Melancholia

Zostawiamy w domu zmęczoną żonę i mamę, niech wreszcie odeśpi poszarpane noce, odwiedziliśmy pradziadków Franka i jedziemy, przed siebie, po prostu – styczniowym światem, z którego nagle uciekła zima. Wycieraczki zrzucają z szyby deszcz ze śniegiem, który wsiąka w odmarzającą ziemię, diesel mruczy i szumią zimowe opony, gniotąc nierówny asfalt, mój mały bodhi śpi obok mnie, w foteliku, przypięty pasami i zagrzebany w pulchnych kołderkach. Jedziemy powoli, osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę, alfa wdzięcznie składa się w zakrętach, w głośnikach cichutko grają skrzypce, tak cicho, żeby nie przerwać Frankowi zapominania tego, co musi zapomnieć, zanim zrozumie, że istnieje. Patrzę na drogę i na świat, czasem zerkam tylko na małego, kiedy przekręca się w swoim foteliku, lub wzdycha. Może właśnie zapomina coś szczególnie ważnego.

Bezwiednie wybieram moją ulubioną drogę, z Pilchowic jedziemy na południowy zachód, skrajem lasów rudzkich. Na zeschłych łąkach leży jeszcze śnieg, pamiątka paru mroźnych dni, lecz już się przetarł, jak wyświecone na kolanach spodnie. Wystaje spod niego ruda trawa, nagie drzewa błyszczą smutno, mokre od deszczu, mokry jest asfalt i rozmiękający lód na taflach rybnych stawów. Mokra jest kapota i czapka starego pijaka, który, gardząc niedzielą, świętem porządnymi ludźmi, wytacza się z brzydkiego, burego baraku, ustrojonego w tablicę z napisem „Karczma”.

Przemoczona jest też gruba, watowana kurtka smutnego, może dziesięcioletniego chłopca, siedzącego na betonowej barierce, przy torowisku. Ma brudną twarz, gryzie jakieś cukierki, nogi trzyma na ramie taniego roweru. Patrzymy na siebie, kiedy powoli przejeżdżam po przecinających drogę torach, między podniesionymi szlabanami i obaj wiemy, że nie powinno go tu być, bo jest przecież niedziela, niedawno minęło południe i na Śląsku każdy wrócił już z sumy do domu i siada do obiadu, na białym obrusie stoi waza z rosołem, kluski, rolady i modro kapusta. Ja zjadłem swoje kluski i kurczaka u dziadków. Powinienem teraz siadać do kawy i kouoča, ale zamiast tego jadę przed siebie. A przy pustych drogach, biegnących ku Bramie Morawskiej przez wyrastające wśród lasów wsie, stoją tylko pijak i smutny chłopiec, który uciekł z domu przed kłótnią rodziców, a może wyrzucił go zły ojczym, albo gach matki, dał dwa złote na cukierki i kazał spierdalać.

I jeszcze starsza pani, smętnie i z trudem naciskająca na pedały przyrdzewiałego rometa, nienaturalnie wyprostowana na siodełku. Ma misternie ułożone, siwe włosy, charakterystyczny dla starszych Ślązaczek bubikopf – szyk z późnych lat trzydziestych. Osłoniła fryzurę przed deszczem, chustką z folii zawiązaną pod brodą i otaczającą głowę jak wielki, przejrzysty hełm dawnego nurka. Moknie, mokry śnieg oblepia jej plecy, osłonięte fioletową kurteczką z ortalionu, lecz jedzie przed siebie, powoli, wpatrzona w przestrzeń szeroko otwartymi oczami, które widzę nawet z samochodu, zza jej dużych okularów. Właśnie mija ostatni dom we wsi i wjeżdża w las, droga biegnie mocno pod górę, bo za wsią Nędza delikatne fałdy śląskiej wyżyny stają się nieco krótsze i wyższe.

Zawracam zaraz za rogatkami Raciborza, jadę z powrotem tą samą drogą, chcę jeszcze raz patrzeć na ten sam, melancholijny pejzaż. Mijam znowu pedałującą pod górę starszą panią, tym razem z naprzeciwka. Nie ujechała wiele, nagle wiem już, dlaczego wydała mi się znajoma; jest w niej coś, co Helen Mirren dała sztuce, grając królową Elżbietę II w filmie Stephena Frearsa. Kobieta na rowerze również jest melancholijna, jak pejzaż, jak pijak i jak smutny chłopiec na przejeździe kolejowym, lecz jej melancholia jest dumna.

Przypominam sobie przygnębiające wrażenie, jakie wywierają na mnie rozpięte między horyzontami równiny, przez które prowadzi droga z Warszawy na Mazury. Gdzieś w okolicach Łomży i dalej, ziemia płaska jak stół, pocięta polami i rzędami drzew smutnych nawet latem, wsie i miasteczka rozchodzące się w szwach – jednak zaraz uzmysławiam sobie, że to coś innego, mazowieckie pejzaże nie są melancholijne, lecz depresyjne. Nie wywołują smutku, lecz myśli samobójcze, każda lipa zaprasza mnie swoją gościnną gałęzią, jak szubienica. Nie mógłbym żyć na równinach. Przykryty rozmiękłym śniegiem krajobraz południowego Śląska jest smutny, ale to spokojny, nawet trochę uśmiechnięty smutek. Lasy, jary i stawy, łąki z kępami rudych traw, wsie, w których zostało nieuchwytne, historyczne coś, efekt starań i zabiegów kilkudziesięciu pokoleń, podczas kiedy we wsiach mazowieckich widzę tylko kilkadziesiąt pokoleń marazmu.
Mijam cysterskie Rudy, w nich stare domy – murowane, bo przecież Bismarck albo ktoś tam jeszcze wcześniej zabronił budować nowe domy z drewna w całych Prusach – ale niektóre zachowały jeszcze starą formę: wysokie, spadziste dachy, niskie fasady, centralne wejścia i małe okienka. Mijam klasztor i ogołocone korony egzotycznych drzew w parku.

Mijam Stanicę, w której stoi kościół o dwadzieścia lat i jedną epokę architektoniczną starszy od pilchowickiego i gdzie droga wije się przez wieś w płytkim wąwozie, wjeżdżam do Pilchowic. Przy krzyżu na rozstajach widziałem niedawno chłopaka – bardzo podobnego do tego, który dzisiaj siedział na betonowej barierce, miał nawet podobnie bezkształtną, szarą kurtkę. Był ranek, jechałem po gazetę i bułki, a chłopiec stał pod krzyżem i wpatrywał się w Ukrzyżowanego, zadzierał głowę, bo krzyż jest wysoki i bez zażenowania wzniósł na wysokość twarzy złożone do modlitwy dłonie. Nie wiem o co się modlił, miał na plecach tornister, więc może prosił Boga o powodzenie na klasówce, mógł też błagać, by tata już wrócił z Rajchu, albo o to, żeby mama nie umarła. Pomyślałem sobie wtedy, że żyję na dziwnej wyspie, na której trzecioklasiści o siódmej rano składają ręce i modlą się na rozstajach.

Dzisiaj pod krzyżem jest pusto, tylko na jednym z ramion siedzi kilka zmokłych gawronów, bez ruchu, a woda kapie im z dziobów, prosto na sztuczne kwiatki i wypalone znicze na betonowym fundamencie.

Parkuję pod domem, wnoszę fotelik z Frankiem do sypialni. Mały otwiera oczka i natychmiast zaczyna strasznie płakać. Może właśnie jego dusza zapomniała coś bardzo ważnego i płacze teraz za tą stratą – a on całe życie będzie się mozolił, aby odnaleźć to, co dziś w nim zostało zakryte.

Ślůnski klawiyr

We Hameryce rechtůry uznali, aže ślůnski je jynzykiym, a u nos jedyn wyzgerny karlus, kery śe skrůmńe podpisuje yno z miana – Hermann, naúůnačyu ganc fajne drajwery, coby pod Windowsym XP šúo použiwać ślůnskich buchštabuw, prosto ze klawiyra, bez klupanio kodůw ze altym i šiftym. Wćisko śe jedyn knefel i juž wyskakujům te daški i kryski, gynaú tak samo, jak śe po polsku abo w inkšym jynzyku na komputeře piše.

I to je richtig wažno řeč.

Suchejcie, Ślůnzoki: ślůnski muster škryflańo i pisowńa koždy gupi (můndry tyž) poradźi úopanować we piytnośće minut. To ńy ma trudne, pisowńa je fůnetyčno, jak poradźiš po ślůnsku godać, to škryflać ze ślůnskiymi buchštabami tyž doš rady, teroski to je ganc ajnfachowe. Bes swoi pisowńe, škryflany po polsku, ślůnski še na zicher rozpuśći we polščyźńe za dwa abo tři pokolyńa.

Ślůnsko godka i tak pryndzyj čy ńyskořyj zńikńe, ale godům Wům, aže lžyj nům wšistkiym bydźe umiyrać, jak bydźe śe šúo na staroś pedźeć, aže zrobiůech abo zrobiůach wšisko, co žech poradźú, coby tyn finis Silesiae trocha úopůźńić. A piytnośće minut to ńy ma dužo.
I jak juž bydymy u Půnbůčka, i trefiymy tam kajś našych přodkůw, co pomarli downo tymu, to bydymy im mogli we úočy patřyć bez gańby, skiž tego, co my na haśok ńy wyćepli našyj kultury i našyj godki. Tego, co my úod ńich erdli.

Drajwery do tastatůry moće sam do śćiůngńyńo. Tam je wšisko po kolei úopisane.
Klikejće i pišće po ślůnsku!

„szl”

SILESIADawno nie pisałem tutaj o Śląsku i śląskich sprawach, ale dzisiaj wydarzyła się rzecz, która wymaga wzmianki. W stolicy Imperium Mundi, w Bibliotece Kongresu, jakiś klerk przystawił pieczątkę na papierze, stwierdzającym, że śląski jest językiem, i nadał mu kod, „szl”.
Dlaczego rzecz jest ważna? Tak naprawdę, przecież dla nas, Ślązaków, nic się nie zmienia. Kwestia klasyfikacji języków i dialektów (decyzji, co jest językiem, a co dialektem danego języka) jest wyłącznie kwestią umowną i prawie zawsze sporną. W przypadku śląskim istnienie ciągłego kontinuum dialektalnego od języka polskiego, przez dialekty śląskie, laskie i morawskie do języka czeskiego jest obserwowalne gołym okiem, nawet dziś, kiedy architekci etniczni połowy XX wieku posprzątali ludzi i powkładali do przegródek po właściwych stronach granicy. Stare powiedzonko mówi, że język to dialekt, który ma armię i flotę. Jeśli więc rzecz jest tylko kwestią umowy, to co ustalenie amerykańskich bibliotekarzy zmienia?

Otóż zmienia bardzo wiele, a rzecz zasadza się na braku intelektualnej niezależności polskich środowisk akademickich i ogólnie, inteligenckich, które od sześćdziesięciu lat przyzwyczajone są do pracy intelektualnej przez odniesienie. Skoro Amerykanie uznają śląski za język, to w Polsce to uznanie automatycznie, prędzej czy później, przyjdzie. A jest to ważne, bo śląski jest językiem ginącym i jego zachowanie wymaga wysiłku i – niestety – stworzenia na poły sztucznego ekstraktu z wszystkich śląskich dialektów, czyli śląskiego języka literackiego, bo jako zbiór różniących się, lokalnych, wernakularnych gwar, śląski zginie w ciągu najbliższych 50 lat. W sytuacji zdecydowanego sprzeciwu polskiej inteligencji, rzecz ta była bardzo trudna, jeśli nie niemożliwa do zrealizowania – dziś, opór ten, chociaż nie zniknie, będzie słabł.

Słowem, dzięki jakiemuś urzędnikowi z pieczątką, którego nic a nic nie obchodzi przetrwanie ani Ślązaków, jako grupy, posiadającej odrębną tożsamość etniczną, ani ich wernakularnego języka, a pieczątkę przystawił, żeby mieć sprawę z głowy, albo dlatego, że bał się, czy ktoś go nie zredukuje ad Hitlerum i nie posądzi o jakąś straszną dyskryminację – śląskość jako taka nieznacznie zwiększyła swoje szanse na przetrwanie.

Ze Ślůnska třa úućjyc?

Kaźimjéř Kutz pedźoú roz, aže ze Ślůnska třa úućjyc. Redachtůr ze katowickjyj „Gazety Wyborčyj” napisoú zaś, aže go to nerwuje, za Ślůnsk mu gańba, a po prowdźe Kutz mo recht.

Jo tyž myśla, aže Kutz mo recht i žech je rod, aže úućjyk, do gorolskjyj Waršawy, kaj se teroski mjyško.

Tym lepi dlo Ślůnska, aže tyn „Berćik dlo intelygyncyje” pojechou se weg. Ślůnsk ńjy bůú lo ńjygo dość dobry, tak jak ńjy dość dobre bůúo mjano „Kuc”, co śe je muśoú přerobjać na bardźjy, podle ńygo, wyzgerne.
Co mi śe šwarńy do kupy skúodo: to je taki chop, co śe wstydźi swoigo mjana, swoi religije i swoi Důmowiny. Jo pů ńjym ńjy beča.
Jo bych ješče yno chćoú, coby za ńjym te wšystkjy inkše gizdy, kerym śe Ślůnsk ńjy podobo, pojechaúy furt do Waršawy, abo inakšych gorolowic, za Kutzym. Jak choby ta profesůrka ze Politechńiki, kero, pytano kyj sům Gliwice, godaúa, aže pod Krakowym, bo gańba jei bůúo godać, aže na Ślůnsku.

Wyznania prowincjusza

Jestem prowincjuszem, przynajmniej tak bardzo, jak bardzo Márai był patrycjuszem. W poszukiwaniu argumentów na potwierdzenie tej tezy przejechałem kawałek świata, byłem nawet w metropolii i niedaleko bieguna północnego; wszędzie tam, cały świat mówił mi: jesteś prowincjuszem.

Po pierwsze, jestem prowincjuszem, ponieważ jestem Europejczykiem. Europa jest prowincją, tak jak prowincją stał się świat grecki po bitwie na wzgórzach Kynoskefalaj – naszą Kynoskefalaj były lasy Ardenów, gdzie w śniegu klęską zakończyła się ostatnia ofensywa sił Zjednoczonej Europy. I tak jak z padającymi pod rzymskim mieczem, macedońskimi sarissoforoi upadł świat królestw hellenistycznych, tak kolejne PzKpfW VI Tiger, podpalane z powietrza przez amerykańskie myśliwce bombardujące, znaczyły upadek Europy jako skłóconej wewnętrznie (a czyż hellenistyczne królestwa nie walczyły ze sobą?), lecz niewątpliwie wiodącej siły w skali globu. Ciągnący przez cały XIX i XX wiek do Ameryki emigranci byli więc masowym Eneaszem, który, uciekając z Troi, założył Rzym. Prowincjonalizm Europy, do której przynależny czuję się nie ze względu na gwiazdki na tablicach rejestracyjnych naszych samochodów, lecz raczej przez przynależność do ongiś wielkiej, a dziś już martwej cywilizacji łacińskiej, jest więc pierwszym z moich prowincjonalizmów.

Continue reading

Žaúoba

Baby, cery a matki, co stojům před grubům, kaj čekajům, coby śe zwiedźeć, eli to jeich chopa zabiyúo, eli yno inšych – chopa úod sůmśodki, možno úod śostry čy kuzynki – to je úobroz, kery na Ślůnsku ńy zmiyńo śe úod třistu chyba lot. Jak moja ůma čekali na staroška we 1951, tak čekajům teroski te dźoúchy před Halymbům. Starošek půú wiyku tymu wylyźli ze gruby, ale umarli pora dni potym, na tynžec.
Řykali my wčora za ńych, z Agatům. Jo za tych bergmůnůw, co ich zaćysúo, Agata za te dźoúchy, kere čekajům. Yno tela mogymy zrobić. Pořykejće tyž, o wstawiynńyctwo do świyntyj Barbůrki a do Maryje.

A jo žech, o tym úobroźe, babůw před grubům, naškryflou taki kůnsek we moi kśůnžce:

„(…)Siedem lat później stoją z matką przed kopalnią KWK Gliwice. Obie czekają. Matka czeka na swojego męża i na Gerda, narzeczonego Aldony, pracowitego, dobrego chłopaka, który nie pije, nie włóczy się i kocha jej córkę. Aldona czeka na ojca i na swojego narzeczonego, Gerda, który jest delikatny, miły, przynosi jej kwiaty z łąki, nie klnie i nie włóczy się z kamratami. Obok, przez kopalnianą bramę, przejeżdżają na sygnale karetki, jedna za drugą, jedna za drugą. Na plac, wsparci na ramionach ratowników wychodzą górnicy, brudni i zakrwawieni. Potem już tylko leżą na noszach. Płacz. Płacz. Beč, dźoúško. Beč, po tatulku – rząd otwartych grobów, orkiestra dęta, nadymają się policzki dmącego w tubę gerdowego brata, i po tych nadętych policzkach z trudem, powoli spływają łzy i znaczą białymi ścieżkami czarne sukno munduru, drżą czerwone pióropusze, łzy z księżowskiego kropidła spadają na rząd jasnych trumien. Beč, frelko, po tym abštyfikanće, co ća tak chćoú, že fedrowoú i w ńydźela, bo se porachowoú, že jak śe bydźe budowoú, to mu geltaku ńy stykńe, a přeca muśi mieć chaúpa, jak śe chce wźůnć tako gryfno dźoúška . Trumna kołysze się na białych pasach, i zsuwa się w brązową glinę grobu, pasy opadają i zostają wyciągnięte z jednej strony, księżowska łopatka zrzuca grudę ziemi, która z plaskiem uderza o wieko trumny, brat Gerda nadyma policzki, dmie w tubę z całych sił.(…)”

Ślůnske abycoduo

Pisoú žech úońskigo roku, že jak śe kajś pokože kodifkowůny zapis ślůnski godki, to jo byda jei použywoú. Nů i śe pokozoú. Idźe go uobeźřeć sam: PŮ NAŠYMU DLO ŚLŮNZOKŮW

Yno trocha za ńyskoro žech śe pokapowoú, bo žech już poradźył se swoja, inakšo kodyfikacyjo naúonačyć, skiž tego, žech potřebowoú jei do moi kśůnžki, co se poradźće úobeźřeć pora postůw za wčas, kaj je kůnsek.

Tera zaś by mie gańba bůúo co by tako blank nowo kodyfikacyjo we tyj „Epifanii…” úostowić, bo jak juž ftoś tako choby troška bardźyj popularno wynaloz i juž wyńcy rostomaitych ludźi jei užywo, to jo tyž muša, co by našo godka śe staúa poleku godkům literckům. A to śe přeca samo ńy zúonačy, yno to třa, co by Ślůnzoki po ślůnsku škryflali.
Byda, skiž tego, we kśůnžce wšisko zmiyńoú ze tego moigo kodyfikowańo na te, we kerym sam piša, co je ze tyj zajty „PŮ NAŠYMU”.
Moja kodyfikacyjo mioú žech bardźy rod, ańželi ta, ale ńy byda wům tuplikowoú čamu, bo to juž ńy ma wažne.

Wažne je, že bydźe kśůnžka, we keryj bydźe choby trocha po našymu.

A jo šukom jakiś cajtung, kaj redachtůry by brali úody mie felijetůny po ślůnsku. Bo bych rod pisoú.