. Może więc to już Rosja Piotra stała się Antyrosją? Czyżby cała wielka rosyjska literatura – jedyny składnik rosyjskiej tożsamości będący jednocześnie składnikiem kultury europejskiej – była w rzeczywistości literaturą antyrosyjską, albo może rosyjskojęzyczną literaturą europejską? A może szukać jeszcze dalej i prawdziwą Rosją była tylko Ruś Kijowska, zaś wszystko, co niesie ze sobą dziedzictwo Złotej Ordy uznać można za turańską Antyrosję?
Czy więc ostatnimi prawdziwymi Rosjanami byli Waregowie?
Odpowiedź na serię powyższych pytań, które sobie z retorycznym uniesieniem brwi zadałem, znajduje się w ciągłości. To ciągłość właśnie stanowi centralną cechę rosyjskiej tożsamości. Ciągłość skłonni bylibyśmy uznać za „meta-cechę”, jako że odnosi się raczej do nieprzerwanego trwania jakiś właściwości, składających się na charakter narodowy – jednak w Rosji jest inaczej, to ciągłość jest istotą, ciągłość dla ciągłości, ciągłość bezprzedmiotowa. Ruryka i Mikołaja II nie łączy nic – poza ciągłością. Ciągłość to Putin, Stalin, Lenin i Rasputin, ciągłości najwyraźniejszym znakiem współcześnie jest rozmyślne i aktywne inkorporowania do rosyjskiej tożsamości zarówno tożsamości imperialnej – przez symbole państwowe, dbałość o materialne dziedzictwo Imperium, przez gesty, polegające na sprowadzaniu do Petersburga martwych Romanowów – jak i tożsamości radzieckiej. Pierwsza była aktywnie niszczona przez pierwsze lata Rosji Radzieckiej, potem ignorowana – chociaż może przywracając korpus oficerski, epolety i niby-wolność kultu, Stalin wskazał Putinowi drogę – druga zaś, radziecka, zagrożona się nie wydaje, ale tylko na niej Putin ma możliwość fundowania imperialnej dumy narodowej Rosjan.
Być może dlatego Rosjanie tak bardzo kojarzą mi się z Polakami, zamieszkującymi Ziemie Zachodnie, przez które jedzie mój pociąg z Gliwic do Poznania. Wzdłuż torów Kolei Transsyberyjskiej również widziałem ludzi, których wypluła własna ziemia. Jednak, Polacy wrastają w ziemie wokół Wrocławia i Zielonej Góry, powoli, ale wystarczy jeszcze pokolenie, albo dwa, a wrosną zupełnie, jak Węgrzy wrośli w Panonię. Rosjanie natomiast, pozostają obcy w swoim kraju. Polska to idea, cielesno-duchowa łączność ziemi, tożsamości, krwi i ludu – Rosja to tylko ziemia i ciągłość. Kraj, imperium i jego poddani, nieokreślonego ethnosu, beznarodowi, związanie jedynie luźnymi więzami cywilizacji, przez to karni, wrażliwi i inteligentni – lecz bierni i jednocześnie dzicy. Stąd, z tożsamości cywilizacyjnej luźniejszej niż narodowa z samej swej istoty, a do tego jeszcze pozbawionej innych cech niż ciągłość, wywodzi się wzniosła wielkość rosyjskiej literatury – z boleśniejszego przeżywania świata, czy będzie to bolesność Dostojewskiego, czy Wieniedikta Jerofiejewa. Stąd też wywodzi się ich barbarzyńska niewolniczość, objawiająca się nawet w tym, jak piją wódkę. Wbrew panującym w Polsce przesądom, nikt w Rosji nie pije na ulicy, nie afiszuje się z upojeniem – taka otwartość to dziedzictwo sarmatyzmu. W Rosji pijaków nie widać, w Rosji pije się skrycie, wśród zaufanych kompanów, nigdy publicznie. W pociągu relacji Moskwa – Irkuck tylko my wypijamy po osiem Baltik jedna po drugiej. Nawet zadziorny żołnierzyk-Kazach, który zdaje się nie rozumieć słowa „wypierdalaj”, wyrzuconego pijackim bełkotem, ale rozumie wspólne nam i Rosjanom „idź w chuj!” – nawet on jest prawie trzeźwy i nasza wyzywająca postawa względem jego zaczepek powoduje, że natychmiast trzeźwieje zupełnie, odpuszcza, odchodzi. Kazach – jeden z rabów tego kraju, państwa, Imperium.
15 marca.
A jednak.
Cokolwiek by się ze mną działo – nigdy nic mnie nie porusza z wyjątkiem być może obecności Muzykantowej.
W tym sensie nawiązuję do najlepszych tradycji.
Mój pradziad zwariował.
Dziadek przeżegnał drżącymi palcami wycelowane w niego lufy sowieckich karabinów.
Ojciec zachłysnął się 96-procentowym denaturatem.
A ja po dawnemu – Wieniedikt.
I na wieczność już takim pozostanę.
Wieniedikt Jerofiejew, „Zapiski psychopaty”
Szczepan Twardoch
Fronda nr 42
We “Wprost” pan Grzegorz Ślubowski przebrał się w cylinder i udaje Astolphe’a de Custine. Jeździ sobie pan dziennikarz po Rosji i pisze listy.
A w zasadzie może wcale nie jeździ i pisze listy. W każdym razie, mógłby nie jeździć i swoje listy pisać z jakiegoś komfortowego loftu, albo innego dizajnerskiego apartamentu w Warszawie, ponieważ w swoich listach pan dziennikarz udający markiza zawiera prawdy tak głębokie, jak to, że w Rosji pociągi śmierdzą, a ludzie chleją na potęgę. Co wie każdy wykształcony Polak, który czytuje gazety lub czasopisma.
Nikogo, przy tym, nie obchodzi to, że jest to zwykłe, wierutne kłamstwo.