Dziennik 2006-2010
Strona autorska Szczepana Twardocha
GŁÓWNALITERATURANAGRODYO AUTORZEPUBLICYSTYKAKANAŁ RSS
Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów
Wpisane 15:18, 9 Luty 2010 przez Szczepan Twardoch

Moją próżność mile zaskoczyło to, że w ciągu mojego z górą miesięcznego, internetowego milczenia znalazło się paru P.T. Czytelników, którzy w drodze korespondencyjnej lub werbalnej wyrazili swoje niezadowolenie z faktu, że nic tu nie piszę. Jest to oczywiście uczucie niskie i raczej podłe, ta przyjemność z bycia proszonym, ale cóż poradzić. Muszę na dodatek przyznać, że nie zapowiada się, abym mógł w najbliższym czasie wznowić regularne pisanie na moim dzienniczku. Z różnych powodów – spróbuję je pokrótce przedstawić, zgodnie z zasadą, że jak się nie ma nic do powiedzenia, to należy mówić o tym, dlaczego nie ma się nic do powiedzenia.

Po pierwsze więc, jestem zmęczony i zapracowany. I ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę po całym dniu klepania w klawiaturę jest klepanie w klawiaturę. Wieczorem wolę otworzyć wino, zrobić coś dobrego do jedzenia i obejrzeć kolejny odcinek „The Sopranos”. Albo poczytać. Z poczytania mogłoby się coś wykluć, ponieważ książki czasem jeszcze wyzwalają we mnie potrzebę ekspresji. A czytałem ostatnio sporo książek z różnych powodów dobrych i ważnych: „Szepty” i „Tragedię narodu” Figesa, „Morderców” Kazana, „Kawior i popiół” Marci Shore, „Endurance” – świetną książkę Caroline Alexander o wyprawie Shackeltona, „Wielką ucieczkę” Thorwalda, „Ducha Liturgii” Wiadomo Kogo, J.D. pożyczył mi Tiplera i Kurzweila i jeszcze więcej książek sobie kupiłem i odłożyłem do późniejszej lektury, a w te które już przeczytałem powklejałem karteczki, zaznaczając sobie co bardziej interesujące momenty, co znacznie ułatwia późniejsze przelewanie refleksji na klawiaturę. I tak o „Tragedii narodu” Figesa chciało mi się pisać przez porównywanie go do Gaxotte’a, bo też sam Figes się o to prosi, ale jakoś straciłem serce. O „Endurance” chciało mi się coś napisać, bo to wspaniała historia, świetnie napisana, bardzo conradowska – ale jakoś odpuściłem, wolałem przemilczeć. O „Wielkiej ucieczce” też chciało mi się pisać, szczególnie w biorąc pod uwagę „sprawę śląską” – ale dałem sobie spokój. Chciałem napisać coś o „Synecdoche, New York” Kaufmana, bo to jeden z najważniejszych filmów, jakie widziałem w życiu, ale jakoś zabrało mi słów.
Podobnie rzecz się ma z tzw. „wydarzeniami” – a to Michalski w pokutnym worku napisze, że redakcja „KP” zostawia mu nawet pewną autonomię, za co Kinga Dunin dała mu placet, Piątek wypluł zatrutą hostię kłamstwa, a Orliński jak zwykle niczego nie zrozumiał, a to Braun i Kaczmarek nie tylko zrobią świetny film o Jaruzelskim, ale jeszcze puszczą go w TVP, żeby Żakowski z Mazowieckim mogli się zapisać do moczarowców, a Kuczyński z właściwym sobie wdziękiem mógł oświadczyć, że film ów nie wywołał w nim żadnego zastanowienia nad życiorysem generała Jaruzelskiego. Nie żeby ktokolwiek spodziewał się zastanowienia po Kuczyńskim. Jak już kiedyś pisałem, pan Waldemar to klasyczny półinteligent – posiada tę połowę inteligenta odpowiedzialną za intelektualne i społeczne aspiracje, nie posiada zaś tej połowy, która pozwalałaby te aspiracje realizować. No i właśnie: po cholerę mam to pisać, skoro już to kiedyś napisałem? Więc nie piszę. To znaczy w tej chwili piszę o tym, że nie piszę, ale to na jedno wychodzi.

Po drugie. Po drugie mam wrażenie, że moja ogólna postawa, stosunek do świata i bliźnich, jest postawą bardzo mało chrześcijańską. Raczej cioranowsko-maraiowską, toutes proportions gardées, oczywiście. Z czego jakoś nie jestem już ostatnio specjalnie dumny. Tym bardziej, że w życiu prywatnym i zawodowym nic mi nie dolega, a wręcz przeciwnie, z tajemniczych powodów życie jest mi nadzwyczaj przychylne. Z tej postawy, z odrazy do wszelkiego entuzjazmu (a szczególnie do entuzjastów, niezależnie czego ich entuzjazm miałby dotyczyć), do ludzkiego optymizmu, werwy, energii, chęci do działania, do junackości, dziarskości i przebojowości, a więc z wymieszania melancholii, czy może raczej acedii z mizantropią (chociaż oczywiście Ł.O. twierdzi, że mizantropem to można być przyglądając się światu z okien bentleya, ja zaś jestem co najwyżej zgorzkniałym skurczybykiem) i tak wynika już gros mojej publicystycznej i literackiej twórczości. Po co więc mam jeszcze zarażać innych tą postawą via www.dziennik.twardoch.pl? Nic dobrego z tego chyba nie wynika. Gdybym się czymś zachwycił – to od razu napiszę, obiecuję.
No dobrze, zachwyciłem się ostatnio przykrytą śniegiem monochromatyczną Polską, widzianą z okien pociągu, bo ciągle gdzieś się ostatnio pociągami tłukę. Ale zaraz potem pomyślałem, że podoba mi się tylko dlatego, że jej nie widać, że to jak zachwycić się kobietą tylko dlatego, że przykryła się prześcieradłem i nie widać chwilowo, że jest szpetna. Więc trochę lipny był ten zachwyt. Poza tym nienawidzę zimy. Autentycznie zachwyciłem się zaś krótką, pieszą pielgrzymką do sanktuarium w Rudach, ślicznym, zimowym marszem przez dawne cysterskie folwarki, lasy i pola i pustym, ciemnym, gotyckim kościołem, w którym światło paliło się tylko przy obrazie. Ale byłem zbyt zmęczony, żeby o tym napisać.

Po trzecie. Jak już koniecznie muszę coś napisać, to skrobię sobie piórem w notesiku. Dzięki temu nie wylewa się to od razu w świat, tylko sobie leży na papierze i dojrzewa. Za rok to przejrzę i może znajdę tam coś, co będzie się nadawało do podzielenia się z P.T. Czytelnikami. A poza tym, to piszę książki, opowiadania i publicystykę, i jeszcze inne rzeczy, redaguję książki już napisane i robię tysiąc innych rzeczy, które pisarze robią, a o których nie wiedziałem, póki nie zostałem pisarzem zawodowym.

Informacyjnie jeszcze: ukazują się właśnie nowe „Czwórki” w których P.T. Czytelnicy znajdą moje opowiadanie o Poli, które napisałem kiedyś na zamówienie NCK, ukazują się nowe „Arcana” nr 91, gdzie tradycyjnie wypisy z mojego dzienniczka i przedruk „Aksolotla narodów” z CzF. Się polecam życzliwej uwadze.

Wpisane w Inne, Wszystko jest literaturą | 20 Komentarzy Więcej »
Trzy miesiące roku bieżącego – zapiski
Wpisane 12:28, 22 Wrzesień 2009 przez Szczepan Twardoch

Lipiec

Zanurzam się w życie dziwnie spokojnie, jak pływak na środku oceanu – wiem, że w końcu przyjdzie utonąć, ale teraz, ciągle jeszcze tyle sił, mogę jeszcze płynąć bardzo długo. Nigdy nie opuszczają mnie myśli o świecie, w którym wszystko się skończyło – ale na co dzień panuje spokój: męczący, duszny, ale jednak spokój. Wstaję, kawa, pracuję, znowu, W. nauczył mnie zaparzania kawy po arabsku, w dżezwie,  z kardamonem, potem bawię się z synem, wieczorem jemy z A. kolację, pijemy wino (carmenere, sangiovese, pinot noir), czytamy, albo oglądamy filmy, spać.

I tak co dzień: do tego, żebym przypadkiem nie zrósł się z fotelem, czasem droga do Warszawy, albo do Krakowa, jakbym wypływał z bezpiecznego portu na łowiska, gdzie ocean pełen tłustych ryb. Wtedy pociąg, albo samochód, hotel, albo z wizytą u przyjaciół, trochę czasu z oczami przy szybie i proste, dech w piersiach zapierające szczęście, kiedy na dworcu mój Franek krzyczy „tutuś!” i biegnie do mnie z rozpostartymi rączkami i obejmują mnie te małe rączki za szyję.

Szczęście, gęsto przeszyte najstraszliwszym przerażeniem, obawą, która chciałaby to maleńkie, żabie ciałko otoczyć ramionami jak murami twierdzy.

Raz, dwa razy w tygodniu squash, który zdaje mi się być sportem dziwnie podobnym szermierce, takiej szermierce, jaką kiedyś uprawiałem, czyli po prostu sztuce walki z rapierem, nie skonwencjonalizowanemu sportowi polegającemu na dotykaniu przeciwnika drucikiem wyposażonym w elektryczny przycisk na końcu. Praca nóg podobna, w podobny sposób trzeba sobie wyznaczyć menzurę, czyli zasięg do zrobienia w jednym wypadzie przestawnym. W szermierce, wbrew temu co wydawać by się mogło tym, którzy znają tylko ten interesujący być może sport, uprawiany w białych strojach przy użyciu giętkich drucików – w szermierce, pozbawionej zwyczajowych konwencji (jak te, które np. w szermierce sportowej zabraniają przylać przeciwnikowi w zęby wolną ręką, kopnąć w krocze, w udo, pod kolano), kontakt bezpośredni był bardzo częsty, większość pojedynków kończyła się zapasami, co potwierdza zresztą nasza praktyka sparringowa z dawnych lat, kiedy tak często puścić trzeba było rękojeść rapiera i użyć pięści, łokcia, kolana, wreszcie masy ciała.

Do szermierki, nabijania sobie siniaków, do pękniętej skóry, obolałych żeber i walenia przyjaciół pięścią w ucho czy kolanem w brzuch trzeba było mieć dwadzieścia lat. Squash to dobry analog, kiedy ma się lat trzydzieści. Szkoda tylko, że to co było pewnym atutem w walce (masa – kiedy się przechodziło do zwarcia), w squashu tylko przeszkadza.

Sierpień

Dalej dobre dni. Ciepło, lato miłe, niezbyt upalne, dobre. Przeniosłem się z pracą do altany w ogrodzie rodziców, nasiąkam spokojnym, botanicznym pięknem flory ujarzmionej. Śmieszne rozmowy z synem, dużo dobrego czasu z żoną. Wino, jak zwykle latem, smakuje o wiele lepiej. Dobre jedzenie: świeże, pyszne pomidory z mozzarellą, aż napuchłe od słońca, bazylia, rukola, oliwa, krewetki z czosnkiem i pietruszką i chenin blanc. W Gliwicach pojawiło się niepasteryzowane piwo z browaru Amber. Z przyjaciółmi na długie posiedzenia do restauracji, nad kolacją, piwem, kawą. Znaleźliśmy miejsce, w którym ogródek restauracji połączony jest z placem zabaw dla dzieci – Franek bawi się w piasku.

Dużo książek – Márai, Grossman, „W oficynie Elerta” Zambrzyckiego, Krúdy, Veblen, nowelki Bobkowskiego. Krótkie powtórki: Chamfort, Jünger. Inspirująca wspólna praca z W. i Ł., mimo wyników poniżej oczekiwań, same spotkania – wspaniałe: papierosy, wino, dobre jedzenie i coś najdziwniejszego pod słońcem: kolektywna praca literacka.

Wrzos kwitnie, drżą fioletowe słupki, liżą je pszczoły. Szorstki len na opalonej skórze. Lato, cholera.
I tylko wczesne poranki ciężkie, jak zawsze, pobudki jak na kacu, ciężka głowa, sucho w gardle, katar, dopiero kawa, dwa albo trzy kwadranse otumanionego obijania się od ścian, prysznic i wraca życie. Praca, odpoczynek, czasem, rzadko, trochę lenistwa.

Praca w ogródku kawiarni na gliwickim rynku. Ciepłe od lata miasto, rozgrzane płyty bruku, paradują ładne i brzydkie dziewczyny, muzykanci i gołębie. Dużo muzyki: Joy Division do pisania, Beth Gibbons, , Gaba Kulka ostatnio (zapętlona Lady Celeste do pisania) – ukradziona siostrze, ale siostra ma Zuzię, która jest mniejsza niż duży kot, więc nie ma kiedy słuchać muzyki. Stare Jamiroquai do samochodu.

Wrzesień

I wraca się z Mazur. Się było na Mazurach. Się żeglowało, dobrze wiało, nos się opalił i włosy pojaśniały, jak zwykle od słońca. Się siedziało na Mamerkach, się piło wino i się gapiło na jezioro, ze zdziwieniem konstatując, że to w pewnym sensie ten sam pejzaż, jak znad ogniska na Eriksonodden.

Ciągle nie umiem wydestylować tego, który element krajobrazu wywołuje we mnie to poczucie, to wrażenie spokoju; na pewno woda, wolny rytm fali, na pewno szeroka perspektywa. Ale to nie wszystko, jest w każdym razie w tych boleśnie wyeksploatowanych krajobrazach mazurskich jezior coś takiego, co czułem również siedząc białą nocą nad Zatoką Colesa, nad ogniem.

A pieprzony Spitsbergen nie chce mnie puścić: na przykład w zeszłym tygodniu spadł pierwszy śnieg. Co oczywiście wiem, bo do bukietu moich nałogów dorzuciłem codzienne sprawdzanie co tam słychać (svalbardposten.no) a co widać w Longyearbyen. W każdym razie, w tym roku spadł ten śnieg trochę później niż w zeszłym; kiedy ostatniego dnia wyszliśmy z namiotów, Svalbard był już oprószony bielą jak pączek cukrem-pudrem i to było przyjemne pożegnanie.
Mieszkańcy Longyearbyen początek lata wyznaczają w momencie, w którym przełamuje się nawis śnieżny na Operafjellet, doskonale widoczny z miasteczka – ma ów nawis kształt kieliszka do szampana i łamie się nóżka, widać go też w paru kamerkach internetowych. W tym roku przełamał się 21 lipca, a dziś już nie widać go spod nowego śniegu.

Nie chce mnie puścić również literacko: wydawało mi się, że temat wyczepię „Zimnymi wybrzeżami”, a tu nic z tego. Napisałem już opowiadanie pt. „Tak jest dobrze”, z którym nie wiem jeszcze co się wydarzy, a już piszę kolejne i oba, mimo, że w gruncie rzeczy obyczajowe, osadziły się jakoś same w Kraju Ostrych Gór.
No i w efekcie w 2010 to już pewnie się nie oprę i pojadę znowu. Może tym razem więcej od strony morza i dalej od Longyear, mam już parę pomysłów. A może w ogóle morzem?

A tutaj, teraz: mój Franek skończył dwa lata – i przez te dwa lata nauczył się chodzić, mówić, złościć, kaprysić, robić „mój, mój tatuś” i i w ogóle nauczył się być. Ja po raz pierwszy w życiu poczułem się naprawdę dorosły, ale to on dokonał większego kroku: z człowieczego niebycia, oto jest.

I z wrześniem przyszła cholerna jesień. Jest pięknie i smutno. A. w Leeds, ale tylko na dziesięć dni. M. w Singapurze, do Bożego Narodzenia, albo dłużej. A tutaj, jesteśmy sami z Frankiem, chociaż ja w sumie i tak więcej czasu z komputerem – z pracą, albo z otępiałym gapieniem się w monitor.

I znowu – do Warszawy, na łów, na łów, towarzyszu mój, do Krakowa, żeby potem wrócić do pilchowickiej jaskini z nadzianym na opalony w ogniu oszczep krwawym ochłapem. Zimno już, nienawidzę tych chwil, kiedy lato tak definitywnie odchodzi na tak długo i znowu przychodzą dni zimne, pochmurne i bezlistne.

Synecdoche, New York Charliego Kaufmana. Film, jeden z najlepszych widzianych w ciągu ostatnich paru lat. Tak dobry, że aż nie chce mi się o nim pisać. Nie chcę psuć tego ulotnego poczucia obcowanie z wielkością prostymi konceptualizacjami, że to było o tym i o tym, oraz wyrażało to czy tamto.

A. wraca z Leeds, przywozi mi w prezencie śliczny, kieszonkowy moleskine. Piszę w nim atramentem zielonym, zmieszanym pół na pół z czarnym, zmysłowa przyjemność wodzenia stalówką po gładkim, nasiąkliwym papierze.

Wpisane w Inne | 7 Komentarzy Więcej »
Cytat na dziś IV
Wpisane 16:10, 29 Lipiec 2009 przez Szczepan Twardoch

Dzisiaj bardzo obszernie, za to bez komentarza. Sándor Márai, poniekąd w imieniu Gyuli Krúdyego, bo poniższy monolog pochodzi z powieści „Sindbad powraca do domu” będącej dla Krúdyego hołdem – i jednocześnie pastiszem tegoż pisarza opowiadań, których bohaterem był Sinbad właśnie, alter-ego Krúdyego.

- Tajemnica przyczyniająca cierpień naszej ojczyźnie jest prosta: wszystkim porządnym ludziom na Węgrzech zawsze brakuje czterystu pięćdziesięciu pengő miesięcznie, które albo mają obowiązek zapłacić rozwiedzionej żonie tytułem środków na utrzymanie, albo chcieliby je wręczyć każdego pierwszego swej nowej kochance, bo miłość przypomina elektryczność: pojawia się tylko w pewnych warunkach atmosferycznych, albo muszą spłacać ratami długi w latach hulaszczej młodości. Długo to obliczałem zanim wreszcie doszedłem do prawdziwej sumy. Czterysta pięćdziesiąt, taka jest prawda.
Artur wysłuchał tej informacji zdumiony jak bóbr, który, mrugając oczkami, widzi, że znalazł się naprzeciw strzelby myśliwego.
- Czterysta pięćdziesiąt, ale posłuchaj mnie – ciągnął bardziej uroczyście Sindbad – i zapamiętaj sobie tę sumę. W ciągu długiego życia wiele na Węgrzech widziałem. Obserwowałem, notowałem, rozmyślałem, choć może wydawało się, ze odurzony winem drzemię nad czerwonym obrusem w którejś z knajp w dzielnicy Józefa. Ale ja miałem otwarte oczy i widziałem tych wszystkich samotnych mężczyzn, siedzących po północy przy stolikach węgierskich podmiejskich wyszynków, zanurzonych w męskiej, ponurej samotności, z dymiącym tanim papierosem w palcach, nad kieliszkiem wina, którego nie tykają przez długie godziny, bladych, ze szklanym spojrzeniem, niemo poruszających wargami, jakby się modlili lub szeptali przekleństwa. W rzeczywistości najczęściej wymawiają wówczas imiona kobiet czy lichwiarzy i jednocześnie liczą w myślach. To wielka tajemnica i w innym kraju może nawet by jej nie zrozumiano. W innych krajach poeci, gdy są wściekli albo w życiu rodzinnym prześladuje ich pech, wyjeżdżają na Czarny Ląd zbierać złoty proszek albo handlować narkotykami. Tak zrobił nawet Rimbaud. Ale przepraszam, czy Janos Vajda miał taką możliwość…? U nas pisarze, jak są bardzo wściekli, przechodzą z jednej knajpy do drugiej, i to wszystko. A i to mogą robić tylko dopóty, dopóki mają kredyt. To biedny świat, ten nasz, ja ci to mówię, na próżno obdarzył go Stwórca złotą pszenicą i zielonymi równinami. Nawet Rotschildowie nie chcieli budować kolei w tym kierunku. A to zły znak, bo szyny kolejowe to przyszłość. I dlatego wszystkim dżentelmenom brakuje co miesiąc tych czterystu pięćdziesięciu pengő, które wprost niepodobna zarobić uczciwą pracą.
Sindbad tak rzadko rozprawiał o kwestiach gospodarczych, że pod wpływem tych wywodów zanurzony w gorącej wodzie Artur aż się obudził. Podciągnął się, nadstawiał uszu, niepewnymi ruchami mokrych dłoni poprawił czuprynę i odparł zdezorientowany:
- Ale to duża suma, panie Sindbadzie. Ja nigdy nie miałem tylu pieniędzy, nawet na kapitał zakładowy do czegokolwiek.
- To wstyd – powiedział Sindbad i oburzony spojrzał na jakiegoś chrapiącego, siwawego, starszego mężczyznę, który leżał na sąsiednim stopniu, woda podchodziła mu już do brody i wyglądał jak wypadły z łask Rzymianin, który w czasach Nerona utracił majątek i dowiedziawszy się, że wieczorem przyjdą po niego liktorzy, w termach podciął sobie żyły – to wstyd, żeby artysta twojej rangi był zmuszony mówić o pieniądzach z takim nabożeństwem. Ciebie też nie docenił w tym kraju nikt poza nosorożcem w zoo, który zawsze gramolił się z wody, kiedy w pobliżu jego klatki zaczynałeś bajkę o Królewnie Śnieżce czy o królewiczu Argiriuszu. Ja też się tak czasami czuję. Nie powiem, były chwile w mojej karierze, kiedy pomogły mi szybkonogie koniki czy joker lub walet do koloru, i mogłem schować gruby plik śliskich banknotów do lewej kieszeni surduta, jak to już miał w zwyczaju mój ojciec. Ale literatura nie pomogła mi nigdy i w niczym. Tolerowano mnie najwyżej, bo wiedziano, że skądinąd jestem dżentelmenem; wybaczono mi, można powiedzieć, jak krewniakowi z dobrej rodziny, który zszedł na złą drogę i jest podejrzewany o niejasne interesy. Ten nasz świat był zawsze pełen goryczy, bo wszystkim brakowało pieniędzy. Wiem, co wiem, i czas, bym o tym powiedział. Kiedy mnie już zabraknie, przekaż tę wiadomość naszym peszteńskim kolegom.
Czterysta pięćdziesiąt, całkiem osobno i niezależnie od wszystkiego, to jest zaklęcie i zadanie herkulesowe, któremu Węgrzy nie są w stanie podołać. Widziałem brodatych mężczyzn na beczce, którzy na całe gardło krzyczeli o szczęściu ojczyzny, i słuchając ich, mruczałem, bo wiedziałem, że tak naprawdę brakuje im tylko tych czterystu pięćdziesięciu pengő, a muszą je skądś zdobyć do pierwszego, by przekazać je opuszczonej małżonce, która ma drukarenkę płócien pod haft gobeliniarski przy ulicy Kaplony, czy wybrance, która trudzi się dzierżawą gruntów w komitacie Borsod. Widziałem pisarzy, którzy zanurzali pióra w szkaradnych jadach nienawiści i plotki zamiast atramentu i sprzedawali swój honor i duszę, żeby wydrapać na pierwszego tych czterysta pięćdziesiąt na czynsz za mieszkanie swojej kochanki, bo w podeszłym wieku nagle spadła na nich miłość, a potem na raty za fortepian zakupiony przez tę damę. Widywałem wyższych wojskowych, zamkniętych w dumie z powodu swej rangi i chwały, skrywających przez całe życie tajemnicę, o której nikt się nigdy nie dowiedział, a mianowicie, że przez dwadzieścia lat jadali na kolację serdelki z cebulą i popijali je wodą ze studni, bo w przeciwnym razie nie byliby w stanie sprostać odpowiadającym ich randze pańskim zobowiązaniom i nie mogliby każdego pierwszego zapewnić bytu swym bliskim, którzy potrzebowali tych czterystu pięćdziesięciu. Przez trzydzieści pięć lat liczyłem, obserwowałem i rozmyślałem, nim to zrozumiałem. To wielka tajemnica, o której należałoby uczyć w szkołach. Wszystko, co się dzieje w mieście, dzieje się z tego powodu. Dlatego spojrzenia mężczyzn są tu tak twarde i ostre, jakby na śniadanie połknęli nóż, dlatego tak wielu kręci się tu szubrawców, z tego powodu odbywa się tyle głupich pojedynków, sprzeczek, słyszy się tyle przysiąg i kłamstw, bo tych brakujących czterystu pięćdziesięciu pengő po prostu zupełnie niepodobna zdobyć uczciwą pracą. I nie są ich w stanie zdobyć nawet ci, którzy skądinąd zarabiają krocie: bo rodzina żyje z pieniędzy, które przynosi głowa rodziny, i tych pieniędzy nigdy nie dość, ponieważ rodzina jest głodna jak wilk. Dlatego poza potrzebami na rodzinę każdy mężczyzna musi zdobyć tych dodatkowych czterysta pięćdziesiąt. Ale ich nie ma w tym kraju, który wódz Arpad zajął siłą, orężem i fortelem. Już teraz wiesz. Jeśli kiedy usłyszysz, że zająłem się sprzedażą drewna, opowiedz to dzieciom w Ogrodzie Zoologicznym.
Wstał, przeciągnął krzepkie, dumne ciało, machnął ręką i zakończył smutno:
- Mnie też przez całe życie brakowało tych czterystu pięćdziesięciu pengő.
I poszedł do masażystów, którzy przyjęli go uroczyście.

Tytułem wyjaśnienia – czterysta pięćdziesiąt pengő w latach dwudziestych to niecałe sto ówczesnych dolarów, czyli według moich szacunków – około ośmiu tysięcy polskich złotych A.D. 2009. Cała powieść jest zaś zapisem jednego dnia z życia Sindbada, który potrzebuje sześćdziesiąt pengő na mundurek dla córki.

Wpisane w Inne | 1 Komentarz Więcej »
Varia
Wpisane 22:59, 8 Marzec 2009 przez Szczepan Twardoch

Byliśmy w Jaworzynce, niedaleko od nas, ale na innym, obcym, cieszyńskim Śląsku. Byliśmy u M., w domu, z którego sam już nie wiem ile razy szliśmy do Hrčavy, niespiesznym krokiem na pražený syr z hranolkami i kuflem radegasta. Spacer był krótki, pół godziny w jedną stronę, nie więcej, ale piękny, bo do pachnących już wiosną Beskidów nagle postanowiła powrócić zima, z nieba leciał śnieg jak płaty popiołu z Krakatau, oblepiał drzewa, spływał mi po softshellu i rozbawiał mojego synka, który podróżował w nosiłkach na moich plecach. Potem, kiedy wracaliśmy, śnieg stał się śnieżycą, zniknął horyzont i kiedy wyszliśmy z lasu, zniknęliśmy w bieli, nie było nieba, ani ziemii, tylko ślad drogi pod nogami i biała ciemność dookoła. Franek łapał płatki i wystawiał do spadającego śniegu buzię, zachwycony i szczęśliwy.

Co do radegasta, niestety, w brzydkiej Hospodzie pod Javorem była tylko dziesiątka – do Hospůdki Na Vyhlídce, gdzie leją złotego bażanta, M. iść nie chciał, podobno często u nich ostatnio kuchnia nieczynna – za to zasugerował do piwa jakąś czeską nalewkę słodko-wiśniową, którą następnie sobie do tego piwa wlał. Ja nie wlałem, bo się brzydzę piwa z cukrem, ale jako piwa osobne towarzystwo smakowała wybornie. A raczej smakowałaby, bo tylko parę łyczków upiłem, zanim latorośl pierworodna nie wylała mi wiśniówki na spodnie. Dobrze, że spodnie czarne i takie, do których mało jestem przywiązany.

Wracając, pojechaliśmy przez Jasnowice, przez Czechy, bo drogi lepsze niż na Kubalonce dziurawej jak po bombardowaniu, a ja przy okazji zaopatrzyłem się w czesko-cieszyńskim tesco w kilka butelek wina z południowych Moraw, którego nieobecność w Polsce jest, moim zdaniem, absolutnym skandalem, bo morawski tramin červený jest rewelacyjny, ciekawszy nawet niż odmianą tramina będące gewürztraminery, w Polsce dostępne tylko za absurdalne zupełnie pieniądze, które tylko głupim snobom nie popsułyby przyjemności z wina. Bardzo przyjemny jest również ryzlink vlašský (który nic wspólnego nie ma z rieslingiem niemieckim, na Węgrzech znany jest jako olaszrizling i cudownie upijaliśmy się nim nieraz w piwnicach Budapesztu i Egeru, w pięknych czasach), warto spróbować morawskiego müller thurgau i – szczególnie – czerwonych frankovki i svatovavřineckiego. Nie potrafię pojąć, z jakiego tajemniczego powodu półki w polskich sklepach z winem wypełniają jakieś francuskie szato de szmato (albo, dla odmiany, w lepszych sklepach, dobre francuskie wina w głupich cenach – w głupich, bo wino ma być dionizyjskie, a picie wina za trzycyfrową cenę nie jest dionizyjskie, tylko dekadenckie i perwersyjne), jest sporo dobrych win włoskich, są moje ulubione wina z Chile i Argentyny, bywają nawet czasem wina węgierskie (chociaż akurat najczęściej najgorsze z tego, co węgierskie winnice mają do zaoferowania), a nie ma win morawskich. Win z krainy winiarskiej o starożytnej tradycji, win naprawdę ciekawych, win za sensowne pieniądze, nawet przy uwzględnieniu aktualnego kursu korony.

Miał to być tylko wstęp, ale trochę się rozrósł. Tak naprawdę chciałem napisać o „Sindbad powraca do domu” Máraiego i o „Przy śniadaniu” Rylskiego, które wydają mi się książkami do siebie podobnymi. Jednakowoż, włączając komputer otwarłem sobie butelkę tramina, więc o książkach napiszę następnym razem.

Wpisane w Inne | 6 Komentarzy Więcej »
Varia
Wpisane 12:05, 10 Styczeń 2009 przez Szczepan Twardoch

1. Nowe książki. Zakończona jest już redakcja, skład i korekta „Zimnych wybrzeży”, które ukażą się wczesną wiosną tego roku. Bardzo możliwe, że jeszcze przed „Zimnymi wybrzeżami” wyjdzie zbiór moich tekstów o broni – felietonów i dłuższych artykułów, pod tytułem „Zabawy z bronią”. Będzie to jednocześnie mój debiut, jeśli chodzi o książki nieliterackie.

2. Wyjdzie również na dniach „Święty Wrocław” Łukasza Orbitowskiego, który chwali się już na swojej stronie okładką. Książkę skończyłem czytać niedawno – z wnikliwą recenzją poczekam, aż rzecz się ukaże, ale już teraz mogę powiedzieć, że jest to wspaniała powieść, bardzo orbitowska, oryginalna i straszna.

3. Ziemkiewicz napisał dość interesujący tekst pt. „Pusta trumna Romana Dmowskiego” w którym, że tak nieskromnie zauważę, powtarza główne tezy i nawet określenia z mojej notki sprzed półtora roku. Przeczytałem też Ziemkiewicza „Żywinę” i uczucia mam mieszane. Z jednej strony widać wyraźnie, że wykształcił się już gatunek „powieści publicystycznej” (Michalski, Horubała, Wildstein, Ziemkiewicz – podobno też, z drugiej strony, Anderman, ale nie czytałem), po której nie należy spodziewać się zbyt rozbudowanej fabuły – i to nie jest zarzut, nikt nie oczekuje też nagłych zwrotów akcji od świetnych przecież powieści eseistycznych Sándora Máraiego, takie są po prostu reguły gatunku. W ramach powieści publicystycznej, suchy, bezpłciowy nieco język Ziemkiewicza sprawdza się lepiej, niż niepoparte adekwatnym warsztatem stylistyczne pretensje ciekawszej być może powieści Wildsteina, i nie przeszkadza mi tutaj tego języka przeźroczystość. Brakuje mi jednak jednak jakiegoś rozmachu wizji, bo w zasadzie opisanie rządzących swoimi terytoriami klik po wodzą byłych esbeków to nie jest odkrycie rzeczywistości nieznanej dla kogoś, kto nie urodził się wczoraj. Wygłupiać się może na antenie Ćwiąkalski (wczoraj słyszałem go w Trójce i wyłączyłem radio kiedy pieprzyć o nieskalanej niezawisłości polskich sądów) mogli się kiedyś zgrywać Kwaśniewski z kolegami, ludzie pokroju i poziomu Orlińskiego czy Lisa mogą nawet autentycznie wierzyć, że póki złe Kaczory wszystkiego nie popsuły, w Polsce wszystko wyglądało dokładnie tak, jak ułożono to w konstytucjach i ustawach – ale poza nimi, to ottym, że Polska jest państwem w swej tkance mafijnym wie naprawdę każdy. A bardzo wielu doświadczyło tego w ogóle na własnej skórze.
Więc czy warto poświęcać temu aż powieść? Skoro świadomość tej mafijnej tożsamości polskiego państwa weszła już do common knowledge i powoli toruje sobie drogę na salony?
Przypominają mi się jednak w tym momencie tekst pt. „Iuro-kracja” Piotra Skórzyńskiego, opublikowany w „Arcanach” nr 83, już po jego samobójczej śmierci i krótkie zdaniez pożegnalnego listu, które cytuje Teresa Bochwic: „napisał, że nie godzi się na nikczemnienie świata. I już tylko tyle może zrobić, żeby w nim nie być.”
Więc chyba jednak warto.

4. Można wreszcie kupić „Ostatnie rozmowy z Philipem K. Dickiem”, wydane w imprincie „Editio”, należącym do Grupy Wydawniczej Helion. Wspominam o tym tutaj na blogu nie tylko dlatego, że książka jest świetna – świetnych książek ukazuje się wiele. Wspominam o tym, bo z tej jestem szczególnie dumny, jest jedną z ostatnich, jakie ściągnąłem do Polski pracując jako redaktor ds. praw zagranicznych w Helionie w latach 2004-2006. Tę konkretnie znalazłem na London Book Fair 2006 i zapoczątkowałem wtedy cały proces wydawniczy, który – jak widać – trochę trwał.

5. „Święty Wrocław” Łukasza dostałem, oczywiście w pliku – podobnie jak dziesiątki, jeśli nie setki innych książek, które otrzymuję w plikach do recenzji wewnętrznej, zewnętrzne czy do zapoznania się z nimi z różnych powodów. Czytanie 800-stronicowej książki z ekranu laptopa jest mordercze dla oczu, a niezbyt wygórowane honoraria za recenzje skurczyłyby się już zupełnie, gdybym miał sobie te książki drukować.
Dostałem jednak w prezencie urodzinowym od rodziców czytnik ebooków Sony Reader PRS-505, którego główną zaletą jest świetny wyświetlacz z e-papieru. Rzecz jest doskonała; polecam wszystkim, zawodowo zmuszonym do lektury długich publikacji elektronicznych takiego czy innego rodzaju. Ekran jest fantastyczny, nie męczy oczu bardziej niż zwykła, papierowa książka. Nie jest dokładnie biały: raczej b.ciemno szare litery na b. jasno szarym papierze, w kontraście porównywalnym lub lepszym niż w przeciętnej książce papierowej w miękkiej okładce. Odświeżanie ekranu zajmuje mniej więcej tyle czasu, co przewrócenie kartki.
Pewne kłopoty sprawa czytnikowi wyświetlanie plików pdf – tzn. obsługuje ten format, ale wyświetla stronę w całości na ekranie, przez co najczęściej litery są zbyt małe – po powiększeniu zaś nie zachowuje akapitów, etc. Z tym bardzo prosto sobie jednak można poradzić, używając programiku Book Designer – freeware made in Russia, który pozwala konwertować wszystkie pliki – .pdf, .doc, .rtf, .html, .lit, etc. do formatu .lrf, który czytnik obsługuje najlepiej i najszybciej. Za pomocą book designera otrzymuje się również polskie litery w tekstach – bo warto zauważć, że Sony Reader nie jest sprzedawany w Polsce, tylko -bodajże – w Wielkiej Brytanii i USA, skąd można go jednak bez problemu sprowadzić. Polskie menu, jeśli komuś to potrzebne, można uzyskać po niezbyt skomplikowanym sflashowaniu czytnika, czego nie robiłem – bo wystarczą mi polskie znaki w książkach.
Rzecz pomocna jest nie tylko w życiu zawodowym – ważąc czytnik w ręce przypominam sobie mój trzydziestokilogramowy plecak podczas naszego pierwszego trekkingu na Spitsbergenie, w którym nosiłem, oprócz koniecznego sprzętu, „Dzienniki” Máraiego, które same ważą dobry kilogram. A nie była to jedyna książka, jaką zabrałem wtedy ze sobą.

Wpisane w Inne | 4 Komentarzy Więcej »
Wypadek
Wpisane 08:55, 2 Lipiec 2008 przez Szczepan Twardoch

Przesuwam się powoli przez rozpalone południowym upałem miasto. Opony topią się i sklejają z rozmiękłym od gorąca asfaltem, toczą się powoli, mlaskają na nierównościach jezdni. Wyjeżdżam zza zakrętu i widzę przyczynę korka.

Na ulicy leży na boku stara kobieta, a nad nią stoi wielka ciężarówka z naczepą, przepraszająco mrugając kierunkowskazami. Dookoła krzątają się już policjanci i ratownicy, kobieta leży nieruchomo, lecz żyje, rusza stopą w płóciennym pantoflu. Pod potężnym kołem ciężarówki utkwiło plastikowe wiadro, w seledynowym kolorze, opona lekko je przygniotła, zgięła, lecz wiadro nie pękło. Drugie wiadro, różowe, kobieta ciągle ściska w dłoni.
Przesuwam się dalej, powoli, razem z zatorem, widzę twarz staruszki. Jest spokojna, ma zamknięte oczy, jakby spała na wrzącym asfalcie, otoczona drgającym powietrzem. Nie straciła przytomności, odpowiada ratownikom, kiedy ją o coś pytają, po prostu leży, jak wyrzucony na brzeg kamień. Patrzę na jej pomarszczoną twarz i przypominam sobie ostatnie strony „Dzienników” Máraiego.
Kierowca ciężarówki, w moim wieku, może trochę starszy, stoi obok i drży z przerażenia.

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 1 Komentarz Więcej »
Po co żyć?
Wpisane 22:10, 3 Czerwiec 2008 przez Szczepan Twardoch

Pocałunki mojej żony, uśmiech mojego synka i jego spokojne, powolne i uparte „dadaedidoedededidaode”. Ich spokojne oddechy, kiedy zasypiam.
Czytanie takich książek, przy których czuje sie zazdrość, że się ich samemu nie napisało, uczucie ogromnej, obezwładniającej ulgi kiedy pisze się „KONIEC” i próżna euforia, kiedy na konto wpływa jakieś smutne honorarium. Jezu jak się cieszę, z tych króciutkich wskrzeszeń, kiedy pełną kieszeń znowu mam, znowu mogę myśleć trochę jakby ściślej i wymyślam wtedy nowy plan.
Zapach i smak pierwszego łyka wina, szum w głowie przy drugiej butelce.
Nie do pomylenia z niczym chwile po kilkunastu godzinach marszu z ciężkim plecakiem, kiedy się siada na zimnym wybrzeżu z kubkiem słodkiej herbaty i właśnie skręconym papierosem, się patrzy na polarne morze po horyzont, obok siedzi najlepszy kumpel i się razem milczy i się słucha miliona mew, i się jest, jak na obrazie Caspara Davida Friedricha i nawet morze i niebo mają taki kolor jakby były z farby olejnej, pod słońcem niezachodzącym.
Szum opon na dobrej i dalekiej drodze, nocą, z rękami na kierownicy i muzyką,i to cudowne uczucie mocy pod prawą stopą, kiedy wystarczy lekko tylko popchnąć gaz i alfa wyrywa się od dziewięćdziesiąt do sto pięćdziesiąt, szybko jak mgnienie oka, a mogłaby jeszcze dużo szybciej, gdyby stopę wepchnąć głębiej, w prawej szybie migają koła wyprzedzanej ciężarówki.
Kiedyś, pijane noce z klubie, z dłońmi na biodrach żony, w tym samym klubie, w którym tańczyliśmy dziesięć i dwanaście lat temu, włoskie jedzenie i wino wieczorem, w ogródku restauracji, z małymi latarenkami między stolikami i parasolami.
Gorąca lufa strzelby po rozstrzelaniu w powietrzu kilkunastu rzutków bez pudła, smużka niebieskiego dymu z resztek dopalającego się na jej ściankach prochu.
Zapięcie guzika w nowym, pięknym garniturze, pod palcami bezładny zwój materiału zamienia się w węzeł, z którego wypływa i rozwija się struga błyszczącego jedwabiu, nogawki załamują się na butach jedną, zdecydowaną fałdą.
Szybki jacht i równa, spokojna czwórka, pełne szmaty, dobra załoga, przechył niezbyt duży, byle szybciej iść, pełny półwiatr i kawał jeziora przed sobą, prosty kilwater, przecięty zwrotem, trzaśniętym jak na regatach, z warczeniem kabestanów i hukiem sztywnego dacronu żagli wypełniających się wiatrem już na drugiej burcie. Sztorm na Bałtyku, na bukszprycie okrakiem bez lajfpatentu, bo nie było czasu założyć i zbieranie foka, rzucającego jak oszalały kilogramową szeklą przy rogu szotowym. Białe wyspy na Morzu Śródziemnym.
Uścisk dłoni taty i jego „Z Panem Bogiem”, kiedy wyjeżdżam.
I wysiąść z samochodu na sercu świata, na twardej jak beton pustyni, płaskiej i równej jak stół wycięty pełnym kołem horyzontu, i po horyzont nic, tylko ziemia spękana niczym dno wyschłej kałuży, możesz patrzeć w każdą stronę, tylko samochód, na środku tej zakreślonej krzywizną planety krainy jak morze, i ty, i ci, którzy z tobą tym samochodem jadą.
Spacer letnią po nocą po rozgrzanym całym dniem upału mieście i słuchanie, jak kamień, cegła, asfalt i beton oddają powietrzu swoje ciepło.
Kawa ciężkim porankiem. Radiohead w stereo, tak głośno, że drżą szyby w drzwiczkach kredensu.
Oszroniony kufel piwa wypity duszkiem po całym dniu marszu w upale, kiedy język przysycha do podniebienia a pot cichym strumieniem spływa między łopatkami.
Spotkanie dawno niewidzianego przyjaciela. Burza wściekła i jej zapach.
Taniec z odzianą w letnią sukienkę dziewczyną, która daje się prowadzić tak, że zaczyna się niesłusznie wierzyć we własne, taneczne talenty.
Czytanie „Dzienników” Máraiego po raz pięćdziesiąty, ale zawsze jak po raz pierwszy. I Jünger. Przewrócenie dziesięciu poperów z jedną zmianą magazynka najszybciej jak się da i szybciej, niż ostatnim razem.
Niedzielny obiad u dziadków, z całą rodziną. Film, z którego wychodzi się w milczeniu.
Absolutna cisza na jeziorze lekko jeszcze rozhuśtanym wczorajszą falą, bardzo wczesnym rankiem, z puklami mgły nad wodą i chłodem, przenikającym pod polar. I papieros przed śniadaniem, zanim jeszcze wszyscy wstaną.
Lodowate jabłka, ciemnoczerwone i bardzo dojrzałe, zebrane z drzewa o poranku po pierwszych chłodnych nocach, w początkach października.

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 7 Komentarzy Więcej »
Márai ponownie
Wpisane 02:18, 31 Styczeń 2008 przez Szczepan Twardoch

Wczoraj w nocy, ponownie – Márai, „Dzienniki”. I jak zwykle, jakbym nagle wyrwał głowę spod wody i zaczerpnął powietrza: a jednak w człowieczeństwie jest jakiś sens. Nawet staroświeckie pojęcie intelektualisty – w „Dziennikach” jest wzniosłe, dzięki obojętności, pogardzie i bezwzględności – bo Márai jest właśnie obojętny, pogardliwy i bezwzględny.
Wyobrażam sobie, jak wydyma wargi, patrząc na to, co wieszają w MoMA: co próbujecie nam sprzedać, hucpiarze? Nam, którzy widzieliśmy Sztukę – nam, z burżuazji, która znała wartość pieniądze, ze starych Sasów, których lepsi od was szarlatani nie zdołali naciągnąć na złamanego pengő.
Trudno w tę szlachetną surowość intelektualisty uwierzyć w epoce siwowłosych autorytetów, ustrojonych w profesury, honoriskausy, archidiecezje, medale i ordery, lecz kładących się jak łan zboża pod wiatrem, który wieje spod ledwie uchylonych drzwi do archiwów.
Czytam dalej i myślę sobie – jakie szczęście miał pan Márai, że nikomu nie udało się jego dostojnych zwłok z przestrzeloną głową nawlec na trzonek, aby potem wymachiwać nimi, jak sztandarem. Nie wiem jak na Węgrzech, przynajmniej u nas nie – demoliberalny salonik nie mógł go nawlec z oczywistych powodów – pogarda Máraiego była jeszcze silniejsza, niż pogarda Herberta, niemożliwa do przewalczenia. Nie pochylał się nad ketmanami, nie starał się zrozumieć złożoności ludzkich motywacji, tylko gardził – a pogarda jest tym, co uszlachcone prawnuki kuśnierzy z kresowych sztetli znoszą najgorzej.
Dla dziarskich chłopców-prawicowców zaś Márai nie stanowi wartości: nie mogą, czytając, uderzać dłonią o stronicę z okrzykiem „tak jest, ale im przywalił”, nie znajdują u Máraiego prostych puent, kilku jasnych pojęć, których brakuje im w „mainstreamowych” gazetach a którymi da się wyjaśnić świat, przynosząc ulgę obolałej, opuchniętej od troski o Ojczyznę głowie. Więc ci również nie nawlekają, i zostaje pan Márai z jego pisaniem, idealnie obojętny – czytam więc i z lubością znajduję, ponownie, te miejsca, gdzie się myli.

W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, po pokazie kina trójwymiarowego, przekonany jest, iż był właśnie świadkiem narodziny nowego gatunku sztuki – wspomina czterdzieści lat wcześniejsze pokazy kinematografu. Tymczasem, kino trójwymiarowe jest dziś rozrywką tak samo jarmarczną, jak było pięćdziesiąt lat temu. Jadąc z Neapolu do Rzymu wspomina dawne, walczące ze sobą państwa włoskie i w obliczu ich zjednoczenia prorokuje, że za jakiś czas, patrząc z okien samolotu, tak samo widzieć będziemy tylko przeszłe wojny, pogrzebane nowym, światowym zjednoczeniem. Nawet w swoich futurologicznych pomyłkach Márai jest interesujący, bo tak wiele mówią o nim samym i o epoce, którą przeżywał.

Wpisane w Inne, Niepublikowane | 8 Komentarzy Więcej »
Lektury
Wpisane 23:21, 2 Lipiec 2007 przez Szczepan Twardoch

Rylski, „Wyspa” i inne opowiadania. Bez wątpienia jeden z najlepszych stylistów współczesnej polskiej literatury. Potrafi zachować w słowach zapach potu, ciepłego asfaltu, brudnego morza i brudnego romansu. Mocny, smutny, cioranowski, dotyka tego, co bardzo ważne w literaturze – rozpaczy, bolesnego splątania, immanentnie wpisanego w ludzką kondycję.

Wilk, „Wołoka”. Cóż za piękna katastrofa! Kolejny wielki stylista, ten Custine naszych czasów zbyt już zakochał się w Rosji i jego opis stracił na ostrości. Oczywiście, lepiej czytać Wilka, niż różnych głuptasków z kolorowych tygodników, którzy sobie radośnie pieprzą o tym, że brudno, demokracji niet a Putin za mordę – bo Wilk widzi sto razy więcej niż oni i wspaniale pisze po polsku, a nie tym sformatowanym narzeczem, posklejanym z kilku semantycznie pustych i wyblakłych związków frazeologicznych.
Przy tym rzecz zabawna, Wilk pisze, że nie można porównywać stalinowskich łagrów do hitlerowskich konc-lagrami. A dlaczego? Ano dlatego, że w stalinowskich bywały nawet orkiestry, tak tam było fajnie.

Teraz wyobraźmy sobie, że Irving mówi, że hitlerowski obóz był sympatycznym miejscem, bo maszerującym do pracy więźniom przygrywała orkiestra. Bo wiemy przecież, że przygrywała, prawda? No cóż, Irvinga wyrzucono z Targów Książki w Warszawie, a wątpię, żeby ktoś wyrzucał książki Wilka.
A ja jakoś tak jestem przywiązany do tego liberalnego przesądu, że nie oburzam się ani tym, co pisze sobie Wilk (chociaż bardziej jednak wierzę w tej kwestii Sołżenicynowi), ani tym, co pisze Irving, chociaż bardziej niż Irvingowi wierzę Pileckiemu. Brzydzi mnie jednak liberalna hipokryzja – nie mam nic przeciwko dogmatom, ale dogmatycy, udający anty-dogmatyków to groteskowy widok.

Wołkow, „Werbunek”. Rzecz dziwna. Z jednej strony, książka słabsza od świetnych „Montażu” i „Carskich sierot” tego samego autora. Fabuła rozwija się szarpnięciami, czasem tonie w dłużyznach, książka nie jest najlepiej skomponowana, autor irytująco zagłębia się w niepotrzebne, boleśnie szczegółowe opisy strojów (nie tylko szczegółowe, ale zawsze kompletne, od czubka głowy po obuwie, z wyliczeniem wszelkich marszczeń, guziczków, pętelek i futerek) i wnętrz, na których skupia się tak mocno, że czytelnik ciągle spodziewa się, że dany kubraczek bohaterki lub plastikowy fotel odegra dwie albo trzy strony dalej kluczową dla intrygi rolę – i oczywiście nic z tego, Wołkow opisywał te wszystkie kurteczki i biureczka wyłącznie, by pofolgować niegodnej pokusie wyczerpującego opisu.
Jednak, mimo tych wad w „Werbunku” jest ukryta wartość, która pod pewnymi względami każe mi książkę tę przedkładać nawet ponad wspomniane wcześniej „Montaż” i „Carskie sieroty”.
To potężne świadectwo ewangelicznej siły, ukryte w werbunku, brawurowa analiza procesu nawrócenia – i nagle wraca do mnie, jak melodia czepliwej piosenki, krótki refren – „chrześcijaństwo to transgresja”.

Szacki, Kontrrewolucyjne paradoksy, ponownie. Paweł Ćwikła w swojej świetnej książce – doktoracie o Januszu Zajdlu, pod tytułem „Boksowanie świata”, dziękował naszemu wspólnemu przyjacielowi „za uświadomienie, że esej może być równie dobrą formą wypowiedzi naukowej”. K., który jest adresatem tych podziękowań zapewne dowiedział się tego właśnie z książki Szackiego. Rzecz jest nie tylko napisana świetnie, nie tylko jest zwięzła, ale przede wszystkim, nie ma w niej ani jednego zbędnego zdania, tak bardzo jest nasycona treścią. Książeczka ta ostatni raz wydana była ponad czterdzieści lat temu – koniecznie należałoby ją wznowić, bo gdyby nie K., skazany byłbym na lekturę wyłącznie w bibliotecznej czytelni.

Poza tym, to co zwykle, Jünger na zmianę z Máraim, łyki świeżego powietrza w ponowoczesnym świecie, tonącym w acedycznej apatii.
Z profesjonalnej konieczności. ipeenowskie świstki trzy razy kserowane, Archiwum Mitrochina, Mackiewicza „Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy”, „The hidden hand” Aldricha i temu podobne.

Wpisane w Inne | Komentarze są wyłączone Więcej »
Sándor Márai o św. Kuroniu
Wpisane 10:54, 28 Czerwiec 2007 przez Szczepan Twardoch

Ale widział też takich, którzy z jakimś całkiem nieracjonalnym samooszustwem, wbrew zdrowemu rozsądkowi przyjmowali komunizm na jakiś czas, jako rozwiązanie problemów życia prywatnego i publicznego… Czasami biorą udział w komunistycznym sprzysiężeniu, czasem tylko potakują ruchem głowy, z ostrożną aprobatą, jak romantyczni intelektualiści… aż pewnego dani ogarnia ich przerażenie, ponieważ ze wstydem przekonują się, że naród, cichy i gotowy na wszystko, tym straszliwym milczeniem, ostateczną odmową odpowiada na ich podstępne próby zbratani się… Wtedy odzyskują przytomność, ogarnia ich lęk, uciekają chyłkiem, w popłochu… To oni potem będą oficjalnymi ekskomunistami i poputczykami, którzy tak się zachowują, jak dyplomowani eksperci od komunizmu.
Zasiadają za stołami wolnego świata i wyniośle, nosowy głosem tłumaczą tym, którzy nigdy nie byli komunistami, jak źle było w komunizmie… Niech pan zwróci uwagę, jak rzadko trafia się między nimi taki, który wypiera się komunizmu… Zawsze tylko powtarzają, że metody są złe, że komunistyczne przedsięwzięcie jest jeszcze młodu i nieopierzone, jeszcze zdarzają się błędy… Ale rzadko trafia się ktoś, kto stwierdza, że nie metody są złe, ale że komunizm jako teoria i praktyka jest zgniły i nieludzki… (…)
Ekskomuniści i poputczycy zachowują się jak piroman, który przestraszył się pożogi… tak, pożogi, którą sam wzniecił… A później przestraszył się ognia i on, podpalacz, szybko przystępuje do towarzystwa ubezpieczania od ognia w charakterze taksatora szkód… O, takich szczególnie nie lubił.

(Krew świętego Januarego, tłum. Feliks Netz)

Wpisane w Inne | 9 Komentarzy Więcej »
  • Wstecz
  • Najnowsze wpisy

    • Święci
    • Historiozofia dla trzylatków
    • Cytat na dziś XIII
    • Różności, zapowiedzi
    • Krótko mówiąc IV
  • Najnowsze komentarze

    • Szczepan Twardoch o Cytat na dziś XIII
    • Szczepan Twardoch o Historiozofia dla trzylatków
    • Szczepan Twardoch o Święci
    • Il Federale o Święci
    • Studyta o Historiozofia dla trzylatków
    • WP o Historiozofia dla trzylatków
    • Piotr o Cytat na dziś XIII
    • Ignac o Historiozofia dla trzylatków
  • Tagi

    Śląsk Ślůnsk ślůnsko godka Arcana broń Broń i Amunicja Chateaubriand Christianitas chrześcijaństwo Cioran Czas Fantastyki dukaj Ernst Jünger felieton fiderkiewicz film Fronda Jünger język śląski kaczyński kino kościół konkurs literatura lustracja Márai Mackiewicz Michalski michnik Militaria opowiadanie orbitowski podróże polityka powieść Przemienienie Rosja Sándor Márai Spitsbergen spotkanie sternberg Tocqueville twardoch zabawy z bronią zimne wybrzeża
  • Kategorie

    • Arcana (4)
    • Broń i Amunicja (15)
    • Christianitas (5)
    • Cytat na dziś (12)
    • Czas Fantastyki (6)
    • FA-Art (1)
    • Fronda (6)
    • Gazeta Polska (2)
    • Informacyjne (73)
    • Inne (148)
    • Krótko mówiąc (3)
    • ś.p. Życie (1)
    • Militaria (13)
    • Niepublikowane (11)
    • onet.pl (2)
    • Opcje (4)
    • Pů našymu (6)
    • Wszystko jest literaturą (21)
    • Z papieru (2)
  • Archiwa

    • Wrzesień 2010 (1)
    • Sierpień 2010 (2)
    • Lipiec 2010 (3)
    • Czerwiec 2010 (5)
    • Maj 2010 (6)
    • Kwiecień 2010 (2)
    • Marzec 2010 (1)
    • Luty 2010 (1)
    • Grudzień 2009 (2)
    • Listopad 2009 (3)
    • Październik 2009 (4)
    • Wrzesień 2009 (5)
    • Sierpień 2009 (1)
    • Lipiec 2009 (6)
    • Czerwiec 2009 (3)
    • Maj 2009 (9)
    • Kwiecień 2009 (3)
    • Marzec 2009 (9)
    • Luty 2009 (5)
    • Styczeń 2009 (3)
    • Grudzień 2008 (3)
    • Listopad 2008 (5)
    • Październik 2008 (6)
    • Wrzesień 2008 (3)
    • Sierpień 2008 (5)
    • Lipiec 2008 (6)
    • Czerwiec 2008 (5)
    • Maj 2008 (4)
    • Kwiecień 2008 (6)
    • Marzec 2008 (7)
    • Luty 2008 (2)
    • Styczeń 2008 (4)
    • Grudzień 2007 (1)
    • Listopad 2007 (3)
    • Październik 2007 (7)
    • Wrzesień 2007 (11)
    • Sierpień 2007 (12)
    • Lipiec 2007 (10)
    • Czerwiec 2007 (10)
    • Maj 2007 (8)
    • Kwiecień 2007 (13)
    • Marzec 2007 (13)
    • Luty 2007 (8)
    • Styczeń 2007 (15)
    • Grudzień 2006 (11)
    • Listopad 2006 (9)
    • Październik 2006 (23)
    • Wrzesień 2006 (24)
  • Kalendarz

    Wrzesień 2010
    P W Ś C P S N
    « sie    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    27282930  
  • Translator

    Polish flagEnglish flagGerman flagFrench flagRussian flagCzech flagHungarian flag 
  • Na facebooku

  • Książki



  • Tak

  • Czytam

    • A. & Ł. Oleksakowie
    • Alfy, Lancie i ciężarówki
    • Anarcha, czyli Dante
    • Andrzej Solak
    • Esthel
    • Felietony Krzyśka Łęckiego
    • Funky Dieter
    • Jacek Dukaj
    • Koty Orbitowskiego
    • Kronika Novus Ordo
    • Ślůnzok ze Aldrajchu
    • Łukasz Orbitowski
    • M&M Kryjakowie – fotografia
    • Maciej Gnyszka
    • Miłośnik Ezry Pounda
    • Okiem Studyty
    • Paweł Milcarek
    • Przemek Bociąga
    • S.Michalkiewicz
    • Slavoi – Próbki
    • Tomasz Gabiś
    • Urbaniuk robi zdjęcia
    • Wojtek Wencel
    • x. Isakowicz-Zaleski
  • Łamy

    • 44
    • Arcana
    • Broń i Amunicja
    • Christianitas
    • Czas Fantastyki
    • FA-Art
    • fronda.pl
    • lampa
    • Nowa Fantastyka
    • Opcje
    • SFFH
  • Teksty

    • Babilon i mimesis
    • Jak nie zostałem Polakiem – narodowość jako akt woli.
    • Konserwatyzm jako klęska
    • Lampart na marmurowej skale
    • Pusty stryczek. O „Wieszaniu” Rymkiewicza.
    • Rozpacz, chrześcijaństwo i konserwatyzm
    • Umieranie Sándora Máraiego
  • twardoch.pl

    • Agata, żona
    • Dziennik 2004-2005
    • Ewa, siostra – w Maroku
    • Fechtunek
    • Podróże małe i duże
  • Meta

    • Zaloguj się
    • Kanał RSS z wpisami
    • Kanał RSS z komentarzami
    • WordPress.org
  • Spam Blocked

    3 282 komentarzy będących spamem odrzucone przez
    Akismeta
  • Wishful thinking


    My blog is worth $12,984.42.
    How much is your blog worth?

Copyright © by Szczepan Twardoch 2010. Strona chodzi na Wordpressie. Skórka: AskGraphics.