Let the boat sail

Próbowałem podsumować zeszły rok, bo Orbitowski sobie podsumował, to ja przecież nie będę gorszy. I wychodzi na to, że jednak będę, bo nie umiem. Bo przecież w podsumowaniach nie chodzi o to, co się wydarzyło, nie chodzi o jakąś kronikę, do tego mam notesiki z gumką, czarne i czerwone, w których spisane są czyny i słowa różnymi kolorami atramentu.

Było więc trochę klęsk, trochę zwycięstw, progres zachowany, co do zasady, to był to dokładnie taki sam rok jak każdy kolejny od 2006, tzn. od kiedy utrzymuję się z pisania, czy może raczej od 2007, kiedy w końcu zrozumiałem, że mogę się utrzymywać z pisania i praca na etacie potrzebna mi byłaby wyłącznie do tego, żeby pożyć „normalnym życiem” i z grubsza połapać się o co chodzi w tym związanym z „chodzeniem do pracy” oceanie naszej kultury, w tych wszystkich biurowych frustracjach, radościach i smutkach, pisać o tym nie będę, bo to świat mi obcy, ale wiedzieć muszę. Uznałem jednak w końcu, że do tego wystarczą mi już moje dwa lata w wydawnictwie, w dziale praw zagranicznych, które zaowocowały paroma sympatycznymi wyjazdami za firmowe pieniądze, tysiącem przeczytanych i starannie zapomnianych książek o biznesie i innych nudziarstwach i ogólną frustracją, permanentną chandrą i jakąś wielką ulgą, kiedy nie przedłużono mi dwuletniej umowy – dopiero z dystansu widzę jak wiele dobrego przyniosła mi ta decyzja, która wtedy wydawała mi się niezrozumiała i niesprawiedliwa. Rzeczone wydawnictwo bez wątpienia również nie ucierpiało na skutek naszego rozstania, bo umówmy się – do normalnej pracy nadaję się jak wół do karety.

Co przypomina mi o tym, że Życie ma swój nurt, którego nie dostrzegamy. Mała niesprawiedliwość częścią sprawiedliwości większej. Myślę, że dharmy własnej odczytać nie sposób, nie da się jej rozpoznać świadomie, tym może różni się ta na wpół buddyjska, a na wpół moja prywatna konceptualizacja ludzkiego losu od chrześcijańskiego powołania, nie należy się tej dharmie sprzeciwiać, trzeba pozwolić się nieść Życiu. Spojrzeć na wszystko przez odwrotną stronę lunety: na miłość patrzeć ze świadomością, że może zawieść i że kiedyś umrze, jeśli nie za naszego życia, czego zechciejcie nam oszczędzić wszyscy miłośni bogowie, więc jeśli nie umrze za naszego życia, to przecież umrze w końcu razem z nami, bo w eschatonie każdy z nas będzie już zupełnie sam – nie wyobrażam sobie innej konfrontacji z Absolutem, niż przez absolutną samotność. Jeśli nie przez anihilację, co wydaje mi się nawet bardziej prawdopodobne, a anihilacja to samotność nawet względem samego siebie.
I tak samo chcę patrzeć na przyjaźń: trzeba sycić się nią i radować wiedząc, że przyjaźń, która się nie kończy często trwa tylko dlatego, że zawsze była tylko mdłym koleżeństwem.

I trzeba dużo, często myśleć o śmierci, w zasadzie być może o śmierci należy myśleć bez przerwy i to nie jakoś tam abstrakcyjnie, sądzę, że pożytecznym ćwiczeniem dla ducha jest nieustanne wizualizowanie sobie śmierci własnej i śmierci bliskich, wszystkich bliskich, próba odnalezienia w sobie tego najdalszego, najchłodniejszego spojrzenia na śmierć, próba odnalezienia w sobie obojętności, obojętności sycącej się obfitością fenomenów i subtelną złożonością życia, lecz nie przywiązującej się do niczego.

Dobry żeglarz nie widzi wiatru, nie patrzy na wimpel ani na icki, których wskazania i tak są tylko wypadkową wiatru rzeczywistego i własnego, które i tak nie wskazują niczego poza zawirowaniami, bo podmuchy wiatr ukrywają. Żeglarz wprawny czuje wiatr na twarzy, czuje wiatr pod kurtką, czuje na rumplu, na żaglach, czuje przez kadłub i na tym, jak dziobnica tnie wodę i tak samo dharmy nie ujrzymy, nie odczytamy, lecz to ona nas pociąga i pcha. Anglosaska propedeutyka żeglowania przekazuje pierwszą, najważniejszą prawdę: let the boat sail. Pozwól łodzi żeglować. Pozwól prowadzić się dharmie.

Poza wszystkim więc rok 2010 był więc dla mnie taki sam jak poprzednie i mam nadzieję, że 2011 również będzie taki sam i następne pięćdziesiąt również. Mam nadzieję, że moja dobra, kochana żona dalej znosić będzie mnie w irytującej roli męża-artysty, że moja rodzina wytrzyma ze mną w roli syna, brata, ojca, szwagra i kogo tam jeszcze, że moi przyjaciele ciągle będą uważać mnie za przyjaciela, a w żadnej z tych ról nie jestem do zniesienia łatwy, mam w końcu nadzieję, że sam ze sobą też jakoś wytrzymam, co również łatwe nie jest, bo jestem mną w sposób wyjątkowo męczący i uciążliwy i chętnie bym w roli bycia mną widział kogoś innego, ze sobą jednak zerwać stosunków nie sposób a i chętnych zastępców nie widać, więc trzeba się będzie jeszcze męczyć w tym świętym i nierozerwalnym związku pana Podmiota z panem Przedmiotem samoobserwacji.

Coś się jednak w roku 2010 wydarzyło we mnie, czego dziś nie umiem jeszcze podsumować, zbiegło się to, albo może zaowocowało, albo raczej było skutkiem napisania „Wiecznego Grunwaldu”, nie potrafię jeszcze odsunąć się od siebie na tyle daleko, by stwierdzić, czy to przełom we mnie zaowocował książką, czy pełna zdziwień, podążająca za pisaniem lektura własnej książki skutkowała przełomem, czy wydarzyły się tak po prostu obok siebie, ale bez wątpienia coś się wydarzyło, zdołałem znaleźć w sobie odwagę, by w końcu porzucić różne maski i samoidentyfikacje, które mierziły mnie już od dawna, ale ciągle byłem do nich przywiązany, ciągle łudziłem się, że znajdę w nich w końcu jakąś wartość, nie wiadomo jaką, tchórzliwie przywiązany byłem do nich jak niektórzy przywiązują się do przedmiotów, których tak naprawdę nie potrzebują.
Kiedy więc skończyłem „Wieczny Grunwald” to, jak to się mówi w kościółkowym slangu, stanąłem w prawdzie o sobie. Nie bardzo mi się ta prawda spodobała, ale jeszcze mniej podobało mi się samookłamywanie, więc dałem sobie spokój, dałem sobie spokój bycia ze sobą bez przymiotników, zrozumiałem, że mogę być ja-jako-ja, zrozumiałem, że tak naprawdę liczy się dla mnie tylko ta z góry skazana na niepowodzenie próba zrozumienia Życia, czy raczej próby i literackie dokumentowanie tych prób. Nie mam światopoglądu, nie obchodzą mnie prawacy w świętym starciu z lewakami, którzy również mnie nie obchodzą, kiedy zaś widzę różnych umiarkowanych centrystów to dostaję mdłości z obrzydzenia. Nie ma hasła, które sprawiłoby, że chciałoby mi się trzymać transparent.

Poza tym Apple wyprodukowało śliczny, aluminiowy komputer, którego waga jest przychylna moim zwykle obolałym plecom i ramionom, wielkość zgrabnie pasuje to fasonu torby, jaki lubię, zaś cena obeszła się w sposób akceptowalnie brutalny z moimi finansami i można na nim uruchomić Scrivenera, w którym świetnie pisze się książki i obejrzałem ostatnio genialny „Black Swan” Aronofsky’ego, „A Single Man” Forda i „Valhalla Rising” i dużo seriali i piję z przyjaciółmi, z którymi chce mi się pić – i dzięki Wam, przyjaciele, za wieczory i noce, za przedłużające się ku wieczorowi śniadania i kawy, za facebookowe czaty, za wino w Gruzji i w Krakowie, na Saskiej Kępie, na Grochowie, za soczyste steki w sosie z zielonego pieprzu w katowickim Spencerze i za tatara i pszenicznego tuchera tamże, za zupę z kalmarów w życzliwym domu w krakowskich Opatkowicach, za kaczkę w „Pikanterii”, za chianti, za vranaca, carmenere, pinot noir, za ciężkie, niefiltrowane, miodowe w kolorze rkatsiteli i mętne saperavi kachetyjskie, za wszystkie ciężkie lub jasne rozmowy przy moim stole kuchennym i w trasie na drugi koniec Polski i gdzie tam jeszcze, za to wam dziękuję – i patrzę jak rośnie mój syn i bawię się z nim klockami lego i czytam mu „Kubusia Puchatka”, patrzę jak towarzyszy mojemu Tacie w ogrodowych pracach i razem odśnieżamy wjazd do garażu i oglądam z żoną nocami filmy i regularnie przegrywam w squasha z Krzyśkiem i słucham nowej płyty Swansów i Waitsa i Beth Gibbons, i dużo czytam – tych co zwykle, ale też sporo Kundery i innych, marnuję też sporo czasu, pozwalam mu przeciekać, wtykam nos do kieliszka z winem i do pojemnika ze świeżo zmieloną kawą, bo nie ma lepszego zapachu na świecie, chyba, że ślad ciężkich perfum we włosach rozgrzanej tańcem kobiety. I piszę. I niech to trwa, na Boga, tego sobie najpobożniej życzę, niech to trwa razem z tymi wszystkimi smutnymi wejrzeniami w opustoszałe konto, z upokorzeniami z tym związanymi, razem z chandrami, z kłótniami, z kłopotami, niech to trwa jak długo może, a potem niech trwać przestanie i niech będzie potem nowe.

Let the boat sail.

Miasta, samotność i o tym, że nic niczego nie oznacza

Nigdy nie mieszkałem sam. Aż do niedawna, najdłuższej samotności doświadczyłem kiedyś w Nowym Jorku, gdzie pojechałem samemu na targi książki i zostałem, z rozdziawioną buzią oglądać mury Wielkiego Babilonu, stolicy świata.
A teraz pojechałem pisać nową powieść, która mnie przeraża i nosi tytuł „Morfina”, pojechałem niedaleko, do Krakowa.
I spędziłem z dwiema dłuższymi przerwami trzy tygodnie z okładem w wielkim, pustym mieszkaniu z ogromnym oknem wychodzącym na Planty i ulicę Sławkowską i w samotności spotkałem tam kogoś, kogo wcześniej nie znałem, samego siebie spotkałem, innego siebie, niż wcześniej znałem. Więc za dnia pisałem, wieczorami parę razy wychodziłem pić z krakowskimi przyjaciółmi, raz nawet poszedłem sam do kina, ale raczej to siedziałem samemu nocami i wieczorami i się bałem siebie. Nie o siebie, lecz siebie.

Od czasu tamtego wyjazdu do Babilonu minęło pięć lat i to jest o wiele dłuższe moje pięć lat niż pięć lat jeszcze wcześniejsze, od roku 2000 do 2005, i wydaje mi się również, że będzie dłuższe od tej pięciolatki, która teraz mi się zaczyna. Zauważyłem, że co jakiś czas przechodzę coś na kształt wylinki, tak jak węże zmieniają skórę, tak u mnie skóra zostaje, ale zmieniam jakiś wewnętrzny porządek, zmienia mi się wewnętrzna konstytucja. Więc może nie wylinka, tylko przepoczwarzenie. I wydaje mi się, że nie jest to proces ciągły, wydaje mi się że raczej jestem constans, tylko co parę lat nagły przełom i znowu, nowe constans. I tak w 2005 przywilejem dwudziestoparolatka nie patrzyłem w siebie, lecz w świat, zresztą trudno było samego malutkiego siebie zauważyć wśród dziesięciu milionów nowojorczyków. I stolica świata wygrała, wypełniła szczelnie całą moją ówczesną samotność i siebie nie spotkałem.

A teraz owszem. Spotkałem siebie i okazałem się kimś sobie obcym. Więc obchodziliśmy się ze sobą ostrożnie, samoobserwacji pan Podmiot i pan Przedmiot w jedno zlani, z daleka, jak to zwykle na początku znajomości, sprawdzaliśmy z kim mamy do czynienia i gdybym to nie sobie się przyglądał, to uznałbym bardzo szybko, iż nie jest to znajomość, którą chciałbym kontynuować. Oczywiście, nie możemy się rozstać, ale postanowiłem, że stosunków zbyt zażyłych utrzymywać również nie będziemy.

A jednak, było to ważne i oczyszczające doświadczenie i wiem, że czasem tej samotności mi potrzeba. Następnym razem będzie to jednak samotność pełniejsza, bo wiem już, kogo w tej samotności spotkam. Więc czasem trzeba siedzieć godzinami w ciszy, pić samotnie wino, patrzeć przez okno i słuchać tej ciszy, słuchać siebie, czasem trzeba, ale rzadko, myślę, że po miesiącu takiego życia rozpadłbym się na kawałki i żywota dokonał w pokoju o miękkich ścianach, w wiecznej ciszy kontemplując amplitudę padania kropli śliny sączącej się z kącika ust.
Więc kogo tam spotkałem, w tym wielkim, pustym mieszkaniu? Nie ma sensu, bym o tym pisał, bo pisząc o sobie nie sposób napisać prawdy. Nawet jeśli jakimś najwyższym aktem heroizmu napisałoby się prawdę w jej sensie podstawowym, według prawdy klasycznej definicji, to nigdy nie będzie prawdą funkcjonalnie, gdyż społeczną zasadą jest prawdy na swój temat niemówienie; tym samym, powiedzieć jej się nie da. Bo nawet jeśli jest prawdą w sensie podstawowym, to i tak każdy założy, że jest kłamstwem, skoro zasadą jest o sobie kłamać. Więc gdybym chciał zakomunikować komuś: jestem teraz taki a taki, to wiadomość ta nie dotrze, bo odbiorca komunikatu z zasady przyjmie, że jestem inny, niż właśnie mówię: dramatycznie inny, inny odcieniem, albo rozłożeniem akcentów, ale inny. Więc o sobie można tylko kłamać.
Wdzięczny jestem zresztą bliźnim za te kłamstwa, nawet za kabotyństwo, hipokryzję i fałszywe maski, tak jak wdzięczny jestem, że swoją nagość skrywają pod ubraniami. I nie szukam o bliźnich prawdy, wystarczy mi prawda o sobie, więcej takich prawd byłoby ponad moje siły, szukam w bliźnich masek inteligentnych i gustownych, z prawdą własną niech się każdy zmaga sam.

Co oczywiście nie dotyczy najbliższych, zupełnie inaczej wyglądają przecież nasze bolesne czasem zmagania z najbliższymi, a więc z tymi których kochamy i którzy nas kochają i z tymi, którzy darzą nas przyjaźnią i których przyjaźnią obdarzamy. Ciekawe, tak na marginesie, że kocha się „kogoś”, a przyjaźni się „z kimś”, kochać się z kimś w narzędniku ma znaczenie jednak nieco węższe niż kochać kogoś w bierniku. A przyjaźnić kogoś w bierniku w ogóle się nie da. Chciałbym myśleć, że to coś znaczy, że jest w tym jakiś sens, niechże pozostanie na wieki przede mną ukryty, ale chciałbym, żeby był, dlaczego tutaj biernik, a tam narzędnik, inny sens niż tylko historyczno-etymologiczny. Jednak obawiam się, że sensu nie ma i nic nie wynika i nic nie znaczy, świat ludzki jest chaosem pojęć. Jest takie powiedzonko, że nie ma przypadków, są tylko znaki. Jednak nie sądzę, aby to była prawda; najdalszy jestem oczywiście od wiary w przypadek, która wydaje mi się najgłupszym z religijnych szaleństw, jednak nie sądzę, aby to, co się dzieje miało znaczenie inne niż samo w sobie. Nie ma przypadków, jest tylko Życie, to co się dzieje oznacza tylko to, co się dzieje, nie posiada odrębnych, osobnych desygnatów. Dlaczego tak sądzę? Nie mam pojęcia, chciałbym móc powiedzieć, że wynika to z jakiegoś tajemniczego, nieświadomego, noetycznego wglądu w istotę rzeczy, ale może mi się po prostu wydaje, a może tylko tak mi się napisało?
Nie, jednak nie: przecież nic się tak samo z siebie po prostu nie pisze, słowa nie padają przypadkiem, słowa ważą i kosztują zbyt wiele.

Poza tym, czy mógłbym o sobie powiedzieć cokolwiek ciekawego? Oczywiście, pusty smutek, niepopartą cierpieniem gorycz, bezsensowną niechęć, żywioną przez okno wysokie do ludzi wsiadających do tramwajów, przechadzających się plantami, do taksówkarzy, do kierowców turystycznych meleksów – wszystko to można ubrać w wyrafinowane słowa esejów, felietonów, potrafię przecież nadać temu formę wysublimowaną, poprzeć cytatem, to akurat potrafię, to mój zawód, nie potrafię w końcu nic innego, ale potrafię jakoś sublimować w sztukę rzeczy niskie, tylko, że nie zawsze ma to sens. Nie zawsze warto. Tym razem nie warto.

Wolę napisać o tym, że tak naprawdę, to lubię miasta: nie przeszkadzały mi dzwoniące nocą tramwaje, światła na suficie, lubię flanerować po ulicach, siedzieć na ławkach i zza przeciwsłonecznych okularów bezkarnie gapić się na przechodniów, lubię czytać napięcie między ludźmi, odgadywać co ich łączy z tego, jak się dotykają, jak na siebie patrzą, lubię samotnie siedzieć w kawiarnianych ogródkach za murem szklanki z piwem, zaglądając przelotnie do książki, ale tak naprawdę nie czytać, tylko grzać się na słońcu i myśleć o tym, że lato się skończy, lubię też pisać w kawiarniach, gdzie dziesiątki ludzkich głosów zlewają się w doskonałą ciszę. I to wcale nie za sprawą Krakowa, Kraków za grubo ma na sobie werniksu i patyny. Chodzi o miasto-jako-takie. Wyobrażam sobie, że mógłbym pomieszkać trochę w Warszawie, lubię Warszawę, więc gdyby los tak chciał (a nic na to nie wskazuje), to moglibyśmy się tam wszyscy przenieść, w trójkę, czy już niedługo w czwórkę i mieszkać sobie pół roku czy może nawet rok.
Ale nie dłużej. Chyba nie.

Cóż zresztą mogę o tym wiedzieć, skoro od siódmego roku życia nigdy nie spędziłem w żadnym mieście więcej niż kilkunastu dni bez przerwy? Byłem tydzień z okładem w Wielkim Babilonie, jeśli dobrze pamiętam to jakieś dwa tygodnie w Pekinie, teraz w jednym ciągu dziesięć dni w Krakowie, po kilka dni w Warszawie, Londynie, Rzymie, Budapeszcie, Moskwie, Ułan Bator, Tbilisi, Wrocławiu, gdzie tam jeszcze. Oczywiście inaczej byłem w miastach, w których byłem turystą, inaczej tam, gdzie jechałem w interesach inaczej mieszkałem w Krakowie na literackim, krótkim wygnaniu i inaczej odwiedzałem przyjaciół. I znowu, jak zwykle, nic z tego nie wynika, bo zwykle jest tak, że z takich obserwacji nie wynika właśnie nic. Bo co miałoby wynikać? Nie ma znaków ani przypadków, jest tylko Życie, które znaczy same siebie i jest Tajemnica.

Więc nie czuję się w mieście-jako-takim obco. Ale nie czuję się też u siebie, z tego powodu prozaicznego, że u siebie nie jestem. A czym są moje mgliste dzisiaj, rozmokłym śniegiem przykryte Pilchowice? Wsią, w której na trzy tysiące mieszkańców rolników jest może pięciu, albo dziesięciu, sam nie wiem, ale raczej nie więcej? Chyba że więcej, ale na pewno nie tylu, aby to miało znaczenie. Miastem nie są na pewno, skoro obca, nieznana twarz na ulicy od razu rzuca się w oczy. Chętnie oszukuję sam siebie bajkami o przednowoczesnych wspólnotach i o poczuciu zakorzenienia, są to bajki na wpół fantastyczne, a na wpół prawdziwe, jak to zwykle bywa z bajkami, ich fałsz blaknie, kiedy tylko trochę bardziej w nie wierzę, kiedy Życie prowadzi mnie bardziej w ich stronę. To jakiś dziwny sposób bycia podmiejskiej na wpół wspólnoty, na wpół sypialni dla okolicznego, śląskiego wielomiasta, jakoś tak mi się przyzwyczaiło, duchowo i życiowo, do bycia w takim wpół drogi, we wsi, w której życiu nie muszę wcale uczestniczyć, ale też mogę bez większego trudu, mogę należeć trochę tutaj, a trochę Bóg jeden wie gdzie.

I tyle, i znowu: cóż z tego wynika? Nic z tego nie wynika. Świata ludzkiego nie sposób zrozumieć, nie sposób poznać, i dzięki za to Bogu: dlatego skrywa świat jakąś Tajemnicę, od której nie dzieli nas rok ani wiek wysiłku naukowców, od których dzieli nas raczej nieprzebyta otchłań człowieczeństwa: nie możemy Tajemnicy poznać, bo jesteśmy ludźmi.

Myślę, projektuję sobie samotność absolutną. Pojechać samemu na Spitsbergen, nie, inaczej: pojadę samemu na Spitsbergen, wezmę namiot, karabin i liofilizaty i pójdę gdzieś głęboko w interior, w Nordenskiöld Land, i kiedy się zmęczę, to rozbiję namiot i będę palił ognisko, siedział na radzieckiej belce, pił kawę, palił papierosy, będę patrzył na ocean albo na fiord, strzegł się niedźwiedzia i może tam będę na krótko tak samotny, że zniknę nawet ja sam, nie spotkam tak zupełnie nikogo, że nawet siebie nie spotkam, zniknie pan Podmiot, zniknie pan Przedmiot, zostanie sama samotność, a ja rozpłynę się gdzieś między siwym niebem a stalowym morzem, zniknę i mnie przez jakiś czas nie będzie i z tego niebycia urodzę się na nowo.

Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów.

Jeśli narody mają dusze, to do jakich czyśćców i piekieł one zstępują, do jakich niebios ulatują? Wieczny Grunwald nie jest po prostu „powieścią historyczną” – Szczepan Twardoch stworzył tu narrację o losach jednostki i narodu rozpostartą i w przeszłość, i w przyszłość, i wszerz, w życia nieziszczone; roztęcznioną od realizmu faktów historycznych do fantastycznej metafory „ducha narodowego”. Od czasu Teodora Parnickiego nie pisano w Polsce z tak szalonym rozmachem o człowieku rozdzieranym przez żywioł dziejów i schizofrenicznej lojalności mieszańca, dziecka dwóch kultur, bękarta dwóch ojczyzn.
– Jacek Dukaj

Sen o literaturze

Śnił mi się dziś pewien utalentowany pisarz z Krakowa, z którym, jak mi się wydaje, mam zaszczyt się przyjaźnić, a który wyda w czasie bliższym lub dalszym powieść, którą czytam właśnie, a która z kolei zdaje mi się być bardzo dobra. Ale o powieści innym razem, dziś o śnie, który pojawił się pewnie w efekcie wczorajszych krakowskich popołudnia i wieczoru, które bardzo miło spędziłem w jego towarzystwie – między innymi, bynajmniej nie mniej ważnymi, bo siedzieliśmy w towarzystwie nieco szerszym, w zaprzyjaźnionych ludzi pióra obfitującym, ale tylko jeden z nich się w moim śnie pojawił.

I we śnie spacerowaliśmy razem, odziani bardzo elegancko, sportową elegancją przedwojenną – pamiętam, że towarzysz mojego spaceru, prócz sportowej marynarki, nosił kaszkiet, pumpy, podkolankówki w kratkę argyle (bardzo ich zazdrościłem), ja byłem w tweedowym garniturze myśliwskim i prowadziłem staroświecki, przedwojenny rower na białych oponach (który dziwnie przypominał rower pewnej krakowskiej pani redaktor, która swoją uroczą obecnością przełamała męski charakter wczorajszego spotkania).

Więc spacerowaliśmy: jesienią, po jakimś mieście słowackim lub węgierskim, dużym, ale zabudowanym jak małe miasteczko o bardzo stromych ulicach i w knajpach siadaliśmy i jesienne, czerwone winośmy pili i jedli pieczone kaszty z papierowych torebek, potem ucztowaliśmy jesiennie, jedząc pieczeń z kaczki, a potem paliliśmy cygara, rozmawiając niezobowiązująco, życzliwie, w takim przyjemnym, niespiesznym rytmie – aleśmy jednocześnie wiedzieli obaj i ubolewali nad tym, jak nad nieuchronnym nadejściem zimy, że sielanka ta nie potrwa długo, że skończy się źle: albowiem konkurujemy o względy jednej dziewczyny – właśnie dziewczyny, nie kobiety.

Dziewczyna ta nie pojawiła się w moim śnie, który był zresztą snem całkowicie nieerotycznym i nie było o niej mowy między nami, bo wszystko było jasne a dziewczyna nie miała twarzy, ciała ani imienia. Obaj świadomiśmy byli konfliktu i tego przede wszystkim, jaka rzeczona dziewczyna jest: inteligentna, obojętna, wyniosła, skłonna do szyderstw. I tego, jak nami manipuluje: przez uśmiechy, gesty, półsłówka doprowadzić chce do tego, aby się od nas obu jednocześnie wyzwolić, aby się nas pozbyć przez jakiś straszny wybuch naszego tajonego gniewu, który w moim śnie wydawał się nieunikniony i krążył, jak kruk, nad naszym miłym ucztowaniem.

Ale wybuchu nie było, gniew się nie rozlał, siedzieliśmy sobie spokojnie, ciesząc się każdą chwilą w której ciągle jeszcze nie okładamy się po gębach i rozstaliśmy się potem w sposób charakterystyczny dla snów: zaprzyjaźniony literat płynnie stracił parę lat i długie włosy i zamienił się stopniowo w zupełnie innego mojego przyjaciela, z którym jeździliśmy na rowerach poszukując zaginionej walizki z pieniędzmi, z kwotą może nie totolotkową, ale dużą, była to kwestia saaba 9-3 cabrio, przyjechaliśmy do miasta kupić ten piękny samochód, miał jasną, skórzaną tapicerkę, walizkę jednak zgubiliśmy w nocy, dzień wcześniej, pijąc i dokazując na mieście, a potem nie mogłem się zalogować do mojego konta e-mailowego i szedłem schylony, z nosem przy bruku, pomiędzy kostkami szukając hasła do tego konta, zapisanego jakoby na skrawku papierowej chusteczki do nosa.

Drgawki, tym razem moje własne

Skończyłem pisać powieść, która ciągle nie ma ostatecznego tytułu, ale do tej pory była znana jako „Paszko”, a jaki tytuł będzie widniał na okładce, tego ciągle nie wiem: i nagle zdałem sobie sprawę, że nigdy żadna książka nie kosztowała mnie tak wiele, jakbym się wyżął na kartki. Jakbym przeciekł przez klawiaturę, do pliku i jakby zostały we mnie straszne, puste dziury.

(Owszem, postanowiłem na moment zamienić mój dzienniczek w kącik emocjonalnego ekshibicjonisty, raz na parę lat wolno.)

I skończyłem, w tempie dla mnie strasznym, zabójczym, i nagle zostałem z dziurawym samym sobą, z dziurawym mózgiem, z euforycznym poczuciem, jakbym był obok siebie, nie umiem się od tej książki oderwać myślami, prześladują mnie nocą koszmary: te, które sam napisałem. Może to sprawiedliwie, przeżyć najpierw to małe piekło, do jakiego zapraszam czytelnika. I pewnie inaczej, mniej intensywnie nie dało się tej książki napisać, nie mógłbym napisać tej powieści powolnym rytmem starego literata, pracującego od ósmej rano do dziesiątej, a potem na tenisa, musiałem ją z siebie wypluć, wylać. I musiały zostać dziury. Gdyby nie zostały, to znaczyłoby, że nie dałem z siebie tego, co się w tej książce, strasznej książce o strasznym świecie znaleźć musiało, tego, co się jej ode mnie należało. Zresztą pewnie zabliźnią się szybko.

Lubię mówić, że pisanie to po prostu zawód, jak każdy inny: ale może jednak nie. Nie wiem zresztą, nie znam się na innych zawodach, inne rzeczy, jakimi się zajmowałem w życiu dla pieniędzy przyprawiały mnie, owszem, o różne poważne frustracje, żadna jednak nie sprawiła, że przestałem sam siebie poznawać.

Próbuję więc to psychosomatyczne rozedrganie zagłuszyć jakoś: w nocy nie śpię, w dzień nie do końca jestem na jawie, bom zbyt niewyspany, więc wypruwam sobie płuca marszem, hantlami, aż mdleją ramiona, euforycznym pisaniem innych rzeczy wątpliwej chyba jakości i żeby spać potrzeba mi rauszu od wina, a wino działa na mnie jakoś inaczej, niż zwykle, może być też rausz od 10 kilometrów pokonanych najszybciej jak umiem, z Rammsteinem w słuchawkach, do wyplucia płuc, synchronizuję krok z rytmem „Rosenrot” i rytm mnie hipnotyzuje, wracam do domu mokry, odurzony, wreszcie mogę spać.

Albo stoję, moknę i z jakąś perwersyjną, przewrotną ciekawością patrzę na rzekę, która oswobodziła się ze swojego koryta, tak jak moja książka wyrwała mi się spod palców – a rzeka ominęła most, przelała się przez ulicą i zlewa się stalowa woda, siny asfalt i sine niebo w jedną drogę, w jedną opalizującą skorupę.

I odwracam się ciągle, patrzę za siebie, kto stoi za mną, kto za mną idzie?

Ale i w tym strasznym, drżącym stanie, w jakim jestem, znajduję prostą, podstawową radość: oto skończyłem powieść, skończyłem ją prawdziwie, nie tylko napisałem „KONIEC”, ale dałem jej z siebie tyle, ile dać jej należało, ile dać mogłem. I to jest tego małego szaleństwa warte, bo ono pozostawi ślady, ale minie, a książka zostanie.