Umieranie Sándora Máraiego

„Proces dekompozycji jest zawsze logiczny. W minionych latach kolejno traciłem pracę, dom, znikła warstwa społeczna dla której pisałem, potem utraciłem ojczyznę, język ojczysty, osobowość prawną. Teraz nie mam już niczego. Rozumiem, co czuł święty Franciszek, kiedy nagi spoczął na gołej ziemi”.
1949

Stary Sándor Márai kupuje pistolet, w sklepie w San Diego. Sprzedawca wręcza mu, gratis, paczkę pięćdziesięciu naboi – Márai odpowiada: „to więcej, niż będę potrzebował”. Starzec wraca do domu. Łeb jak u starego sępa, obwisłe policzki i podgardle, pod oczami worki. Trzęsą się ręce, ledwie chodzi – aby czytać, zakłada na głowę latarkę, na opasce na czoło, podsuwa lupę i czyta, tak, jak stara, sterana kobieta idzie na pielgrzymkę: krok za krokiem, a każdy z nich to wybuch bólu w panewkach biodrowych, w zdeformowanych stopach, w rwącym kręgosłupie. Lecz idzie, a Márai składa swoje litery, znów – po tylu dziesięcioleciach – jak dziecko, literujące w szkole, w Kassie, swoją pierwszą czytankę, Bóg sam wie, po niemiecku czy węgiersku. Kwadrans czytania dziennie, z latarką na czole i lupą przed oczami.

A wcześniej, dużo wcześniej, najpierw, do łóżka, sok ze świeżo wyciśniętych pomarańcz, potem śniadanie, lektura (przerwana wieczorem), potem dwie godziny pracy, potem wsiada do podstawionego, przygotowanego samochodu i jedzie na Wyspę Małgorzaty, na tenisa, potem łaźnia, masaż, obiad, wieczorem życie towarzyskie.
A w San Diego tylko martwa żona i sępi łeb, i drżące dłonie.

Continue reading

Wieszanie i polecanie

W kąt poszedł przeczytany w połowie „Sturm” Jüngera, Bernanosy leżą sobie spokojnie i czekają na swoją kolej, Máraiego została tylko „Księga Ziół”, ale jeszcze jej nie kupiłem, bo kupiłem dzisiaj „Wieszanie” Rymkiewicza. Na bazie historii z 1794, powstała wspaniała książka o przemocy w polityce – a w zasadzie, o smutnym niedostatku przemocy w polityce polskiej.
Koresponduje to w pewnym sensie z Bielik-Robson koncepcją „kobiecości” polskiej polityki.
Więcej o „Wieszaniu” napiszę niedługo. Na razie – polecam.

Tak jak, swoją drogą, polecam nowy numer Frondy, z niezłym blokiem na temat neokonserwatyzmu, oraz film „Życie na podsłuchu”, który, niestety nie mógłby powstać w Polsce, z dwóch powodów: powód pierwszy, artystyczny – polscy filmowcy są okaleczeni i nie potrafią robić dobrych filmów, drugi – polityczny, oczywistym stanie się dla każdego, kto skusi się na film Floriana Henckla hrabiego von Donnersmarck.
Śląska szlachta to jest to, swoją drogą.

Rosyjskie pociągi

We „Wprost” pan Grzegorz Ślubowski przebrał się w cylinder i udaje Astolphe’a de Custine. Jeździ sobie pan dziennikarz po Rosji i pisze listy.
A w zasadzie może wcale nie jeździ i pisze listy. W każdym razie, mógłby nie jeździć i swoje listy pisać z jakiegoś komfortowego loftu, albo innego dizajnerskiego apartamentu w Warszawie, ponieważ w swoich listach pan dziennikarz udający markiza zawiera prawdy tak głębokie, jak to, że w Rosji pociągi śmierdzą, a ludzie chleją na potęgę. Co wie każdy wykształcony Polak, który czytuje gazety lub czasopisma.
Nikogo, przy tym, nie obchodzi to, że jest to zwykłe, wierutne kłamstwo.

Continue reading

Wyznania prowincjusza

Jestem prowincjuszem, przynajmniej tak bardzo, jak bardzo Márai był patrycjuszem. W poszukiwaniu argumentów na potwierdzenie tej tezy przejechałem kawałek świata, byłem nawet w metropolii i niedaleko bieguna północnego; wszędzie tam, cały świat mówił mi: jesteś prowincjuszem.

Po pierwsze, jestem prowincjuszem, ponieważ jestem Europejczykiem. Europa jest prowincją, tak jak prowincją stał się świat grecki po bitwie na wzgórzach Kynoskefalaj – naszą Kynoskefalaj były lasy Ardenów, gdzie w śniegu klęską zakończyła się ostatnia ofensywa sił Zjednoczonej Europy. I tak jak z padającymi pod rzymskim mieczem, macedońskimi sarissoforoi upadł świat królestw hellenistycznych, tak kolejne PzKpfW VI Tiger, podpalane z powietrza przez amerykańskie myśliwce bombardujące, znaczyły upadek Europy jako skłóconej wewnętrznie (a czyż hellenistyczne królestwa nie walczyły ze sobą?), lecz niewątpliwie wiodącej siły w skali globu. Ciągnący przez cały XIX i XX wiek do Ameryki emigranci byli więc masowym Eneaszem, który, uciekając z Troi, założył Rzym. Prowincjonalizm Europy, do której przynależny czuję się nie ze względu na gwiazdki na tablicach rejestracyjnych naszych samochodów, lecz raczej przez przynależność do ongiś wielkiej, a dziś już martwej cywilizacji łacińskiej, jest więc pierwszym z moich prowincjonalizmów.

Continue reading

Márai i Cioran

Dwóch emigrantów z Europy Środkowej, dwie postawy.

Cioran: nawet listy do matki pisze po francusku, wypiera się swojej rumuńskości. Wypiera swoją narodowość, nie tylko w sensie odrzucenia przynależności do oświeceniowej wspólnoty społeczno-politycznej, ale nawet w sensie wyparcia się swojej etniczności.
Gardzi światem, bytem, Bogiem, nawet samobójstem – światem Ciorana jest przerażająca, lodowata pustka najgłębszej otchłani ludzkiej rozpaczy. Szczyty są jedynie w tytule.
Cioran jest jak tomista bez Boga. Najbliższy, jakby mogło się wydawać, odebrania sobie życia, umiera naturalnie; bo nawet samobójstwo nie ma sensu dla tego bhikku – nihilisty, tylko cierpienie jest rzeczywiste.

Continue reading