Dziennik 2006-2010
Strona autorska Szczepana Twardocha
GŁÓWNALITERATURANAGRODYO AUTORZEPUBLICYSTYKAKANAŁ RSS
Wpis listopadowy – rozpacz płynie rzeką poprzez świat
Wpisane 15:36, 11 Listopad 2009 przez Szczepan Twardoch

Pierwszego listopada stoję przy grobach, tak jakbym sam trochę w nich leżał. Myślę o kościach, po których chodzę po bułki i gazetę, myślę o tej wielkiej łasce życia na ziemi przesiąkniętej ciałami moich świętych przodków, świętych nie życiem, przecież tak niewiele wiem o ich życiu, cóż wiedział będzie o moim życiu mój syn? – świętych obecnością.

I kiedy w listopadzie jadę samochodem przez moją okolicę, to myślę: tutaj moja prababcia chodziła do młyna, którego ruiny pamiętam: zdobywałem w nich szlify dziesięcioletniego odkrywcy i archeologa. Potem go zburzyli, bo groził zawaleniem, zostało tylko martwe starorzecze i resztki fundamentów. Tam, dalej, stał dom, w którym urodził się mój pradziadek. Kopalnia na której śmiertelnie ranny został mój dziadek ojczysty, ten, którego nazwisko noszę. Dziś zrobili w niej jakąś wyższą szkołę tego i owego. Miejsce, w którym Niemcy zabijali gliwickich Żydów w latach trzydziestych. Miejsce, w którym Żydzi z gliwickiego PUBP i katowickiego WUBP zabijali gliwickich Niemców i innych w latach czterdziestych i piećdziesiątych. Miejsce w którym Niemcy zabili polskich powstańców z POW. Miejsce w którym Polacy zabili niemieckich selbszuców. Miejsce w którym sowieccy żołnierze wojsk wewnętrznych NKWD zabili polskich (prawdopodobnie akowskich) konspiratorów z Przyszowic. I paru Niemców od razu też, hurtowo. Dziwnie im się musiało umierać, wrogom przez morderców i grób zjednoczonym. Mój dziadek macierzysty, który właśnie uciekł przed werbunkiem do Volkssturmu, patrzył na to mordowanie z daleka. A zarządca przyszowickiego majątku von Raczków nie uciekł razem z resztą szlachty, bo nie wyobrażał sobie jak można zostawić majątek na pastwę bolszewików, jak można zostawić to, czemu poświęcił całe życie: maszyny, ziarno na zasiew, konie, gorzelnię z zapasami spirytusu, wszystko, więc postanowił zostać i pilnować obejścia i zabili go Sowieci od razu, pierwszego dnia, nawet nie maruderzy tylko karne, frontowe wojsko, pewnie ciągnęło ich do tego spirytusu. Więc wszędzie trupy. Trupy w takiej ilości, że nie wynika z nich żaden morał. Żadna nauka na przyszłość, ani żadne zrozumienie przeszłości. I nie układają się te użyźniające Śląsk trupy w żaden dekret, w żadne prawo, w żaden akt własności.

grobZapalam więc też świeczkę na zbiorowym grobie gliwiczan zamordowanych w styczniu 1945. Ich grób ciągle opisany jest starą tabliczką, na której napisane jest, że „zmarli w styczniu 1945”. Ale i tak każdy zawsze wiedział na co umierało się w styczniu 45. Chociaż pewnie paru mogło naprawdę umrzeć z głodu, na tyfus albo coś podobnego. Na sowiecką kulę albo bagnet w każdym razie załapały się całe rodziny, starcy, dzieci nawet jeden Francuz, zapewne robotnik przymusowy. I paru NN.

I co z tego? Zapalam im świeczkę, bo to są moi ludzie. To atomy mojego świata. Te dzieci, niewiele starsze od mojego taty. Siedmioletni Helmut i trzyletni Erwin. Ich matka, w wieku mojego dziadka, pewnie wpadali na siebie w gliwickich sklepach, gdzie z polskiej strony jeździło się kupować tkaniny i gotowe ubrania. Albo w polskich sklepach, gdzie z niemieckiej strony jeździło się kupować kiełbasy i mięso. Przy jej nazwisku – Anna Kneifel – ktoś drobnymi literami dopisał “z.d. Cielenga”, żeby wszyscy wiedzieli. Jakby to śląskie nazwisko jakoś wartościowało jej śmierć. I leżą sobie razem teść (też Kneifel właśnie) z synową, Greiner, Roderberg i Bergner i doktorostwo Hoffmannowie i ich syn razem z Rollikiem, Kraczkiem, Szendzielorzem i Kożuszkiem. Może dwadzieścia parę lat wcześniej Szendzielorz strzelał do Bergnera a Bergner do Szendzielorza? A może razem w komunistycznej bojówce “Błyskawica” strzelali do bogatego Hoffmanna? Albo i równie dobrze nikt do nikogo nie strzelał. Ale może przynajmniej ktoś komuś coś ukradł, ktoś kogoś zdradził, oszukał, uwiódł? Ale rachunki krzywd wyrównał wspólny grób.

Zapalam tę świeczkę bez nienawiści do tych Rosjan, którzy ich pozabijali, do Rosjan, czy też do Kałmuków, Mordwinów, Ukraińców, Buriatów, z jakiej wojłokowej jurty, modrzewiowej chaty czy betonowego bloku nie pochodziłby ten, kto trzymał sowiecki karabin. Inni – a może zresztą ci sami? – sowieccy żołnierze karmili urodzonego w 1944 niemowlaka, którego ojciec w niemieckim mundurze bił się z Amerykanami w Ardenach, pomagali więc mojej babci w sytuacji tak podobnej do tej, którą z ogromnym zdziwieniem znalazłem u Máraiego: u niego w domu, dokładnie w tym samym czasie, też był polowy warsztat, gdzie naprawiali czołgi, tak jak na podwórku domu mojej babci. Wyobrażam sobie, że musiały wyglądać podobnie, oba zresztą znam z relacji z pierwszej ręki.

I znowu, nic z tego nie wynika. Nie umiem i nie chcę upleść żadnego postulatu z tych wszystkich zabitych i zmarłych dobrych, złych, winnych i niewinnych i zwykłych – czyli trochę dobrych i trochę złych, z jakąś winą, ale nie taką, aby zasłużyć na śmierć. Nie tylko nie umiem upleść z trupów postulatu politycznego, nie wychodzi mi z tego nawet żaden postulat moralny. Bo proste „nie morduj” to już powiedziano dawno temu, niewiele można do tego dodać. Morał może mieć historia o jednym morderstwie, jak w „Stuleciu detektywów” Thorwalda. Tysiąc trupów to tylko prosta, antropologiczna obserwacja, nic więcej. Tysiąc, milion, sto milionów trupów to człowiek.

Misery’s the River of the World
Misery’s the River of the World
Everybody Row! Everybody Row!

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 8 Komentarzy Więcej »
W drodze na pola
Wpisane 12:21, 5 Sierpień 2008 przez Szczepan Twardoch

Nocami chodzę na spacery: na marsze, jak wolę to nazywać. Parę kilometrów, sześć, czasem siedem, z kijkami, godzina, lub trochę więcej. Szybko, kijki pomagają utrzymać dobre tempo, wychodzę po jedenastej, idę pustą ulicą, tylko na rozstajach pod krzyżem stoi kilku nastolatków, opierają się o maskę starej vectry, palą papierosy i mówią mi “dobry wieczór”, trochę zmieszani. Z asfaltu schodzę na szutrową drogę i idę polami, ciągnącymi się między Pilchowicami a Stanicą. Przed północą docieram do altany, przy której w ciągu dnia zatrzymują się zmęczeni upałem rowerzyści. Przede mną zapalają się i gasną trzema rzędami czerwone światła na odległych o kilkanaście kilometrów, trzystumetrowych kominach rybnickiej elektrowni. Pod tymi pomalowanymi w czerwono-białe pasy wieżami na początku lat dziewięćdziesiątych uczyłem się żeglować.
Patrzę na północny wschód, na horyzoncie drgają pomarańczowo rozmazane i gęste światła miast, równie daleko jak rybnickie kominy, dalej, niczym wielki świetlik, zielenią żarzy się neon stacji benzynowej na przedmieściach, ledwie widoczny, a nad nim, na niebie nocnym i jasnym wyrasta wielka chmura, cumulonimbus o stopie jak małż. Jest matowo pomarańczowy, oświetlony latarnianym blaskiem skraju trzymilionowej konurbacji, tak jak reszta chmur na tym bladym, jasnym niebie – bo to miejskie niebo, chociaż wokół mnie tylko pole i las i idąc spłoszyłem sarny, zerwały się i po szalonym, krótkim cwale zapadły w zaroślach. Spod chmury idzie wiatr i wzmaga się, czuję go na skórze ramion i na karku, a wcześniej porusza nerwowym szmerem liście cysterskiego lasu, który za mną ciągnie się przez dwadzieścia kilometrów na zachód, aż pod Racibórz. Szmer narasta, las brzmi jak strumień. Odwracam się. Nad drzewami chmury pełzną po niebie, połykając gwiazdy. Tylko nad kominami Rybnika świeci jeszcze Syriusz. Wieje coraz mocniej.

Szum wiatru przedziera się przez słuchawki. Lektor, z zaangażowaniem moduluje niepokojący głos, odgrywając raczej, niż czytając kwestie Chłopca i Mężczyzny, jego angielszczyzna jest zaskakująco wyraźna, świetnie wyartykułowana. Czytałem wcześniej “Drogę” Cormaca McCarthy’ego w świetnym, polskim tłumaczeniu Roberta Sudoła. Teraz słucham angielskiego oryginału i wydaje mi się mocniejszy, angielski z jego prostszą strukturą gramatyczną brzmi lepiej w krótkich zdaniach McCarthy’ego. Książka gra oczywiście na najpierwotniejszych emocjach, czy nawet na instynktach, ale dlaczego to miałoby odbierać jej wartość? Literatura powinna dotykać tego, co najważniejsze i McCarthy, pisząc o ojcu i jego dziecku, idących przez świat po Apokalipsie, właśnie o najważniejszym pisze: o człowieczeństwie bezwarunkowym, o zwątpieniu, o tchórzostwie, śmierci i miłości, i o woli przeżycia. I jednocześnie jest tym, czym powinna być literatura: opowieścią, która słuchana nocą przeraża. Każe mi co jakiś czas idiotycznie zerkać do tyłu, przez ramię, kiedy podeszwy butów zgrzytają na żwirze, a lektor czyta o piwnicy, którą kanibale zmienili w spiżarnię pełną ludzi.

Parę godzin wcześniej, mój synek zasypiał mi na kolanach. Małe ciałko obleczone ubrankiem w kolorowe paski, główka w zgięciu mojego łokcia, mała rączka ściska moje palce. Leży spokojnie i tylko co jakiś czas szarpie się nagle, kiedy do jego raczkującej świadomości dociera ból z przerzynanych wzrastającymi zębami dziąseł. Płacze wtedy przez chwilę, wypręża się i milknie. Ma duże stopy o wysokim podbiciu i krótkich palcach, jak moje.

A ja myślę o nim teraz, sam na polach o północy, słuchając głosu lektora i patrząc na światła na horyzoncie i na jasne niebo nocne. Myślę o moim dziecku, o tym, w jaki świat wyjdzie z mojego domu, bo łatwo może być to świat o wiele gorszy niż ziemia popiołu, przez którą idą bohaterowie “Drogi” McCarthy’ego.

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 4 Komentarzy Więcej »
Melancholia
Wpisane 00:28, 7 Styczeń 2008 przez Szczepan Twardoch

Zostawiamy w domu zmęczoną żonę i mamę, niech wreszcie odeśpi poszarpane noce, odwiedziliśmy pradziadków Franka i jedziemy, przed siebie, po prostu – styczniowym światem, z którego nagle uciekła zima. Wycieraczki zrzucają z szyby deszcz ze śniegiem, który wsiąka w odmarzającą ziemię, diesel mruczy i szumią zimowe opony, gniotąc nierówny asfalt, mój mały bodhi śpi obok mnie, w foteliku, przypięty pasami i zagrzebany w pulchnych kołderkach. Jedziemy powoli, osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę, alfa wdzięcznie składa się w zakrętach, w głośnikach cichutko grają skrzypce, tak cicho, żeby nie przerwać Frankowi zapominania tego, co musi zapomnieć, zanim zrozumie, że istnieje. Patrzę na drogę i na świat, czasem zerkam tylko na małego, kiedy przekręca się w swoim foteliku, lub wzdycha. Może właśnie zapomina coś szczególnie ważnego.

Bezwiednie wybieram moją ulubioną drogę, z Pilchowic jedziemy na południowy zachód, skrajem lasów rudzkich. Na zeschłych łąkach leży jeszcze śnieg, pamiątka paru mroźnych dni, lecz już się przetarł, jak wyświecone na kolanach spodnie. Wystaje spod niego ruda trawa, nagie drzewa błyszczą smutno, mokre od deszczu, mokry jest asfalt i rozmiękający lód na taflach rybnych stawów. Mokra jest kapota i czapka starego pijaka, który, gardząc niedzielą, świętem porządnymi ludźmi, wytacza się z brzydkiego, burego baraku, ustrojonego w tablicę z napisem „Karczma”.

Przemoczona jest też gruba, watowana kurtka smutnego, może dziesięcioletniego chłopca, siedzącego na betonowej barierce, przy torowisku. Ma brudną twarz, gryzie jakieś cukierki, nogi trzyma na ramie taniego roweru. Patrzymy na siebie, kiedy powoli przejeżdżam po przecinających drogę torach, między podniesionymi szlabanami i obaj wiemy, że nie powinno go tu być, bo jest przecież niedziela, niedawno minęło południe i na Śląsku każdy wrócił już z sumy do domu i siada do obiadu, na białym obrusie stoi waza z rosołem, kluski, rolady i modro kapusta. Ja zjadłem swoje kluski i kurczaka u dziadków. Powinienem teraz siadać do kawy i kouoča, ale zamiast tego jadę przed siebie. A przy pustych drogach, biegnących ku Bramie Morawskiej przez wyrastające wśród lasów wsie, stoją tylko pijak i smutny chłopiec, który uciekł z domu przed kłótnią rodziców, a może wyrzucił go zły ojczym, albo gach matki, dał dwa złote na cukierki i kazał spierdalać.

I jeszcze starsza pani, smętnie i z trudem naciskająca na pedały przyrdzewiałego rometa, nienaturalnie wyprostowana na siodełku. Ma misternie ułożone, siwe włosy, charakterystyczny dla starszych Ślązaczek bubikopf – szyk z późnych lat trzydziestych. Osłoniła fryzurę przed deszczem, chustką z folii zawiązaną pod brodą i otaczającą głowę jak wielki, przejrzysty hełm dawnego nurka. Moknie, mokry śnieg oblepia jej plecy, osłonięte fioletową kurteczką z ortalionu, lecz jedzie przed siebie, powoli, wpatrzona w przestrzeń szeroko otwartymi oczami, które widzę nawet z samochodu, zza jej dużych okularów. Właśnie mija ostatni dom we wsi i wjeżdża w las, droga biegnie mocno pod górę, bo za wsią Nędza delikatne fałdy śląskiej wyżyny stają się nieco krótsze i wyższe.

Zawracam zaraz za rogatkami Raciborza, jadę z powrotem tą samą drogą, chcę jeszcze raz patrzeć na ten sam, melancholijny pejzaż. Mijam znowu pedałującą pod górę starszą panią, tym razem z naprzeciwka. Nie ujechała wiele, nagle wiem już, dlaczego wydała mi się znajoma; jest w niej coś, co Helen Mirren dała sztuce, grając królową Elżbietę II w filmie Stephena Frearsa. Kobieta na rowerze również jest melancholijna, jak pejzaż, jak pijak i jak smutny chłopiec na przejeździe kolejowym, lecz jej melancholia jest dumna.

Przypominam sobie przygnębiające wrażenie, jakie wywierają na mnie rozpięte między horyzontami równiny, przez które prowadzi droga z Warszawy na Mazury. Gdzieś w okolicach Łomży i dalej, ziemia płaska jak stół, pocięta polami i rzędami drzew smutnych nawet latem, wsie i miasteczka rozchodzące się w szwach – jednak zaraz uzmysławiam sobie, że to coś innego, mazowieckie pejzaże nie są melancholijne, lecz depresyjne. Nie wywołują smutku, lecz myśli samobójcze, każda lipa zaprasza mnie swoją gościnną gałęzią, jak szubienica. Nie mógłbym żyć na równinach. Przykryty rozmiękłym śniegiem krajobraz południowego Śląska jest smutny, ale to spokojny, nawet trochę uśmiechnięty smutek. Lasy, jary i stawy, łąki z kępami rudych traw, wsie, w których zostało nieuchwytne, historyczne coś, efekt starań i zabiegów kilkudziesięciu pokoleń, podczas kiedy we wsiach mazowieckich widzę tylko kilkadziesiąt pokoleń marazmu.
Mijam cysterskie Rudy, w nich stare domy – murowane, bo przecież Bismarck albo ktoś tam jeszcze wcześniej zabronił budować nowe domy z drewna w całych Prusach – ale niektóre zachowały jeszcze starą formę: wysokie, spadziste dachy, niskie fasady, centralne wejścia i małe okienka. Mijam klasztor i ogołocone korony egzotycznych drzew w parku.

Mijam Stanicę, w której stoi kościół o dwadzieścia lat i jedną epokę architektoniczną starszy od pilchowickiego i gdzie droga wije się przez wieś w płytkim wąwozie, wjeżdżam do Pilchowic. Przy krzyżu na rozstajach widziałem niedawno chłopaka – bardzo podobnego do tego, który dzisiaj siedział na betonowej barierce, miał nawet podobnie bezkształtną, szarą kurtkę. Był ranek, jechałem po gazetę i bułki, a chłopiec stał pod krzyżem i wpatrywał się w Ukrzyżowanego, zadzierał głowę, bo krzyż jest wysoki i bez zażenowania wzniósł na wysokość twarzy złożone do modlitwy dłonie. Nie wiem o co się modlił, miał na plecach tornister, więc może prosił Boga o powodzenie na klasówce, mógł też błagać, by tata już wrócił z Rajchu, albo o to, żeby mama nie umarła. Pomyślałem sobie wtedy, że żyję na dziwnej wyspie, na której trzecioklasiści o siódmej rano składają ręce i modlą się na rozstajach.

Dzisiaj pod krzyżem jest pusto, tylko na jednym z ramion siedzi kilka zmokłych gawronów, bez ruchu, a woda kapie im z dziobów, prosto na sztuczne kwiatki i wypalone znicze na betonowym fundamencie.

Parkuję pod domem, wnoszę fotelik z Frankiem do sypialni. Mały otwiera oczka i natychmiast zaczyna strasznie płakać. Może właśnie jego dusza zapomniała coś bardzo ważnego i płacze teraz za tą stratą – a on całe życie będzie się mozolił, aby odnaleźć to, co dziś w nim zostało zakryte.

Wpisane w Wszystko jest literaturą | 14 Komentarzy Więcej »
Ślůnski klawiyr
Wpisane 13:31, 3 Sierpień 2007 przez Szczepan Twardoch

We Hameryce rechtůry uznali, aže ślůnski je jynzykiym, a u nos jedyn wyzgerny karlus, kery śe skrůmńe podpisuje yno z miana – Hermann, naúůnačyu ganc fajne drajwery, coby pod Windowsym XP šúo použiwać ślůnskich buchštabuw, prosto ze klawiyra, bez klupanio kodůw ze altym i šiftym. Wćisko śe jedyn knefel i juž wyskakujům te daški i kryski, gynaú tak samo, jak śe po polsku abo w inkšym jynzyku na komputeře piše.

I to je richtig wažno řeč.

Suchejcie, Ślůnzoki: ślůnski muster škryflańo i pisowńa koždy gupi (můndry tyž) poradźi úopanować we piytnośće minut. To ńy ma trudne, pisowńa je fůnetyčno, jak poradźiš po ślůnsku godać, to škryflać ze ślůnskiymi buchštabami tyž doš rady, teroski to je ganc ajnfachowe. Bes swoi pisowńe, škryflany po polsku, ślůnski še na zicher rozpuśći we polščyźńe za dwa abo tři pokolyńa.

Ślůnsko godka i tak pryndzyj čy ńyskořyj zńikńe, ale godům Wům, aže lžyj nům wšistkiym bydźe umiyrać, jak bydźe śe šúo na staroś pedźeć, aže zrobiůech abo zrobiůach wšisko, co žech poradźú, coby tyn finis Silesiae trocha úopůźńić. A piytnośće minut to ńy ma dužo.
I jak juž bydymy u Půnbůčka, i trefiymy tam kajś našych přodkůw, co pomarli downo tymu, to bydymy im mogli we úočy patřyć bez gańby, skiž tego, co my na haśok ńy wyćepli našyj kultury i našyj godki. Tego, co my úod ńich erdli.

Drajwery do tastatůry moće sam do śćiůngńyńo. Tam je wšisko po kolei úopisane.
Klikejće i pišće po ślůnsku!

Wpisane w Pů našymu | Komentarze są wyłączone Więcej »
“szl”
Wpisane 22:34, 27 Lipiec 2007 przez Szczepan Twardoch

SILESIADawno nie pisałem tutaj o Śląsku i śląskich sprawach, ale dzisiaj wydarzyła się rzecz, która wymaga wzmianki. W stolicy Imperium Mundi, w Bibliotece Kongresu, jakiś klerk przystawił pieczątkę na papierze, stwierdzającym, że śląski jest językiem, i nadał mu kod, “szl”.
Dlaczego rzecz jest ważna? Tak naprawdę, przecież dla nas, Ślązaków, nic się nie zmienia. Kwestia klasyfikacji języków i dialektów (decyzji, co jest językiem, a co dialektem danego języka) jest wyłącznie kwestią umowną i prawie zawsze sporną. W przypadku śląskim istnienie ciągłego kontinuum dialektalnego od języka polskiego, przez dialekty śląskie, laskie i morawskie do języka czeskiego jest obserwowalne gołym okiem, nawet dziś, kiedy architekci etniczni połowy XX wieku posprzątali ludzi i powkładali do przegródek po właściwych stronach granicy. Stare powiedzonko mówi, że język to dialekt, który ma armię i flotę. Jeśli więc rzecz jest tylko kwestią umowy, to co ustalenie amerykańskich bibliotekarzy zmienia?

Otóż zmienia bardzo wiele, a rzecz zasadza się na braku intelektualnej niezależności polskich środowisk akademickich i ogólnie, inteligenckich, które od sześćdziesięciu lat przyzwyczajone są do pracy intelektualnej przez odniesienie. Skoro Amerykanie uznają śląski za język, to w Polsce to uznanie automatycznie, prędzej czy później, przyjdzie. A jest to ważne, bo śląski jest językiem ginącym i jego zachowanie wymaga wysiłku i – niestety – stworzenia na poły sztucznego ekstraktu z wszystkich śląskich dialektów, czyli śląskiego języka literackiego, bo jako zbiór różniących się, lokalnych, wernakularnych gwar, śląski zginie w ciągu najbliższych 50 lat. W sytuacji zdecydowanego sprzeciwu polskiej inteligencji, rzecz ta była bardzo trudna, jeśli nie niemożliwa do zrealizowania – dziś, opór ten, chociaż nie zniknie, będzie słabł.

Słowem, dzięki jakiemuś urzędnikowi z pieczątką, którego nic a nic nie obchodzi przetrwanie ani Ślązaków, jako grupy, posiadającej odrębną tożsamość etniczną, ani ich wernakularnego języka, a pieczątkę przystawił, żeby mieć sprawę z głowy, albo dlatego, że bał się, czy ktoś go nie zredukuje ad Hitlerum i nie posądzi o jakąś straszną dyskryminację – śląskość jako taka nieznacznie zwiększyła swoje szanse na przetrwanie.

Wpisane w Pů našymu | Komentarze są wyłączone Więcej »
  • Wstecz
  • Najnowsze wpisy

    • O McCarthym na polityka.pl
    • Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów
    • Cytat na dziś XI – żadnych marzeń, panowie
    • Aksolotl narodów
    • Powieść o ludziach radzieckich
  • Najnowsze komentarze

    • Wachmistrz o O McCarthym na polityka.pl
    • Marcin Kotowski o O McCarthym na polityka.pl
    • Jakub o Aksolotl narodów
    • 63624 o O McCarthym na polityka.pl
    • Jakub o O McCarthym na polityka.pl
    • ms o O McCarthym na polityka.pl
    • Foxx o Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów
    • Wachmistrz o Wpis o tym, dlaczego nie ma nowych wpisów
  • Tagi

    Śląsk Ślůnsk ślůnsko godka Arcana broń Broń i Amunicja Chateaubriand Christianitas chrześcijaństwo Cioran Czas Fantastyki dukaj Ernst Jünger felieton fiderkiewicz film Fronda Jünger język śląski kaczyński kino kościół konkurs literatura lustracja Márai Mackiewicz Michalski michnik Militaria opowiadanie orbitowski podróże polityka powieść Przemienienie Rosja Sándor Márai Spitsbergen spotkanie sternberg Tocqueville twardoch zabawy z bronią zimne wybrzeża
  • Kategorie

    • Arcana (3)
    • Broń i Amunicja (15)
    • Christianitas (5)
    • Cytat na dziś (10)
    • Czas Fantastyki (6)
    • FA-Art (1)
    • Fronda (6)
    • Gazeta Polska (2)
    • Informacyjne (69)
    • Inne (147)
    • ś.p. Życie (1)
    • Militaria (13)
    • Niepublikowane (11)
    • Opcje (4)
    • Pů našymu (6)
    • Wszystko jest literaturą (15)
    • Z papieru (2)
  • Archiwa

    • Marzec 2010 (1)
    • Luty 2010 (1)
    • Grudzień 2009 (2)
    • Listopad 2009 (3)
    • Październik 2009 (4)
    • Wrzesień 2009 (5)
    • Sierpień 2009 (1)
    • Lipiec 2009 (6)
    • Czerwiec 2009 (3)
    • Maj 2009 (9)
    • Kwiecień 2009 (3)
    • Marzec 2009 (9)
    • Luty 2009 (5)
    • Styczeń 2009 (3)
    • Grudzień 2008 (3)
    • Listopad 2008 (5)
    • Październik 2008 (6)
    • Wrzesień 2008 (3)
    • Sierpień 2008 (5)
    • Lipiec 2008 (6)
    • Czerwiec 2008 (5)
    • Maj 2008 (4)
    • Kwiecień 2008 (6)
    • Marzec 2008 (7)
    • Luty 2008 (2)
    • Styczeń 2008 (4)
    • Grudzień 2007 (1)
    • Listopad 2007 (3)
    • Październik 2007 (7)
    • Wrzesień 2007 (11)
    • Sierpień 2007 (12)
    • Lipiec 2007 (10)
    • Czerwiec 2007 (10)
    • Maj 2007 (8)
    • Kwiecień 2007 (13)
    • Marzec 2007 (13)
    • Luty 2007 (8)
    • Styczeń 2007 (15)
    • Grudzień 2006 (11)
    • Listopad 2006 (9)
    • Październik 2006 (23)
    • Wrzesień 2006 (24)
  • Kalendarz

    Marzec 2010
    P W Ś C P S N
    « lut    
    1234567
    891011121314
    15161718192021
    22232425262728
    293031  
  • Translator

    Polish flagEnglish flagGerman flagFrench flagRussian flagCzech flagHungarian flag 
    By N2H
  • Na facebooku

  • Książki



  • Tak

  • Czytam

    • A. & Ł. Oleksakowie
    • Alfy, Lancie i ciężarówki
    • Anarcha, czyli Dante
    • Andrzej Solak
    • Esthel
    • Felietony Krzyśka Łęckiego
    • Funky Dieter
    • Jacek Dukaj
    • Koty Orbitowskiego
    • Kronika Novus Ordo
    • Ślůnzok ze Aldrajchu
    • Łukasz Orbitowski
    • Maciej Gnyszka
    • Miłośnik Ezry Pounda
    • Okiem Studyty
    • Paweł Milcarek
    • Przemek Bociąga
    • S.Michalkiewicz
    • Slavoi – Próbki
    • Tomasz Gabiś
    • Urbaniuk robi zdjęcia
    • Wojtek Wencel
    • x. Isakowicz-Zaleski
  • Łamy

    • 44
    • Arcana
    • Broń i Amunicja
    • Christianitas
    • Czas Fantastyki
    • FA-Art
    • fronda.pl
    • lampa
    • Nowa Fantastyka
    • Opcje
    • SFFH
  • Teksty

    • Babilon i mimesis
    • Jak nie zostałem Polakiem – narodowość jako akt woli.
    • Konserwatyzm jako klęska
    • Lampart na marmurowej skale
    • Pusty stryczek. O “Wieszaniu” Rymkiewicza.
    • Rozpacz, chrześcijaństwo i konserwatyzm
    • Umieranie Sándora Máraiego
  • twardoch.pl

    • Agata, żona
    • Dziennik 2004-2005
    • Ewa, siostra – w Maroku
    • Fechtunek
    • Podróże małe i duże
  • Meta

    • Zaloguj się
    • Kanał RSS z wpisami
    • Kanał RSS z komentarzami
    • WordPress.org
  • Spam Blocked

    2 513 komentarzy będących spamem
    odrzucone przez
    Akismeta
  • Wishful thinking


    My blog is worth $12,984.42.
    How much is your blog worth?

Copyright © by Szczepan Twardoch 2010. Strona chodzi na Wordpressie. Skórka: AskGraphics.