„Proces dekompozycji jest zawsze logiczny. W minionych latach kolejno traciłem pracę, dom, znikła warstwa społeczna dla której pisałem, potem utraciłem ojczyznę, język ojczysty, osobowość prawną. Teraz nie mam już niczego. Rozumiem, co czuł święty Franciszek, kiedy nagi spoczął na gołej ziemi”.
1949
Stary Sándor Márai kupuje pistolet, w sklepie w San Diego. Sprzedawca wręcza mu, gratis, paczkę pięćdziesięciu naboi – Márai odpowiada: „to więcej, niż będę potrzebował”. Starzec wraca do domu. Łeb jak u starego sępa, obwisłe policzki i podgardle, pod oczami worki. Trzęsą się ręce, ledwie chodzi – aby czytać, zakłada na głowę latarkę, na opasce na czoło, podsuwa lupę i czyta, tak, jak stara, sterana kobieta idzie na pielgrzymkę: krok za krokiem, a każdy z nich to wybuch bólu w panewkach biodrowych, w zdeformowanych stopach, w rwącym kręgosłupie. Lecz idzie, a Márai składa swoje litery, znów – po tylu dziesięcioleciach – jak dziecko, literujące w szkole, w Kassie, swoją pierwszą czytankę, Bóg sam wie, po niemiecku czy węgiersku. Kwadrans czytania dziennie, z latarką na czole i lupą przed oczami.
A wcześniej, dużo wcześniej, najpierw, do łóżka, sok ze świeżo wyciśniętych pomarańcz, potem śniadanie, lektura (przerwana wieczorem), potem dwie godziny pracy, potem wsiada do podstawionego, przygotowanego samochodu i jedzie na Wyspę Małgorzaty, na tenisa, potem łaźnia, masaż, obiad, wieczorem życie towarzyskie.
A w San Diego tylko martwa żona i sępi łeb, i drżące dłonie.