Nigdy nie mieszkałem sam. Aż do niedawna, najdłuższej samotności doświadczyłem kiedyś w Nowym Jorku, gdzie pojechałem samemu na targi książki i zostałem, z rozdziawioną buzią oglądać mury Wielkiego Babilonu, stolicy świata.
A teraz pojechałem pisać nową powieść, która mnie przeraża i nosi tytuł „Morfina”, pojechałem niedaleko, do Krakowa.
I spędziłem z dwiema dłuższymi przerwami trzy tygodnie z okładem w wielkim, pustym mieszkaniu z ogromnym oknem wychodzącym na Planty i ulicę Sławkowską i w samotności spotkałem tam kogoś, kogo wcześniej nie znałem, samego siebie spotkałem, innego siebie, niż wcześniej znałem. Więc za dnia pisałem, wieczorami parę razy wychodziłem pić z krakowskimi przyjaciółmi, raz nawet poszedłem sam do kina, ale raczej to siedziałem samemu nocami i wieczorami i się bałem siebie. Nie o siebie, lecz siebie.
Od czasu tamtego wyjazdu do Babilonu minęło pięć lat i to jest o wiele dłuższe moje pięć lat niż pięć lat jeszcze wcześniejsze, od roku 2000 do 2005, i wydaje mi się również, że będzie dłuższe od tej pięciolatki, która teraz mi się zaczyna. Zauważyłem, że co jakiś czas przechodzę coś na kształt wylinki, tak jak węże zmieniają skórę, tak u mnie skóra zostaje, ale zmieniam jakiś wewnętrzny porządek, zmienia mi się wewnętrzna konstytucja. Więc może nie wylinka, tylko przepoczwarzenie. I wydaje mi się, że nie jest to proces ciągły, wydaje mi się że raczej jestem constans, tylko co parę lat nagły przełom i znowu, nowe constans. I tak w 2005 przywilejem dwudziestoparolatka nie patrzyłem w siebie, lecz w świat, zresztą trudno było samego malutkiego siebie zauważyć wśród dziesięciu milionów nowojorczyków. I stolica świata wygrała, wypełniła szczelnie całą moją ówczesną samotność i siebie nie spotkałem.
A teraz owszem. Spotkałem siebie i okazałem się kimś sobie obcym. Więc obchodziliśmy się ze sobą ostrożnie, samoobserwacji pan Podmiot i pan Przedmiot w jedno zlani, z daleka, jak to zwykle na początku znajomości, sprawdzaliśmy z kim mamy do czynienia i gdybym to nie sobie się przyglądał, to uznałbym bardzo szybko, iż nie jest to znajomość, którą chciałbym kontynuować. Oczywiście, nie możemy się rozstać, ale postanowiłem, że stosunków zbyt zażyłych utrzymywać również nie będziemy.
A jednak, było to ważne i oczyszczające doświadczenie i wiem, że czasem tej samotności mi potrzeba. Następnym razem będzie to jednak samotność pełniejsza, bo wiem już, kogo w tej samotności spotkam. Więc czasem trzeba siedzieć godzinami w ciszy, pić samotnie wino, patrzeć przez okno i słuchać tej ciszy, słuchać siebie, czasem trzeba, ale rzadko, myślę, że po miesiącu takiego życia rozpadłbym się na kawałki i żywota dokonał w pokoju o miękkich ścianach, w wiecznej ciszy kontemplując amplitudę padania kropli śliny sączącej się z kącika ust.
Więc kogo tam spotkałem, w tym wielkim, pustym mieszkaniu? Nie ma sensu, bym o tym pisał, bo pisząc o sobie nie sposób napisać prawdy. Nawet jeśli jakimś najwyższym aktem heroizmu napisałoby się prawdę w jej sensie podstawowym, według prawdy klasycznej definicji, to nigdy nie będzie prawdą funkcjonalnie, gdyż społeczną zasadą jest prawdy na swój temat niemówienie; tym samym, powiedzieć jej się nie da. Bo nawet jeśli jest prawdą w sensie podstawowym, to i tak każdy założy, że jest kłamstwem, skoro zasadą jest o sobie kłamać. Więc gdybym chciał zakomunikować komuś: jestem teraz taki a taki, to wiadomość ta nie dotrze, bo odbiorca komunikatu z zasady przyjmie, że jestem inny, niż właśnie mówię: dramatycznie inny, inny odcieniem, albo rozłożeniem akcentów, ale inny. Więc o sobie można tylko kłamać.
Wdzięczny jestem zresztą bliźnim za te kłamstwa, nawet za kabotyństwo, hipokryzję i fałszywe maski, tak jak wdzięczny jestem, że swoją nagość skrywają pod ubraniami. I nie szukam o bliźnich prawdy, wystarczy mi prawda o sobie, więcej takich prawd byłoby ponad moje siły, szukam w bliźnich masek inteligentnych i gustownych, z prawdą własną niech się każdy zmaga sam.
Co oczywiście nie dotyczy najbliższych, zupełnie inaczej wyglądają przecież nasze bolesne czasem zmagania z najbliższymi, a więc z tymi których kochamy i którzy nas kochają i z tymi, którzy darzą nas przyjaźnią i których przyjaźnią obdarzamy. Ciekawe, tak na marginesie, że kocha się „kogoś”, a przyjaźni się „z kimś”, kochać się z kimś w narzędniku ma znaczenie jednak nieco węższe niż kochać kogoś w bierniku. A przyjaźnić kogoś w bierniku w ogóle się nie da. Chciałbym myśleć, że to coś znaczy, że jest w tym jakiś sens, niechże pozostanie na wieki przede mną ukryty, ale chciałbym, żeby był, dlaczego tutaj biernik, a tam narzędnik, inny sens niż tylko historyczno-etymologiczny. Jednak obawiam się, że sensu nie ma i nic nie wynika i nic nie znaczy, świat ludzki jest chaosem pojęć. Jest takie powiedzonko, że nie ma przypadków, są tylko znaki. Jednak nie sądzę, aby to była prawda; najdalszy jestem oczywiście od wiary w przypadek, która wydaje mi się najgłupszym z religijnych szaleństw, jednak nie sądzę, aby to, co się dzieje miało znaczenie inne niż samo w sobie. Nie ma przypadków, jest tylko Życie, to co się dzieje oznacza tylko to, co się dzieje, nie posiada odrębnych, osobnych desygnatów. Dlaczego tak sądzę? Nie mam pojęcia, chciałbym móc powiedzieć, że wynika to z jakiegoś tajemniczego, nieświadomego, noetycznego wglądu w istotę rzeczy, ale może mi się po prostu wydaje, a może tylko tak mi się napisało?
Nie, jednak nie: przecież nic się tak samo z siebie po prostu nie pisze, słowa nie padają przypadkiem, słowa ważą i kosztują zbyt wiele.
Poza tym, czy mógłbym o sobie powiedzieć cokolwiek ciekawego? Oczywiście, pusty smutek, niepopartą cierpieniem gorycz, bezsensowną niechęć, żywioną przez okno wysokie do ludzi wsiadających do tramwajów, przechadzających się plantami, do taksówkarzy, do kierowców turystycznych meleksów – wszystko to można ubrać w wyrafinowane słowa esejów, felietonów, potrafię przecież nadać temu formę wysublimowaną, poprzeć cytatem, to akurat potrafię, to mój zawód, nie potrafię w końcu nic innego, ale potrafię jakoś sublimować w sztukę rzeczy niskie, tylko, że nie zawsze ma to sens. Nie zawsze warto. Tym razem nie warto.
Wolę napisać o tym, że tak naprawdę, to lubię miasta: nie przeszkadzały mi dzwoniące nocą tramwaje, światła na suficie, lubię flanerować po ulicach, siedzieć na ławkach i zza przeciwsłonecznych okularów bezkarnie gapić się na przechodniów, lubię czytać napięcie między ludźmi, odgadywać co ich łączy z tego, jak się dotykają, jak na siebie patrzą, lubię samotnie siedzieć w kawiarnianych ogródkach za murem szklanki z piwem, zaglądając przelotnie do książki, ale tak naprawdę nie czytać, tylko grzać się na słońcu i myśleć o tym, że lato się skończy, lubię też pisać w kawiarniach, gdzie dziesiątki ludzkich głosów zlewają się w doskonałą ciszę. I to wcale nie za sprawą Krakowa, Kraków za grubo ma na sobie werniksu i patyny. Chodzi o miasto-jako-takie. Wyobrażam sobie, że mógłbym pomieszkać trochę w Warszawie, lubię Warszawę, więc gdyby los tak chciał (a nic na to nie wskazuje), to moglibyśmy się tam wszyscy przenieść, w trójkę, czy już niedługo w czwórkę i mieszkać sobie pół roku czy może nawet rok.
Ale nie dłużej. Chyba nie.
Cóż zresztą mogę o tym wiedzieć, skoro od siódmego roku życia nigdy nie spędziłem w żadnym mieście więcej niż kilkunastu dni bez przerwy? Byłem tydzień z okładem w Wielkim Babilonie, jeśli dobrze pamiętam to jakieś dwa tygodnie w Pekinie, teraz w jednym ciągu dziesięć dni w Krakowie, po kilka dni w Warszawie, Londynie, Rzymie, Budapeszcie, Moskwie, Ułan Bator, Tbilisi, Wrocławiu, gdzie tam jeszcze. Oczywiście inaczej byłem w miastach, w których byłem turystą, inaczej tam, gdzie jechałem w interesach inaczej mieszkałem w Krakowie na literackim, krótkim wygnaniu i inaczej odwiedzałem przyjaciół. I znowu, jak zwykle, nic z tego nie wynika, bo zwykle jest tak, że z takich obserwacji nie wynika właśnie nic. Bo co miałoby wynikać? Nie ma znaków ani przypadków, jest tylko Życie, które znaczy same siebie i jest Tajemnica.
Więc nie czuję się w mieście-jako-takim obco. Ale nie czuję się też u siebie, z tego powodu prozaicznego, że u siebie nie jestem. A czym są moje mgliste dzisiaj, rozmokłym śniegiem przykryte Pilchowice? Wsią, w której na trzy tysiące mieszkańców rolników jest może pięciu, albo dziesięciu, sam nie wiem, ale raczej nie więcej? Chyba że więcej, ale na pewno nie tylu, aby to miało znaczenie. Miastem nie są na pewno, skoro obca, nieznana twarz na ulicy od razu rzuca się w oczy. Chętnie oszukuję sam siebie bajkami o przednowoczesnych wspólnotach i o poczuciu zakorzenienia, są to bajki na wpół fantastyczne, a na wpół prawdziwe, jak to zwykle bywa z bajkami, ich fałsz blaknie, kiedy tylko trochę bardziej w nie wierzę, kiedy Życie prowadzi mnie bardziej w ich stronę. To jakiś dziwny sposób bycia podmiejskiej na wpół wspólnoty, na wpół sypialni dla okolicznego, śląskiego wielomiasta, jakoś tak mi się przyzwyczaiło, duchowo i życiowo, do bycia w takim wpół drogi, we wsi, w której życiu nie muszę wcale uczestniczyć, ale też mogę bez większego trudu, mogę należeć trochę tutaj, a trochę Bóg jeden wie gdzie.
I tyle, i znowu: cóż z tego wynika? Nic z tego nie wynika. Świata ludzkiego nie sposób zrozumieć, nie sposób poznać, i dzięki za to Bogu: dlatego skrywa świat jakąś Tajemnicę, od której nie dzieli nas rok ani wiek wysiłku naukowców, od których dzieli nas raczej nieprzebyta otchłań człowieczeństwa: nie możemy Tajemnicy poznać, bo jesteśmy ludźmi.
Myślę, projektuję sobie samotność absolutną. Pojechać samemu na Spitsbergen, nie, inaczej: pojadę samemu na Spitsbergen, wezmę namiot, karabin i liofilizaty i pójdę gdzieś głęboko w interior, w Nordenskiöld Land, i kiedy się zmęczę, to rozbiję namiot i będę palił ognisko, siedział na radzieckiej belce, pił kawę, palił papierosy, będę patrzył na ocean albo na fiord, strzegł się niedźwiedzia i może tam będę na krótko tak samotny, że zniknę nawet ja sam, nie spotkam tak zupełnie nikogo, że nawet siebie nie spotkam, zniknie pan Podmiot, zniknie pan Przedmiot, zostanie sama samotność, a ja rozpłynę się gdzieś między siwym niebem a stalowym morzem, zniknę i mnie przez jakiś czas nie będzie i z tego niebycia urodzę się na nowo.