Jeśli narody mają dusze, to do jakich czyśćców i piekieł one zstępują, do jakich niebios ulatują? Wieczny Grunwald nie jest po prostu „powieścią historyczną” – Szczepan Twardoch stworzył tu narrację o losach jednostki i narodu rozpostartą i w przeszłość, i w przyszłość, i wszerz, w życia nieziszczone; roztęcznioną od realizmu faktów historycznych do fantastycznej metafory „ducha narodowego”. Od czasu Teodora Parnickiego nie pisano w Polsce z tak szalonym rozmachem o człowieku rozdzieranym przez żywioł dziejów i schizofrenicznej lojalności mieszańca, dziecka dwóch kultur, bękarta dwóch ojczyzn.
– Jacek Dukaj
Śnił mi się dziś pewien utalentowany pisarz z Krakowa, z którym, jak mi się wydaje, mam zaszczyt się przyjaźnić, a który wyda w czasie bliższym lub dalszym powieść, którą czytam właśnie, a która z kolei zdaje mi się być bardzo dobra. Ale o powieści innym razem, dziś o śnie, który pojawił się pewnie w efekcie wczorajszych krakowskich popołudnia i wieczoru, które bardzo miło spędziłem w jego towarzystwie – między innymi, bynajmniej nie mniej ważnymi, bo siedzieliśmy w towarzystwie nieco szerszym, w zaprzyjaźnionych ludzi pióra obfitującym, ale tylko jeden z nich się w moim śnie pojawił.
I we śnie spacerowaliśmy razem, odziani bardzo elegancko, sportową elegancją przedwojenną – pamiętam, że towarzysz mojego spaceru, prócz sportowej marynarki, nosił kaszkiet, pumpy, podkolankówki w kratkę argyle (bardzo ich zazdrościłem), ja byłem w tweedowym garniturze myśliwskim i prowadziłem staroświecki, przedwojenny rower na białych oponach (który dziwnie przypominał rower pewnej krakowskiej pani redaktor, która swoją uroczą obecnością przełamała męski charakter wczorajszego spotkania).
Więc spacerowaliśmy: jesienią, po jakimś mieście słowackim lub węgierskim, dużym, ale zabudowanym jak małe miasteczko o bardzo stromych ulicach i w knajpach siadaliśmy i jesienne, czerwone winośmy pili i jedli pieczone kaszty z papierowych torebek, potem ucztowaliśmy jesiennie, jedząc pieczeń z kaczki, a potem paliliśmy cygara, rozmawiając niezobowiązująco, życzliwie, w takim przyjemnym, niespiesznym rytmie – aleśmy jednocześnie wiedzieli obaj i ubolewali nad tym, jak nad nieuchronnym nadejściem zimy, że sielanka ta nie potrwa długo, że skończy się źle: albowiem konkurujemy o względy jednej dziewczyny – właśnie dziewczyny, nie kobiety.
Dziewczyna ta nie pojawiła się w moim śnie, który był zresztą snem całkowicie nieerotycznym i nie było o niej mowy między nami, bo wszystko było jasne a dziewczyna nie miała twarzy, ciała ani imienia. Obaj świadomiśmy byli konfliktu i tego przede wszystkim, jaka rzeczona dziewczyna jest: inteligentna, obojętna, wyniosła, skłonna do szyderstw. I tego, jak nami manipuluje: przez uśmiechy, gesty, półsłówka doprowadzić chce do tego, aby się od nas obu jednocześnie wyzwolić, aby się nas pozbyć przez jakiś straszny wybuch naszego tajonego gniewu, który w moim śnie wydawał się nieunikniony i krążył, jak kruk, nad naszym miłym ucztowaniem.
Ale wybuchu nie było, gniew się nie rozlał, siedzieliśmy sobie spokojnie, ciesząc się każdą chwilą w której ciągle jeszcze nie okładamy się po gębach i rozstaliśmy się potem w sposób charakterystyczny dla snów: zaprzyjaźniony literat płynnie stracił parę lat i długie włosy i zamienił się stopniowo w zupełnie innego mojego przyjaciela, z którym jeździliśmy na rowerach poszukując zaginionej walizki z pieniędzmi, z kwotą może nie totolotkową, ale dużą, była to kwestia saaba 9-3 cabrio, przyjechaliśmy do miasta kupić ten piękny samochód, miał jasną, skórzaną tapicerkę, walizkę jednak zgubiliśmy w nocy, dzień wcześniej, pijąc i dokazując na mieście, a potem nie mogłem się zalogować do mojego konta e-mailowego i szedłem schylony, z nosem przy bruku, pomiędzy kostkami szukając hasła do tego konta, zapisanego jakoby na skrawku papierowej chusteczki do nosa.
Skończyłem pisać powieść, która ciągle nie ma ostatecznego tytułu, ale do tej pory była znana jako „Paszko”, a jaki tytuł będzie widniał na okładce, tego ciągle nie wiem: i nagle zdałem sobie sprawę, że nigdy żadna książka nie kosztowała mnie tak wiele, jakbym się wyżął na kartki. Jakbym przeciekł przez klawiaturę, do pliku i jakby zostały we mnie straszne, puste dziury.
(Owszem, postanowiłem na moment zamienić mój dzienniczek w kącik emocjonalnego ekshibicjonisty, raz na parę lat wolno.)
I skończyłem, w tempie dla mnie strasznym, zabójczym, i nagle zostałem z dziurawym samym sobą, z dziurawym mózgiem, z euforycznym poczuciem, jakbym był obok siebie, nie umiem się od tej książki oderwać myślami, prześladują mnie nocą koszmary: te, które sam napisałem. Może to sprawiedliwie, przeżyć najpierw to małe piekło, do jakiego zapraszam czytelnika. I pewnie inaczej, mniej intensywnie nie dało się tej książki napisać, nie mógłbym napisać tej powieści powolnym rytmem starego literata, pracującego od ósmej rano do dziesiątej, a potem na tenisa, musiałem ją z siebie wypluć, wylać. I musiały zostać dziury. Gdyby nie zostały, to znaczyłoby, że nie dałem z siebie tego, co się w tej książce, strasznej książce o strasznym świecie znaleźć musiało, tego, co się jej ode mnie należało. Zresztą pewnie zabliźnią się szybko.
Lubię mówić, że pisanie to po prostu zawód, jak każdy inny: ale może jednak nie. Nie wiem zresztą, nie znam się na innych zawodach, inne rzeczy, jakimi się zajmowałem w życiu dla pieniędzy przyprawiały mnie, owszem, o różne poważne frustracje, żadna jednak nie sprawiła, że przestałem sam siebie poznawać.
Próbuję więc to psychosomatyczne rozedrganie zagłuszyć jakoś: w nocy nie śpię, w dzień nie do końca jestem na jawie, bom zbyt niewyspany, więc wypruwam sobie płuca marszem, hantlami, aż mdleją ramiona, euforycznym pisaniem innych rzeczy wątpliwej chyba jakości i żeby spać potrzeba mi rauszu od wina, a wino działa na mnie jakoś inaczej, niż zwykle, może być też rausz od 10 kilometrów pokonanych najszybciej jak umiem, z Rammsteinem w słuchawkach, do wyplucia płuc, synchronizuję krok z rytmem „Rosenrot” i rytm mnie hipnotyzuje, wracam do domu mokry, odurzony, wreszcie mogę spać.
Albo stoję, moknę i z jakąś perwersyjną, przewrotną ciekawością patrzę na rzekę, która oswobodziła się ze swojego koryta, tak jak moja książka wyrwała mi się spod palców – a rzeka ominęła most, przelała się przez ulicą i zlewa się stalowa woda, siny asfalt i sine niebo w jedną drogę, w jedną opalizującą skorupę.
I odwracam się ciągle, patrzę za siebie, kto stoi za mną, kto za mną idzie?
Ale i w tym strasznym, drżącym stanie, w jakim jestem, znajduję prostą, podstawową radość: oto skończyłem powieść, skończyłem ją prawdziwie, nie tylko napisałem „KONIEC”, ale dałem jej z siebie tyle, ile dać jej należało, ile dać mogłem. I to jest tego małego szaleństwa warte, bo ono pozostawi ślady, ale minie, a książka zostanie.
W serwisie polityka.pl ukazał się właśnie mój artykuł o apokalipsie i Cormacu McCarthym. Polecam się uwadze P.T. Czytelników mojego dziennika.
W nadchodzącym, 2010 roku trochę się wydarzy, jeśli chodzi o moją obecność na księgarskich półkach.
Po pierwsze, we Francji ukaże się francuski przekład mojej sensacyjnej powieści o gnozie i esbekach, tj. „Przemienienie”. Szczegóły wkrótce.
Po drugie, nakładem zaprzyjaźnionego wydawnictwa Dębogóra (wydawca „Przemienienia” i „Zabaw z bronią”) ukaże się obyczajowa, współczesna powieść apokaliptyczna, fabularnie luźno związana z „Przemienieniem” i stanowiąca „Przemienienia” wyjaśnienie i dopełnienie, której fragmenty czytałem na jednym ze spotkań autorskich, a która nie posiada na razie tytułu (w zasadzie posiada, ale taki, pod którym nie może się ukazać, załóżmy więc na razie, że nie posiada).
Po trzecie, nakładem również zaprzyjaźnionego wydawnictwa Powergraph (tzn. Kasia i Rafał Kosikowie) ukaże się zbiór opowiadań niesamowitych, nie posiadający na razie tytułu, ale co do którego już wiadomo, że na pewno zawierał będzie opowiadanie „Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka” (NF 06/2009), niepublikowane do tej pory „Tak jest dobrze”, „Gerd” oraz nieukończone jeszcze opowiadanie pt. „Trzech” i jeszcze więcej.
Dla nielicznych P.T. Czytelników mojego dzienniczka – fragment opowiadania pt. „Gerd”.
(…) Gerd jest sam, w dzień pracuje, je, wydala, czyta sport w gazecie, a nocami śni o śniegach, o parzącej, zmrożonej stali, o łamiących się wpół sylwetkach w okrutnym oku ze szkła. To nie marzenia, ale również nie koszmary, to podróż. Wskazującym palcem czyni dzieci sierotami, wdowami czyni nieznane kobiety od Kamczatki po Archangielsk i wdowcami nieznanych mężczyzn, bo strzela też do kobiet, do tych małych dziewczątek z wielkimi mosinami, które zabijają tak samo dobrze jak ich kochankowie.
Pije koniak z kolegami. Jedzie na pace blitza i jak wszyscy myśli tylko o latającej, pancernej śmierci, która chętnie zamieni ich ciężarówkę w splot stali, desek, paliwa i trupów i płomieni.
Śni o ukraińskiej pielęgniarce.
Śni ten sen od sześćdziesięciu lat. Nocami, kiedy jak wściekły pies waruje przy radio, elektroniczny wyświetlacz jarzy się trupią zielenią. Dostał to radio od syna i poprosił syna, aby nastawił mu Radio Maryja i słucha Radia Maryja i dzwoni do Radia Maryja, dzwoni i rozmawia z ojcem prowadzącym.
Czasem jest Alojzym ze wsi pod Łomżą. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze dziewica. Teraz i zawsze, na wieki wieków amen. Witam ojca prowadzącego. Tu Alojzy spod Łomży. Witam pana, panie Alojzy. Alojzy jest niewidomy, to znaczy prawie niewidomy, ma białą laskę, ale odróżnia światło od ciemności. Opowiada na antenie o tym, na co wystarcza mu osiemset złotych emerytury. O tym, jak nieuprzejmie potraktował go sprzedawca w sklepie ogólnospożywczym i o tym, że kiedy idzie drogą, to żaden samochód się nie zatrzyma, więc musi iść te pięć kilometrów do sklepu. Alojzy dziękuje ojcu prowadzącemu za to, że tak dzielnie broni polskości. Przed laickimi mediami. Żydostwo cholerne, międzynarodowe, mści się na Polsce. A Polacy tacy dobrzy dla nich byli, za Niemca, tacy serdeczni, tylu uratowali.
Czasem jest panią Marylą z Warszawy, emerytowaną nauczycielką rosyjskiego. Głosy starców i staruszek nie różnią się już wiele od siebie, wystarczy, że Gerd, albo Alojzy zaczną mówić falsetem, a już stają się panią Marylą. Pani Maryla jest młoda, ma tylko siedemdziesiąt trzy lata, urodziła się w białoruskiej wsi na Podlasiu w mieszanej rodzinie, władza ludowa dała jej wykształcenie i mieszkanie w Warszawie i pani Maryla nienawidzi ojca Rydzyka. Nienawidzi go z całego serca, więc syczy tę swoja nienawiść, szybko syczy, żeby wysyczeć jak najwięcej, zanim wyłączy ją ojciec prowadzący. Syczy: maybachem jeździ. Na krowie ma jeździć? – żartuje ojciec prowadzący. Maybachem. Drogim. Klechy pazerne. Czarni. Pijawki. Ludzie z głodu umierają, a one tylko te bogactwa, chciwość. Pani Maryla swoje wie. Pani Maryla wiele widziała. Panią Marylę władza ludowa wyciągnęła z czworaków, dała wykształcenie, mieszkanie. Panią Marylę wyłącza ojciec prowadzący.
A potem pani Maryla wsiąka w ściany pokoju i kto inny przychodzi do Gerda: na przykład pan Antoni. Z Ameryki dzwoni wasz pan Antoni. Przed Maryi wrogiem czoła nie skłoni. Za to ojcu Rydzykowi nie pożałuje pomocnej dłoni. Świętą wiarę w obczyźnie obroni. Bolszewika z ojczyzny wygoni. Orła pomocą i litewskiej Pogoni. Takie rymy, moje, własne, ojcze prowadzący. Dziekujemy panu. Ja wiem, że to nie żadna poezja. Ale takie moje. Może kogoś rozweseli. To prawda, może rozweseli, prosimy bardzo, niech pan do nas dzwoni i te swoje rymy czyta, panie Antoni. Z Panem Bogiem.
A na koniec czarni bogowie kogoś innego wpuszczają w Gerda. Na koniec zawsze to jest ktoś specjalny. Drżące, zgrubiałe, stwardniałe palce z trudnością wymieniają karty sim w taniej komórce, pomaga sobie pęsetą, ale to bardzo trudne. Sam nie wie, skąd się tego nauczył. Syn przecież mu nie pokazywał, jak wymieniać kartę w komórce. Ale wie, że to konieczne, tam przecież mogliby rozpoznawać numery, tam, w tym radio i wiedzieliby, że ci wszyscy, których wpuszczają w głowę Gerda czarni bogowie, dzwonią przez niego. I jeszcze dowiedzieć by się mogli, że pani Maryla nie żyje od dwóch lat, umierała sama, wyskrobana, wypatroszona jak blady, zamarzły kurczak w supermarkecie, umarła myśląc o dziecku, które nie przyszło na świat, o dziecku, które odebrał jej lekarz pachnący tanią wodą kolońską i papierosami marki Gitanes. Pan Antoni zmarł na zawał, w swoim smutnym pokoiku o ścianach z dykty w bostońskim Dorchester, dzięki czemu nie zdążyły zabić go płuca spalone papierosami.
Na koniec czarni bogowie przysyłają Otokara (…).
W zmierzającym właśnie do kiosków i empików numerze „Nowej Fantastyki” znajdą P.T. Czytelnicy moje opowiadanie pt. „Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka”. Polecam się życzliwej uwadze.

Jutro (tj. w sobotę, 23 maja) na Warszawskich Targach Książki o 15 pojawię się na stoisku Wydawnictwa Dolnośląskiego, gdzie podpisywał będę moją najnowszą powieść. Polecam się pamięci P.T. Czytelników.
Jadę dziś (piątek, 15 maja) na Dni Fantastyki do Wrocławia. Spotkanie ze mną – o 21 w Ceentrum Kultury Zamek w Leśnicy, poprowadzi Łukasz Orbitowski. Zapraszam.
Różne rzeczy ostatnio piszę, jednego pisać nie umiem: nie-prozy. Tzn, koresponduję obficie w sprawach przeróżnej wagi, piszę opowiadania, o których za chwilę, powieść piszę, a nawet dwie, nie potrafię napisać jednak przyzwoitego eseju, nie mówiąc już o wpisie w moim drogim dzienniczku. Pomogła mi jednak lektura, chenin blanc i coś w końcu jednak piszę, przynajmniej tutaj.
Może powinienem pisywać takie cotygodniowe relacje, jak Orbitowski? Bardzo zgrabnie mu to wychodzi. Ale ja mam inny tryb dziania się życia, niż Łukasz. Tzn, bardzo niewiele mi sie przydarza podczas zwykłych tygodni, a potem życie wybucha barwami, kiedy samolot ląduje gdzieś bardzo, bardzo daleko. Orbitowski nie ma wybuchów, ma za to wyższy poziom dziania się powszedniego.
Łukasz pisze u siebie o granicach literackiej kompetencji; zgadzam się z jego uwagami, zresztą wiele razy rozmawialiśmy na ten temat. Mówiąc w skrócie: granicę swojej własnej literackiej kompetencji znaleźć jest trudno, a przekraczać jej nie wolno, pod groźbą kary dla pisarza strasznej – śmieszności.
O tym jednak, jak trudno ją znaleźć niech zaświadczy taka dość banalna anegdotka: otóż, napisałem ostatnio dwa opowiadania, z jednym, pod tytułem „Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka” P.T. Czytelnicy będą mieli okazję się zaprzyjaźnić w czerwcowej „Nowej Fantastyce”, o losie drugiego jeszcze nie zdecydowałem. Wysłałem oba opowiadania do trzech panów, których krytyczno-literacka kompetencja i dobry, literacki gust są niekwestionowane. Liczyłem, na krytyczne uwagi, których się doczekałem. Wszystkie recenzje zdradzały, że ci pierwsi czytelnicy – którym niniejszym dziękuję – poprawnie odkodowali przekaz, w opowiadaniach zawarty. Z wszystkimi uwagami – czytając je – mógłbym się zgodzić. Wszystkie były w jakimś stopniu dla moich tekstów pochlebne i wszystkie również wskazywały na pewne tych tekstów słabości – tyle, że uwagi moich zaprzyjaźnionych recenzentów były całkowicie sprzeczne. Tam, gdzie ktoś dostrzegał wyraźne inspiracje pewną książką, ktoś inny ujrzał wybitną oryginalność. Jednemu z moich przyjaciół jedno z opowiadań wydały się sprawnym, wyłącznie rozrywkowym horrorem, bez głębszego tła, jeszcze ktoś inny dostrzegł w tym samym tekście głęboką analizę kondycji współczesnego człowieka. I tak dalej.
To oczywiście banał, ale konstytutywny dla doli pisarza, bo ugruntowujący tę nieoznaczoność, która towarzyszy literatowi – i w ogóle całej branży – od pomysłu do księgarni. To chyba ostatnia branża w której pieniądze inwestuje się zupełnie według wyczucia redaktorów, prezesów i innych dysponentów, ale zawsze, ciągle – według subiektywnego wyczucia. Bez badań rynku, bez analiz. Oczywiście – u nas, w Polsce, to nie są w sumie żadne pieniądze, zważywszy nakłady, ale i tam, gdzie te pieniądze są już naprawdę poważne, sprawy mają się tak samo. Zadie Smith, wtedy zupełnie anonimowa, za swoją pierwszą powieść dostała zaliczkę, za którą mogłaby żyć przez dwadzieścia lat, gdyby żyła skromnie. W tym przypadku nos redaktora się nie mylił. W ilu przypadkach redaktorowi, wypłacającemu setki tysięcy funtów, nos się zapchał?
Ale być może dzięki temu właśnie to wszystko ma jeszcze jakiś sens. Niechże wrócę znowu do powracającego w tym wpisie Orbitowskiego: napisał tenże Orbitowski piękną powieść pt. „Święty Wrocław”, do lektury której P.T. Czytelników zachęcam, bo to książka wcale nie o Wrocławiu, jak imaginuje się spragnionym lokalnych vratislavianów redaktorom tamtejszej prasy. W każdym razie, czytałem ową powieść, jak to się mówi, w szczotkach, tzn. dokładnie z pliku wyświetlanego na czytniku Sony Reader i efektem tejże lektury była obfita dosyć korespondencja z autorem, której fragment, ku uciesze P.T. Czytelników mojego dzienniczka, a za pozwoleniem adresata, pozwolę sobie zamieścić.
Piszę ja:
(…)I wreszcie ostateczna, końcowa uwaga. Być może powinienem przeczytać książkę jeszcze raz, bo nie jestem pewien, czy ja wszystko zrozumiałem. Nie wiem, czy zrozumiałem czym naprawdę jest Święty Wrocław, czy dobrze odkodowałem.
Przemienieni świętowrocławianie piękni i krwiożerczy – OK. Cudownie przerażająca scena, tak w ogóle. Czy to jakaś wariacja na temat katolickiego pojęcia ciała chwalebnego?
I sam koniec świata – piękny. Naprawdę, okrutny i bezwzględny, smutny i piękny.
Ale: nie rozumiem, ogólnie, o co chodzi. Tzn, powiedzmy, próbuję: najpierw są znaki, mecenas Firgała jest świadkiem narodzin czarnego dziecka, jakby to była chwila, w której ŚW się rodzi, tak? Cegła maluje obrazy, ok. Ale o co chodzi, z tym zejściem w historię Tomasza, pod ŚW? Najpierw Niemcy i rycerze, potem nefilimy, smok, którego w ogóle nie rozumiem (Smok, w sensie Węża? Szatan?), a potem Palec. O co chodzi? Święty Wrocław to Bóg i koniec świata? Taki model Paruzji, gdzie Firgała to trzej królowie, Cegła to prorocy, a Adam to Jan Chrzciciel? Czy może coś co przedbosko-przeddiabelskie? W tym mieszczą się również ci przemienieni świętowrocławianie, jak karykatura Zbawienia, i trwanie Tomasza-narratora, jako karykatura Potępienia?
Na co odpowiada Łukasz:
Cudowne, stary! Naprawdę. Jest coś takiego, że piszesz książkę z określoną intencją, a potem ktoś rozbiera to logicznie wedle innych założeń. Mi chodziło o zestawienie świat codzienny, realny, zwykły i skończony, a tutaj pojawia się rzeczywistość mityczna, archetpowa. całe zejście ma wiele z Junga, a przecież bohater, schodząc w dół, zagłębia się w świat archetypów. Kojarzonych z historią, ale tą opowiedzianą przez mity, stąd wojna, królowie, rycerze, potem giganci i smoki, a potem palec czegoś, zapewne jakiegoś starego boga, ale to już musi pozostać niepoznane, tak jak niepoznany pozostał święty Wrocław. Święty chyba w sensie przedchrześcijańskim.
Myślę, że Orbitowski się myli, niewiele ma przecież do gadania w sprawie interpretacji własnej powieści. Może więc Jacek Dukaj miał kiedyś rację, kiedy zignorował zupełnie wątki rewolucyjne, wątki tworzenia się nowoczesnego pojęcia narodu, wątki odgrywania tych samych rewolucji w różnych kostiumach – socjalistycznych, narodowo-socjalistycznych, bonapartystowskich, etc. – i uznał mojego „Sternberga” za powieść o mitologii IV RP, chociaż taka interpretacja była jak najdalsza od moich zamiarów. Ale może taki był Zeitgeist - podobnie jak w przypadku jednego z opowiadań, o których pisałem wcześniej, gdzie mój zaprzyjaźniony recenzent zauważył wyraźną inspiracją dość głośną książką, której jednak nie znałem, pisząc rzeczone opowiadanko. Przeczytałem ją później – i musiałem się zgodzić, wyraźna są te inspiracje, musiały przesiąknąć jakoś, osmotycznie.
Do księgarń trafia właśnie nowy, podwójny i historyczny numer Arcanów, a w nim b. ciekawy szkic ś.p. prof. Wieczorkiewicza o Rakowskim, interesujący tekst Jana Filipa Staniłko o neosarmatyzmie, wypisy z mojego dzienniczka, już piąte, oraz spitsbergeńska impresja, pod tytułem „Mała Rosja w krainie Ostrych Gór”, o Barentsburgu, Svalbardzie i Rosji. Polecam się życzliwej uwadze P.T. Czytelników.