We “Wprost” pan Grzegorz Ślubowski przebrał się w cylinder i udaje Astolphe’a de Custine. Jeździ sobie pan dziennikarz po Rosji i pisze listy.
A w zasadzie może wcale nie jeździ i pisze listy. W każdym razie, mógłby nie jeździć i swoje listy pisać z jakiegoś komfortowego loftu, albo innego dizajnerskiego apartamentu w Warszawie, ponieważ w swoich listach pan dziennikarz udający markiza zawiera prawdy tak głębokie, jak to, że w Rosji pociągi śmierdzą, a ludzie chleją na potęgę. Co wie każdy wykształcony Polak, który czytuje gazety lub czasopisma.
Nikogo, przy tym, nie obchodzi to, że jest to zwykłe, wierutne kłamstwo.
1. Przed Świętami spotkałem się z K., rozmawialiśmy, między innymi, o “Michnikowszczyźnie” Ziemkiewicza. K., z niejaką goryczą stwierdził, że on sam i każdy z intelektualistów jego pokolenia (K. jest mniej więcej w wieku Ziemkiewicza) powinien mieć do siebie pretensje, że nie napisał tej książki.
Ma sporo racji: niby wszyscy, myślący ludzie, niezależnie od poglądów (bo – na Boga! – Michnika nie trzeba krytykować z pozycji konserwatywnych, krytyka z pozycji liberalnych będzie równie uprawniona – Michnik gwałcił większość założeń klasycznego liberalizmu, z wolnością słowa na czele) wiedzieli o “michtrixie” i rozumieli jego zasady, jednak nikt nie pokusił się o całościowe ujęcie, syntezę, poprzedzoną mocnym studium materiałów źródłowych. Chwała Ziemkiewiczowi za to.
2. Kolega Fauconnier prosił mnie o jakąś polemikę z Ziemkiewiczem, wywołując mnie do tablicy ze względu na dobrze chyba rozpoznane różnice światopoglądowe, jakie dostrzega między RAZa publicystyką, a, toutes proportions gardées, moją. Mam z tym pewien problem, bo nie dostrzegam akurat powodów do takiej dyskusji w “Michnikowszczyźnie” – Ziemkiewicza analiza III RP jest raczej skupiona na przedmiocie, niż na poglądach autora, równie dobrze może przemawiać do konserwatysty, liberała czy socjalisty. Spróbuję więc najpierw tak trochę teoretycznie.
Czytaj dalej »
W zasadzie niczego innego nie umiem ostatnio czytać. To jest, przebiegam różne książki oczami, niektóre bo chcę, inne bo muszę, sięgam sobie do Gaxotte’a, do Tocqueville’a, poczytuję znowu pamiętniki de Staël (cóż to za nadęta, nudna baba!), czy de Lauzuna, czytam znowu Gellnera, ale w zasadzie nic nowego, poza Volkoffem, połkniętym w jeden wieczór.
A potem Márai. “Dziennik” przeczytany już kilka razy, za każdym razem otwiera się na nowo. I wciąga, jak powieść, ale inaczej – wciąga raportem o melancholii. Dzisiaj – zdaję sobie sprawę, że Máraiego interesuje tylko życie. Dlatego “Dziennik” stał mi się bliższy niż “Promieniowania” Jüngera – nie mogę już czytać Jüngera tak, jak czytałem wcześniej. Nie potrafię już znieść tego chłodnego spojrzenia zoologa – jak mawiał P., “bo socjolog to dziś prawie jak zoolog” – pieszczącego płonącą Europę. Zdaję sobie nagle sprawę, że Jünger w swojej arystokratycznej, północnej obojętności jest mi obcy. Wielki, literacko od Máraiego większy, ale obcy. Márai jest mi natomiast bliski jak sąsiad.
Na mój tekst “Konserwatyzm jako klęska” odpowiedział autor, ukrywający się pod pseudonimem Estera Lobkowicz. Chętnie wkleiłbym tutaj tę odpowiedź, nie mam jednak doń dostępu, pozwoliłem sobie więc zamieścić jedynie moją odpowiedź, która jednak przekracza zasadniczo ramy polemiki i może chyba, swobodnie, funkcjonować jako niezależny szkic. Przyjemnej lektury zatem życzę, tym, którzy się na nią zdecydują.
Najpierw u K., gościnnie, na seminarium. Dyskusja ze studentami z MISH o definicji intelektualisty. Młody gentleman stawia tezę, iż dyskusji o ideach nie można zostawić politykom i że powinni się nią zajmować wyłącznie intelektualiści. Zdziwiony stwierdzam, że mój młodszy kolega właśnie, nieświadomie, opisał dokładnie sytuację z XVIII-wiecznej Francji, gdzie hermetycznie odcięci o polityki intelektualiści dyskutowali o ideach ze swobodą niekrępowaną przez najpłytszą chociaż znajomość politycznej praktyki; zaś politycy wyłącznie administrowali państwem, nie pozostając już we wspólnocie wartości ze swoimi poprzednikami.
Potem dyskusja – raczej nudna, chociaż studenci inteligentni.