Pocałunki mojej żony, uśmiech mojego synka i jego spokojne, powolne i uparte „dadaedidoedededidaode”. Ich spokojne oddechy, kiedy zasypiam.
Czytanie takich książek, przy których czuje sie zazdrość, że się ich samemu nie napisało, uczucie ogromnej, obezwładniającej ulgi kiedy pisze się „KONIEC” i próżna euforia, kiedy na konto wpływa jakieś smutne honorarium. Jezu jak się cieszę, z tych króciutkich wskrzeszeń, kiedy pełną kieszeń znowu mam, znowu mogę myśleć trochę jakby ściślej i wymyślam wtedy nowy plan.
Zapach i smak pierwszego łyka wina, szum w głowie przy drugiej butelce.
Nie do pomylenia z niczym chwile po kilkunastu godzinach marszu z ciężkim plecakiem, kiedy się siada na zimnym wybrzeżu z kubkiem słodkiej herbaty i właśnie skręconym papierosem, się patrzy na polarne morze po horyzont, obok siedzi najlepszy kumpel i się razem milczy i się słucha miliona mew, i się jest, jak na obrazie Caspara Davida Friedricha i nawet morze i niebo mają taki kolor jakby były z farby olejnej, pod słońcem niezachodzącym.
Szum opon na dobrej i dalekiej drodze, nocą, z rękami na kierownicy i muzyką,i to cudowne uczucie mocy pod prawą stopą, kiedy wystarczy lekko tylko popchnąć gaz i alfa wyrywa się od dziewięćdziesiąt do sto pięćdziesiąt, szybko jak mgnienie oka, a mogłaby jeszcze dużo szybciej, gdyby stopę wepchnąć głębiej, w prawej szybie migają koła wyprzedzanej ciężarówki.
Kiedyś, pijane noce z klubie, z dłońmi na biodrach żony, w tym samym klubie, w którym tańczyliśmy dziesięć i dwanaście lat temu, włoskie jedzenie i wino wieczorem, w ogródku restauracji, z małymi latarenkami między stolikami i parasolami.
Gorąca lufa strzelby po rozstrzelaniu w powietrzu kilkunastu rzutków bez pudła, smużka niebieskiego dymu z resztek dopalającego się na jej ściankach prochu.
Zapięcie guzika w nowym, pięknym garniturze, pod palcami bezładny zwój materiału zamienia się w węzeł, z którego wypływa i rozwija się struga błyszczącego jedwabiu, nogawki załamują się na butach jedną, zdecydowaną fałdą.
Szybki jacht i równa, spokojna czwórka, pełne szmaty, dobra załoga, przechył niezbyt duży, byle szybciej iść, pełny półwiatr i kawał jeziora przed sobą, prosty kilwater, przecięty zwrotem, trzaśniętym jak na regatach, z warczeniem kabestanów i hukiem sztywnego dacronu żagli wypełniających się wiatrem już na drugiej burcie. Sztorm na Bałtyku, na bukszprycie okrakiem bez lajfpatentu, bo nie było czasu założyć i zbieranie foka, rzucającego jak oszalały kilogramową szeklą przy rogu szotowym. Białe wyspy na Morzu Śródziemnym.
Uścisk dłoni taty i jego „Z Panem Bogiem”, kiedy wyjeżdżam.
I wysiąść z samochodu na sercu świata, na twardej jak beton pustyni, płaskiej i równej jak stół wycięty pełnym kołem horyzontu, i po horyzont nic, tylko ziemia spękana niczym dno wyschłej kałuży, możesz patrzeć w każdą stronę, tylko samochód, na środku tej zakreślonej krzywizną planety krainy jak morze, i ty, i ci, którzy z tobą tym samochodem jadą.
Spacer letnią po nocą po rozgrzanym całym dniem upału mieście i słuchanie, jak kamień, cegła, asfalt i beton oddają powietrzu swoje ciepło.
Kawa ciężkim porankiem. Radiohead w stereo, tak głośno, że drżą szyby w drzwiczkach kredensu.
Oszroniony kufel piwa wypity duszkiem po całym dniu marszu w upale, kiedy język przysycha do podniebienia a pot cichym strumieniem spływa między łopatkami.
Spotkanie dawno niewidzianego przyjaciela. Burza wściekła i jej zapach.
Taniec z odzianą w letnią sukienkę dziewczyną, która daje się prowadzić tak, że zaczyna się niesłusznie wierzyć we własne, taneczne talenty.
Czytanie „Dzienników” Máraiego po raz pięćdziesiąty, ale zawsze jak po raz pierwszy. I Jünger. Przewrócenie dziesięciu poperów z jedną zmianą magazynka najszybciej jak się da i szybciej, niż ostatnim razem.
Niedzielny obiad u dziadków, z całą rodziną. Film, z którego wychodzi się w milczeniu.
Absolutna cisza na jeziorze lekko jeszcze rozhuśtanym wczorajszą falą, bardzo wczesnym rankiem, z puklami mgły nad wodą i chłodem, przenikającym pod polar. I papieros przed śniadaniem, zanim jeszcze wszyscy wstaną.
Lodowate jabłka, ciemnoczerwone i bardzo dojrzałe, zebrane z drzewa o poranku po pierwszych chłodnych nocach, w początkach października.
Tag Archives: Sándor Márai
Márai ponownie
Wczoraj w nocy, ponownie – Márai, „Dzienniki”. I jak zwykle, jakbym nagle wyrwał głowę spod wody i zaczerpnął powietrza: a jednak w człowieczeństwie jest jakiś sens. Nawet staroświeckie pojęcie intelektualisty – w „Dziennikach” jest wzniosłe, dzięki obojętności, pogardzie i bezwzględności – bo Márai jest właśnie obojętny, pogardliwy i bezwzględny.
Wyobrażam sobie, jak wydyma wargi, patrząc na to, co wieszają w MoMA: co próbujecie nam sprzedać, hucpiarze? Nam, którzy widzieliśmy Sztukę – nam, z burżuazji, która znała wartość pieniądze, ze starych Sasów, których lepsi od was szarlatani nie zdołali naciągnąć na złamanego pengő.
Trudno w tę szlachetną surowość intelektualisty uwierzyć w epoce siwowłosych autorytetów, ustrojonych w profesury, honoriskausy, archidiecezje, medale i ordery, lecz kładących się jak łan zboża pod wiatrem, który wieje spod ledwie uchylonych drzwi do archiwów.
Czytam dalej i myślę sobie – jakie szczęście miał pan Márai, że nikomu nie udało się jego dostojnych zwłok z przestrzeloną głową nawlec na trzonek, aby potem wymachiwać nimi, jak sztandarem. Nie wiem jak na Węgrzech, przynajmniej u nas nie – demoliberalny salonik nie mógł go nawlec z oczywistych powodów – pogarda Máraiego była jeszcze silniejsza, niż pogarda Herberta, niemożliwa do przewalczenia. Nie pochylał się nad ketmanami, nie starał się zrozumieć złożoności ludzkich motywacji, tylko gardził – a pogarda jest tym, co uszlachcone prawnuki kuśnierzy z kresowych sztetli znoszą najgorzej.
Dla dziarskich chłopców-prawicowców zaś Márai nie stanowi wartości: nie mogą, czytając, uderzać dłonią o stronicę z okrzykiem „tak jest, ale im przywalił”, nie znajdują u Máraiego prostych puent, kilku jasnych pojęć, których brakuje im w „mainstreamowych” gazetach a którymi da się wyjaśnić świat, przynosząc ulgę obolałej, opuchniętej od troski o Ojczyznę głowie. Więc ci również nie nawlekają, i zostaje pan Márai z jego pisaniem, idealnie obojętny – czytam więc i z lubością znajduję, ponownie, te miejsca, gdzie się myli.
W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, po pokazie kina trójwymiarowego, przekonany jest, iż był właśnie świadkiem narodziny nowego gatunku sztuki – wspomina czterdzieści lat wcześniejsze pokazy kinematografu. Tymczasem, kino trójwymiarowe jest dziś rozrywką tak samo jarmarczną, jak było pięćdziesiąt lat temu. Jadąc z Neapolu do Rzymu wspomina dawne, walczące ze sobą państwa włoskie i w obliczu ich zjednoczenia prorokuje, że za jakiś czas, patrząc z okien samolotu, tak samo widzieć będziemy tylko przeszłe wojny, pogrzebane nowym, światowym zjednoczeniem. Nawet w swoich futurologicznych pomyłkach Márai jest interesujący, bo tak wiele mówią o nim samym i o epoce, którą przeżywał.
Lektury
Rylski, „Wyspa” i inne opowiadania. Bez wątpienia jeden z najlepszych stylistów współczesnej polskiej literatury. Potrafi zachować w słowach zapach potu, ciepłego asfaltu, brudnego morza i brudnego romansu. Mocny, smutny, cioranowski, dotyka tego, co bardzo ważne w literaturze – rozpaczy, bolesnego splątania, immanentnie wpisanego w ludzką kondycję.
Wilk, „Wołoka”. Cóż za piękna katastrofa! Kolejny wielki stylista, ten Custine naszych czasów zbyt już zakochał się w Rosji i jego opis stracił na ostrości. Oczywiście, lepiej czytać Wilka, niż różnych głuptasków z kolorowych tygodników, którzy sobie radośnie pieprzą o tym, że brudno, demokracji niet a Putin za mordę – bo Wilk widzi sto razy więcej niż oni i wspaniale pisze po polsku, a nie tym sformatowanym narzeczem, posklejanym z kilku semantycznie pustych i wyblakłych związków frazeologicznych.
Przy tym rzecz zabawna, Wilk pisze, że nie można porównywać stalinowskich łagrów do hitlerowskich konc-lagrami. A dlaczego? Ano dlatego, że w stalinowskich bywały nawet orkiestry, tak tam było fajnie.
Teraz wyobraźmy sobie, że Irving mówi, że hitlerowski obóz był sympatycznym miejscem, bo maszerującym do pracy więźniom przygrywała orkiestra. Bo wiemy przecież, że przygrywała, prawda? No cóż, Irvinga wyrzucono z Targów Książki w Warszawie, a wątpię, żeby ktoś wyrzucał książki Wilka.
A ja jakoś tak jestem przywiązany do tego liberalnego przesądu, że nie oburzam się ani tym, co pisze sobie Wilk (chociaż bardziej jednak wierzę w tej kwestii Sołżenicynowi), ani tym, co pisze Irving, chociaż bardziej niż Irvingowi wierzę Pileckiemu. Brzydzi mnie jednak liberalna hipokryzja – nie mam nic przeciwko dogmatom, ale dogmatycy, udający anty-dogmatyków to groteskowy widok.
Wołkow, „Werbunek”. Rzecz dziwna. Z jednej strony, książka słabsza od świetnych „Montażu” i „Carskich sierot” tego samego autora. Fabuła rozwija się szarpnięciami, czasem tonie w dłużyznach, książka nie jest najlepiej skomponowana, autor irytująco zagłębia się w niepotrzebne, boleśnie szczegółowe opisy strojów (nie tylko szczegółowe, ale zawsze kompletne, od czubka głowy po obuwie, z wyliczeniem wszelkich marszczeń, guziczków, pętelek i futerek) i wnętrz, na których skupia się tak mocno, że czytelnik ciągle spodziewa się, że dany kubraczek bohaterki lub plastikowy fotel odegra dwie albo trzy strony dalej kluczową dla intrygi rolę – i oczywiście nic z tego, Wołkow opisywał te wszystkie kurteczki i biureczka wyłącznie, by pofolgować niegodnej pokusie wyczerpującego opisu.
Jednak, mimo tych wad w „Werbunku” jest ukryta wartość, która pod pewnymi względami każe mi książkę tę przedkładać nawet ponad wspomniane wcześniej „Montaż” i „Carskie sieroty”.
To potężne świadectwo ewangelicznej siły, ukryte w werbunku, brawurowa analiza procesu nawrócenia – i nagle wraca do mnie, jak melodia czepliwej piosenki, krótki refren – „chrześcijaństwo to transgresja”.
Szacki, Kontrrewolucyjne paradoksy, ponownie. Paweł Ćwikła w swojej świetnej książce – doktoracie o Januszu Zajdlu, pod tytułem „Boksowanie świata”, dziękował naszemu wspólnemu przyjacielowi „za uświadomienie, że esej może być równie dobrą formą wypowiedzi naukowej”. K., który jest adresatem tych podziękowań zapewne dowiedział się tego właśnie z książki Szackiego. Rzecz jest nie tylko napisana świetnie, nie tylko jest zwięzła, ale przede wszystkim, nie ma w niej ani jednego zbędnego zdania, tak bardzo jest nasycona treścią. Książeczka ta ostatni raz wydana była ponad czterdzieści lat temu – koniecznie należałoby ją wznowić, bo gdyby nie K., skazany byłbym na lekturę wyłącznie w bibliotecznej czytelni.
Poza tym, to co zwykle, Jünger na zmianę z Máraim, łyki świeżego powietrza w ponowoczesnym świecie, tonącym w acedycznej apatii.
Z profesjonalnej konieczności. ipeenowskie świstki trzy razy kserowane, Archiwum Mitrochina, Mackiewicza „Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy”, „The hidden hand” Aldricha i temu podobne.
Sándor Márai o św. Kuroniu
Ale widział też takich, którzy z jakimś całkiem nieracjonalnym samooszustwem, wbrew zdrowemu rozsądkowi przyjmowali komunizm na jakiś czas, jako rozwiązanie problemów życia prywatnego i publicznego… Czasami biorą udział w komunistycznym sprzysiężeniu, czasem tylko potakują ruchem głowy, z ostrożną aprobatą, jak romantyczni intelektualiści… aż pewnego dani ogarnia ich przerażenie, ponieważ ze wstydem przekonują się, że naród, cichy i gotowy na wszystko, tym straszliwym milczeniem, ostateczną odmową odpowiada na ich podstępne próby zbratani się… Wtedy odzyskują przytomność, ogarnia ich lęk, uciekają chyłkiem, w popłochu… To oni potem będą oficjalnymi ekskomunistami i poputczykami, którzy tak się zachowują, jak dyplomowani eksperci od komunizmu.
Zasiadają za stołami wolnego świata i wyniośle, nosowy głosem tłumaczą tym, którzy nigdy nie byli komunistami, jak źle było w komunizmie… Niech pan zwróci uwagę, jak rzadko trafia się między nimi taki, który wypiera się komunizmu… Zawsze tylko powtarzają, że metody są złe, że komunistyczne przedsięwzięcie jest jeszcze młodu i nieopierzone, jeszcze zdarzają się błędy… Ale rzadko trafia się ktoś, kto stwierdza, że nie metody są złe, ale że komunizm jako teoria i praktyka jest zgniły i nieludzki… (…)
Ekskomuniści i poputczycy zachowują się jak piroman, który przestraszył się pożogi… tak, pożogi, którą sam wzniecił… A później przestraszył się ognia i on, podpalacz, szybko przystępuje do towarzystwa ubezpieczania od ognia w charakterze taksatora szkód… O, takich szczególnie nie lubił.(Krew świętego Januarego, tłum. Feliks Netz)
Varia 3
1. Wśród materiałów z IPNu, czyli sucho zredagowanych i oprawionych w tomy ubeckich dokumentów, jedna książka ciekawa nie tylko faktograficznie – „Oczami bezpieki” Cenckiewicza.
Parę interesujących szkiców, najciekawszy o resortowym montażu, który zaowocował powrotem Wańkowicza do Polski.
Márai tymczasem pisze – „od kolaboranta, wysługującego się komunistom, gorszy jest tylko kolaborant, któremu wysługują się komuniści„. Nie wrócił ani w latach pięćdziesiątych, ani w sześćdziesiątych, ani później – ze względu na moralny wymiar emigracji, bo przecież nie ze strachu przed śmiercią opuścił Węgry. Kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych chciano wydać na ciągle komunistycznych jeszcze Węgrzech jego dzieła wszystkie – odprawił zainteresowanych z kwitkiem, „póki jeden sowiecki żołnierz stacjonuje na węgierskiej ziemi”.
2. W sobotniej „Rzeczpospolitej” bardzo dobry tekst Cichockiego, o politycznym wymiarze „Wieszania”. Szczególnie jedna teza Cichockiego współgra z tym, co ostatnio nie daje mi spokoju – Cichocki pisze o „przelukrowaniu pierwszego ruchu Solidarności etycznością”. Wpisuje się to oczywiście w polską tradycję, w której nie prowadzi się walki politycznej dla osiągnięcia politycznych celów (np. niepodległości), lecz angażuje się w walkę Dobra ze Złem, niewinnych ofiar z plugawymi moralnie oprawcami, słowem, angażuje się w konflikt o wymiarze etycznym i moralnym, nie politycznym. Taka była „Solidarność” – nawet w swoim najbardziej radykalnym wymiarze, który nie zgodził się okrągłostołowy kompromis, w „Solidarności Walczącej”, która stawiała sobie cele jasne i radykalne, nie wykluczała nawet, w teorii, walki zbrojnej – tam również panował dyskurs wyłącznie moralny, nie polityczny. Stąd – zło SB jako instytucji miałoby czaić się w niemoralnych metodach, do jakich SB uciekało się w zwalczaniu np. Kościoła czy opozycji. Szantaż, kłamstwo, przekupstwo – czasem przemoc, zabójstwo.
Można sobie zadać natomiast pytanie – wywiad jakiego państwa nie ucieka się do takich metod?
Powszechność ich stosowania nie czyni, oczywiście, z zabójców księdza Popiełuszki dobrych patriotów – ale zabijanie przeciwników politycznych uprawiane było po obu stronach żelazanej kurtyny. To etyczne przelukrowanie „Solidarności” zaowocowało tym, że dzisiaj, skupiając się na metodach działania resortu – istotnie niemoralnych, ale zwyczajnych dla tego typu instytucji na całym świecie – zapominamy o podstawowej moralnej winie każdego funkcjonariusza resortu, od szyfranta, przez maszynistkę, po oficera operacyjnego z Grupy D. Tą moralną winą była zdrada.
Esbecy nie służyli Polsce, lecz Rosji, byli więc przede wszystkim zdrajcami polskiej racji stanu, i za to należy im się potępienie i kara, bo to mieści się w wymiarze politycznej walki o polityczne cele. Cała reszta ma znaczenie drugorzędne.
Myślę w tym kontekście o „Walkach ulicznych” Stefana Roweckiego. W tej publikacji z 1927 roku, której reprint niedawno się ukazał, późniejszy dowódca AK prezentuje metody walki ze zrewoltowanym tłumem, metody tłumienia rewolucji w mieście, od taktyki walk miejskich, metod budowy doraźnych fortyfikacji, barykad, etc. – aż po całościowe zagadnienia zwalczania rewolucji.
Jako przykłady Rowecki streszcza bolszewicką metodykę wojny domowej oraz przedstawia przykłady stłumionych rewolucji – w Hamburgu, w Berlinie i w Bułgarii, charakteryzując i analizując działania zbrojne godzina po godzinie.
W rozdziale o tłumieniu zamieszek, padają stwierdzenia dla dzisiejszego czytelnika szokujące – np. twarde stwierdzenie, że po trzykrotnej groźbie użycia broni, pierwsza salwa w gromadzący się, zrewoltowany tłum nie może być na postrach, nad głowami, właśnie pierwsza salwa musi być wymierzona w ludzi, dopiero kiedy padną pierwsze trupy, wtedy można strzelać na postrach.
Dzisiaj rzecz niewyobrażalna – strzelających pod „Wujkiem” zomowców z plutonu specjalnego wreszcie, słusznie skazano za strzelanie do – w ich pojęciu – zrewoltowanego tłumu.
Czy więc na przykład w przypadku hipotetycznej komunistycznej, zbrojnej rewolty w Łodzi, polscy żołnierze strzelający do polskich, komunistycznych robotników dokonali by czynu o takiej samej wartości moralnej, jak zomowcy, strzelający do górników pod Wujkiem?
Wojsko było przecież w II RP kilkakrotnie używane do zbrojnego tłumienia wystąpień zupełnie nie hipotetycznym.
Jeśli przyjmiemy solidarnościową optykę etycznego lukru, to musimy się z tą tezą zgodzić.
Jeśli natomiast zostaniemy przy optyce walki politycznej o cele polityczne, to zomowców spod Wujka potępimy przede wszystkim za zdradę polskiej racji stanu, i to zdradę posuniętą tak daleko, że w interesie Rosji nie zawahali się zabijać. Żołnierzy i dowódców, tłumiących robotnicze zamieszki w imieniu II Rzeczpospolitej, rozliczy Bóg, z tego, czy zastosowane metody i środki były adekwatne do sytuacji, z tego, czy zdawali sobie sprawę z moralnej powagi sytuacji, w której trzeba strzelać do robotników-współobywateli, z tego czy na pewno dołożyli wszelkich starań, aby rozlew krwi był na jak najmniejszą skalę.
Jeśli chodzi o zomowców spod Wujka, to na Boży osąd czekać nie musimy, bo poza wszelkimi wątpliwościami jest jeden, podstawowy fakt – zdrada.
Varia 2
Niewiele literatury ostatnio czytam. Powód – banalny. Tkwię po uszy w historii najnowszej, rzecz fascynująca, lecz ogłupiająca – intensywność studiów nie zostawia wiele czasu na inną lekturę, i kiedy już chcę coś przeczytać, nie widzę niczego, co zdawałoby mi się lekturą atrakcyjniejszą, niż kolejny, wyrywkowy powrót do „Dzienników” Máraiego, wracam więc – to już rok! – do „Dzienników”, czytam po kilka, kilkanaście zapisów i chociaż brzmi to banalnie, ciągle odkrywam kolejne poziomy głębi. Próbowałem czytać „Rewolucję i kontrrewolucję” Correa de Oliveiry, ale zniechęcił mnie swoją dziarskością. Nie znoszę pisarstwa skandowanego – takie uprawia Michnik w swoich esejach, takie uprawiają Łysiak, Sierakowski, duża część publicystyki „Obywatela” jest skandowana (szczególnie Okraska), chociaż w przypadku „Obywatela” usprawiedliwia ich po części autentyczna antysystemowość, kojarząca się ze zbrojnym socjalizmem roku 1905.
W przypadku Oliveiry być może byłem już uprzedzony mocą zamieszczonej na okładce myśli: „Jeśli Rewolucja jest nieporządkiem, Kontrrewolucja jest przywracaniem porządku”.
Cóż za brawurowe i oryginalne porównanie!
U Máraiego nie zawsze mam odwagę zajrzeć na ostatnie strony „Dzienników”, bo czai się tam coś, co napełnia mnie przerażeniem, tajemnica samobójczej śmierci Máraiego, najgłębiej niechrześcijańska strona naszej cywilizacji, radośnie ignorowana przez dziarskich, chrześcijańskich rezonerów „cywilizacji łacińskiej” – a przecież właśnie rzymska w swoim stosunku do życia i śmierci. Należą do niej samobójstwo, mord polityczny, zbrojna i krwawa obrona honoru własnego, lub zbiorowego – rodu czy kraju. Zdaje mi się, że w czasach wielkiej wojny, jaką toczy od dwustu lat Oświecenie z chrześcijaństwem, broniąc się, łatwo zapominamy o wielkiej, niechrześcijańskiej części naszego europejskiego dziedzictwa. Jest to natomiast część naszej kultury, której Oświecenie, będące w istocie postchrześcijańską herezją, jest wrogie podwójnie.
Lektury w liceum
Parę uwag na marginesie głośnej ostatnio sprawy. Oczywiście, cała rzecz jest rozdmuchana przez pismactwo, celem rutynowego dowalania Krwawym Siepaczom Kaczyzmu, ale merytorycznie odnieść się również warto.
Gombrowicz w liceum to generalnie wielka pomyłka, bo to jest literatura intelektualnie zbyt wymagająca dla przeciętnego licealisty. Przerabianie „Ferdydurke” na lekcji polskiego ma w ogóle wymiar montypythonowski. To tak jakby urzędnikom państwowym urządzać co roku egzaminy ze znajomości Kropotkina, a żołnierzom w Afganistanie wysyłać w paczkach kieszonkowe wydania „Przygód dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” i „Na zachodzie bez zmian”. Słowem, ważny jest jeszcze kontekst lektury. Co nie zmienia faktu, że Gombrowicz to jedno z największych wydarzeń w polskiej literaturze XX wieku i ci „szczerzy prawicowcy”, którzy próbują tego – wielkiego przecież – pisarza spostponować, bo im ideologicznie nie odpowiada, przypominają mi notatkę z dziennika Máraiego, w której Márai opisuje spotkanie na ulicach Budapesztu, w roku 1947 czy 1946, w którym przejęty nowym porządkiem przechodzień chwycił pisarza za guzik i zapytał: „No, to jak długo jeszcze będzie pan zatruwał nam tutaj powietrze?”
Brak Sienkiewicza w licealnym kanonie lektur to skandal, oczywiście – niech najpierw młódź pozna kanon patriotyczny, aby potem dokonać transgresji, bez pierwszego drugie jest niemożliwe.
W obu powyższych sprawach zamiar Giertycha zdaje się być słuszny.
Wyrzucanie Conrada i Grudzińskiego to oczywista pomyłka; nie wiem, czy jest lepsza literatura formacyjna, charakterologicznie rzecz biorąc, niż „Lord Jim”.
Całość została oczywiście rozegrana z właściwą Romanowi i całej narodowo-katolickiej formacji pr-owską niezdarnością. Kretynki od teletubisiów Giertych jeszcze nie wyprzedził, ale zdolny jest, na pewno mu się uda.
A tak poza tym jeszcze – nie wiem jak jest teraz, bo liceum skończyłem dziesięć lat temu, ale w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, panującym wśród licealistów z intelektualnymi aspiracjami obyczajem było demonstracyjne olewanie lektur obowiązkowych. Zamiast Marii Konopnickiej (czy te potworne, antyliterackie gnioty dalej katują dziatwę szkolną?) czytywało się wtedy Nietzschego, któremu – o czym warto pamiętać – licealna popularność wyrządziła wielką szkodę, klasyfikując go gdzieś między Eichelbergerem a Whartonem.
Pusty stryczek. O „Wieszaniu” Rymkiewicza.
Siedzę na tylnej kanapie pomarańczowego malucha, zaparkowanego w Gliwicach obok kościoła pod wezwaniem Piotra i Pawła, który kiedyś będzie katedrą. Ale teraz jeszcze nie jest, a ja mam dziesięć lat, jest wtorek, szósty czerwca 1989 roku i bardzo się boję. Wolałbym być w domu, w Pilchowicach, gdzie mieszkamy od dwóch lat i gdzie czeka mama i moja najmłodsza, dwuletnie siostra. Pojechaliśmy z tatą do wujka S. – na Śląsku nikt nie używa określenia „stryj”, ale S. jest starszym bratem mojego taty. Obok siedzi moja druga siostra, która ma lat dziewięć i ona też się boi.
Wcześniej siedzieliśmy na dywanie z dwiema kuzynkami w ich pokoju, na siódmym piętrze bloku przy ulicy Pszczyńskiej. Dziewczyny wyciągnęły jakieś lalki i klocki Lego, ale nie bawiliśmy się wcale. Nasłuchiwaliśmy, w czwórkę, trzy dziewczyny i ja – jak tata rozmawia z wujem.
Wtedy już też się baliśmy, ale jeszcze nie tak. Wiemy, że tata i wujek należą do „Solidarności”, chociaż niedokładnie rozumiemy co to znaczy. Ale na pewno tata i wujek są po stronie dobrych, przeciwko głupiej, podobnej do mężczyzny nauczycielki, która w pilchowickiej podstawówce kazała nam uczestniczyć w akademii na cześć rewolucji październikowej. Wiemy doskonale, że rewolucja październikowa to coś, czego się nienawidzi, co jest nie tylko złe, ale również obrzydliwe i groteskowe, jak wszystko co należy do świata komunizmu. Prezenter Dziennika w telewizji, popiersie Lenina, czerwone flagi i pochody pierwszomajowe, na które nikt nie chodzi. Wiemy dobrze, że możemy być dumni z tego, że nasz tata i wujek nigdy nie należeli do partii.
Tata był ostatnio bardzo zadowolony. Mówił, że kończy się w Polsce komunizm. Jestem dość dziwnym dziesięciolatkiem, późno nauczyłem się czytać, bo pod koniec pierwszej klasy w podstawówce, ale potem zacząłem pochłaniać książki w ogromnym tempie. Co tydzień idę do biblioteki, wracam z ciężkim plecakiem. Po osiem tomów, tyle mogę wypożyczyć. Czytam Dumasa, Szklarskiego, Verne’a, a potem, jak leci. Tomki, Muszkieterowie, hrabia Monte Christo, albo jakiś węgierski funkcjonariusz AVH, czyli tamtejszy ubek (czy znam już to słowo? ubek?), z dziwnej powieści, która jakoś wyryła mi się w dziesięcioletniej główce, pod blond czupryną, a której autora i tytułu nie pamiętam. Więc widzę świat inaczej niż przeciętny dziesięciolatek. Trochę więcej wiem i chyba już interesuję się polityką. Dlatego, kiedy wracaliśmy z tatą z piekarni, tuż przed wyborami, zapytałem – tato, czy teraz będzie w Polsce kapitalizm?
Mój tata, w świecie, który się wydarzy, za kilka lat zwolni się ze stanowiska kierownika działu ochrony środowiska na kopalni i założy własną, dobrze prosperującą firmę. Wtedy jednak jeszcze nie potrafił odpowiedzieć na moje pytanie. W końcu, od czterdziestu lat, od zawsze, żył w kraju, w którym słowo „kapitalizm” kojarzy się z tłustym brzuchem burżuja w cylindrze, dosiadającego zgiętych pleców żylastego człowieka pracy. Więc tata, nieco strapiony, odpowiedział że sam nie wie, ale będzie to coś pośredniego między socjalizmem a kapitalizmem.
Dopiero dużo później, w świecie, który się wydarzył, zrozumiałem znaczenie tej odpowiedzi. Nie pytałem przecież o wysokość podatków, czy o redystrybucję dochodu narodowego. Pytałem o wzorce kulturowe – i w tym wymiarze należało rozumieć odpowiedź mojego taty. Pośrednio jest ta odpowiedź również świadectwem dezorientacji, jakiej ulegli nawet ludzie politycznie wyrobieni – w 1989 mój tata ma za sobą z górą dwie dekady politycznej aktywności. To coś między PRL a II RP, między Rzeczpospolitą a pticą, między Polską, a smutnym krajem, zamieszkanym przez polactwo – to właśnie stało się naszym udziałem, w świecie, który się wydarzył. Ale mógł się przecież wydarzyć inaczej.
Mamy więc wtorek, szóstego czerwca. Siedzę z siostrą na tylnym siedzeniu pomarańczowego malucha i bardzo się boimy. Nie ma jeszcze wakacji, ale lekcji też nie ma, bo szkoły są zamknięte. Tata wziął nas do wujka, do Gliwic i dyskutowali w dużym pokoju, a my słuchaliśmy z pokoju obok. Tej dyskusji nie zrozumieliśmy, ale oglądaliśmy wczoraj telewizję i słuchaliśmy radia.
Najpierw, w radiu, było zdobycie gmachu telewizji. A potem, w telewizji pokazywali po prostu coś, co wyglądało jak filmy dokumentalne: Warszawa, nie wiedziałem dokładnie, które miejsce Warszawy, bo mam tylko dziesięć lat i tylko raz byłem w Warszawie – w każdym razie, w naszym czarno-białym telewizorze Unitra był plac, a na placu mnóstwo ludzi. I działo się coś bardzo dziwnego, bo wielu z tych ludzi miało karabiny, którymi potrząsali nad głowami, tak jakby był to film z Izraela albo jeszcze z innego telewizyjnego kraju, gdzie egzotyczni ludzie gromadzą się na ulicach, aby strzelać do innych egzotycznych ludzi. Potem widzieliśmy, że pod latarniami, budują wielkie podesty, zbijają je z desek, stukając młotkami.
Potem z dużego domu wyprowadzili mężczyznę. W pierwszej chwili nie poznaliśmy go, brakowało mu najważniejszego rekwizytu – ciemnych okularów, munduru i czapki, ale po chwili, już wiedziałem, to Jaruzelski. Wyglądał nagle tak smutno i bezbronnie, miał związane ręce, mrużył oczy, bo raziło go czerwcowe słońce, jak ślepy kret z kreskówki. Był tylko w spodniach i podkoszulku bez rękawów, prowadzili go brodaci faceci z bronią, a ręce miał związane. Tłum wrzeszczał, co mnie wcale nie dziwiło, bo telewizyjny tłum zawsze wrzeszczy. I potem weszli z nim na ten podest, założyli pętlę, zepchnęli, poleciał, ale niezbyt wysoko. Wisiał, szarpiąc się na sznurze, a mama krzyknęła – Szczepan, wynoś się stąd, to nie dla ciebie. Ale ja stałem jak zahipnotyzowany i widziałem, jak człowiek w skórzanej kurtce objął generała za nogi i uwiesił się na nim całym swoim ciężarem.
Powiesili go – powiedział dziwnym głosem tata, jakby nie wierząc własnym oczom. Potem mama wygoniła nas do pokojów, siedzieliśmy więc z E., po dziecięcemu tłumacząc sobie, co się stało. Rodzice zostali przed telewizorem. I z dobiegającego do nas stłumionego szumu tłumów i głośnego komentarza wiedzieliśmy, że na Jaruzelskim się nie skończyło.
To było wczoraj. Teraz siedzimy z E. w pomarańczowym fiaciku rodziców. Chwilę wcześniej byliśmy u wujka i słuchaliśmy dyskusji dorosłych. Co to właściwie znaczy, że powiesili Jaruzelskiego, że Kiszczak zabity we własnym domu, że powiesili Urbana? Podobno – mówił wujek S.– płonie KC, milicjanci pouciekali, bo kilku zlinczowano, wielu przyłączyło się do tłumu, podobnie jak co sprytniejsi aparatczycy. Podobno wśród wieszających był ten młodziak, Kwaśniewski, który błyszczał przy okrągłym stole i paru innych, są teraz nagle bardzo radykalni, bo się bardzo boją, że mogą być następni. Były jakieś strzelaniny, SB się broni, a czy Ruscy wejdą? Podobno nie – powiedział wtedy tata. Nie wejdą, nie ruszą się z koszar. To nie pięćdziesiąty szósty. Czy tam, w Warszawie, już jest jakaś władza? – pytał.
A brat opowiadał, że ukonstytuował się jakiś Komitet, z Solidarności Walczącej i KPN-u, Moczulski i Morawiecki – a może Morawski? – i przejmują władzę, Michnika aresztowali podobno. Michnika? – nie wierzył ojciec – dlaczego aresztowali Michnika? A S. odpowiedział, zrezygnowany – jak ty nic nie rozumiesz… Potem zjechaliśmy windą z siódmego piętra i chcieliśmy wracać, ale na Nowym Świecie był tłum ludzi, ciągnących pod siedzibę PZPR, w której, w świecie który się wydarzył, mieścić się będzie PZU i ZUS. Tato wahał się, chciał wracać do domu, w końcu był z dziećmi, ale przechodnie krzyczeli, że na Rybnickiej i w ogóle wszędzie są blokady, żeby komuchy nie pouciekali. Tata zaparkował więc w końcu pomarańczowego malucha za kościołem pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła, kazał nam zostać w samochodzie a sam wyszedł i stał obok – widzę go przez boczną szybkę – na straży. A jednocześnie przyglądał się wydarzeniom.
Uciekłbym z samochodu, aby przyglądać się wieszaniu, czy siedziałbym, przestraszony, z siostrą, na tylnej kanapie malucha? Nie wiem. Nie umiem wywołać samego siebie sprzed osiemnastu lat. Wiem jednak, że w stresie podejmuję najgłupsze decyzje, więc załóżmy, że wybiegam z samochodu, nie słucham krzyku taty, uciekam mu i ignorowany przez dorosłych mężczyzn, których nagle porwała historia, biegnę, przeciskam się, aż w końcu wspinam się na jakąś barierkę. Zanim tata mnie ściągnie, widzę z daleka szubienicę na placu pod politechniką, i człowieka, któremu spod koszuli wystaje wielki brzuch. Zakładają mu pętlę na szyję, tłum cichnie, stuk i wisielec leci w dół, rozlega się chrupot łamanego karku i tłum wiwatuje. A może ciężar ciała jest tak duży i wysokość, z jakiej spada, tak wielka, że lina odrywa głowę od ciała, osobno spadają na ziemię i stryczek kołysze się złowieszczo pusty?
W tym świecie, który się nie wydarzył, Jarosław Rymkiewicz nie musiałaby pisać „Wieszania”, swojego eseju o wydarzeniach roku 1794, kiedy w czerwcu w Warszawie tłum powiesił kilku zdrajców, ale nie powiesił zdrajcy najważniejszego.
Zaprzepaszczona dwieście lat wcześniej szansa na zyskanie politycznej tożsamości, pojawiła się ponownie 5 czerwca 1989 roku i tym razem została wykorzystana. Tłum, podburzony przez esbeków, a może agentów CIA, albo działaczy Solidarności Walczącej, słowem, podburzony przez kogokolwiek, nieważne, odkreślił przeszłość kreską grubą jak konopny sznur, gniotący tchawice. I ten mord polityczny – ta szubienica, na której powieszono zdrajców – zbudowały nową tożsamość Polaków.
Tak jak Francja zbudowała swoją tożsamość na akcie królobójstwa, odprawionego z wielką pompą głosowania, którego transcendentny wymiar jest widoczny chociażby w tym, że nie wywinął się odeń nawet Fouche. Tak jest, nawet ten supercwaniak nieskory w każdym innym przypadku do jednoznacznych deklaracji, z których ktoś mógłby go rozliczyć w przyszłości. Jako régicide był trudny do zniesienia nawet dla fasadowej Restauracji i to jedno głosowanie wysłało Fouchego w końcu na polityczne wygnanie. Rivarol, jeden z najinteligentniejszych obserwatorów rewolucji, napisał: „Gdyby Ludwik XVI 10 sierpnia zginął z bronią w ręku, wówczas jego krew obficiej użyźniłaby lilie. Śmierć na szafocie wśród milczenia tłumów na zawsze pozostanie piętnem – dla narodu, dla tronu, a nawet dla wyobraźni.” Śmierć Ludwika zmieniła wszystko; zmieniła charakter narodowy Francuzów, wywracając go na drugą stronę, stworzyła nowoczesność, zmieniła na zawsze historię Europy.
Mord polityczny może być godny, lub nie. Dobrze jest zabić szkodliwego tyrana, źle jest zabijać dobrego króla. Mord na Ludwiku XVI był zbrodnią, zasługą byłoby zabić Stalina, lub zastrzelić Hitlera. Jednak siła stwórcza mordu politycznego nie zależy od tego, czy jest on godny, czy niegodny. Nie ważne, czy jest sprawiedliwy, czy nie. Nie sprawiedliwość jest jego istotą. Istotą jest zbiorowe zanurzenie sztyletu w krwi Cezara.
O tym właśnie jest „Wieszanie” Jarosława Marka Rymkiewicza. Można się spierać, czy wieszając Stanisława Augusta Poniatowskiego, warszawskie pospólstwo podniosłoby, jak sankiuloci, rękę na władzę z boską legitymacją. A może po prostu we właściwy sposób ukarałoby rosyjskiego agenta, wytypowanego na tron polski przez Katarzynę, sowicie przez Rosję opłacanego i działającego na rozkaz, na rzecz i dla dobra Rosji, słowem – zdrajcę. Może, gdyby Poniatowskiego podciągnęli na szelkach ku poprzecznej belce szubienicy, opuścili, uwiesiliby się mu u nóg, by przetrącić mu kark – może znalazłby się potem jakiś polski Rivarol, który napisałby o tym ze smutkiem. Może widziałby to trzyletni Henryk Rzewuski, aby potem potępić zrewoltowany lud, nie w imię Rosji, lecz w imię zachowania Starego Świata?
Ten spór jest jednak nieważny. Nieważne, czy polscy jakobini poszliby drogą francuskich, czy wróciliby raczej do starych, polskich tradycji republikańskich, nie poddając się obłędowi rewolucji. Czy zapanowałby terror, czy raczej glorious revolution, nie to stanowiłoby o sensie i doniosłości powieszenia Stanisława Augusta. Nie sprawiedliwość – chociaż stałoby się jej zadość, bo na sznurze miejsce zdrajców – lecz zbiorowe, amoralne, podjęte przez warszawską ulicę, zobowiązanie: Powiesilim króla!. Sztylet we krwi Cezara.
Dlatego właśnie „Wieszanie” Rymkiewicza jest wspaniałym otwarciem do snucia historii alternatywnych. Czy królewski wisielec zmieniłby cokolwiek, czy Katarzyna nie mogłaby i tak ustanowić potem Krzyża za Zdobycie Pragi? Czy nie byłoby Maciejowic i rzezi na Pradze? I wszystkiego tego, co potem, od Napoleona po Piłsudskiego, wszystkich tych nieznośnych tragedii narodowych, żałob, żałobnych biżuterii z żelaza i skrwawionych zwłok powstańców?
Może lata saskie i stanisławowskie byłyby tylko krótkim interludium, smutą rozdzielającą samowładność od samowładności, a może jednak niewola wydarzyłaby się i tak, niezależnie od sposobu, w jaki ten ziemski padół opuścił Poniatowski? Mogłoby być różnie, na pewno jednak zasadniczej zmianie uległby charakter narodowy Polaków. To znaczy z kobiecego i dziewiczego narodu ofiar (o kobiecości polskiego charakteru narodowego dobrze pisała swojego czasu Agata Bielik-Robson), narodu którego jedynym sposobem uprawiania polityki jest lament – podnoszenie własnej niezawinionej krzywdy – staliby się Polacy narodem męskim, republikańskim, niosącym odpowiedzialność za swój los na własnych barkach. Narodem, który przestałby bać się przemocy, co jest warunkiem uprawiania nowoczesnej polityki. Narodem, który nie bałby się działania, bo nie musiałby więcej troszczyć się o dawno utraconą cnotę.
To jest dopiero historia alternatywna! Inni Polacy, w tym rzecz, nie w malowaniu nowych granic, nie w wymyślaniu pokrzepiających nazw jednostek wojskowych, łączących tradycję i nowoczesność – 9. Chorągiew Husarii Zmechanizowanej, czy 12. Kozacka Dywizja Pancerna – nie w mozolnym wyliczaniu zwycięskich bitew, których nie było, lecz w nowym narysowaniu Polaków.
Polaków na nowo chciał narysować Dmowski, widząc swoich rodaków w roli narodu ukształtowanego na wzór ówczesnych Szwajcarów, Niemców czy Japończyków, czyli „narodów poważnych”, jednak mylnie orientował Polaków geopolitycznie, stawiając na współpracę z Rosją. Mylnie też określał metody tej przemiany, jako, określmy je umownie, pracę organiczną, podczas kiedy jedynym możliwym źródłem przemiany kobiecego charakteru polskości była wielka, polityczna przemoc. Mord, szubienica, zrewoltowany tłum linczujący zdrajców res publica. Tylko krew, rozlana przez pospólstwo – to pospólstwo z drugiego członu pięknego słowa „Rzeczpospolita” – mogła zmienić charakter narodowy.
Taka okazja, szansa na zdobycie politycznej tożsamości pojawiła się w nowożytnej historii Polaków dwukrotnie. Gdyby w Polsce w 1989 roku polała się krew, Polacy musieliby wreszcie porzucić towarzyszącą im od dwustu lat kobiecą retorykę ofiar. Musieliby porzucić zgubny i szalony koncept bycia Chrystusem narodów i przekonanie o narodowej wartości i ważności cierpienia. Cierpienie męczonych ma wartość transcendentną, jednak tylko w wymiarze osobistego zbawienia męczennika – dla narodu własne trupy nie wnoszą nic dobrego, wartość wymierną wnoszą tylko wrogie trupy. Mężczyźni przestaliby ginąć na wojnie dla idei, lecz zaczęliby dla idei zwyciężać, a kobiety wreszcie straciłyby na rzecz mężczyzn swoją funkcję przekazywania przyszłym pokoleniom polskości, która, z każdym pokoleniem przekazywana przez matki, traciła przez dwieście lat swoje dawne, republikańskie, sarmackie, szlacheckie, wojenne cnoty tak skutecznie, że nie zostało z nich nic i Polacy z narodu kawalerzystów, stali się narodem wałachów, bo w polskim charakterze narodowym ostało się tylko to, co kobiece: ofiara, fałszywa wzniosłość porażki, smutek i bierny opór, zamiast dumy zwycięstwa, entuzjazmu i czynnego ataku. Marsze milczenia, zamiast podejmowanych z braku państwowego stryczka samosądów na bandytach, obłędna, buddyjska walka bez przemocy, zamiast działania. Płacz, zamiast wściekłego ryku.
Czy to drugie wieszanie, które się nie odbyło, byłoby wieszaniem sprawiedliwym?
W jakimś wymiarze – na pewno. Zdrajcy zawsze zasługują na śmierć, przestrzeganie tej zasady jest warunkiem trwania wspólnoty. Bez wątpienia, natychmiast zaangażowaliby się w tę nową rewolucję funkcjonariusze dawnego reżimu. Jaruzelskiego – którego przed wprowadzeniem na podest pod szubienicą ubraliby w sowiecką czapkę, aby odrzeć go z godności polskiego żołnierza, (tak, jak biskupa Kossakowskiego próbowano przed powieszeniem dziwnymi obrzędami pozbawić sakry biskupiej) – powiesiłby działacz partyjny średniego szczebla. Zaś człowiek w skórzanej kurtce, który uwiesiłby się generałowi u nóg, miałby ukrytą w domu na dnie spłuczki w sraczu legitymację SB. Mniej więcej tak stało się przecież w Rumunii. Ale gdyby na ulicy oprócz aparatczyków, którzy ze strachu o życie krzyczeliby najgłośniej, ruszyłby również tłum, rozbijający wystawy, plądrujący sklepy i wyciągający z domów przy Alei Róż starych ubeków i strojący nimi latarnie, to ta zdradziecka obecność esbeków i tajnych współpracowników nie zniweczyłaby zbiorowego przewartościowania narodowego systemu wartości.
Nawet, gdyby pomiędzy tymi powieszonymi był ktoś, kogo pomylono z kimś innym, jak w 1794 zamiast Thomatisa powieszono księcia Czetwertyńskiego. Nawet gdyby wielki zbrodniarz uszedł, a powieszono by płotkę. Franz Fiszer mawiał, że aby w Polsce było dobrze, należałoby powiesić trzysta tysięcy łajdaków. A gdy pytano go, co będzie, jeśli się tylu nie znajdzie, odpowiadał nonszalancko – to się dobierze się z uczciwych. Nie wiem, jak bardzo Fiszer żartował, jestem pewien, że przesadził z liczbą, ale nie mam wątpliwości, że w pewnym sensie miał głęboką rację. Winni uchodzący z nietkniętą szyją i dyndający niewinni nie przeszkodziliby mordowi politycznemu odegrać jego wspólnototwórczej i przewartościowującej roli.
Oczywiście, wszystko to byłoby głęboko niemoralne. O ile kara śmierci jest moralnie dopuszczalna, kiedy wykonywana jest przez prawowitą władzę państwową, to linczujący motłoch zawsze grzeszy, kogokolwiek by wieszał. Ale to, co spotkało prawdziwą Rzeczpospolitą po 1989 roku było również niemoralne, bo każdy brak sprawiedliwości jest niemoralny. A brakiem sprawiedliwości właśnie był charakteryzujący III RP brak kary dla winnych i nagrody dla zasłużonych. Gdyby trzymać się moralności, jedynym rozwiązaniem byłby uczciwy sąd i dopiero potem stryczek, według napoleońskiej metody, po raz pierwszy zastosowanej na Bogu ducha winnym księciu d’Enghien. Czyli dobrym wyjściem byłaby taka polska Norymberga, z Jaruzelskim, Kiszczakiem i innymi, w cywilnych garniturach, na ławie oskarżonych. Marszałek Spychalski, gdyby dożył tych czasów (niestety, umarł w 1980, psując nam literacko tę wersję alternatywnej historii), mógłby wzorem Göringa popełnić samobójstwo w celi, bo nie wiesza się polskiego marszałka. Taki, nieprawdopodobny zupełnie rozwój wypadków, uczyniłby przyszłą Rzeczpospolitą lepszą, odarłby ją z kłamstw – pozbawiłby ją może rosyjskich żołnierzy GRU, noszących polskie nazwiska i mundury i udających zbiorowo wywiad wojskowy wolnej Rzeczpospolitej. Odebrałby emerytury katom, wykańczających w latach pięćdziesiątych te resztki wartościowych ludzi, którzy zostali w Polsce po generalnej wymianie elit na gorsze, jaką Polakom zafundował wujaszek Soso, with a little help from his german friends.
Sprawiedliwość jednak nie miałaby mocy przebudowania Polaków z narodu ofiar, w naród z tożsamością polityczną. Polska byłaby lepsza, ale nie nowa. Nie ma moralnego, chrześcijańskiego sposobu na tę przebudowę, musiałaby się odbyć z pogwałceniem praw boskich i ludzkich, tego wymaga współczesność, od kiedy Europa straciła dziewictwo, odrzynając łeb królowi, który wolał być ślusarzem. Nie w sprawiedliwości droga, lecz w przemocy.
Niestety, Adam Michnik się mylił. Jak ciekawa byłaby Rzeczpospolita, gdyby ten wielki skądinąd człowiek miał rację, i największym zagrożeniem dla Polski byłby wybuch antykomunistycznej przemocy, wywołanej przez tępy, endecki motłoch!
Gdyby motłoch w 1989 roku był rzeczywiście taki, jakim widział go Michnik, nie powstrzymałoby go pięćdziesiąt Gazet Wyborczych, stu Michników i tysiąc Geremków, bo motłoch jest niepowstrzymany, rewolucje rzadko dają się stłumić armatami, gazetą zaś nie da się ich stłumić nigdy i motłoch znalazłby sobie swoich Kilińskich, swoich Jasińskich i Kołłątajów, wylał się na ulice Warszawy, Trójmiasta, Poznania, Szczecina, Katowic i Wrocławia (ale nie Krakowa,– Rymkiewicz tłumaczy dlaczego – polecam lekturę) i przelał krew. Ubrudziwszy sobie w tej krwi ręce, stałby się innym narodem. Tak czy inaczej, Adam Michnik się mylił, dwieście lat kastrowania każdego, kolejnego pokolenia, do społu przez zaborców i Matki-Polki, zrobiło swoje.
Król na rosyjskim żołdzie, ocaliwszy szyję w 1794, nie stracił jej również w 1989.
A jaka byłaby moja droga, z kanapy pomarańczowego malucha, gdybym wtedy dziesięcioletnimi oczami widział płomienie buchające z okien komitetu miejskiego w Gliwicach i do dziś miał na wewnętrznej stronie powiek obraz szubienic wzniesionych na Placu Krakowskim?
Po tym grupowym i krwawym rite of passage zapewne byłbym Polakiem, zamiast obrażonego na polskość pielęgnowania beznarodowej tożsamości etnicznej Ślązaka, które praktykuję teraz, w świecie, który się wydarzył – narody świeże mają nieodpartą moc przyciągania. Może z wrodzonej przekory fascynowałbym się raczej konserwatywnymi krytykami narodowej przemocy – takim krytykiem bez wątpienia byłby w świecie Polski przerobionej profesor Łagowski, może również Gabiś, może nawet arbiter elegantiarum profesor Legutko, który swojej uzasadnionej odrazy do wszystkiego co niskie, pospolite i związane z motłochem nie próbuje nawet ukrywać, zapewne słusznie.
Nie dałoby się w takiej Polsce przeżyć licealnego zachwytu antysystemowym niby-oporem Ligi Republikańskiej, nie moglibyśmy i nie musieli z gówniarskim podnieceniem groteskowych, acz niezrzeszonych konspiratorów-sympatyków rozwieszać w liceum plakatów z krwawymi, powykręcanymi rękami Oleksego, Millera i Cimoszewicza. A., kolega z klasy, nie wprowadzałby mnie w tajemniczy świat, w którym pierwsze „Frondy” leżały na jednej półce z „Lampą i iskrą bożą” i ze starymi – sprzed nawrócenia Tekielego – numerami „BruLionu”, a nieco późniejsze, w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, demonstracyjne obnoszenie się z katolicyzmem i infantylnym konserwatyzmem nie byłoby dobrym sposobem na emablowanie oszołomionych podniecającą antysystemowością studentek kierunków humanistycznych. Zamiast tego byłaby inna, może ciekawsza kontestacja. Wektor mógłby być bardzo różny – w Polsce drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych bywali przecież też studenci w arafatkach, z którymi rzucaliśmy grubymi słowami, na pewno jednak byłaby to kontestacja poważniejsza, posiadający spory ładunek przemocy, bo od załatwiania polityki na ulicy trudno odzwyczaić naród, który raz zakosztował krwi. Może więc zamiast rozwieszać plakaty i kłócić się w knajpach, ganialibyśmy się po Katowicach z nożem i pałką? Na uniwersytet w kieszeni nosiłbym pistolet, jak w kiedyś Márai, Majakowski i każdy, kto uczestniczył w życiu politycznym Niemiec lat dwudziestych – a dla studenta z dredami i w arafatce zamiast obelg miałbym kule, chyba, że to ja nosiłbym dredy i arafatkę, bo wszystko byłoby możliwe. Wtedy miałbym kule dla kogoś innego.
W Polsce przerobionej wyklarowałaby się jakaś zupełnie nowa matryca podziału polityki. Nasz stary i nieznośnie aktualny podział na antykomunistów i postkomunistów straciłby na znaczeniu, aż do momentu, w którym ta polska rewolucja przeżyłaby swój Thermidor, po którym, ku uldze części społeczeństwa, tej ciągle przerażonej swoim zaangażowaniem w komunizm, do polityki wróciłaby jakaś reprezentacja postkomunistów i szybko urosła w siłę. Byliby to jednak postkomuniści tak różni od dzisiejszych, jak francuscy rojaliści czasów Dyrektoriatu różnili się od dworzan Ludwika XVI. I może nawet przeżylibyśmy naszą małą restaurację á rebours, z jakimś ocalałym z pogromu sekretarzem na prezydenckim stolcu, z pomnikiem powieszonego dziesięć lat wcześniej generała Jaruzelskiego na Placu Trzech Krzyży. Lecz byłaby ta restauracja tak samo bezsilna, fasadowa i skazana na porażkę jak jej francuski, rojalistyczny oryginał, bo Polacy byliby już narodem zupełnie innym, niż w latach dzielących niemą sesję Sejmu Grodzieńskiego od wyborów do Sejmu Kontraktowego.
Pomnik Jaruzelskiego zostałby po jakimś czasie obalony i zastąpiony pomnikiem jakiegoś podczas rewolucji bohatera, bo na pewno polska rewolucja takiego by się dorobiła. Ofiary własne są koniecznym elementem każdej rewolucyjnej mitologii, po to nazistom potrzebny był Horst Wessel. I potem zapewne i ten pomnik rozbiłby się o bruk, zastąpiony w końcu abstrakcyjnym i artystycznie słabym monumentem na cześć Zgody Narodowej, o której wszyscy by mówili, a w którą nikt by nie wierzył, odwrotnie niż Polsce, która się wydarzyła, w Polsce historycznego kompromisu.
W Polsce, w której poeta musiał napisać „Wieszanie”, książkę o wydarzeniach roku 1794, o warszawskiej insurekcji, o Warszawie końca XVIII wieku, o technikach oczyszczania miasta, o polskich rewolucjonistach i polskich zdrajcach, ale przede wszystkim, książkę o szubienicy, której nie było.
Szczepan Twardoch
Czas Fantastyki 2/11, maj 2007