Ogłoszenia parafialne

Na koniec roku trochę tekstów nieliterackich. W wydawanym przez Deutsches-Polen Institut z Darmstadt „Jahrbuch Polen 2012″ i nowym, styczniowym już, acz ukazującym się jeszcze w grudniu numerze „Znaku” ukaże się mój duży esej pt. „Tożsamość samotna”, odpowiednio po niemiecku i polsku, zaś w nowym, trzecim już numerze dorocznego kwartalnika „Czterdzieści i Cztery” szkic „Moja melancholia. Zamiast manifestu”, tekst może odrobinkę już przeterminowany, sprzed paru najświeższych moich przewartościowanych, ale wierzę, że ciągle interesujący.

Ponadto w świątecznej „Polityce” nowa moja „Kawiarnia literacka”, ale to już akurat tekst raczej literacki, jak sama nazwa wskazuje.

Zapraszam do lektury, życząc dobrych Świąt Bożego Narodzenia. Sol Invictus i Dziw Pacierz niech będą Wam przychylni.

Sam zaś se poradziycie poczitać po jakiymu sie u nŏs rychtuje jŏdło na Wilijŏ. Jak uwarzić kōnopiŏtka sōm żech tam napisŏł, wele tego, co mi mamulka pedzieli i tako u nŏs na Wilijŏ jymy.

Święto

Dziwną zastałem dzisiaj Warszawę. Podnieconą, poważną, milczącą: czerwono-białe flagi, znaczki Kolorowej Niepodległej, wszyscy mijają się w ciszy, z wyszukaną uprzejmością, zasadzającą na tym, że nie zauważa się nadchodzących z naprzeciwka Wrogów – odpowiednio, polskości lub tolerancji. Jatka pewnie będzie później. Pan Krzesełko obok Rotundy wzbogacił swój instrument: nie wali już tylko w samo krzesło, dziś na swoim instrumencie miał inne, odświętne brzmienia, puste kanistry głuche jak tam-tamy i czajnik jak cymbał brzmiący.

Drażniłem się kilka dni temu z moją piękną siostrą, która niewiele mówi o swoich przekonaniach, acz wydawały mi się zawsze raczej feministyczne i liberalne; potwierdzają to też lektury przy łóżku. Aby więc siostrę podrażnić, zapytałem trochę sarkastycznie, czy wybiera się do Warszawy, blokować faszystów: odwarknęła słusznie, że jest ze Śląska, więc nie chodzi na żadne marsze ani blokady. Dodając chyba jeszcze „głupka”, nie bez kozery.

Jest w tym prawda o nas, o niej, o mnie i w ogóle o Ślązakach. Nie wykluczałbym, że nawet na Marsze Autonomii Ślązacy chodzą trochę wbrew swojej naturze; ja nie poszedłem, w maszerowaniu jest coś istotnie nieśląskiego.

Ale tak się składa, że jestem dziś w Warszawie i uśmiecham się życzliwie zarówno do „faszystów” z flagami jak i „wrogów Niepodległej” z dredami. Jeśli w ogóle jestem w stanie się do kogokolwiek życzliwie uśmiechnąć, może więc raczej krzywię się do wszystkich z nienawiścią, nie wiem. Na pewno trudno mi znieść widok dzieci, którym patriotyczni rodzice zakładają na głowy powstańcze hełmy z plastiku, bo zarówno moja wyobraźnia jak instynkt ojca podpowiadają mi wtedy straszne obrazy, ale na to próbuję nie patrzeć.

Więc Warszawa maszeruje i kontrmaszeruje, a ja, śmieszny, głupi Ślązak, za Filipem Memchesem, chociaż z innych powodów, to tak jak on, wybieram postawę Piszczyka.

Na skraju antymiasta – w „Polityce”

Poszedłem z synem na wieczorny spacer, nad stawy. Siedliśmy i gapiłem się na drobno rozfalowaną wodę i na krajobraz, w którym mieszkam od zawsze.

Ani to wieś, ani miasto, bo nowoczesność nie jest w stanie udźwignąć pojęcia „miasteczka targowego”, jakim była ta moja „wieś gminna” przez pięćset lat, stąd kamieniczki i folwarczne zabudowania, stawy, pola i cysterskie dęby. Nie leży ani w Polsce, ani na Śląsku, bo Śląska już nie ma, a Polska jeszcze się tu nie zadomowiła. Nie leży to miejsce nawet w Europie ani nie leży poza Europą, wielkie nigdzie w środku umarłej cywilizacji, wyrastające z wnętrzności trupa pięćsetletnie dęby, obojętne wobec nowych domów z porothermu tak samo, jak obojętne względem stojących nieopodal seryjnych hitlerowskich domeczków z czerwonej cegły, z ogródkami; marzenie o robotniku związanym z ziemią przez uprawianie przydomowego poletka. Blut und Boden, naiwny, rustykalny sen o tym, że śląskiego człowieka fabryki, kopalni i huty, człowieka Totalnej Mobilizacji można uczynić niemieckim bauerem z romantycznych sielanek o tym, jak to na roli, między pługiem a mieczem bije serce niemczyzny.

A w nowych domach z katalogu z domami naiwny sen o klasie średniej świata Totalnej Demobilizacji, nie ma już robotników, są key accounci i sales repowie, bracia moi i siostry moje udręczone, jest rozpełzające się antymiasto, śląska dwumilionowa konurbacja połyka powoli barokowe kościółki Pilchowic i Stanicy i cysterskie dęby, połknie też średniowieczny klasztor w Rudach, połknie stawy i zdewastowane zabudowania folwarczne, połknie w końcu własny ogon, zadławi się i zdechnie. (…)

Całość do przeczytania na papierze w nowej „Polityce” i na polityka.pl.

Agresywne désintéressement

Kaczyński coś powiedział o Ślązakach bardzo głupio. I dalej – poszło! Ktoś tam się uniósł honorem peowskiego działacza. Jurek Gorzelik się oburzył i obraził, nie bacząc na to, że oburzały to się raczej stare panny w XIX-wiecznych powieściach. Ktoś tam podał do sądu. O coś tam. No to jakiś intelektualista z PiSu wytłumaczył precyzyjnie o co prezesowi chodziło, że chuje to są nie wszystkie Ślązaki, tylko niektóre. Na co Roczniok wytłumaczył (jeśli ktoś chciał słuchać, w co wątpię) że wcale nie, bo na odwrót. Kluzikowa przeprosiła, jeśli kogoś przekonała. Bohaterski niedawny przeciwnik Tuska w akcie ekspiacji ogłosił, że właśnie zostaje honorowym Ślązakiem w akcie bohaterskiego protestu przeciwko szalejącym demonom nacjonalizmu. Pewnie przeczytał ten kawałek o milczącym pastorze i pomyślał sobie, że cóż to będzie, kiedy pisowska hydra przyjdzie po specjalistów od rozebranych pań? Nie, żebym miał coś przeciwko rozebranym paniom. Więc specjalista raczył zostać Ślązakiem, on i jakieś dziennikarki i kto tam jeszcze. Pewnie dlatego, że nigdy nie słyszeli o uroczej śląskiej ksenofobii, która i trzeciemu pokoleniu zamieszkałych na Śląsku goroli nie przyda prawa do nazywania się Ślōnzŏkami*, chociażby gębę pełną miała frazesów o multikulti i innych głupotach. Ale wystarczy, że się zbierze intymne grono etnicznie jednorodne i zaraz zaczynają się narady jak z małego, śląskiego Ahnenerbe; kto i do jakiej kategorii się kwalifikuje, a potem nawet kłótnie, wielkŏ haja, aże przeca ty, mamlasie pierziński, tyż zaś tak czisto w papiyrach niy mŏsz, bo ôd twoji starki drugigo chopa starŏszek byli ze Poznania abo ze Hamburga, skiż czego zawrzyj pysk, krojcŏku zatracōny, jak sam ôd pokolyń echt Ślōnzŏki gŏdajōm. I w ten deseń, naprawdę uroczo. Ale to tak na marginesie. A teraz zakwalifikowano Ślązaków do elitarnego grona uciskanych przez Kaczyńskiego, razem z Gabończykami i kupującymi w Biedronce i kim tam jeszcze. Z drugiej strony zakwalifikowano Ślązaków do elitarnego grona odwiecznych wrogów prasłowiańskiej i piastowskiej polskości, razem z Grossem, Hitlerem, Michnikiem, Stalinem i Tuskiem, kolejność alfabetyczna. Cudownie.

I ciągle mnie teraz ktoś pyta: a co ja na to?
A ja na to: a gówno.

A nie licząc wulgaryzmów?

Nie licząc wulgaryzmów, to ja na to tyle: siedziałem sobie wczoraj w moim ulubionym przybytku żywienia i napojenia zbiorowego, żułem perfekcyjnie medium rare wypieczoną polędwicę wołową, popijałem carmenere, a jakże, reserva w którym beczkę czuć było wyraźnie a jednocześnie delikatnie, czyli jak trzeba, i zastanawiałem się, dumałem, rozmyślałem, rozważałem w duszy swojej i sumieniu, co ważniejsze: wino czy mięso? Najpierw tchórzliwie skłaniałem się ku jakiejś gastronomicznie metafizycznej jedności smaków mięsnokrowich i sfermentowanych, ale potem nadszedł czas na przewartościowanie i stanięcie w prawdzie o sobie i na różne takie i stanąłem i przyznałem pierwszeństwo winu, zwłaszcza, że wina zamówiłem jeszcze, a polędwicy już nie. Potem zaś paliłem djarumy special i kontemplowałem przedziwną zgodność, jaka mi się natrętnie nasuwała, zgodność goździkowo-tytoniowego smaku, wina i kobiecych bioder, ochoty, aby je pogładzić… A potem nabyłem jeszcze w przybytku wspomnianym dwie butelki do domu, i obie carmenere z Chile, potem opowiadałem synkowi na dobranoc smutną bajkę o piratach, a potem czytałem w szczotkach nową powieść W.S., powieść bardzo inteligentną, piekielnie zabawną i bardzo smutną, czyli taką, jak trzeba. Z W.S. wymieniłem również kilka e-maili przy okazji szczotek mojego zbioru opowiadań, które czytał W.S., i były to e-maile o postawie ironicznej w literaturze, o pisaniu flakami, o nachalnym i nieuniknionym autobiografizmie czytelniczych interpretacji, o rozpaczy i o pogodnej melancholii, o usprawiedliwieniu ludzi i bohaterów w ich wielkości i małości i o ważnych sprawach, po prostu. I e-maile te, na dodatek, za sprawą właściwej W.S. filozoficznej precyzji zakreśliły mi ładnymi konturami parę majaczących na horyzoncie intuicji, które bardzo przydadzą mi przy pisanej własnie „Morfinie”.

A jeśli ktoś naprawdę chce czytać o sprawach śląskich i nudnych, to niech sobie poczyta na blogu u Nawratka, bardzo ciekawego architekta i urbanisty. Z rzeczonym Nawratkiem raczej lewicowym b. ciekawy wywiad przeprowadził i opublikował w Teologii Politycznej raczej prawicowej pewien młody i bardzo obiecujący a do tego warszawski intelektualista, którego nazwisko (Jędral) jestem przekonany, że P.T. Czytelnicy mojego dzienniczka jeszcze usłyszą, zapewne mniej więcej wtedy, kiedy rzeczony młodzieniec zetnie długie włosy, tak to się zwykle jakoś koreluje, że tak sobie pozwolę na odrobinę paternalistycznego tonu, za który od razu samego zainteresowanego przepraszam.

Więc o podstępnych ślązakowcach i groźnych kaczystach to gdzie indziej proszę sobie czytać, ja, za pozwoleniem P.T. Czytelników albo i bez pozwolenia zostanę jednak przy winie, literaturze i reszcie.

*Jak mogli zauważyć spostrzegawczy P.T. Czytelnicy, zmieniłem sobie ortografię. Teraz będę do zapisu śląskiego stosował ortografię polecaną przez stowarzyszenie Pro Loquela Silesiana, która wydaje mi się najdojrzalsza i przy tym doskonale uwzględniającą dialektalne zróżnicowanie śląszczyzny. Jest to ortografia tak rzadkiej doskonałości, iż wspomniane stowarzyszenie postanowiło nie rzucać pereł przed wieprze, tzn. nie umieszczać zasad tej pisowni w internecie, więc jeśli ktoś chce sobie te daszki i kreski w swej perwersji przyswoić, zmuszony jest do zakupu książeczki pod tytułem „Ślabikŏrz niy dlŏ bajtli abo lekcyje ślōnskij gŏdki”, co sam uczyniłem i nawet polecam, bo rzecz jest ciekawa i inteligentna.

Summa

Wiatr mrozem ściska czaszki aż skrzypią, na śniegu czarne mundury, na czakach czerwone ptaki trzaskają kalekimi skrzydłami, białe, martwe tło. Stalowe nieba, tak wiele nieb, jak wiele jest chmur, tak wiele różnych szarości. Wielkie słońca tub basowych, puzonów, trąbek i waltorni i małe słońca guzików przy mundurach.

Chowają dobrego człowieka, chowają Ślązaka i żona i córki płaczą po śląsku: do wewnątrz, w siebie, kiedy spod trumny wysuwają się belki, straszliwie szarpie ich małymi ciałami ten płacz, którego prawie nie widać na twarzach i skalana wdowim piaskiem trumna zsuwa się w dół na kopidolskich linach.
Nie zabraknie im łez ani tęsknot.

A grzech mój zawsze przede mną, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata.
Przypominam sobie „Chryzantemę i miecz” Ruth Benedict: ciążące nad każdym Japończykiem poczucie niespłacalnego nigdy długu względem rodu i cesarza, który to dług jest fundamentem jednego z wielu japońskich „honorów” i który sprawia, że w japońskich romansach – w przeciwieństwie do europejskich – mężczyzna w tragicznym wyborze między lojalnością względem rodu a miłością do ukochanej wybiera w końcu zawsze rodzinę.

Jerzina, łůn bůu taki młody, szepcze za mną bardzo stara kobieta.
Stoję między grobami dzieci starszych ode mnie, zdrobnienia wyżłobione w szarym piaskowcu.
Jestem bardzo mały, przycięty na wymiar powściągliwym, śląskim smutkiem, smutkiem dalekim, głośno śpiewam w kościele, człapię po mokrym asfalcie w bardzo długim pochodzie, wieńce i czerń na długo zatrzymują ruch na drodze krajowej numer 44, na próżno zmieniają się światła, czekają cierpliwie smutne twarze za mokrymi szybami, wycieraczki zgrzytają razem z marszowym bębnem orkiestry. Ściągam rękawiczki, szepczę formalne kondolencje ściskając małe, zimne dłonie, to ważne, żeby nie powiedzieć nic więcej, nie należy mówić zbyt wiele, a już na pewno nic „od siebie”, to nie czas na mówienie „od siebie”, cóż by można powiedzieć „od siebie”?

Idziemy potem z siostrą na grób babci, nieopodal, czarni, zlodowaciali, po białym śniegu idziemy, z nosów nam cieknie, leży babcia pod ziemią, pod kamieniami i pod kwiatami i pod śniegiem, rozpuszcza się w tej ziemi, a obok jej mąż, mój dziadek, pół wieku dłużej w dole, a parę grobów dalej jej siostra i szwagier. Mówię moje modlitwy, nie rozumiem słów, mnę je zmarzniętymi wargami i patrzę się w glinę i pytam się gliny: czy mnie również tak chętnie, tak miłośnie przyjmiesz?

Czy mnie weźmiesz, brudna, poharatana, zgwałcona ziemio?

Na parkingu, na śniegu leży czerwone pióro z pióropusza górniczej orkiestry. Nie wierzę, że leży, nie powinno leżeć, jak może leżeć, tylko w złych filmach na białym śniegu tak leżą czerwone pióra, albo na złych obrazach. Więc podnoszę je, aby już tak nie leżało, nie wiem po co, ale zabieram czerwone pióro do domu.

Zdjęcie z 1929 roku

Widziałem dzisiaj zdjęcie: sprzed osiemdziesięciu jeden lat. Z całego zdjęcia żyją już tylko dwie osoby, a wypalona światłem emulsja ciągle trwa, jakby ich dusze nie zdołały zupełnie odejść. Zdjęcie jest ze ślubu jakiegoś ujka: przed ceglanym murem stoją mężczyźni w białych krawatach i muszkach, i we frakach, bo to w końcu ślub, stoją jak to Ślązacy na starych zdjęciach: wpatrzeni w obiektyw, zamarli, jakby pozowali do pomnika. Niektórzy noszą wąsy, sumiaste albo podkręcone tak, że nawoskowanymi czubkami sięgają oczu i razem ze stojącymi, sztywnymi kołnierzykami są te wąsy znakiem, że ich właściciele są cokolwiek staroświeccy, bo na zdjęciu jest rok 1929 i takich wąsów i kołnierzyków się już nie nosi, od dwudziestu z górą lat. Niektórym w kącikach ust drga jakiś ślad uśmiechu, ale ściągają go mocno, prawie nie widać.

Kobiety są już ubrane „po pańsku”, to znaczy w miejskie stroje i tylko jedna, starsza nosi ten poważny, ciemny, tradycyjny śląski strój kobiecy, surowy w swojej purytańskiej estetyce, z surowych obyczajów tego dziwnego kawałka świata. Siedzi wiec w zopasce i specjalnie zawiązanej chustce na głowie. Jej twarz również jest surowa, poważna, ale też pewna siebie, i pełna siły. Nie wiem: czy jest poważna, bo sądzi, że należy być poważną, kiedy jest się fotografowanym, czy może chodzi o to, że życie wymaga od kobiet powagi. Czasem sądzę, że tylko mężczyźni mają powody, aby się weselić i tylko mężczyznom dane jest odczuwać tragedię. Kobiety mają za to powagę, wieczną powagę, bo nawet kobieca radość jest poważna. I mają jeszcze te samicze ziarno strachu, te same, które rozkwita w strasznym miauczeniu kotki, której kocięta utopiono.
U stóp tej poważnej kobiety siedzi mój dziadek, nie wygląda na zadowolonego, może oderwali go od jakiejś zabawy: ma dziewięć lat, a chwilę później ma już lat dziewięćdziesiąt i całuje swoje prawnuki.

A obok, na zdjęciu, kuzyn R.: i czternaście albo piętnaście lat później poważnej kobiecie w zopasce przyśni się ten R., który wygląda już na tym zdjęciu całkiem dorośle. Przyśni się jej R., że dzieje się z nim coś złego. A potem kobieta w zopasce dostanie list, trzy tygodnie później i z listu kobieta dowiaduje się, że w R. jest dziura: dziura ta nie zabrała w końcu R. życia, dała mu za to odznakę za rany a może i Żelazny Krzyż i Sturmabzeichen, nie pytałem, za co dostał poszczególne blaszki, co zdobią jego mundur na innej jeszcze fotografii, nie pytałem też o rangę podoficerską, ani o sznur naramienny, którego znaczenia nie znam, ale wydaje mi się, że to sznur strzelecki podoficerów. Z dziurą w sobie R. trafia do szpitalu w Nysie, z Nysy do Cieszyna, do kompanii ozdrowieńców: a kompanią zawiadują młodzi, rośli chłopcy.

I to oni decydują, który z rekonwalescentów jest już gotów, aby trafić na front. R., jeśli dobrze pamiętam, nigdy nikomu nie opowiada o wojnie, a ojcu mojej matki, który siedzi z nim na tym zdjęciu z 1929 roku, potem podobno tylko raz mówi – „na tyj wojnie to idźe yno o to, coby dożyć aż śe skůńczy”. Więc ten R., który bez wątpienia nie kocha wojny i bez wątpienia jest w tej wojnie biegły, bo za nic blaszek do munduru nie dają, ten R. pyta gnojka: a więc dlaczego to ty wysyłasz nas na front, Arschloch? Byku jeden – nas, podziurawionych? Sam idź. I zaczyna się otwarta konfrontacja, broń jest już w rękach, ale nikt nie naciska na spust, boją tych chudych chłopaków, którzy chyba przywykli do zabijania i potem pewnie pojawiają się żołnierze z błyszczącymi ryngrafami na bluzach, ale to nie są polowi żandarmi. Polowi żandarmi niejedną wstążkę Żelaznego Krzyża podziurawili kulami. Ale ci boją się frontowców, sumienie ich targa, boją się blaszek przypiętych do znoszonych mundurów.

Więc sprawa jakoś sama się rozpływa, pewnie nikt nie informuje oficerów i R. wraca na front, i na froncie sowiecka kula robi w nim nową dziurę: i ta powstaje w samą porę, bo dzięki niej R. trafia do szpitala do Francji i dostaje się do niewoli na zachodzie: tylko dlatego spotkałem go potem, jako niemy i głuchy świadek rozmów, które toczył on i jego żona z moim dziadkiem, taką mieszaną ze śląskim niemczyzną stłumioną, tym kreolskim językiem, w którym przyciszonym głosem opowiadało się o przeszłości, której posiadanie było zabronione, o nielegalnej przeszłości. Mimo tego, że wtedy, kiedy ja tam bywałem, nie pamiętam – dwa razy? – mówić można już było głośno, ale tak się przyzwyczaili, do takiego życia za drzwiami starannie zamkniętymi, do życia polnych saren, całe życie na grubie, pylica i starość tak cicha jak życie.

Wpis listopadowy – rozpacz płynie rzeką poprzez świat

Pierwszego listopada stoję przy grobach, tak jakbym sam trochę w nich leżał. Myślę o kościach, po których chodzę po bułki i gazetę, myślę o tej wielkiej łasce życia na ziemi przesiąkniętej ciałami moich świętych przodków, świętych nie życiem, przecież tak niewiele wiem o ich życiu, cóż wiedział będzie o moim życiu mój syn? – świętych obecnością.

I kiedy w listopadzie jadę samochodem przez moją okolicę, to myślę: tutaj moja prababcia chodziła do młyna, którego ruiny pamiętam: zdobywałem w nich szlify dziesięcioletniego odkrywcy i archeologa. Potem go zburzyli, bo groził zawaleniem, zostało tylko martwe starorzecze i resztki fundamentów. Tam, dalej, stał dom, w którym urodził się mój pradziadek. Kopalnia na której śmiertelnie ranny został mój dziadek ojczysty, ten, którego nazwisko noszę. Dziś zrobili w niej jakąś wyższą szkołę tego i owego. Miejsce, w którym Niemcy zabijali gliwickich Żydów w latach trzydziestych. Miejsce, w którym Żydzi z gliwickiego PUBP i katowickiego WUBP zabijali gliwickich Niemców i innych w latach czterdziestych i piećdziesiątych. Miejsce w którym Niemcy zabili polskich powstańców z POW. Miejsce w którym Polacy zabili niemieckich selbszuców. Miejsce w którym sowieccy żołnierze wojsk wewnętrznych NKWD zabili polskich (prawdopodobnie akowskich) konspiratorów z Przyszowic. I paru Niemców od razu też, hurtowo. Dziwnie im się musiało umierać, wrogom przez morderców i grób zjednoczonym. Mój dziadek macierzysty, który właśnie uciekł przed werbunkiem do Volkssturmu, patrzył na to mordowanie z daleka. A zarządca przyszowickiego majątku von Raczków nie uciekł razem z resztą szlachty, bo nie wyobrażał sobie jak można zostawić majątek na pastwę bolszewików, jak można zostawić to, czemu poświęcił całe życie: maszyny, ziarno na zasiew, konie, gorzelnię z zapasami spirytusu, wszystko, więc postanowił zostać i pilnować obejścia i zabili go Sowieci od razu, pierwszego dnia, nawet nie maruderzy tylko karne, frontowe wojsko, pewnie ciągnęło ich do tego spirytusu. Więc wszędzie trupy. Trupy w takiej ilości, że nie wynika z nich żaden morał. Żadna nauka na przyszłość, ani żadne zrozumienie przeszłości. I nie układają się te użyźniające Śląsk trupy w żaden dekret, w żadne prawo, w żaden akt własności.

grobZapalam więc też świeczkę na zbiorowym grobie gliwiczan zamordowanych w styczniu 1945. Ich grób ciągle opisany jest starą tabliczką, na której napisane jest, że „zmarli w styczniu 1945”. Ale i tak każdy zawsze wiedział na co umierało się w styczniu 45. Chociaż pewnie paru mogło naprawdę umrzeć z głodu, na tyfus albo coś podobnego. Na sowiecką kulę albo bagnet w każdym razie załapały się całe rodziny, starcy, dzieci nawet jeden Francuz, zapewne robotnik przymusowy. I paru NN.

I co z tego? Zapalam im świeczkę, bo to są moi ludzie. To atomy mojego świata. Te dzieci, niewiele starsze od mojego taty. Siedmioletni Helmut i trzyletni Erwin. Ich matka, w wieku mojego dziadka, pewnie wpadali na siebie w gliwickich sklepach, gdzie z polskiej strony jeździło się kupować tkaniny i gotowe ubrania. Albo w polskich sklepach, gdzie z niemieckiej strony jeździło się kupować kiełbasy i mięso. Przy jej nazwisku – Anna Kneifel – ktoś drobnymi literami dopisał „z.d. Cielenga”, żeby wszyscy wiedzieli. Jakby to śląskie nazwisko jakoś wartościowało jej śmierć. I leżą sobie razem teść (też Kneifel właśnie) z synową, Greiner, Roderberg i Bergner i doktorostwo Hoffmannowie i ich syn razem z Rollikiem, Kraczkiem, Szendzielorzem i Kożuszkiem. Może dwadzieścia parę lat wcześniej Szendzielorz strzelał do Bergnera a Bergner do Szendzielorza? A może razem w komunistycznej bojówce „Błyskawica” strzelali do bogatego Hoffmanna? Albo i równie dobrze nikt do nikogo nie strzelał. Ale może przynajmniej ktoś komuś coś ukradł, ktoś kogoś zdradził, oszukał, uwiódł? Ale rachunki krzywd wyrównał wspólny grób.

Zapalam tę świeczkę bez nienawiści do tych Rosjan, którzy ich pozabijali, do Rosjan, czy też do Kałmuków, Mordwinów, Ukraińców, Buriatów, z jakiej wojłokowej jurty, modrzewiowej chaty czy betonowego bloku nie pochodziłby ten, kto trzymał sowiecki karabin. Inni – a może zresztą ci sami? – sowieccy żołnierze karmili urodzonego w 1944 niemowlaka, którego ojciec w niemieckim mundurze bił się z Amerykanami w Ardenach, pomagali więc mojej babci w sytuacji tak podobnej do tej, którą z ogromnym zdziwieniem znalazłem u Máraiego: u niego w domu, dokładnie w tym samym czasie, też był polowy warsztat, gdzie naprawiali czołgi, tak jak na podwórku domu mojej babci. Wyobrażam sobie, że musiały wyglądać podobnie, oba zresztą znam z relacji z pierwszej ręki.

I znowu, nic z tego nie wynika. Nie umiem i nie chcę upleść żadnego postulatu z tych wszystkich zabitych i zmarłych dobrych, złych, winnych i niewinnych i zwykłych – czyli trochę dobrych i trochę złych, z jakąś winą, ale nie taką, aby zasłużyć na śmierć. Nie tylko nie umiem upleść z trupów postulatu politycznego, nie wychodzi mi z tego nawet żaden postulat moralny. Bo proste „nie morduj” to już powiedziano dawno temu, niewiele można do tego dodać. Morał może mieć historia o jednym morderstwie, jak w „Stuleciu detektywów” Thorwalda. Tysiąc trupów to tylko prosta, antropologiczna obserwacja, nic więcej. Tysiąc, milion, sto milionów trupów to człowiek.

Misery’s the River of the World
Misery’s the River of the World
Everybody Row! Everybody Row!

W drodze na pola

Nocami chodzę na spacery: na marsze, jak wolę to nazywać. Parę kilometrów, sześć, czasem siedem, z kijkami, godzina, lub trochę więcej. Szybko, kijki pomagają utrzymać dobre tempo, wychodzę po jedenastej, idę pustą ulicą, tylko na rozstajach pod krzyżem stoi kilku nastolatków, opierają się o maskę starej vectry, palą papierosy i mówią mi „dobry wieczór”, trochę zmieszani. Z asfaltu schodzę na szutrową drogę i idę polami, ciągnącymi się między Pilchowicami a Stanicą. Przed północą docieram do altany, przy której w ciągu dnia zatrzymują się zmęczeni upałem rowerzyści. Przede mną zapalają się i gasną trzema rzędami czerwone światła na odległych o kilkanaście kilometrów, trzystumetrowych kominach rybnickiej elektrowni. Pod tymi pomalowanymi w czerwono-białe pasy wieżami na początku lat dziewięćdziesiątych uczyłem się żeglować.
Patrzę na północny wschód, na horyzoncie drgają pomarańczowo rozmazane i gęste światła miast, równie daleko jak rybnickie kominy, dalej, niczym wielki świetlik, zielenią żarzy się neon stacji benzynowej na przedmieściach, ledwie widoczny, a nad nim, na niebie nocnym i jasnym wyrasta wielka chmura, cumulonimbus o stopie jak małż. Jest matowo pomarańczowy, oświetlony latarnianym blaskiem skraju trzymilionowej konurbacji, tak jak reszta chmur na tym bladym, jasnym niebie – bo to miejskie niebo, chociaż wokół mnie tylko pole i las i idąc spłoszyłem sarny, zerwały się i po szalonym, krótkim cwale zapadły w zaroślach. Spod chmury idzie wiatr i wzmaga się, czuję go na skórze ramion i na karku, a wcześniej porusza nerwowym szmerem liście cysterskiego lasu, który za mną ciągnie się przez dwadzieścia kilometrów na zachód, aż pod Racibórz. Szmer narasta, las brzmi jak strumień. Odwracam się. Nad drzewami chmury pełzną po niebie, połykając gwiazdy. Tylko nad kominami Rybnika świeci jeszcze Syriusz. Wieje coraz mocniej.

Szum wiatru przedziera się przez słuchawki. Lektor, z zaangażowaniem moduluje niepokojący głos, odgrywając raczej, niż czytając kwestie Chłopca i Mężczyzny, jego angielszczyzna jest zaskakująco wyraźna, świetnie wyartykułowana. Czytałem wcześniej „Drogę” Cormaca McCarthy’ego w świetnym, polskim tłumaczeniu Roberta Sudoła. Teraz słucham angielskiego oryginału i wydaje mi się mocniejszy, angielski z jego prostszą strukturą gramatyczną brzmi lepiej w krótkich zdaniach McCarthy’ego. Książka gra oczywiście na najpierwotniejszych emocjach, czy nawet na instynktach, ale dlaczego to miałoby odbierać jej wartość? Literatura powinna dotykać tego, co najważniejsze i McCarthy, pisząc o ojcu i jego dziecku, idących przez świat po Apokalipsie, właśnie o najważniejszym pisze: o człowieczeństwie bezwarunkowym, o zwątpieniu, o tchórzostwie, śmierci i miłości, i o woli przeżycia. I jednocześnie jest tym, czym powinna być literatura: opowieścią, która słuchana nocą przeraża. Każe mi co jakiś czas idiotycznie zerkać do tyłu, przez ramię, kiedy podeszwy butów zgrzytają na żwirze, a lektor czyta o piwnicy, którą kanibale zmienili w spiżarnię pełną ludzi.

Parę godzin wcześniej, mój synek zasypiał mi na kolanach. Małe ciałko obleczone ubrankiem w kolorowe paski, główka w zgięciu mojego łokcia, mała rączka ściska moje palce. Leży spokojnie i tylko co jakiś czas szarpie się nagle, kiedy do jego raczkującej świadomości dociera ból z przerzynanych wzrastającymi zębami dziąseł. Płacze wtedy przez chwilę, wypręża się i milknie. Ma duże stopy o wysokim podbiciu i krótkich palcach, jak moje.

A ja myślę o nim teraz, sam na polach o północy, słuchając głosu lektora i patrząc na światła na horyzoncie i na jasne niebo nocne. Myślę o moim dziecku, o tym, w jaki świat wyjdzie z mojego domu, bo łatwo może być to świat o wiele gorszy niż ziemia popiołu, przez którą idą bohaterowie „Drogi” McCarthy’ego.